1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wewnętrzny dialog – które części osobowości najczęściej wypieramy?

Wewnętrzny dialog – które części osobowości najczęściej wypieramy?

Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mogą cię przed czymś ostrzegać albo za coś ganić. Doradzać i bronić. Nie sposób ich nie słyszeć, sztuką jest mądrze słuchać. Dialog z wewnętrznymi głosami jest konieczny, by nie odcinać się od życiowej energii.

Twój problem polega na tym... Jesteś beznadziejna, zawsze musisz wynaleźć sobie jakiś problem! Jesteś egoistką. Może byś wreszcie przestała dawać, dawać, dawać! Nie powinnaś tego mówić. Powinnaś być bardziej spontaniczna. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, nic nie osiągniesz. Musisz zwolnić, rozluźnić się. Jesteś wybranką bogów. Jesteś z gruntu zepsuta... Ileż takich komentarzy słyszymy codziennie w swojej głowie? Czy to możliwe, że to my? Tyle pretensji, niezadowolenia, agresji! Tyle sprzeczności! Wszystko dlatego, że nie jesteśmy monolitem, jedną osobowością o ustalonym, spójnym systemie wartości. Jest „nas” więcej, dużo więcej... Schizofrenia? Bynajmniej.

Daj im głos

Idea głosów wewnętrznych jest niemal tak stara jak wiedza psychologiczna. Różni badacze i autorzy posługują się własną terminologią. Colin Sisson, autor książki „Wewnętrzne przebudzenie”, mówi na przykład o „ministrach”, którzy przejmują odpowiedzialność za określone obszary życia. Inni – jak Hal i Sidra Stone’owie, autorzy metody Dialogu z Głosem – używają określenia „podosobowości”. Każda z nich ma inny temperament, inny sposób działania, inne zadanie do wykonania... Nasza psychika składa się z wielu takich podosobowości (lub, inaczej, wzorców energii). Kiedy zaczynamy identyfikować się z którąś z nich, przejmuje ona nad nami władzę.

Jak to się dzieje? Kiedy? W bardzo naturalny sposób. I bardzo wcześnie. Od najmłodszych lat jesteśmy nagradzani za jedne zachowania, a za inne karani. Wyciągamy z tego wnioski, wzmacniając niektóre cechy („ja”), inne zaś osłabiając albo wręcz tępiąc. Być może wyrzucamy za burtę naszego Żartownisia, bo rodzicom nie podoba się, gdy płatamy figle – wolą, żebyśmy zachowywali się poważnie. Albo tłumimy Wojowniczkę, bo „dziewczynkom nie wypada krzyczeć i tupać nogą”.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniej rozwijających się aspektów osobowości jest „ja”, które nas strzeże, nieustannie wypatrując zagrożeń i ustalając najlepszy sposób obrony przed nimi. Jest wcieleniem rozmaitych nakazów rodzicielskich (i społecznych), pilnuje, byśmy przestrzegali reguł, które zapewnią nam aprobatę innych. To „ja” Stone’owie nazywają Obrońcą-Kontrolerem. Twierdzą wręcz, że większość ludzi, używając słowa „ja”, mówi tak naprawdę o swoim Obrońcy-Kontrolerze!

W otoczeniu asysty

Warto się zapoznać także z resztą świty. W przeciwnym razie – mówią autorzy „Obejmując nasze »ja«” – będziemy musieli się pogodzić z rolą obserwatora, „zepchniętego na tylne siedzenie lub, co gorsza, schowanego w bagażniku, podczas gdy różne podosobowości prowadzą samochód naszej psychiki”.

Jak łatwo się domyślić, jedno z naczelnych miejsc zajmuje Wewnętrzny Krytyk, który nieustannie nas beszta i „przywołuje do porządku”. Chętnie współpracuje z Popychaczem (czy, jak kto woli, Poganiaczem). To ta podosobowość, według której działamy za wolno, robimy nie dość wystarczająco, wciąż jesteśmy „do tyłu”. Do tej frakcji należy też Perfekcjonista, lubiący znaleźć przysłowiową dziurę w całym. Wiecznie niezadowolony, bo przecież ideały rozmijają się czasem z rzeczywistością, gdyż trudno robić wszystko na 100 procent...

Kluczem do osiągnięcia spokoju jest – jak zwykle – równowaga. Stone’owie przypominają o takich podosobowościach jak Hipis czy Plażowicz, Kloszard, Leniuch czy Rozkapryszona Gwiazda... Mniejsza o nazwy, wiadomo, o co chodzi – głosy te podpowiedzą nam, jak się zrelaksować i uwolnić od przymusu zdobywania kolejnych odznak i bicia rekordów w przodownictwie pracy. Zamiast identyfikować się z jednym ze spolaryzowanych aspektów osobowości (w tym wypadku „cała naprzód” albo „wrzuć na luz”), warto poznać je oba, a potem świadomie dokonać wyboru, któremu w danym momencie chcemy oddać stery.

Skarby schowane w cieniu

Kiedy pracuje się z podosobowościami podczas sesji Dialogu z Głosem, stają się one bardzo realne. Przyjmują określoną postawę, mimikę, barwę głosu. Nierzadko mają też imię, no i oczywiście własne poglądy, uczucia, aspiracje... Pomysły na to, co dla nas dobre, a co nie, jakich wyborów winniśmy dokonywać. Nic dziwnego, że często dochodzi między nimi do konfliktu interesów. Odczuwamy to jako wewnętrzne rozdarcie, nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy. Im większa stawka, tym większy konflikt i trudniejszy wybór.

Przyjmuje się, że – przy całej swojej różnorodności, złośliwościach i kaprysach – podosobowości są neutralne. Żaden wzorzec energii nie jest z natury dobry czy zły. Rzecz w tym, że niektóre są nam bliższe, oswojone (tzw. podosobowości podstawowe), inne wprawiają w zakłopotanie, niepokoją, jeszcze inne budzą odrazę... Te ostatnie wyłączamy z życia – Hal i Sidra Stone’owie nazywają je „wydziedziczonymi”. Odrzucamy to, co nam się nie podoba, czego nie lubimy, nie znosimy... Mechanizm ten opisują szczegółowo różne szkoły psychologiczne. Według Arnolda Mindella, twórcy metody Pracy z Procesem, każdy z nas tworzy sferę „ja”, z którą się utożsamia i „nie ja”, do której spycha wszystkie odrzucone aspekty osobowości. Według Junga to, co wyparte, staje się częścią naszego cienia... Tu ukrywa się to, co nas mierzi, ale też to, co wydaje się niedoścignionym wzorem i czego nie potrafimy dostrzec w nas samych... Wydziedziczone podosobowości pozbawiają nas energii (to tak, jakby jedna ręka cały czas była zajęta przytrzymywaniem drzwi). Budzą silne emocje. Kiedy widzimy u innych podosobowości, które odrzuciliśmy, pragniemy pozbyć się ich jak najszybciej. Złościmy się, krytykujemy, okazujemy dezaprobatę... Rzecz w tym, że energii nie da się zniszczyć, więc wydziedziczone instynkty zaczynają działać nieświadomie, aż stają się złowrogie.

Pukanie do świadomości

Uważasz, że nie wolno być stanowczym, upominać się o swoje? Że to nieelegancko? Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia stracisz zupełnie panowanie nad sobą i wyrzucisz z siebie stek obelg, zupełnie nie przejmując się, że naprzeciwko ciebie stoi szef. Wydziedziczone energie mogą przyjąć formę zaburzeń emocjonalnych czy chorób psychosomatycznych. Mogą też nawiedzać w snach: ktoś próbuje się do nas dodzwonić, wdziera się do naszego domu, jesteśmy ścigani przez oprawców albo dzikie zwierzęta... Pewnej kobiecie na przykład wciąż śniły się dzikie koty, które ją atakowały. Okazało się, że – wychowywana na „przyzwoitą kobietę” – całkowicie zanegowała swoją zmysłową naturę. A ta zaczęła upominać się o swoje, napierać...

Wydziedziczone podosobowości dają też o sobie znać w relacjach. Przyciągamy ludzi, którzy pozwalają nam skonfrontować się z odrzuconymi cechami. I zaczyna się: ataki, oskarżenia, potępienie tego, czego nie akceptujemy w sobie. Niekoniecznie mowa tu o rzeczach ciężkiego kalibru! Weźmy podejście do kwestii porządku. Jeśli pozwolisz przejawić się swojemu Bałaganiarzowi (a któż go w sobie nie ma!), być może zachowanie męża, który znów zostawił skarpetki na podłodze, przestanie cię wreszcie doprowadzać do furii. Zrozumiesz, że to takie... ludzkie. Nie chodzi przecież o to, żeby identyfikować się z wypartą podosobowością, oddawać jej władzę, tylko żeby czasem dopuścić ją do głosu. Wtedy okazuje się na przykład, że szalejący lew ze snu staje się potulnym kociakiem, liżącym nas po twarzy.

Chce chronić, ale się zapędza

Chyba najczęściej wydziedziczaną podosobowością (a przy tym jedną z najcenniejszych, najbliższych naszej najgłębszej istoty) jest Wewnętrzne Dziecko. Zwłaszcza to bezbronne, opuszczone... Nie chcemy być słabi, bezbronni, porzuceni. A chyba każdy z nas kiedyś tego doświadczył... Co można usłyszeć (według Stone’ów) od Wewnętrznego Dziecka, kiedy uda się z nim skontaktować?

Boję się. Chowam się w szafie i mam nadzieję, że ktoś zacznie mnie szukać, ale nikt nie przychodzi, nikt nigdy nie przychodzi. A ja tak bardzo chcę, żeby ktoś przyszedł i poszukał mnie, poświęcił mi trochę uwagi. Nikomu mnie nie brakuje. Chcę, żeby ludzie zauważyli, że znikłam, i żeby to miało dla nich znaczenie.

Jak twierdzą Hal i Sidra Stone’owie, większość podstawowych podosobowości rozwinęła się po to, by chronić Wewnętrzne Dziecko. Taka jest też rola Wewnętrznego Krytyka: on niejako uprzedza cios – wskazuje nam na różne braki i niedociągnięcia, po to, żebyśmy mogli się „poprawić” i uniknąć krytyki zewnętrznej... Chce dobrze, ale często się zapędza – zamiast nas chronić, tak uporczywie tropi wszelkie niedoskonałości, że zaczyna nas zadręczać...

Lepiej niech zdechnie, niż ma żyć w tak ciamajdowaty sposób! Szczerze mówiąc, gardzę nią i nie obchodzi mnie, czy ją zabiję. Zasługuje na śmierć, ta franca!

Rezultat? Czujemy się pozbawieni godności, zagubieni, niepewni siebie, a co więcej, zaczynamy wyzwalać u otaczających nas osób postawę Sędziego. Czyli staje się to, przed czym Wewnętrzny Krytyk chciał nas uchronić – dopada nas surowa ocena innych. Na szczęście podosobowości można oswoić. I niekoniecznie potrzebne są do tego sesje Dialogu z Głosem. Na pewno cenne mogą się okazać ćwiczenia zamieszczone w książkach „Wewnętrzny Krytyk” i „Powrót do swego wewnętrznego domu”. Czasem wystarczy obserwacja siebie, otwartość i odrobina dystansu.

Czego chce dana podosobowość?

Wbrew pozorom, nie jest tak trudno rozpoznać, jaki wzorzec energii dochodzi w danym momencie do głosu. Czy jest to Przymilaczek? Porównywacz? Samolub? Dobra Matka? Winna Córka? Grzeczna Dziewczynka? Nazwy oczywiście są umowne, możesz je nadawać sama. Najważniejsze to zrozumieć potrzeby i niepokoje, jakie ukrywają się pod wypowiadanymi treściami. Czego chce dana podosobowość? Do jakiego aspektu życia się odnosi? Przed czym cię strzeże? Rzecznikiem jakiej jest sprawy? Nawet jeśli przemawia przez ciebie ze złością czy ironią, spójrz na nią życzliwie, bez oceny. Zdystansuj się. Spytaj: „co mogę dla ciebie zrobić?”.

Zwykle najlepiej jest zacząć od odnalezienia Wewnętrznego Dziecka, nawiązania z nim kontaktu (przydatne jest zdjęcie z dzieciństwa), zadbania o jego potrzeby. Louise Hay, autorka książki „Możesz uzdrowić swoje życie”, radzi, by powiedzieć swojemu Dziecku wszystko, co zawsze pragnęłaś usłyszeć od rodziców. Tanha Luvaas („Jestem tutaj. Rozmowa z moim wewnętrznym dzieckiem”) poleca dialog na piśmie (ręką dominującą zapisujemy pytania, a drugą odpowiedzi). Dużym wsparciem dla Wewnętrznego Dziecka jest sprawianie sobie przyjemności, ciekawość, spontaniczność, traktowanie życia z przymrużeniem oka.

A co z Krytykiem? Hal i Sidra Stone’owie uprzedzają: nie zadowolisz go! Mówią o nim „Radio Crazy” – jest jak radiostacja nadająca na okrągło wiadomości o tym, co w tobie „niewłaściwe”. Rzecz w tym, że większość z nas – przyzwyczajona do niekończących się tyrad tego wybrednego głosu – całkowicie się z nim utożsamiła. Pewnie nie przyszło ci do głowy, że to radio można po prostu wyłączyć albo zmienić stację? Owszem. Ale najpierw wsłuchaj się w ten głos – choćby przez jeden dzień. Uświadom sobie, że nie są to twoje osądy – prawdopodobnie te najczęściej powtarzane uwagi Krytyka wygłaszało kiedyś któreś z twoich rodziców. Albo nauczyciele, koledzy... Czy chcesz nadal słuchać tych przestarzałych audycji? A może nie potrzebujesz nawet ustalać ich pochodzenia? Może wystarczy uświadomić sobie: „teraz właśnie przemawia mój Krytyk, który troszczy się o mnie”. A potem zdystansować się do jego „rewelacji”. Taka umiejętność łagodnego odseparowania się od krytycznych komunikatów zaowocuje wzrostem koncentracji, kreatywności i poczucia wartości. Oswojony Krytyk ma szansę stać się bardzo cennym doradcą, racjonalnym i spostrzegawczym – zapewniają Stone’owie.

Ważne, żeby objąć wszystkie „ja”

Rozpoznawanie podosobowości to niezwykle cenny proces, który – zgodnie z koncepcją Stone’ów – służy rozwijaniu świadomego ego. Ma ono objąć wszystkie „ja”, uznając je, ale nie identyfikując się z żadnym. Taka postawa – kiedy jesteśmy całością, świadomą swego bogactwa i różnorodności, wolną od konfliktów – daje ogromne możliwości wyboru. Nie jesteśmy niewolnikami naszych wewnętrznych głosów. To nie musi być walka, to współpraca. Szukanie porozumienia, złotego środka. Sztuka dyplomacji. Dystansu, odpuszczenia... Wyrzucasz sobie, że nie zrobiłaś czegoś na 100 procent? Cóż, spirytus ma 95 procent, a wiadomo, co potrafi. Twój Krytyk znalazł kolejny defekt w twojej urodzie? No dobrze, może nie wyglądasz jak miss Wenezueli, ale przecież oczy i usta masz niczego sobie...

Najważniejsze to nie zaprzeczać sobie, nie udawać, że czegoś nie ma. Stone’owie opowiadają historię pewnej klientki, gorliwej wyznawczyni kościoła episkopalnego, której przyśnił się potężny wąż, próbujący wciągnąć ją do morza. Po nierównej walce z potworem śniąca usłyszała w sobie głos: „Uspokój się i wiedz, że jestem Bogiem. Przyjmij mnie, bo jestem częścią uniwersalnej energii, która nie została przyjęta”. Kobieta zrozumiała, że – oddana życiu religijnemu – zanegowała swoją cielesność, emocje, instynkty... Autorzy „Obejmując nasze »ja«” przypominają, że w starożytnej Grecji naturalną rzeczą było oddawanie czci wszystkim bogom. Istniało ryzyko, że nieuhonorowane bóstwo będzie okazywać swój gniew, zniszczy tego, kto je zignorował. Tak samo z głosami wewnętrznymi – potrzebują akceptacji, szacunku. Chodzi o to, żeby nie negować swoich zasobów, nie wyrzucać – jak w niektórych metodach – tego, co odczuwamy jako niewygodne. Żeby objąć całe nasze „ja”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Księżna Diana - dziewczyna z tiarą

"Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety." (Fot. BEW)
Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Co jest takiego w historii księżnej Diany, a może w niej samej czy w czasach, w jakich żyła, że nadal tak porusza?
Po pierwsze, mnóstwo ludzi, a zwłaszcza kobiet, silnie się z nią identyfikuje – z Dianą marzącą o miłości, Dianą zdradzaną czy Dianą cierpiącą na zaburzenia odżywiania. Odbierają jej przeżycia, o których opowiadała sama, a które później były uwypuklane, podkreślane czy wciąż przemycane przez media – jako swoje.

Po drugie, nie bez znaczenia jest jej celebra i przynależność do królewskiego dworu. Już od wieków średnich najłatwiej było skupić uwagę na osobistych przygodach przedstawicieli władz. Dziś jest to nadal aktualne, bo wzrok ludzi biegnie zawsze ku górze. Postaci ikoniczne stają się w jakimś sensie żerem, łupem dla masowej wyobraźni, która bardzo chętnie podchwytuje wszystko, co jest sensacyjne.

W życiu Lady Di nie brakowało sensacji…
Ja już nawet nie mówię o jej małżeństwie, rozwodzie, romansach czy tragicznej śmierci. Mam na myśli choćby jej „zwykłe” obowiązki. Gdyby w prasie wyliczano i relacjonowano jej wizyty jako przedstawicielki królewskiego dworu w charakterze damy odwiedzającej przedszkola czy szkoły albo wizytującej szpitale – to nikogo by to pewnie nie obchodziło. Ale ona przecież dotykała chorych na AIDS, chorobę, która miała wtedy, a właściwie w wielu społeczeństwach nadal ma, stygmat choroby homoseksualistów i narkomanów. Dopiero kiedy okazało się, że córka amerykańskiego senatora została zakażona wirusem HIV, zaczęto odczarowywać ten potępieńczy stygmat. Diana była więc symbolem pewnej awangardy myśli.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Sensacją było też to, że otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z bulimią; i nie zrobiła tego z dezynwolturą, ale ze ściśniętym gardłem, szeptem i z ogromnym bólem. Zrobiła to, bo chciała uzasadnić swoją inność, swoje onieśmielenie i trudności, a nawet swoją obecność na dworze królewskim. A nie była przecież pupilką królowej i nie należała do świetlanych postaci tego rodu. Oczywiście spodziewano się, że wzbudzi zainteresowanie i aprobatę – pochodziła z arystokratycznej rodziny, była piękna i młoda – wszystkie te atrybuty budowały nadzieję, że powieli pewien blichtr dworski, wpisze się w obrazek. Nikt nie spodziewał się jednak, że Diana pojedzie do Afryki i będzie kucać przy zagłodzonych, chorych dzieciach albo że zorganizuje zbiórki na wspieranie niepopularnych ruchów i inicjatyw, w tym właśnie chorych na AIDS, trąd czy bezdomnych.

Mówi się o niej, że była królową ludzkich serc, królową niekochanych i ikoną wykluczonych. Bo sama tak się czuła.
Jej działalność charytatywna, która dzisiaj jest przecież dworską normą, wtedy była bardzo odważna i przełomowa, i wcale nie w smak monarchii. Wszystko, co Diana robiła, było sensacją. Wzbudzała ogromne zainteresowanie zwykłych ludzi, ale też socjologów, myślicieli, artystów. Zaczęto trochę odważniej mówić: „Mam tak samo” albo „Skoro księżna może, to ja też mogę”. Ona nie chciała zbawiać świata, tylko siebie. Ale dzięki swojemu przykładowi, wcale nie intencjonalnemu, dawała odwagę innym. To nie była przebojowa, waleczna kobieta z barykad walki o równe prawa.

To było widać podczas jej wczesnych wywiadów. Diana się zacina, Diana spuszcza wzrok, Diana się czerwieni.
A jednak w pewnym momencie jej osobisty dramat stał się sprawą wszystkich. Jeszcze nikt nie miał zielonego pojęcia o tym, co się tam u nich dzieje, a ona już była w pałacu, na salonach, ale i w buduarze ofiarą zdrady. A zdrada jest – niezależnie od kultury, wykształcenia, urodzenia czy pozycji społecznej, zwłaszcza dla kobiety – straszliwym sprzeniewierzeniem i osamotnieniem. Ona została potraktowana jak ładna szata, piękna kareta czy wspaniała para koni, które dobrze się prezentują na raucie czy rocznicowym przejeździe przez Londyn, nie jak ludzka istota. Życie jej męża toczyło się wokół zupełnie innych spraw, i to od samego początku – z całą siłą można powiedzieć, że cynicznie ją wykorzystał, użył jej do swoich celów. I to z jednej strony było sensacyjne, a z drugiej – właściwie strasznie pospolite.

Tak się złożyło, że zdrada jest najczęstszym tematem poruszanym w moim gabinecie. Psychoterapia po zdradzie stała się więc niejako moją dziedziną. Więc kiedy przychodzi do mnie kobieta i mówi, że jest zdewastowana i chce sobie odebrać życie, bo właśnie się dowiedziała – po 13 latach małżeństwa, 26 czy nawet po czterech – że jej mąż ma drugi związek, to wszystko jedno, czy jest robotnicą w zakładach przemysłowych, aktorką, profesorką na uczelni czy monarchinią – boli tak samo.

Diana jako pierwsza z royalsów upubliczniła swój ból.
Tak, jej osobiste życie zostało obnażone, do czego sama się w dużej mierze przyczyniła i co być może w późniejszym okresie bardzo jej doskwierało. Ale wtedy nie widziała innego wyjścia. Ta dziewczyna cierpiała, ratowała więc siebie jak umiała. Najpierw próbowała zajadać emocje, a potem postanowiła wyjawić je światu.

Owszem, w starej tradycji angielskiego dworu monarchinie czy uczestnicy życia monarszego miewali sekrety. Na jaw wychodziły nieślubne dzieci, oszustwa, zbrodnie, a potem i tak wszystko wracało do normy, tak jakby na powrót rzęsa zarastała staw. Aż tu nagle pojawiła się postać, która pokazała, że staw gnije, że tam w środku dzieją się rzeczy krzywdzące i bolesne dla wszystkich.

Ja na jej życie patrzę jak na taki film poglądowy, który zrobiono po to, by pokazać młodym dziewczynom, że konflikt wewnętrzny może się obrócić przeciwko nam samym. I jeszcze opatrzono go taką przestrogą: „Patrzcie, bo może i w waszym życiu, mimo odmienności środowiska i majątku, a nawet urody, dzieje się to samo”. Diana wybrnęła z tego, wydawało się, że wzbiła się ponad to. Znalazła sposób na realizowanie swojej potrzeby bycia sobą bez okowów, bez pancerza. Ale wiemy, jak to się skończyło. Dlatego dla mnie Diana to postać patetyczna. I tragiczna.

Mnie kojarzy się z postacią Marilyn Monroe. Czy jako wielbicielka amerykańskiej aktorki zgodzi się pani na takie porównanie?
Tak, jak najbardziej, widzę tu wiele podobieństw. Ich wyjątkowość, urodę, a zwłaszcza obecność na wyżynach wyobraźni społecznej – jedna i druga osiągnęły jakiś symboliczny szczyt w tej dziedzinie. Widzę też w nich ofiary tamtego świata, w którym kobieta nie mogła istnieć jako ona sama, tylko była częścią obrazka, ozdobą czyjegoś portretu. Tak jak Maria Magdalena, która była piękną i, zdaje się też, niebywale przebojową jak na swoje czasy postacią – a jednak została sprowadzona do roli tej, która myje stopy Jezusowi. Tyle lat, wieków i epok trzeba było nam przebijać się przez tę narrację. Ale za to dzisiaj Olga Tokarczuk nikomu już stóp nie myje. Nie zajada emocji, tylko je wyraża, a świat chce tego słuchać. Tymczasem kiedy Diana 30 lat temu wyrażała swoje emocje, spotykały ją za to kąśliwe uwagi i oskarżenia. Mimo że to były już przecież czasy po feminizmie drugiej fali.

Sądzi pani, że Diana mogła być przykładem dla młodych, niezależnych kobiet?
Wie pani, czego mi brakuje, by tak ją określić? Tego, że ona nie szła w kierunku wykształcenia i wyjścia z pewnej roli. Jednak przez większą część czasu robiła to, na co jej pozwolił dwór. Zajmowała się ubogimi, chorymi – oczywiście wychylała się poza dopuszczalność, ale to była nadal rola stosowna dla kobiety. Damie wypada się przecież nad kimś pochylić, kimś się zaopiekować. Feministkom chodziło i chodzi o to, by uczestniczyć w świecie, a nie służyć innym.

Jednak na swój sposób księżna Diana udowodniła coś światu. Że może sama o sobie stanowić. I że może być znana ze swoich dokonań, a nie tylko jako żona księcia. Choć opinię publiczną i tak najbardziej interesowało to, czy znajdzie szczęście w miłości…
Sama czytam to bardzo podobnie. Jej tożsamość grawitowała wokół takiej, powiedziałabym, tradycyjnej, przyjętej z dawien dawna roli, zgodnie z którą kobieta bez mężczyzny jest naznaczona jakimś defektem, brakiem. Poza tym to była bardzo młoda dziewczyna, nawet w dniu swojej śmierci. Ona nie negowała tego, że na tym etapie życia potrzebuje mężczyzny. A że trafił jej się książę, głupio byłoby go nie brać. Została wybrana i jak to cielę poszła za tym wyborem. Może trzeba było brać fajnego kolegę z klubu jeździeckiego, może byłaby z nim szczęśliwsza, ale z pewnością nie uczyniłby jej księżniczką.

To samo mówiono o Marilyn Monroe, że gdyby nie była gwiazdą, byłaby szczęśliwsza. Obie były fantazją tłumów, obie były skomplikowane, także psychologicznie, obie bardzo potrzebowały miłości. I ją dostały – od tłumów. Obie jakoś zmieniły rzeczywistość, w której żyły. A może to jest opowieść o tym, że cierpienie wewnętrzne można przekuć w coś dobrego? W empatię, pomoc innym albo chociaż we współczucie?
Nie przywiązywałabym się zanadto do myśli, że którakolwiek z nich odegrała ważną rolę w historii, taką formatywną, czyli że coś się dzięki nim zmieniło. W mojej opinii akurat dzięki nim się nic nie stało. Po prostu lubimy znane i atrakcyjne osoby, chcemy o nich mówić, czytać, oglądać je na zdjęciach i ekscytować się ich życiem, zwłaszcza jeśli obfituje w takie wydarzenia, jak w ich wypadku. To już jest w nas od zarania dziejów i czasów neandertalczyka. Jak się w jednej jaskini pobili, to wszyscy lecieli na to patrzeć, a jak się w jakiejś jaskini nie pobili, to nikt nie przyszedł. Mamy wyostrzoną uważność na rzeczy niecodzienne. A zarówno jedna, jak i druga bohaterka łączyły w sobie ten właśnie aspekt, czyli były kimś niezwykłym, bo pisały o nich gazety, ale też przydarzały się im niezwykłe rzeczy – w Marilyn zakochał się prezydent Kennedy czy nawet wielki intelektualista, Arthur Miller, a przecież jej wykształcenie graniczyło z analfabetyzmem.

Za to okazała się obdarzona życiową inteligencją.
Owszem, i jako jedna z nielicznych aktorek tamtych czasów dużo czytała i z upodobaniem fotografowała się z książkami. Ale jej wpływu też bym nie przeceniała. To, co jej się udało, to fakt, że nie mając znaczącego zaplecza intelektualnego, została gwiazdą, która przyniosła branży filmowej milionowe zyski. A co pani ma dzięki Dianie? Jakby nie było książek o bulimii! Ona po prostu powiedziała głośno o czymś, o czym nie wolno jej było mówić.

Jeśli miałabym wybrać, która z nich bardziej mi się podoba, wskazałabym na Marilyn Monroe. Lubię takie aktorstwo i taką urodę. Diana była dla mnie martwą lalką Barbie, kukiełką, wiecznie ze spuszczonym wzrokiem i półuśmiechem – mnie się taka dziewczyna nie podoba. Możliwe, że umiała jeść skrzydełka kurczaka rękami czy zaśpiewać przy ognisku sprośne kuplety. Możliwe, ale my tego nie wiemy. A Marilyn Monroe nie tylko to umiała, lecz także to robiła.

Czasem się zastanawiam, kim by była Diana Spencer, gdyby się urodziła w Szwecji. Albo w Stanach Zjednoczonych. Gdyby rodzice zabrali ją do Kalifornii w latach szkolnych. Na pewno zostałaby osobą, która promieniuje urodą, bo to ona już miała i było to niezależne od królowej czy księcia Karola. Może by została żoną z przedmieścia Cincinnati, miała piątkę dzieci i najładniejszy trawnik w miasteczku? A może by pisała wiersze? Albo została nauczycielką lub lekarką i tak jak Maria Montessori przełamywałaby wzorce czarnej pedagogiki?

A co by było, gdyby pani redaktor Olekszyk została wybrana przez księcia Karola, by zostać jego żoną? Jak by pani się w tym odnalazła, ze dwa razy starszym od siebie mężczyzną, którego pani nie zna, który nie jest też zbyt piękny ani ujmujący w obejściu, ale który jest księciem i panią wybrał?

Powiedziałabym, że dziękuję, ale wolę swoje życie. Ale gdybym miała 19 lat i głowę nabitą filmami... Kto wie?
Właśnie, zadajmy sobie pytanie, co zrobilibyśmy na miejscu młodej Diany. Dziś nie mam wątpliwości, że ja powiedziałabym mu: „spadaj” – albo, głosem protestujących kobiet, jeszcze dosadniej.

Podkreśla pani, że to był jej świadomy wybór. Także dotyczący wejścia w rodzinę królewską.
Nie pamiętam, żeby ją porywano ani by rodzina ją do tego przymuszała. Była świadoma konsekwencji, a potem przez 15 lat grała rolę szczęśliwej żony i matki. Sama wybrała, w dodatku źle. Wydawało się, że godzi się na to wszystko, rodziła dzieci, chodziła z uśmiechem, pozowała do zdjęć, aż nagle wszystko runęło. Jaka jest naprawdę wytrzymałość psychiczna człowieka – ile udaje, a ile wysiłku wkłada w to, by coś ocalić – to trudno określić z daleka. Po tych latach okazało się, że od początku była nieszczęśliwa, już do ślubu szła, wiedząc, że jest zdradzana. Tylko długo nie umiała się przeciwstawić skostniałej instytucji, jaką jest dwór angielski. My w Polsce mamy to na zupełnie innym poziomie i w zupełnie innej postaci, a mianowicie Kościoła katolickiego. Znam rodziny, w których dziś nadal nie do pomyślenia jest powiedzieć coś złego na papieża Polaka. Mnóstwo ludzi żyje w potrzasku, w szponach konwenansów lub może po prostu fałszu.

Może jej siłę dawały dzieci?
Tak, ona znajdowała w synach – z czym ja się bardzo identyfikuję – ratunek. Bo kiedy twoje życie osobiste nie najlepiej się układa, to dziecko jest i źródłem, i adresatem największej miłości. Ale to niekoniecznie jest najzdrowsze macierzyństwo. Lepszym macierzyństwem jest takie, które jest mniej zafiksowane na dzieciach. Tylko że ona nie miała wyboru, bo nikogo oprócz dzieci nie miała do kochania. Ale owszem, była troskliwa, czuła, znajdowała radość i przyjemność w czasie spędzonym z nimi. Z drugiej strony – kim innym mogła być? Nie była wspaniałą żoną, nie była wspaniałą czwartą czy piątą postacią w monarchii. Była więc wspaniałą mamą. Oksytocyna to jest taka cudowna substancja, która nam daje miłość do dzieci niemalże bez wysiłku. A jeśli jeszcze nie masz poza tym nic innego? Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety.

Tak więc ja dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy – z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu, że jej się nie udało lepiej. Widzę w jej historii jakieś fatum – ten dziwny wypadek w Paryżu, to, że uciekali przed paparazzi, z którymi przecież była w dobrych stosunkach i którzy niejedno zdjęcie jej zrobili. Sądzę, że ona już była wtedy w jakiejś mgławicy. Ale też za bardzo jej nie współczuję, bo jednak żyła w XX wieku, a nie w XIV, i podjęła określoną decyzję co do swojej przyszłości – ja sama nie wszystkie decyzje, które w życiu podejmowałam, powtórzyłabym po latach. Ale gdybym jeszcze raz miała tyle lat co kiedyś i stała przed takim samym wyborem, prawdopodobnie postąpiłabym tak samo. Bo na tym to polega – że oceniasz sytuację adekwatnie do swojego rozwoju życiowego, duchowego i moralnego.

Dianie się po prostu nie udało. I próbowała się z tego wyzwolić. I to już jest ta część jej życiorysu, która budzi mój podziw. Bo jednak otworzyła tamy i wylały się z niej te rozpaczliwe świadectwa cierpienia. Był taki moment, że cała rodzina królewska zamarła, bo wszystko, co mówiła Diana, godziło w tę ozdobną, wiekuistą i nietykalną fasadę. Ale poradzili sobie i z tym. Dziś ich popularność równa się popularności gwiazd filmowych. Co więcej, następne żony wchodzą do tego rodu już na swoich prawach i warunkach, co widzimy najlepiej po księciu Harrym i jego amerykańskiej żonie Meghan. Nastąpił tu więc ogromny postęp.

Zgadza się pani z teorią, która mówi, że Meghan Markle jest taką post-Dianą, czyli Dianą starszą, bardziej doświadczoną, która układa sobie życie obok księcia Harry’ego na swoich zasadach? I która postawiła się rodzinie królewskiej w sposób bardziej inteligentny niż Diana?
Tak, zgadzam się. Bardzo im obojgu kibicuję. Meghan jest fantastyczna, mnie się o wiele bardziej podoba niż Diana. Wie, czego chce, i robi, co chce, co łatwo jej też nie przychodzi. Ale przychodzi. Bo czasem tylko wydaje się, że czegoś nie można, ale jak już to zrobisz, to się okazuje, że cały czas było można.

  1. Psychologia

Dziecko - najlepszy nauczyciel od wypartych uczuć i emocji

Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Czego możemy nauczyć się od dziecka? (fot. iStock)
Dzieci pokazują nam to, co wyparliśmy w procesie uspołeczniania. Najczęściej jest to złość, ale też smutek, żal, poczucie winy, spontaniczność. Dlatego warto potraktować je jako naszych najlepszych nauczycieli.

Kiedy przychodzi do mnie matka, twierdząc, że ma problem z własnym dzieckiem, wówczas daję jej kilka zaleceń: „Po pierwsze, napisz na kartce, jakich rad udzieliłabyś swojemu dziecku, co byś w nim zmieniła, a potem przeczytaj wszystko na głos, najlepiej przed lustrem. Następnie wprowadź te zmiany w swoje życie i obserwuj, jak dokonuje się cudowne uzdrowienie twojego dziecka. Po drugie, opowiedz komuś bliskiemu na głos, jak postrzegasz swoje dziecko, zrób to szczerze, opisz rzeczy, z których jesteś dumna, ale też zachowania lub cechy charakteru, które cię niepokoją. Kiedy będziesz opowiadała, bądź świadoma, że każde z wypowiedzianych zdań jest częścią ciebie”.

Z moich długoletnich i wnikliwych obserwacji jasno wynika, że dzieci są papierkiem lakmusowym nas samych. Sposób, w jaki do nich mówimy, pokazuje tak naprawdę nasz wewnętrzny dialog, który z czasem staje się również dialogiem wewnętrznym naszych pociech. Ich zachowania odzwierciedlają wprost nasze emocje. Dlatego jeśli widzimy, że dziecko jest niespokojne, to zamiast je uspokajać, krzyczeć, upominać – warto skontaktować się z własnymi emocjami, bowiem dzieciaki stanowią swoiste odbicie tego, co dzieje się w nas samych. Kiedy my się wyciszymy, w efekcie dziecko zarezonuje spokojem.

To, czego nie chcemy widzieć

Pewnego dnia przyszedł do mnie mężczyzna, który był bardzo zmartwiony negatywnym nastawieniem swojego dziecka. Zapytałam, kiedy ostatnio doświadczył trudnych emocji, i jak by je opisał. Nie potrafił powiedzieć. Stwierdził, że jeśli dzieje się w jego życiu coś trudnego, skupia się na rozwiązaniu problemu. Oczywiście w takim podejściu nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że mężczyzna ten nauczony został całkowitego wypierania trudnych emocji. Niestety, to, co odtrącamy, zawsze upomina się o siebie i to właśnie najczęściej dzieci pokazują nam to, czego nie chcemy widzieć.

Mężczyzna wraz ze swoją żoną rozpoczął świadomą pracę nad zatrzymywaniem się na negatywnych emocjach – nie po to, aby rozpamiętywać to, co trudne, ale po to, żeby przyznać, że istnieją uczucia, które sprawiają dyskomfort i ból. Paradoksalnie przyznanie się do odczuwania trudnych emocji uwalnia nas od nich, i tym samym uwalnia nasze dzieci. Energię, którą poświęcaliśmy na utrzymywanie ich w nieświadomości, możemy spożytkować na kreowanie radosnego życia, w którym doświadczamy całego spektrum uczuć.

To, przed czym się bronimy

Kiedy postanawiamy, że nie chcemy być więcej ofiarą, ponieważ w dzieciństwie doświadczyliśmy cierpienia, zaczynamy zwykle wchodzić w rolę kata, w konsekwencji nasze dziecko najczęściej przejmuje rolę ofiary, pokazując nam to, z czym nie chcemy się skonfrontować. I przeciwnie – kiedy sami zachowujemy się jak ofiara, nasze dziecko zaczyna przypominać kata. Zjawisko to można zaobserwować w przyrodzie. Wielu opiekunów drapieżnych zwierząt opisuje to niezwykłe doświadczenie, że gdy uciekasz przed tygrysem, to on cię goni, a kiedy zaczynasz biec w jego kierunku – ucieka. Natomiast kiedy się zatrzymujesz i kierujesz życzliwe emocje ku zwierzęciu, ono zaczyna bawić się z tobą i do momentu, w którym nie czujesz lęku, jesteś całkowicie bezpieczna, nawet jeśli tygrys jest głodny.

Podobnie jest z dzieckiem. Jeśli mamy kontakt z własnymi emocjami, wówczas maluch otwiera swoje serce nie tylko na nas, ale na wszystkie przejawy życia. Dziecko, które przebywa w towarzystwie rozluźnionego rodzica, nie jest w stanie być „niegrzeczne”.

To, czego możemy się nauczyć

Zaobserwowałam, że nasze dzieci widzimy przez pryzmat nas samych, własnych nawyków, wzorców, które ukształtowała przeszłość. Wśród psychologów słynne jest powiedzenie, że jesteśmy sumą naszych przekonań. Kiedy rozwijamy się, zaczynamy proces podważania tego, co wydawało się wyrocznią. W niewytłumaczalny sposób dzieci zaczynają dostosowywać się do naszych nowych przekonań – tak jakbyśmy naszymi myślami tworzyli dziecko. Oczywiście, nie ma jednoznacznych badań naukowych potwierdzających to zjawisko. Jednak wnikliwy obserwator bez zbytecznych psychologicznych kwalifikacji może doświadczyć tego, o czym piszę, dlatego zachęcam do otwarcia się na to doświadczenie. Daje ono poczucie ogromnej sprawczości, które potem można z powodzeniem przełożyć na inne dziedziny życia.

Dzieci, oprócz tego, że pokazują nam to, czego nie akceptujemy w sobie, są skarbnicą wiedzy i dają nam odpowiedzi na trudne pytania. W związku z tym, że ich umysły nie są jeszcze przesiąknięte szkolną wiedzą, mają ogromny dostęp do intuicji. Wiedza szkolna wbrew pozorom w bardzo dużym stopniu ogranicza nasze horyzonty. Problem polega na tym, że dorośli nie biorą na poważnie dziecięcych rad. W związku z tym, że dzieci często posługują się metaforą, dorośli traktują ich słowa jako fantazję, a to wielki błąd. Dlatego zachęcam do uważnego słuchania naszych pociech i szacunku do ich mądrości, która pochodzi prosto z serca.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

  1. Psychologia

Jakie role odgrywamy, żeby „ułatwić” sobie życie?

W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W co grają ludzie? W co grasz Ty? - Pierwszy spytał o to Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Według niego wszyscy – świadomie lub nie – niczym bohaterowie „Gry o tron” zawieramy sojusze, ale też knujemy intrygi i oszukujemy (w tym samego siebie). To strategia przyjmowana już w dzieciństwie – miała nas przed czymś chronić lub coś gwarantować. Tylko czy zawsze sprawdza się w dorosłym życiu? Co zyskujemy, a co tracimy w naszych codziennych grach?

O tym, że prowadzę z ludźmi gry, dowiedziałam się na terapii – opowiada Magdalena, 37 lat. – Miałam dość pracy, męża, wszystkich, więc w końcu trafiłam do psychologa. „Nikt nie traktuje mnie poważnie” – żaliłam się. Ale terapię często odwoływałam i notorycznie zapominałam zapłacić. „Zrobię przelew” – mówiłam, ale potem coś mnie zajmowało i zamiast w poniedziałek, robiłam go w kolejny wtorek. Któregoś dnia terapeutka wyznała: „Czuję się jak pani rodzic. Muszę zabiegać, upominać się. Czy jest jeszcze ktoś w pani życiu, kto może mieć podobne wrażenie?”. Nagle uświadomiłam sobie, że zawsze tak robię. Nie pamiętam o obietnicach, nie dotrzymuję terminów. A potem rozkładam ręce i mówię: „Przecież nic się nie stało”. Dlaczego więc mam pretensje, że nikt nie traktuje mnie poważnie?

Jestem taka biedna, czyli jakie plusy z życia ma ofiara

– Latami planowałam pójść do terapeuty – wspomina Magdalena. – Momentem przełomowym był awans młodszej koleżanki na szefa marketingu. Dlaczego ona, a nie ja? Pracuję dłużej, to dzięki mnie dyrektorka, która decydowała o sprawach personalnych, dostała tak wysoką funkcję. Właściwie napisałam za nią prezentację. I proszę, znała moje kompetencje, ale mnie nie awansowała. Najgorsze, że nawet nie potrafiłam zdrowo się zezłościć… Pogratulowałam koleżance, szefowej powiedziałam, że świetnie zrobiła, a w domu się popłakałam. A potem przyszła lawina myśli: dlaczego mąż mnie nie szanuje? Dlaczego dzieci wchodzą mi na głowę? Na terapii powoli zaczynałam rozumieć siebie. Mój ojciec był despotyczny, mama uległa. Unikała konfliktów, kompromis zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Robiłam podobnie. Wolałam przełknąć zupę z włosem w restauracji niż zachować się agresywnie, jak ojciec. Taka sama byłam wobec szefowej, wykorzystywała mnie, a ja nigdy nie powiedziałam jej „nie”. Jak miała mnie szanować, skoro przemykałam skulona obok niej i ciągle załatwiałam za nią sprawy?

– Człowiek, który gra w życiu ofiarę, unika konfliktów, bo są dla niego zagrażające – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholog i psychoterapeutka. – Najczęściej w dzieciństwie, w domu i w szkole, nauczył się, że ta rola przynosi jakieś korzyści, pozwala mu przetrwać. Może wydaje mu się, że jest bardziej lubiany? Nikt nie musi się go bać? Jest przecież taki dobry, wymaga pomocy, a ludzie uwielbiają pomagać… Największym sukcesem jest zobaczenie tego mechanizmu u siebie. Powiedzenie sobie: „Są chwile, w których zachowuję się, jakbym w ogóle nie miała swojego zdania. Nie potrafię postawić komuś granicy i czuję się potem źle”. Jeśli „ofiara” zobaczy, co traci przez swoją życiową postawę, łatwiej będzie jej się zmienić. A traci czasem lepszą pracę, czasem szacunek u innych. Sabotuje swoją niezależność i blokuje rozwój.

Ja to wiem lepiej, czyli gdy zamieniasz się w rodzica

Przyjaciółki nazywają Karolinę potworem. Niby żartobliwie. „Oj, nie mów Karolinie, bo znów będzie pouczać” – szepczą między sobą.

– Zawsze byłam dumna z tego, że taka jestem. Ostro wyrażam swoje zdanie, nie daję sobie w kaszę dmuchać. Odnoszę sukcesy. Jestem ogarnięta. Jasne, gdzieś słyszałam, że się mądrze, nie dopuszczam cudzych racji. Ale uważałam to za zwykłą zawodową zazdrość – opowiada 40-letnia Karolina. – Przełomem był rozwód. Mąż zdradził mnie nie z młodszą i ładniejszą, ale ze starszą ode mnie sekretarką. „Bo ona mnie nie krytykuje, czuję się przy niej sobą” – powiedział podczas sprzeczki. Nienawidziłam go za to. Jak to?! Przecież to ja pomogłam mu znaleźć pracę, ja mówiłam, jak ma się zachowywać na rozmowach, dzięki mnie zmienił styl ubierania się, w końcu założył firmę. Kubeł zimnej wody wylały na mnie przyjaciółki. Usłyszałam, że krzyczałam na niego, pouczałam go, że i tak długo był święty. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo i mamę, która wciąż stawiała nas po kątach. Ojciec był jej kompletnie podporządkowany. Naprawdę byłam jak ona? Byłam… Co więcej, nie tylko wobec eksmęża. Ale w ogóle ludzi: „Dlaczego pani mi tak zapakowała wędlinę? Trzeba inaczej”, „Rzuć tego faceta, jak można się tak szmacić?”, „W tym wieku chcesz iść na psychologię? To szaleństwo!”, „Jak mogłaś wobec niej tak postąpić?”. Jednocześnie w towarzystwie matki wciąż potrafiłam się zachowywać jak dziewczynka. Przez pół roku ukrywałam przed nią rozwód, żeby nie usłyszeć: „To twoja wina, co z ciebie za żona?!”.

– Krytyczny rodzic w nas ma w dzisiejszych czasach ogromne pole do popisu, przecież zawsze możemy coś poprawić, być w czymś doskonalsi. Poza tym to najlepiej znamy z domów – opowiada Magdalena Nowak-Strelnikov. – Dlatego tak trudno nam się powstrzymać, żeby nie oceniać innych. Poza tym krytykę mylimy z miłością i troską. „Przecież mama mówiła, że mnie kocha, a potem wrzeszczała, że beznadziejnie się uczę”. Gdy krytyczny rodzic jest w nas dominujący, nie potrafimy budować zdrowych relacji z innymi, a przede wszystkim męczymy siebie, bo przecież inni zawsze mogą od nas odejść, co zresztą często się dzieje.

– Wobec siebie też byłam surowa. Dręczyłam się milion razy dziennie. „Ty kretynko, jak mogłaś być tak głupia?!”, „Masz 30 lat i jeszcze nie jesteś słynną panią prezes? To po co kończyłaś prawo i zarządzanie? Wstyd!”, „Nie dziwię się, że dzieci cię nie słuchają, jak można być tak beznadziejną matką?!” – opowiada Magda. – Im bardziej dręczyłam siebie, tym bardziej byłam nieznośna dla innych.

Wszystko muszę sama, czyli gierka pani perfekcyjnej

– Telefon dzwoni, nie odbieram. Widzę, że to Kaśka, ale jest mi niedobrze, kiedy o niej myślę – opowiada Marzena, 36 lat. – Wieczna ofiara, beztroska i niedostrzegająca, jak inni się poświęcają. Oddycham głęboko i wracam do punktu wyjścia. Czy ona mnie wykorzystała, czy ja za bardzo się poświęcałam? Odbierałam jej dzieci z przedszkola, sprzątałam i gotowałam, gdy miała depresję, robiłam tort na urodziny, bo ona „nie ma głowy do takich spraw”. „Powiedz jej, co czujesz” – radził mąż. A ja milczałam, bo przecież przyjaźń to pomaganie. Zresztą mężowi też nie potrafię nic powiedzieć. To z jego powodu poszłam kiedyś do psychologa. Wyrzuciłam z siebie całą złość na jego brak pomocy. Usłyszałam: „A poprosiła go pani?”. Na początku chciałam trzasnąć drzwiami, wyjść. Przecież nie za takie porady płacę. Ale potem pomyślałam, że ja nikogo o nic nie proszę. Wstaję o piątej, ogarniam dom, robię dzieciom śniadanie, zawożę, jadę do pracy, wracam, odbieram dzieci. Lekcje, zadania, sprzątanie, gotowanie... O trzeciej w nocy potrafię wstać, bo przypomniałam sobie, że nie wywiesiłam prania albo nie skończyłam prezentacji. Do tego jestem wiecznie uśmiechnięta. Długo dawało mi to siłę, poczucie sprawczości. Dziś jestem już tym strasznie zmęczona. Co więcej, czuję agresję do ludzi, choćby do takiej Kaśki. Nie chcę, żeby mnie wykorzystywali.

– Perfekcjonizm to ogromna pułapka – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov. – Stoi za nią często lęk przed słabością, bezradnością. Nienawidzimy jej u siebie, ale też u innych. Takie osoby mają podświadomy lęk przed tzw. pochłonięciem, czyli nawiązaniem z kimś bliskiej i prawdziwej relacji – perfekcjonizm to tylko narzędzie: „Nie zbliżaj się, jestem idealna”. Oczywiście, to prawie nigdy nie jest świadome. Nieświadome jest też ranienie innych, bo przecież gdy taka perfekcyjna przyjaciółka czy partnerka nagle znikną z naszego życia, jesteśmy w szoku. „Wydawała się zadowolona, że robi mi tort, pomaga przy dzieciach, siedzi w domu. Nigdy nie narzekała”. A w niej nakręcała się podskórna bomba złości, która w końcu wybuchła, raniąc wszystkich – także ją samą. Ludzie perfekcyjni często czują się samotni. Niemówienie innym o swoim żalu, smutku czy złości jest pewną formą przemocy psychicznej: „Ty przeżywasz emocje, ja nie”. Nie tylko odcinamy się wtedy od swojego wnętrza, ale też nie dajemy sobie i drugiej osobie szansy na zmianę.

Och, przecież nic się nie stało, czyli jakie plusy ma bycie wiecznym dzieckiem

– Zabawa i zabawa. Tak od lat traktuję mężczyzn. Potrafię umawiać się z kilkoma jednocześnie, każdy zaspokaja mi inne potrzeby – opowiada 30-letnia Katarzyna. – Do pewnego momentu sprawiało mi to przyjemność, dawało poczucie władzy i kontroli. Miałam lepiej niż koleżanki, które żyły w nudnych związkach. Ale ostatnio dobił mnie komentarz przyjaciela: „Ty używasz ludzi”. Najpierw poczułam się okropnie, potem zaczęłam zastanawiać się, czy on nie ma racji. Jestem niby blisko z każdym, a tak naprawdę z nikim. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja?

– Dziecko w nas ma różne twarze – mówi Magdalena Nowak-Strelnikov. – Bywa uległe, bo boi się kary surowego rodzica, czasem jest spontaniczne i radosne, a niekiedy nieznośne i roszczeniowe. To nieznośne dziecko myśli tylko o swoich potrzebach, jest impulsywne, egoistyczne. I pogrywa innymi, by osiągnąć swój cel. Najczęściej takie zachowanie wynika z lęku przed odpowiedzialnością, zrozumieniem, że dorosłe życie polega na dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.

W tę grę często grają nieodpowiedzialni mężowie i żony z głową w chmurach. W przeszłości albo obserwowali kogoś nieodpowiedzialnego, albo sami nauczyli się, że to najlepsza metoda na życie („nie muszę brać odpowiedzialności za innych, ale dzięki nim mogę się dobrze czuć”). To jak mieć ciastko i zjeść ciastko, ale do czasu, bo rola dziecka, podobnie jak każda inna, w końcu zaczyna ciążyć.

Trzy osoby w nas

To tylko kilka przykładów gier, w które gramy na co dzień z innymi, ale też z samymi sobą. Początkowo coś nam dają w relacjach, coś załatwiają lub ułatwiają – lepsze traktowanie, sympatię, współczucie. Po jakimś czasie jednak stają się zbyt uciążliwe – wymagają zakładania ciągle tej samej maski, stałej czujności i tłumienia emocji. Oddalają nas od innych i od siebie samych.

– Wszyscy w jakimś sensie udajemy, dlatego nie demonizowałabym gier międzyludzkich – uspokaja Magdalena Nowak-Strelnikov. – W psychologii wolimy nazywać je transakcjami, czyli wymianami komunikacyjnymi. Jak to wytłumaczyć prościej? Nasze „ja” składa się z trzech części, które w analizie transakcyjnej nazwano: rodzicem, dzieckiem i dorosłym. Dziecko w nas odpowiada za potrzeby, pragnienia, atawizmy. Dorosły pozwala nam kontaktować się z rzeczywistością. Dzięki niemu oceniamy, kim jesteśmy, w jakim punkcie życia się znajdujemy. Rodzic to z kolei nasze normy i zasady, przekonania, co wolno, a czego nie. To, jak kontaktujemy się z ludźmi, nawiązujemy z nimi relacje, zależy od tego, jak te trzy części w nas funkcjonują. Przy różnych ludziach wchodzimy w różne role. Wobec niektórych jesteśmy ulegli jak dziecko, wobec innych zachowujemy się jak rodzic. Matkujemy im albo pouczamy ich jak surowy ojciec. Przy jeszcze innych zachowujemy się jak dorośli i komunikujemy się po partnersku. Te wszystkie części w nas są, a w określonych sytuacjach uruchamiamy jedną z nich – najważniejsze, by wybrać tę najwłaściwszą.

Gdy mamy czas wolny, dziecko w nas pozwala odpocząć i cieszyć się chwilą, ale gdy trzeba będzie zajmować się sprawami urzędowymi, dorosły sprawi, że zachowamy się dojrzale. W innych sytuacjach, na przykład wobec córki czy syna, kontrolę przejmie rodzic. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna z postaci zaczyna dominować. Wtedy nie tylko mamy kłopot z budowaniem zdrowych relacji, ale też nieświadomie ranimy siebie. Ważna jest właśnie ta nieświadomość, bo my najczęściej nie wiemy, że w ogóle w coś gramy. Złościmy się na innych, a sami sprawiamy, że traktują nas tak, a nie inaczej.

– Na szczęście każdy może zrozumieć gry, w które gra. Uświadomić sobie, co mu dają, co blokują – mówi psychoterapeutka. – Najtrudniejsze może być wyłapanie gry, którą uprawiamy najczęściej. Nie zawsze jest ona tak oczywista. Dlatego polecam książkę „W co grają ludzie” Erica Berne'a – to jedno z pierwszych, świetnych opracowań dotyczących gier transakcyjnych, kopalnia wiedzy o nas samych. Przeczytanie jej może być pierwszym krokiem do zmian. I budowania autentycznych relacji z ludźmi

  1. Styl Życia

Katarzyna Kasia - nigdy więcej

Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Katarzyna Kasia: Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać. (Fot. Adam Tuchliński)
Filozofka, którą pokochało społeczeństwo. Katarzyna Kasia w „Szkle kontaktowym” w TVN24 poczuciem humoru rozbraja najtwardszych. Namawia do dialogu i przekonuje, że więcej nas łączy, niż dzieli. A jeśli dzieli nas wszystko, to przynajmniej razem się z tego śmiejmy.

Kiedy mówiłem, że robię z panią wywiad, słyszałem: „z naszą Kasią?”. Często pani to słyszy?
Na jednej z demonstracji starsza pani wręczyła mi znaczek „Konstytucja” i cukierka, mówiąc: „Fajnie, że jesteśmy razem”. Reprezentowała Polskie Babcie. Jest w nich siła, determinacja, dystans. Walczą o Polskę dla wnuków. Tyle razy dostały po głowie, przeżywały przełomy, cieszyły się, że sklepy przestały być puste, że Polska jest w Unii Europejskiej. „Konstytucja” i cukierek wyrażają spełnione nadzieje. Miło jest wspólnie w tym być, bo tak samo jak ja jestem widzów, to oni są moi.

Jest pani filozofką, której społeczeństwo słucha z uśmiechem, i to naprawdę słucha.
Od lat wykładam na wyższej uczelni. Niełatwo zdobyć uwagę stu osób, mówiąc o filozofii starożytnej. Chcę, by rozumiała moja córka, by rozumiały moje koleżanki, moi studenci i widzowie. Dopóki nie jestem w stanie powiedzieć o czymś prosto, wolę się nie odzywać.

Czuje pani odpowiedzialność za Polskę?
Zapewniła mi wykształcenie. Mam poczucie, że powinnam oddać tę wiedzę. Dlatego wykładam w szkołach publicznych. Tak rozumiem patriotyzm.

A humaniści – już nawet to słowo wypowiadam, przepraszając – nie wstydzą się poczucia misji?
Nastały czasy jednoznaczności. Ludzie mówią od razu wielkimi literami. Tymczasem humanistyka opiera się na wątpliwościach. Dopuszczamy, że możemy nie mieć racji. Wykład noblowski Olgi Tokarczuk był o tym. Błona fotograficzna wystawiona na światło reaguje w zależności od tego, jak jest czuła. A ponieważ jesteśmy bardzo czuli, łapiemy mnóstwo półcieni, niewidocznych elementów. Zamiast czerpać przyjemność z niuansów, wstydzimy się.

Filozofka może odmienić naszą sytuację?
W czasach radykalnego pogłębiania podziałów filozofka zadaje pytanie, czy aby na pewno są tak wyraźne. W tej chwili bardzo trudno rozmawiać z kimś, kto ma inne poglądy polityczne. Gdybyśmy nie byli tacy czarno-biali, zobaczylibyśmy, że powodów do konfliktu jest o wiele mniej. To polityka sprzedaje nam pakiety myślowe – zestawy: mały liberał, mały nacjonalista. W nich jest wszystko – ubranie, język, sposób widzenia świata, stosunek do polityki wewnętrznej i międzynarodowej, wartości rodzinne. Ludzie tacy nie są, mogą rozpakować pudełko i zdecydować, co wyjmą. Nie powinniśmy brać całości, chociaż to wygodniejsze, bo elementy są spójne i mamy pokusę, żeby wszystko było jasne i oczywiste.

Naprawdę więcej nas łączy?
Mimo różnych poglądów na politykę czy polską tradycję zawsze jest przestrzeń do rozmowy. Może to być sport, jazda samochodem, kompot śliwkowy albo sernik. Wiele razy spotykałam ludzi, których poglądów nie podzielałam, ale nawet przy radykalnej różnicy udawało się rozmawiać. Wystarczy minimalne poczucie humoru, żeby dostrzec śmieszność takiej sytuacji. Świadomość, że już nic nas nie łączy, może być inspirująca. Henri Bergson mówił o grzeczności serca, empatycznym szukaniu porozumienia.

W którym momencie poczuła się pani obywatelką?
Kiedy odebrałam dowód osobisty, żeby zagłosować w referendum konstytucyjnym. Wreszcie i ja mogłam wrzucić małą kartkę do urny. Chciałam głosować, odkąd – mając 11 lat – poszłam z rodzicami na wybory 1989 roku. Byli szczęśliwi, wzruszeni, ręce im się trzęsły. Kiedy byłam w siódmej klasie, wprowadzono religię do szkół. Jako jedyna dziewczynka w szkole na nią nie chodziłam. Zostałam przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Bałam się, że dzieci mnie wykluczą, a one doceniły, że dokonuję własnych wyborów. Pracowałam dla dobra całej społeczności, co było ważną nauką.

Mniej więcej w tym czasie wzięła pani udział w dokumencie Krzysztofa Krauzego „Źródło”. Jako żydowska dziewczynka towarzyszyła pani w podróży do Białegostoku pochodzącemu stamtąd francuskiemu prawnikowi Samuelowi Pisarowi, ocalonemu z Holocaustu. Po latach opisała to pani w osobistym eseju o antysemityzmie.
Dzień po telewizyjnej emisji cała klatka schodowa była pokryta gwiazdami Dawida powieszonymi na szubienicach, napisami „Jude raus”… Zobaczyłam je, wychodząc do szkoły. Przestraszyłam się, ale i poczułam gniew. Urodziłam się w Warszawie, tu się wychowałam, mieszkam całe życie. Jakim prawem ktoś mówi, że mam się wynosić? Mój pradziadek zginął w Katyniu, był Żydem i polskim oficerem. Babcię wyrzucono w 1968 roku z Uniwersytetu Warszawskiego, była adiunktką na Wydziale Chemii. Mojej mamie pani od historii powiedziała, że nie zda matury, bo jest syjonistką. Zdziwiona przyszła do domu i dopiero wtedy usłyszała o żydowskim pochodzeniu. Przede mną już nikt niczego nie ukrywał. Byłam chyba naiwna, bo w ogóle nie rozumiałam, jak można być antysemitą. Nadal nie rozumiem.

Zrozumiała pani, jak bardzo można się bać?
To nie tylko mój strach, ale wszystkich poprzednich pokoleń, które doświadczyły potwornych prześladowań. Tuwim w pięknym tekście „My, Żydzi polscy” pisał, że jest Polakiem, bo jego nienawiść do polskich antysemitów jest większa niż do innych antysemitów. Bardzo dobrze to rozumiem, bo polski antysemityzm uderza mnie jako Żydówkę i jako Polkę. Chciałabym myśleć o Polsce jedynie dobrze. Jak zareagowałabym, gdyby coś takiego spotkało moją córkę?

Ma dzisiaj tyle lat, ile pani wówczas.
Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego o aborcji poszłyśmy na demonstrację. Stałyśmy na placu Zamkowym. Nagle usłyszałyśmy donośne męskie głosy, zobaczyłyśmy neofaszystowską bojówkę, biegła na nas. Ludzie zaczęli się cofać. Osłoniłam Ninę. Złapałam ją za rękę i odeszłyśmy dalej. Była przerażona, trzymała mnie mocno. To się działo w Warszawie w XXI wieku. Dlaczego moja córka musi mieć takie doświadczenie inicjacyjne? Polska dziewczynka musi zobaczyć faszystów, mając 13 lat? Przeżyć strach towarzyszący nam od pokoleń? Tak się wściekłam, że jeśli mogę coś zrobić, żeby w Polsce nigdy więcej nie było faszyzmu, antysemityzmu, bezsensownej przemocy, zrobię wszystko.

Jak pani poznawała rodzinną historię?
Czytaliśmy pamiętniki pradziadka. Dużo opowiedziała mi jego siostra, cudowna ciocia Lesia. Przeżyła w Warszawie drugą wojnę światową. Znaliśmy historię mojej babci. Tata, który w Marcu ’68, w proteście studentów, pobity przez ZOMO, omal stracił życie, powtarzał, że bardzo chciałby być Żydem. Pewnego razu poszłam do Zachęty na wystawę „I ciągle widzę ich twarze”, to zdjęcia żydowskich rodzin, w większości zgładzonych. Wśród nich zdjęcia rodziny o tym samym nazwisku, co mama mojego ojca. Powiedziałam szczęśliwa: „Tata, masz całkiem porządną żydowską rodzinę”. Zawsze miałam poczucie, że jednolita tożsamość ogranicza. Wśród przodków mam biskupa Kościoła protestanckiego. Mój tata był wiecznie wątpiącym chrześcijaninem, niestrudzonym badaczem Świętego Augustyna.

Jak dorasta się w domu historyków filozofii?
Mieliśmy bardzo dużo książek, które namiętnie czytałam. Było bardzo cicho. Tata nieustannie studiował dzieła, więc potrzebował ciszy. Nawet kiedy z bratem się kłóciliśmy, staraliśmy się robić to jak najciszej, żeby mu nie przeszkadzać.

Była pokusa, by krzyknąć?
Jasne. Zwłaszcza gdy się ma młodszego brata. Nieustannie z Jankiem toczyliśmy boje. Kiedy byliśmy mali, tata co wieczór nam czytał, naśladując głosy znanych aktorów, postaci z życia publicznego. Przeczytał nam całą klasykę – Trylogię Sienkiewicza, „Pana Tadeusza”, całego Moliera. A myśmy czerpali stamtąd wątki do naszych zabaw. Bawiliśmy się w Juranda i Krzyżaka, co było dość brutalne. Ale Sienkiewicz silnie oddziałuje na wyobraźnię dzieci.

Pani była Jurandem czy Krzyżakiem?
Zamienialiśmy się. Była taka scena, w której Jurand wchodzi do karczmy, a Krzyżak coś do niego mówi, i wtedy Jurand rzuca nim o ścianę. Krzyżakowi pęka czaszka, mózg się rozlewa, krew płynie po ścianie. Akurat w tej scenie każde z nas chciało być Jurandem. Kiedy tata kończył czytać „Pana Wołodyjowskiego”, a finał jest pełen napięcia, myśmy potwornie płakali, i tata też płakał, tak że nie mógł czytać. Przyszła mama, czytała i płakała, a potem znowu tata czytał. Na pewno dom miał wpływ na to, kim jestem. Nauczyłam się pokory wobec filozofii. Mama zajmowała się etyką, tata historią filozofii starożytnej i średniowiecznej, ale słowo „filozof” zarezerwowali dla Platona, Sokratesa, Arystotelesa, Kanta. Siebie określali nauczycielami filozofii. Kiedy po maturze wybierałam studia, tata powiedział, że musimy poważnie porozmawiać. Pierwszy raz tak serio. Usiedliśmy. Zapytał, co chcę robić. Odpowiedziałam, że zdawać do szkoły filmowej. Bardzo dużo rysowałam i chciałam robić filmy animowane. „No, tak. Ale to bez sensu. Jak z tego będziesz żyła? Z głodu umrzesz”. Byłam pod wrażeniem jego praktyczności. „A co zrobisz, jeśli się nie dostaniesz?”. „Pójdę na filozofię”. „To bardzo dobra decyzja. Będziesz miała zawód. Może nie nauczysz się wbijać gwoździ, ale dowiesz się, po co robić dziurę w ścianie. Będziesz miała w ręku najlepszy fach, jaki w ogóle można mieć. To studia, które na wszystko cię otworzą”. Od razu poszłam na filozofię, czego nigdy nie żałowałam.

Ojcu poświęciła pani bardzo osobisty esej „Kto obroni żydowskiego profesora?”.
Mój ojciec umarł wiele lat temu. Urodził się w 1934 roku w Warszawie. Mój dziadek był inżynierem, specjalistą od radia. W 1938 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii zgłębiać tajniki swojej specjalności. Tymczasem wybuchła wojna. Babcia z moim małym tatą przemierzyli pieszo drogę z Warszawy do Rzeszowa, gdzie jeden z jej braci był księdzem. Na plebanii przetrwali wojnę. Dziadek wrócił na początku lat 50. Nie poznałam go, minęliśmy się na świecie o kilka miesięcy. Dorastanie mojego taty musiało być trudne. Wybrał filozofię z tym przekonaniem, że to jedyny prawdziwy zawód. Miał ojca na Zachodzie, więc nie miał szans na uniwersytet. Poszedł na Wydział Mechanizacji Rolnictwa na Politechnice Warszawskiej, bo przyjmowali wszystkich. Trafił do studenckiego teatru Stodoła. Po roku dostał się na wymarzoną filozofię, ale pozostał w Stodole. Przez całe życie wspominał tournée z „Ubu Królem”, w którym grał Generała. W 1968 roku był młodym asystentem z obronionym doktoratem i zaczęły się wydarzenia, które zmieniły jego życie. Z uczelni wyrzucono Leszka Kołakowskiego, jego wielkiego przyjaciela i mistrza. Wydział Filozofii zamknięto. Ojcu sugerowano wyjazd z Polski, ale nie chciał, pamiętając, że jego ojciec nie mógł tu wrócić. Wielopokoleniowa, wielowątkowa historia nawarstwiającej się traumy.

Wydaje się naturalne, że została pani pełnomocniczką uczelni do spraw równouprawnienia.
Kiedy pierwszy raz weszłam na uczelnię, żeby uczyć studentów, poczułam się w stu procentach u siebie. Od 12 lat pracuję na ASP. Bardzo lubię naszych studentów. To wyjątkowe, bardzo kreatywne osoby o szerokich horyzontach. W pewnym momencie uświadomiłam sobie jednak, że w szkole wydarzały się sytuacje, które nie powinny mieć miejsca. Dlatego z grupą studentów postanowiliśmy przedstawić projekt działań anty­dyskryminacyjnych. Wyższe uczelnie są autonomiczne po to, by nie wykluczać, nie poniżać. Nie są miniwersjami świata, jaki jest wokół. Tymczasem ludzie przenoszą złe schematy. Mało co mnie tak wkurza, jak usprawiedliwianie niegodnych zachowań tym, że „zawsze tak było”. Często mówią tak osoby krzywdzące innych. W logice wnioskowanie przez analogię jest zawodne. Nie można na podstawie czegoś, co się kiedyś działo, zakładać, że znowu tak będzie.

Ostatnio motorem wielu działań stał się gniew. Dlaczego?
Gniew stał się reakcją na władzę, która nie przestrzega praw człowieka. Nie jest uogólniony, nie każe wybijać okien przypadkowym ludziom, ale skierowany jest właśnie na władzę, którą chcemy zmienić. Próbowaliśmy na wiele sposobów negocjować, rozmawiać, szukać porozumienia. To się nie udało. Ten gniew nie jest punktem wyjścia. Jest punktem dojścia, dojrzałością do działania. Jest w nim potencjał do zmiany, ale trzeba uważać, komu zaufamy i za kim pójdziemy. Kiedy gniew stanie się zbiorowy, może zostać przez kogoś zawłaszczony. To, co dzieje się w Polsce, to dopiero początek gniewu. W ostatnich protestach wzięło udział wielu młodych ludzi. Jest nadzieja, bo mają duże poczucie wpływu na świat, którego często brakuje innym grupom społecznym. Kluczowe też jest zaufanie. Władza robi wiele, żebyśmy go do niej nie mieli. Sobie też nie ufamy. Musimy zadbać o wpływ na własny los i odbudować zaufanie, żeby Polska znów stała się poważnym państwem w Unii. Musimy nauczyć się budować, bez względu na to, kto rządzi.

Boi się pani o nasze miejsce w Unii Europejskiej?
Prawo do bycia we wspólnocie jest podstawowe. Pamiętam noc akcesji. Byłam w Turynie, pisałam doktorat. Z dwojgiem przyjaciół umówiliśmy się, że wypijemy szampana. Podszedł kelner, słysząc naszą rozmowę, odpowiedział po polsku. Kolega komentował: „Oni teraz muszą się nauczyć podstawowych zwrotów, bo już jesteśmy Europejczykami”. Kelner oczywiście okazał się Polakiem. A potem pojechaliśmy popatrzeć na nasze ciepłe Morze Śródziemne, bo już było nasze. Nad ranem wracaliśmy do Turynu, zatrzymując się na każdej stacji benzynowej i kupując gazety. Na tylnym siedzeniu zgromadził się ich spory stos, a pierwsze strony obwieszczały to, co zmieniało nasze życie w stu procentach.

Skąd u pani Włochy?
Ta miłość zaczęła się w Liceum Batorego. Miałam wymagającą nauczycielkę, ale po czterech latach czytałam w oryginale Pirandella czy Buzzatiego. Zaczęłam jeździć do Włoch. Odkryłam południe. To nie tylko upał, słońce i niebieskie morze, ale trud, praca. Bardzo kocham Sycylię, Kalabrię, więc sam czubek buta. Lampedusa pisał w „Gepardzie” [w Polsce powieść znana też pod tytułem „Lampart” – przyp. red.], że na Sycylii każda kropla wody okupiona jest kroplą ludzkiego potu. Widziałam wypalone słońcem pustkowia. Życie wymaga tam innego rytmu. Pierwszy raz pojechałyśmy z mamą na Sycylię na początku moich studiów. Na lotnisku w Katanii wypożyczyłyśmy samochód. Jechałyśmy jak zaczarowane bocznymi drogami, gajami oliwnymi i cytrynowymi. Poprosiłam, by zatrzymała samochód. Powietrze wibrowało od gorąca. W rowie leżała gigantyczna cytryna. Podniosłam. „Mamo, chcę już tutaj zostać na zawsze”. Na słupie było wypłowiałe ogłoszenie o wynajmowaniu domków. Pojechałyśmy. Otworzyła starsza pani. Była pora sjesty i bardzo, bardzo gorąco. Powiedziała, że nie ma domu do wynajęcia, „ale teść córki, która tutaj leży, bo jest w zagrożonej ciąży, ma”. Pół godziny później była tam cała wielka sycylijska rodzina. Dom wynajęłyśmy. Z rytmem południa nie wolno walczyć, bo to rytm natury. Trzeba go poznać, dostosować się, żyć z nim w zgodzie. Bardzo za nim tęsknię, ale też za patrzeniem na morze, bo dużo człowiekowi daje. Tęsknię, bo wszystko zostało zatrzymane.

W „Szkle kontaktowym” komentuje pani polityków. Nie ma pani ochoty powiedzieć im czegoś wprost?
Czasem aż chciałabym podejść i powiedzieć: „Czy mógłby pan zrobić krok do tyłu i posłuchać, co mówi, zachowując przy tym kamienną twarz i powagę? Jeżeli może pan to zrobić, to już nie ma dla pana ratunku. Ale jeśli się pan uśmiechnie, to wciąż mamy przestrzeń do dialogu”. 

Katarzyna Kasia – filozofka, absolwentka Wydziału Filozofii i Socjologii UW, stypendystka włoskiego MSZ i The Kościuszko Foundation, visiting scholar w Princeton University. Na ASP w Warszawie prowadzi zajęcia z historii filozofii, estetyki i filozofii kultury. Komentatorka „Szkła kontaktowego” w TVN24, prowadzi poranne audycje w Radiu Nowy Świat.

  1. Psychologia

Zranione wewnętrzne dziecko - jak sobie pomóc?

Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i
Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i "zamiecione pod dywan" manifestują się w naszej codzienności (fot. iStock)
„Gdzie twoja godność, córko? Kim jest kobieta bez dziecka?” – pytała moja matka. Czułam, że ją zawiodłam – opowiada 42-letnia Sylwia, malarka.

Byłam szczęśliwą dziewczyną. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem, cieszyliśmy się sobą, życiem i naturą. Dużo podróżowaliśmy, poszukując inspiracji – mąż do architektonicznych projektów, ja do swoich obrazów. Rozstawiałam sztalugi, gdzie to tylko było możliwe, i malowałam. Tak beztrosko płynęliśmy przez pierwsze lata małżeństwa.

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, zaczęliśmy się starać o dziecko. Choć regularnie miesiączkowałam i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, nie mogłam zajść w ciążę. Oboje poddaliśmy się szczegółowym badaniom, ale nie wykryto żadnej przyczyny – z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mieli dziecko. Nie pomogła też terapia hormonalna. Zaczęłam próbować różnych form psychoterapeutycznych, uczęszczałam do laboratorium psychoedukacji, jeździłam na warsztaty rozwoju. A mój zegar biologiczny nieubłaganie wskazywał lat 36, 37, 38...

Ostatni dzwonek!

Rodziła się we mnie gotowość do wejścia w terapię indywidualną. Czułam potrzebę spotkań z terapeutą, który zajmie się wyłącznie mną i problemem mojej bezpłodności. Chciałam zobaczyć swój cień, nazwać wszelkie mroki w sobie, choć zdawałam sobie sprawę, że to może być droga długa i bardzo trudna.

Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Pomogła mojej przyjaciółce, słyszałam o niej dużo dobrego. Zastanawiałam się, czy to jest osoba, którą potrafiłabym prywatnie polubić? Nie cenić, bo nie chodziło mi tylko o profesjonalizm, ale właśnie polubić. To było dla mnie ważne, wiedziałam, że inaczej szybko wezmę nogi za pas.

Ale polubiłam tę kobietę już podczas pierwszej sesji: serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru... nie jakaś guru, tylko taka z krwi i kości. Matka trójki dzieci.

Terapia trwała dwa lata i była bardzo intensywna: jedna lub dwie sesje w tygodniu, każda po prawie dwie godziny. Nie miałam pojęcia, jaką metodą mnie prowadzi, ale to nie było dla mnie istotne. Dziś wiem, że korzystała z bardzo wielu różnych metod terapeutycznych, m.in. technik NLP, metody ericsonowskiej i behawioralno-poznawczej. Ta ostatnia okazała się dla mnie kluczowa.

Jedna wielka ściema

Weszłam do gabinetu, usiadłam i powiedziałam, że przyszłam z problemem braku dziecka. Bardzo chciałabym je mieć i nie wiem, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Zbliżam się do 40., słyszę ostatni dzwonek...

Pierwsze zdanie terapeutki brzmiało: „Nie będziemy, Sylwio, pracować nad dzieckiem. Będziemy pracować nad tym, żebyś – bez względu na to, czy będziesz je miała, czy nie – była szczęśliwa. Czy to ci odpowiada?”. Poczułam ogromną ulgę. Boże, czy to znaczy, że wcale nie muszę mieć dziecka, by poczuć się szczęśliwa?

To był bardzo dobry trop. Terapeutka chciała się najpierw przekonać, czy moja rozpacz jest na pewno związana z tym, że nie mam dziecka. Badała, dlaczego tak strasznie chcę je mieć. Jaka energia za tym stoi. Bo mnie nie rozpierała zazdrość, że inne kobiety mają potomstwo, a ja nie. Nie ściskało w gardle na widok czyjegoś maleństwa, kompletnie nie...

Terapeutka pytała o sprawy bieżące, ale powoli wydobywała ze mnie to, co działo się w moim życiu wcześniej, sięgała coraz dalej w przeszłość. Dużo pracowałyśmy w wizualizacji. Wprowadzała mnie w stan relaksu, rozluźnienia, bym mogła łatwiej przywołać sytuacje, które działy się w przeszłości. Prosiła: „Wyobraź sobie, że w twoim sercu jest pokój, a w nim ty jako mała dziewczynka. Wchodzisz do tego pokoju i kontaktujesz się z nią. W jakim jest nastroju?”.

Moja wewnętrzna dziewczynka siedziała zawsze w ciemności, smutna, zalękniona... Wtedy obejmowałam świadomością to zrozpaczone, opuszczone dziecko, które nosiłam w sobie. Wzbudzało we mnie współczucie i zrozumienie, więc przygarniałam je do siebie – tę zaniedbaną część mnie.

Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf) Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf)

 

Terapeutka badała, w jakich sytuacjach czułam się mocna, wolna, otwarta, zdolna się kimś zaopiekować, kreatywna, spełniona – bo taki aspekt też przecież we mnie był. Za pomocą technik NLP kontaktowałam się ze swoim potencjałem, a odwołując się do wspomnień, wzmacniałam go – jak gdyby kotwiczyłam  życiowe zasoby, zdolności i umiejętności. Chodziło o wydobycie, a następnie połączenie dwu części mnie – tej zaniedbanej i tej silnej – po to, by wzajemnie mogły się sobą zaopiekować. Dlaczego? Bo okazało się, że tak naprawdę to ja płaczę nie nad brakiem własnego potomka, ale nad sobą – kondycją swojego wewnętrznego dziecka. Moja rozpacz wynikała z potrzeby zatroszczenia się o siebie. Reszta to była jedna wielka ściema. Wcześniej wydawało mi się, że mam potężny potencjał: troski, czułości, uwagi, którym jako matka pragnę obdarować dziecko. A już po kilku sesjach wiedziałam, że ja tych uczuć nie mam dla samej siebie. Przez dwa lata terapii uczyłam się przede wszystkim opiekować swoją wewnętrzną dziewczynką.

Zawiodłaś mnie

Było we mnie dziecko – zranione, upokorzone, które przeszło w dzieciństwie przez prawdziwe piekło: ojciec alkoholik, przemoc fizyczna w domu, rozwód rodziców. A kluczowa w terapii okazała się relacja z matką.

Kiedy byłam dziewczynką, matka zajmowała się głównie mężem alkoholikiem, a ja czułam się samotna, opuszczona, wystraszona – nie wiedziałam, co się naprawdę dzieje. Dlaczego wciąż są w domu awantury, słychać krzyki matki, ojciec bije i ją, i mnie. Siedziałam skulona w ciemnym pokoju, przerażona. Na sesjach powracałam do sytuacji, które wbiły się w moją pamięć jako tragiczne. Terapeutka inscenizowała rodzaj psychodram, podczas których wydobywałam z pamięci najważniejsze osoby w swoim życiu. To były dla mnie bardzo trudne chwile, łzy lały się strumieniami. Ale mówiła, że muszę te traumy przepracować, by się od nich uwolnić.

Moje relacje z matką nie poprawiły się, kiedy wyszłam za mąż. Zaczęła napierać na mnie i powtarzać: „Kobieta musi mieć dziecko, bez niego nie jest kobietą”. Była bardzo religijna, więc wymyślała cuda, co muszę zrobić: „Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy i prosić Matkę Boską o dziecko. Albo przez pół roku przyjmować codziennie komunię świętą. To był swoisty mobbing. Mówiła: „Nie jesteś taka, jakbym chciała! Zawiodłaś mnie, haniebnie! Nie mogę pochwalić się wnukami, nie mam rodziny i jestem nieszczęśliwa”. Kiedy pytałam: „Mamo, dlaczego ty mi tak mówisz, przecież to mnie bardzo boli!? Nie mów tak”, odpowiadała: „Mogę ci powiedzieć wszystko, bo jestem twoją matką!”. A już kompletnie mnie ścięło, kiedy usłyszałam, że wybaczy mojemu ojcu całe zło, jeśli zajdę w ciążę.

Mój stan umysłu był taki: „Haniebnie zawiodłaś własną matkę, najbliższą osobę, tę która cię stworzyła. Przez ciebie nie może w pełni cieszyć się życiem”. To była motywacja do posiadania dziecka, dźwigałam ciężki bagaż.

To nie był mój dramat

Alice Miller – francuska psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej – pisze, że dziecko, które doznało w dzieciństwie przemocy, jest w gorszej sytuacji niż więzień obozu koncentracyjnego. Bo więzień miał towarzyszy, a dziecko, które doświadcza przemocy od obojga rodziców, jest kompletnie samo. Ja podczas terapii dogrzebałam się, dokopałam do tego swojego obozu koncentracyjnego, wyciągnęłam z niego tę zrozpaczoną, zranioną dziewczynkę i... mocno ją ukochałam.

Dopóki tego nie zrobiłam, nie mogłam stać się dojrzałą kobietą. Dopiero teraz patrzę na stan świadomości swojej matki jako na stan odrębny: ona taka jest, tak ją ukształtowała religia, kultura... Szanuję to, rozumiem i... potrafię współczuć, bo wiem, że ona nadal cierpi, patrząc na córkę, która nie ma dziecka, i nadal uważa mnie za kobietę ułomną. Patrzę na nią jak na osobę cierpiącą i... kocham ją. Ale ja jestem Sylwia, dojrzała kobieta, mam swoje życie i to, jakie ono będzie, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego zadałam sobie pytanie: „Czy ja chcę mieć dziecko na pewno dla samej siebie? Terapia uświadomiła mi, że to, iż go nie mam, nie jest moim dramatem, lecz mojej matki.

Zeszyty pełne myśli i uczuć

Kiedy ktoś w dzieciństwie przebył tak trudną drogę, to jego wyzwolenie się ze wszystkich traum wymaga czasu, uwagi i miłości. Dlatego poza sesjami zapisywałam swoje myśli, emocje i potrzeby w formie rozmów ze swoim  wewnętrznym dzieckiem. Robię to do dziś, już jako dojrzała kobieta, która potrafi się o nie zatroszczyć. To bardzo ważne narzędzie terapeutyczne. Mam grube zeszyty takich rozmów.

Kiedy moja wewnętrzna dziewczynka wpada w gorszy nastrój, gdy czuje się opuszczona, samotna, pocieszam ją: „Dziewczynko, wiem, znowu jesteś zrozpaczona, znowu coś niedobrego się stało, ale poradzimy z tym sobie, jestem przy tobie, przytulam cię, już nie jesteś sama, będzie dobrze”. Pytam: „co by ci pomogło?”. Czasami idziemy sobie do lasku brzozowego, bo ona bardzo lubi drzewa, ptaki – przyroda ją uspokaja, wycisza. Oczywiście, zdarza się, że mówię: „No jak ja mogę teraz pójść do lasu i leżeć pod brzozą, kiedy mam tyle pracy”. Wtedy dziewczynka: „Poleżymy sobie tylko pół godziny i wykonasz potem tę pracę szybciej i lepiej”. Ma rację. Kiedy damy sobie czas, żeby negatywne uczucia przepłynęły, wszystko idzie dużo sprawniej. Czasem trzeba zatrzymać i wsłuchać w swoje uczucia, emocje, potrzeby, których – jak podkreślała terapeutka – nie słyszą dzieci traktowane w dzieciństwie przemocowo.

Jestem matką

Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz mocniejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza. Uświadomiłam sobie, że bycie matką to potencjał – energia troski, miłości, opieki, oddania, czułości, który we mnie jest. Tę matczyną energię mogę wnosić w życie innych ludzi – swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. I ich dzieci – świat potrzebuje dobrych, mądrych ciotek. Mogę też być matką dla własnych pomysłów, projektów, twórczości, obrazów, które kocham malować. Dla swoich domowych zwierzaków. A przede wszystkim dla siebie i mojej wewnętrznej dziewczynki. Kiedy troszczysz się o coś, jesteś matką.

Dziś nie ma we mnie odrobiny żalu o to, że nie posiadam własnego dziecka. Akceptuję to, co mi się przydarza. Przyjmuję i cenię dary, jakie otrzymuję od życia. Jestem dojrzałą, spełnioną i szczęśliwą kobietą. To efekt indywidualnej terapii i pracy nad sobą.