1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lepiej być ładnym niż brzydkim? Czy można pokonać wyglądyzm w świecie, który nagradza urodę?

Lepiej być ładnym niż brzydkim? Czy można pokonać wyglądyzm w świecie, który nagradza urodę?

(Fot. Spotlight/Launchmetrics)
(Fot. Spotlight/Launchmetrics)

Odsłuchaj artykuł

Angelika Kucińska - Lepiej być ładnym niż brzydkim? Czy można pokonać wyglądyzm w świecie, który nagradza urodę?

00:00 08:24
15s
0,5 x
15s
Czy to brzydko powiedzieć o kimś, że jest brzydki? Gdy we Francji toczy się awantura o preferowaną chudość w luksusowych biurach LVMH, reszta świata pyta, czy naprawdę nie da się zatrzymać dyskryminacji ciał spoza kanonu. Wygląda na to, że nie ma sposobu na wyglądyzm?

Czym jest wyglądyzm (lookism)?

Wyglądyzm. Brzmi dziwnie… To dosłowne, niespecjalnie błyskotliwe tłumaczenie angielskiego „lookism”, kolejnego – obok rasizmu czy seksizmu – terminu określającego cały szereg nadużyć wobec grupy osób, w tym wypadku marginalizowanych i traktowanych przemocowo tylko dlatego, że nie mieszczą się w obowiązującym kanonie urody.

To relatywnie nowe pojęcie, dopiero osadza się w codziennym języku. A skoro dopiero się osadza, to nie istnieją żadne regulacje, które pozwoliłyby osobom dyskryminowanym ochronić się czy dochodzić sprawiedliwości.

Nawet jeśli społeczna świadomość, że ludziom konwencjonalnie atrakcyjnym żyje się lepiej, jest całkiem wysoka.

Przywilej urody. Dlaczego ładni mają w życiu łatwiej?

Niektórzy sugerują, by spojrzeć na sytuację z filozoficznej perspektywy. Może kłopot nie tkwi w generalnym zachwycie nad obiektywnym pięknem, bo problematyczny nie jest nasz stosunek do wszystkiego, co urodziwe, a nasza postawa wobec tego, co – wedle uśrednionych kryteriów – urodą nie grzeszy.

Całkiem mądrze podeszli do tej zagadki twórcy koreańskiego serialu animowanego „Lookism” sprzed czterech lat (jest dostępny na Netflixie). To opowieść o nastoletnim chłopaku z nadwagą, który z powodu swojej tuszy jest terroryzowany przez atrakcyjnych rówieśników i upokarzany przez lożę szyderców z internetu, gdzie wyzywają go od „brzydala” i wysyłają „prosiaka na rożen”.

Aż pewnego dnia przechodzi nieoczekiwaną, magiczną przemianę. Budzi się smukły, wysoki, wysportowany i zaczyna doświadczać życia w pięknym ciele. Dziewczyny się w nim kochają, chłopaki mu zazdroszczą, los mu sprzyja.

Animacja o nierównym traktowaniu nie traci na aktualności w czasach patologicznej obsesji na punkcie wyglądu – podkręcanej przez media społecznościowe i celebrytki na diecie z Ozempicu i komplementów.

To dość oczywista obserwacja. Pytanie, czy ten obłęd da się zatrzymać. I jak to zrobić?

Czy wyglądyzm to dyskryminacja?

Mogłoby się wydawać, przynajmniej w bańce wyedukowanej w podstawowych zasadach ciałopozytywności, że pewne zachowania weszły nam już w dobry nawyk. Nie komentujemy cudzego wyglądu. Nie śmiejemy się z czyjejś nadwagi. Nie szydzimy z fryzur, wzrostu, ubrań.

Ale może to tylko fasadowa poprawność, która nie ma nic wspólnego z autentycznie podmiotowym traktowaniem każdej osoby, niezależnie od tego, jak się prezentuje? Do podobnych wniosków dochodzi w swojej książce „Ugly: A Letter To My Daughter” (Brzydka: List do mojej córki) amerykańska dziennikarka Stephanie Fairyington. Autorka w hybrydzie pamiętnika i eseju zastanawia się, że czy można walczyć z wyglądyzmem, jeśli nie uznamy istnienia brzydoty.

O co dokładnie jej chodzi? Na przykład o to, że za każdym razem, gdy rzuca w towarzystwie, że jest brzydka, od razu dostaje informację zwrotną, że skądże znowu i jak tak można o sobie samej.

Albo o to, że choć dorastała w poczuciu niewystarczającej atrakcyjności, szukała zastępczych wyrażeń, które pozwalały uniknąć tak kategorycznych deklaracji jak właśnie: „Jestem brzydka”. Mawiała więc, że uroda nie jest jej największym atutem. Książka Fairyington zdaje się przekonywać, że musimy zbudować cały zestaw pojęć – niektóre słowa odzyskać, inne stworzyć – który nazwie problem, bo, co logiczne, nienazwanego problemu nie da się rozwiązać.

Wyglądyzm jest klasycznym przypadkiem niesprawiedliwości epistemicznej, o której mówimy, gdy czyjeś doświadczenie krzywdy nie jest w pełni zrozumiane, ponieważ kultura nie wytworzyła jeszcze słownika pozwalającego precyzyjnie je określić. Na przykład osoby, które padały ofiarą przekroczeń o charakterze seksualnym, mogły czuć, że ktoś nie respektuje ich autonomii, ale rzeczywista zmiana w świadomości i prawie nie była możliwa, dopóki nie pojawił się taki termin jak „molestowanie seksualne”. Analogicznie: dyskryminacja ze względu na wygląd będzie powszechna i znormalizowana, dopóki nie stworzymy odpowiedniej siatki pojęć.

Dior woli szczupłych?

Dyskryminacja powszechna, znormalizowana i, dodajmy, zupełnie legalna. Czy reguły dotyczące ubioru w miejscu pracy, które może egzekwować pracodawca, są przykładem wyglądyzmu? Nie muszą mieć przecież wiele wspólnego z wartościowaniem urody osób zatrudnionych, prawda? A fakt, że większość linii lotniczych nie zatrudni do personelu pokładowego osoby z tatuażami, których nie zakryją części służbowej garderoby? To też dyskryminacja?

Wyglądyzm bywa złożonym problemem. Są miejsca na świecie, które próbują poradzić sobie z nim systemowo. W wybranych stanach USA funkcjonują przepisy, które zabraniają dyskryminacji ze względu na wagę i wzrost na rynku pracy. Podobne przepisy istnieją we Francji, choć ustawa mówi ogólnikowo o „prezencji”, ale już nie wymienia chociażby fatfobii, prawo jest słabo egzekwowane, pokrzywdzeni rzadko są w stanie dowieść swoich racji w sądzie, a do CV wciąż często trzeba dołączać zdjęcie.

Francuski dziennik „Le Monde” opublikował właśnie reportaż w sześciu odcinkach, gdzie w dziennikarskim śledztwie dowiedziono, że LVMH – rodzinna firma, do której należą takie marki jak Louis Vuitton, Dior czy Moet, gigant na rynku dóbr luksusowych – zatrudnia wyłącznie osoby bardzo szczupłe.

Bernard Arnault, właściciel, odpowiedział w protekcjonalnym tonie i wyrzucił gazecie, że wobec właścicieli Chanel nie jest tak surowa. We Francji nabrała temperatury dyskusja o dyskryminacji. Tylko czy doprowadzi ona do sensownej reformy niedoskonałego prawa?

Pretty privilage, czyli przywilej urody: ładnym przypisujemy pozytywne cechy

Opisane w psychologii zjawisko „przywileju urody” – „pretty privilege” – działa tak, że osobom pięknym z automatu przypisujemy cechy, które nie mają nic wspólnego z atrakcyjną fizjonomią: profesjonalizm, wiarygodność i szlachetną naturę. Ekonomiści z kolei policzyli, że ładni zarabiają więcej w skali roku. Można by zakładać, że te niepisane reguły będą obowiązywać ze zdwojoną mocą w mediach społecznościowych, gdzie faworyzowanie ze względu na fotogeniczną prezencję jest praktykowane bez wstydu i zahamowań.

I tak, i nie. Badania wiarygodności influencerek i infduencerów aktywnego trybu życia przeprowadzone przez amerykański Lundquist College of Business pokazały, że nie taki Instagram fajny, jak się umaluje. W sektorze fitfluencingu zdrowe, wysportowane, jędrne ciało jest potwierdzeniem, że metoda treningowa, którą sprzedaje instruktorka pilatesu z TikToka czy trener biegania z Instagrama, działa.

Ale zbyt atrakcyjna osoba influencerska onieśmiela i dystansuje, a jej perfekcyjnie wyrzeźbione mięśnie wydają się nierealnym celem dla zwykłego człowieka, który w natłoku codziennych obowiązków próbuje znaleźć czas na sport. Nie, wbrew pozorom to niezbyt krzepiące odkrycie, bo podejrzliwość wobec osób „zbyt ładnych” ma dokładnie to samo źródło co wyglądyzm.

Fizyczność staje się nadrzędnym – a często wręcz jedynym – wyznacznikiem wartości człowieka. Magazyn „The NewYorker”, który niedawno opublikował duży artykuł o wyglądyzmie, zachęca, by antidotum na dyskryminację szukać w szczerym zaciekawieniu drugą osobą i tym, co ma pod powłoką. Słuszne? Na pewno. Realne? Przynajmniej próbujmy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE