1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pułapki perfekcjonizmu - mam prawo do błędów

Pułapki perfekcjonizmu - mam prawo do błędów

fot. iStock
fot. iStock
Perfekcjonista nie potrafi znieść własnych niepowodzeń. Tymczasem porażki to także ważne doświadczenia. Pomagają odnaleźć swoją drogę, odkryć, kim jesteśmy.

Joanna, lat 36, architektka, samotnie wychowuje czteroletniego Błażeja. Rozmawiamy w jej mieszkaniu, nowocześnie urządzonym, wychuchanym, wydmuchanym, jak z folderu. Ona sama komponuje się w jego wnętrzach niczym modelka – atrakcyjna blondynka, w markowych ciuchach, modnej fryzurze. Postrzegana przez współpracowników biura projektowego (którego jest współwłaścicielką) jako ideał szefowej i koleżanki – przemiła, uczynna, poukładana. Nikt nie wie, że od dwóch lat leczy się z depresji. Z przymusu robienia wszystkiego perfekcyjnie. Z bycia najlepszą z najlepszych.

Nie potrafi powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Na pewno ujawniło się z całą jaskrawością w szkole. Nauczycielka polskiego, której była pupilką, powiedziała kiedyś do klasy: „Nawet nie wiecie, co posiadacie – królową Midas, bo czego się dotknie, zamienia w złoto”. Wtedy akurat wygrała konkurs wiedzy o teatrze, zwyciężała w turniejach, olimpiadach, pisała najlepsze wypracowania, pięknie rysowała, śpiewała, była dobra zarówno z przedmiotów humanistycznych, jak i ścisłych. Obowiązkowa, punktualna, odpowiedzialna. Duma rodziców. Ale, jak twierdzi, to nie było tak, że ktoś przymuszał ją do pracy.

– Przymuszałam się sama, od dziecka – mówi. – W pokoju musiał panować idealny porządek, lekcje musiały być odrobione, ubrania na jutro przygotowane, inaczej nie zasnęłam. Potem tę potrzebę bycia w porządku przeniosłam na inne sfery życia – na kontakty z rówieśnikami, dorosłymi, ale głównie na swoje ciało. Ćwiczyłam się w osiąganiu pewnych stanów, wmawiając sobie na przykład, że jest mi ciepło, podczas gdy tak naprawdę było mi zimno. Że nie chce mi się jeść, gdy byłam głodna. Że nie boli, gdy zwijałam się z bólu. Nie uwierzysz, ale autosugestia okazywała się naprawdę skuteczna. Tak się jednak w tym katowaniu siebie zagalopowałam, że już nie umiałam inaczej. Na terapię poszłam po rozpadzie mojego związku, kiedy uświadomiłam sobie, że z nikim nie potrafię żyć pod jednym dachem. Zrobiłam to przede wszystkim dla Błażeja. Przestraszyłam się, że wpędzę go w to samo, a byłam o włos. Ale zrobiłam to także dla siebie, wreszcie coś dla siebie! Na razie idzie mi trudno. No bo spójrz na ten porządek w salonie. Nadal nie jestem w stanie funkcjonować nawet w lekkim bałaganie. Ale chyba powoli wkraczam na właściwą drogę.

Zawsze znajdzie dziurę w całym

Robert, 53 lata, dyrektor w jednym z banków, ojciec dwóch córek. Przystojny, wysportowany, zadbany. Pewny siebie, bezceremonialnie podkreślający swoje racje i kompetencje. W pracy budzi postrach, bo często bez ogródek okazuje, że wie lepiej. Nawet gdy cały zespół (kieruje 24-osobowym oddziałem banku) podpisze się pod jakimś projektem i uzna go za skończony, on zawsze znajdzie dziurę w całym. Nie kryjąc przy tym satysfakcji w wytykaniu błędów, często wyimaginowanych. Jest przekonany – i tego nie kryje – że nikt nie może być lepszy od niego. Rzeczywiście, to świetny fachowiec, czego podwładni nie podważają, ale nikt nie chce się do niego zbliżyć. W życiu prywatnym zresztą też nie ma przyjaciół. Wszyscy czują się w jego towarzystwie gorsi i głupsi. Jemu to nie przeszkadza, bo – jak określiła to żona – w pracy jedzą mu z ręki, a znajomi odnoszą się do niego z łagodną rezerwą. Więc Robert nie widzi problemu. A że widzą żona i córki? No, to widocznie one mają problem, nie on, mawia.

– Mąż wraca z pracy, obiad na stole, dom lśni, ja się uśmiecham, a on, jakby w ogóle tego nie zauważając, zwraca uwagę na przekrzywiony obraz na ścianie – opowiada żona. – Kto go dotykał i po co? – krzyczy. Córki witają się z tatą, chwalą dobrymi ocenami, jakimś sukcesem sportowym, a on zbywa to milczeniem, przypominając, że zaraz sprawdzi porządek w ich pokojach. Irytują go drobiazgi – niezamknięte drzwi szafy, gazeta na stole, nierówno ustawione w przedpokoju buty. Każda taka rzecz może doprowadzić go do szału. Przed jego przyjściem z pracy wszystkie trzy staramy się poukładać każdą rzecz pod sznurek. On i tak jednak zawsze coś znajdzie. Prawi wtedy kazania albo wpada w szewską pasję. Przykro to mówić, ale oddychamy z ulgą, gdy wyjeżdża w delegację.

Rozmowy na ten temat?  Owszem, próbowałam, ale bez skutku. Odpowiedź zawsze jest taka sama: „Ja się staram, a wy nie, wam na niczym nie zależy”. Mam czasami wrażenie, że każdy szczegół jest ważniejszy od nas. Nie wiem, jak nim wstrząsnąć, żeby zrozumiał, że musi coś z tym poprawianiem rzeczywistości zrobić. Kiedy zagroziłam, że się wyprowadzam, roześmiał się szyderczo. „Ty? Wyprowadzisz? A dokąd? Ciekawe, jak sobie poradzisz?”. Nic i nikt nie zmieni w nim przekonania, że jest najmądrzejszy, najlepszy, najbardziej zapobiegliwy na świecie.

Joanna i Robert są niejako egzemplifikacją dwóch odmiennych rodzajów perfekcjonizmu. Joanna, skoncentrowana na sobie i od siebie wymagająca, to uosobienie perfekcjonizmu wewnętrznego. Robert, uzależniony od wpływania na innych i od ich ocen – zewnętrznego. Ludzie pokroju Roberta mają silną potrzebę przeglądania się w oczach innych. Od tego, jakiego siebie zobaczą w tym lustrze, zależy ich samopoczucie. A chcą zobaczyć siebie nieomylnego, wszystkowiedzącego, najlepszego. Oczekują od bliskich czy pracowników spełniania swoich wymagań, które często są niemożliwe do spełnienia. Chorobliwie, wręcz obsesyjnie dążą do doskonałości, co zraża do nich ludzi.

Pragnie zasłużyć na miłość

Psycholog Anna Kuczyńska: – Perfekcjonizm wewnętrzny jest bardziej brzemienny w negatywne skutki od zewnętrznego. Człowiek stawiający sobie wygórowane wymagania nie potrafi znieść własnych niepowodzeń, co kończy się depresją, a nawet próbami samobójczymi. Nigdy nie znajduje powodu do cieszenia się życiem, zawsze widzi tylko to, co mu się nie udało. Nie potrafi pogodzić się z porażką, która jest nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji. Nie przyjmuje do wiadomości, że można uczyć się na błędach, wyciągać z nich wnioski i iść dalej. Zadręcza się poczuciem winy. Nienawidzi siebie.

Naukowcy potwierdzili, że perfekcjoniści wewnętrzni często cierpią na zaburzenia odżywiania. Korelacja między tymi dwoma anomaliami jest bardzo widoczna. Perfekcjonistka (na ogół kobieta), nie mogąc osiągnąć ideału w jakiejś dziedzinie, na przykład w nauce, szuka innej sfery życia, w której mogłaby być doskonała. A nad czym najłatwiej zapanować? Nad własnym ciałem. Narzuca więc sobie drakońską dietę, ale żaden spadek wagi jej nie zadowala. Więc katuje się dalej.

Koszty takiej obsesji są ogromne. Płacą najbliżsi, a przede wszystkim dzieci, które są największymi ofiarami perfekcjonizmu dorosłych. Często krytykowane nabierają przekonania, że muszą sobie zasłużyć na miłość. Więc także dążą do bycia idealnymi, bo uważają, że tylko w ten sposób zyskają uznanie rodziców. I tak powstaje błędne koło, z którego trudno się wyrwać.

Psycholog Anna Kuczyńska: – Perfekcjonizm z jednej strony motywuje do rozwoju, przekraczania własnych granic, z drugiej natomiast – rodzi poczucie, że ciągle nie zrobiło się czegoś tak, jak należy. Osoba owładnięta obsesją doskonałości nieustannie oczekuje, że jeśli tylko osiągnie jeszcze jeden cel albo ktoś wreszcie spełni jej wszystkie oczekiwania, osiągnie szczęście. A ponieważ szczęścia nie osiąga, pojawia się frustracja i niezadowolenie z siebie, co prowadzi do obniżenia poczucia własnej wartości. I ten stan permanentnej niskiej samooceny bywa niezwykle destrukcyjny. Nie pozwala bowiem dostrzec tego, co już osiągnęliśmy, z czego powinniśmy się cieszyć, być dumni. Nie daje szansy poczucia radości ani z tego, kim się jest, ani z tego, kto nas otacza.

Anna Kuczyńska uważa, że choć perfekcjonizm jest społecznie akceptowany, a nawet nagradzany, tak naprawdę może stać się niebezpiecznym uzależnieniem. Tak jak alkoholik topi smutki w mocnych trunkach, tak perfekcjonista zagłusza swoje prawdziwe problemy dążeniem do ideału. Dla niego jedynym powodem do radości byłby zakończony powodzeniem cel. Ale tak być nie może, bo jest nieosiągalny. Tacy ludzie nie potrafią cieszyć się z samego procesu dochodzenia do tego celu, co sprawia, że w życiu codziennym trudno z nimi funkcjonować.

Wszystko przez jedno „ale”

Jakie są przyczyny tak wyśrubowanego stosunku do życia, do siebie (a co za tym idzie – także zaburzeń odżywiania)? Naukowcy zgodnie odpowiadają: między innymi brak rodzicielskiej akceptacji i miłości. Jak wynika z badań, predyspozycje do bycia perfekcjonistami mają dzieci, które nie dostały w domu bezwarunkowej miłości, tylko musiały nieustannie na nią zapracowywać. A także jedynacy, najstarsi z rodzeństwa, ale przede wszystkim dzieci perfekcjonistów.

Joanna (ta, która leczy się z depresji) przyznała, że w domu zawsze słyszała: „No, nieźle, ale stać cię na więcej. Super, że masz piątki, ale dlaczego tylko jedną szóstkę – w przyszłym roku powalczysz o lepsze oceny, prawda? Całkiem porządnie posprzątałeś, ale sztućce trzeba wypolerować”. Zawsze jakieś „ale”. Takie komunikaty brzmią niewinnie, kiedy jednak wypełnione jest nimi całe dzieciństwo, w dziecku rodzi się przekonanie, że rodzice są z niego niezadowoleni. Choć ich intencją może być motywowanie dziecka do większego wysiłku, to nieświadomy przekaz słyszany przez syna czy córkę jest kompletnie inny, na przykład: „Musisz być doskonały, dopiero wtedy w pełni cię zaakceptujemy”.

Perfekcjonizm bywa też reakcją dziecka na tak zwaną dysfunkcyjność rodziny. Jeśli w domu panuje chaos i nieprzewidywalność spowodowana alkoholizmem rodziców, przemocą, ciężką sytuacją materialną, niedojrzałością matki i ojca – dziecko próbuje sobie pomóc, dbając obsesyjnie o ład i porządek, bo to daje mu namiastkę poczucia bezpieczeństwa, przewidywalności i kontroli nad własnym życiem. Źródłem takiej postawy mogą być także inne życiowe doświadczenia. I – co ciekawe – są to zarówno sukcesy, jak i porażki.

Psycholog Anna Kuczyńska: – Czasami ktoś staje się perfekcjonistą, ponieważ odnosi spektakularny sukces i potem nie wypada mu zejść poniżej tego poziomu. Albo wprost przeciwnie – coś mu się nie udało i teraz, panicznie bojąc się kolejnej porażki, czyni desperackie starania, aby do tego nie dopuścić. Bywa też tak, że oto nagle pojawia się konkurencja, która burzy naszą stabilną sytuację. Robimy więc wszystko, żeby nie stracić pozycji, ale jednocześnie wpadamy w pułapkę dążenia do doskonałości.

Owo dążenie samo w sobie nie jest niczym złym, zwłaszcza w dobie fuszerek, prowizorek, improwizacji. Zdrowy perfekcjonizm polega na dbaniu o swoją markę, na starannym wykonywaniu swoich obowiązków. Po czym poznać ten destrukcyjny? Po tym, że poświęcamy coraz więcej czasu zadaniom, które aż takiego nakładu energii nie wymagają. Wciąż poprawiamy coś, co już dawno zostało skończone. Wielokrotnie przekładamy terminy oddania projektu. Zawsze i wszędzie chcemy być najlepsi. Jesteśmy ciągle niezadowoleni ze swoich wyników. Uważamy, że nasza wartość zależy od tego, ile osiągniemy. Nieustannie podnosimy sobie poprzeczkę. Krytyka wytrąca nas z równowagi, zamiast skłonić do wyciągnięcia konstruktywnych wniosków. Stawiamy sobie nierealistyczne cele.

Jesteśmy tylko ludźmi

Amerykański psychiatra Theodore Isaac Rubin uważa, że największym dramatem perfekcjonisty jest to, że w jego świecie nie istnieje teraz. Liczy się tylko przyszłość. A ta z kolei nigdy nie zostaje urzeczywistniona, bo zawsze staje się jakimś teraz, które… przecież się nie liczy. „Perfekcjonizm i pęd do przodu spełniają funkcję przerażającego bicza, który uniemożliwia uzyskanie wewnętrznego spokoju i jest źródłem ciągłej nienawiści do prawdziwego »ja«”.

Jak nie wpaść w tę niebezpieczną pułapkę? Trzeba przede wszystkim racjonalnie wyznaczać sobie cele. Ważne, aby były w zasięgu ręki i w granicach naszych możliwości. Cieszyć się z każdego, nawet najmniejszego sukcesu, celebrować go. Nie porównywać się do innych, bo przecież każdy z nas ma odmienne predyspozycje i zdolności. Dawać sobie prawo do odpoczynku. Dzielić zadania na te wymagające maksymalnego zaangażowania oraz takie, które można wykonać na większym luzie, co wcale nie oznacza gorzej. Dobrze jest od czasu do czasu wykonać jakąś czynność na pół gwizdka, a nawet zupełnie sobie odpuścić i po prostu zrobić coś dla siebie. Czasami trzeba kogoś poprosić o pomoc. A perfekcjoniści jakby zapomnieli, że nie są na świecie sami, że mogą liczyć na innych.

Anna Kuczyńska: – Perfekcjoniści nie mają zaufania do ludzi, ale też do siebie. Gdyby mieli – posłuchaliby tego, co mówi ich ciało i dusza wtedy, kiedy się katują. A ciało i dusza krzyczą: „dość!”. Dlatego trzeba skończyć z wmawianiem sobie: „muszę być najlepszy”, a zamiast tego starać się być po prostu dobrym. Dążenie do bycia „tylko” dobrym jest racjonalne, bo możliwe do osiągnięcia. Natomiast pogoń za doskonałością tak naprawdę zawsze musi kończyć się fiaskiem, co wynika z definicji samej nieosiągalnej doskonałości. Trzeba też przyjrzeć się swoim priorytetom. Co jest dla mnie ważniejsze: punktualność czy wyprasowana bluzka, miła atmosfera na kolacji czy wykwintne dania, szczęśliwe dzieci czy ład i porządek w domu? Musimy dać sobie prawo do porażek. Potraktować je jako kolejne ważne doświadczenia, które rozwijają, pomagają odnaleźć swoją drogę i odkryć, kim jesteśmy.

Perfekcjonista powinien wypisać sobie wielkimi literami na drzwiach pokoju słowa Theodore’a Isaaca Rubina: Nie ma w kondycji ludzkiej niczego, co można by określić jako czyste, idealne, doskonałe, absolutne. Tylko śmierć jest w sposób doskonały absolutna i pewna. Ale gdy jej doświadczymy, już nas nie ma. Tak więc nasza kultura, nakłaniając nas do boskiej doskonałości, funduje nam ułudę. Jesteśmy przecież tylko ludźmi.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie jestem doskonała. I dobrze!

Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Doskonałość osiąga się poprzez akceptację niedoskonałości, pisze w swojej książce "Living Wabi Sabi", Taro Gold. Weźmy sobie tę myśl do serca.

Wiesz, że dzięki błędom, przypadkom, awariom odkryto DNA, penicylinę, aspirynę, teflon, nylon, płatki kukurydziane? Największe osobiste odkrycia stają się naszym udziałem, kiedy umysł jest cichy, bo wtedy otwiera się dusza. To dobra wiadomość dla tych, którzy są w momencie zastoju, gorszego samopoczucia, kiepskiej formy, czy tkwią w życiowym martwym punkcie. Coś nie pozwala im działać, myśleć, planować. Taro Gold pisze, że przecież tak rzadko mamy okazję odpocząć od pracy, odprężyć się i nie myśleć. Nie usiłować poprawiać się, pracować nad sobą, krytykować się, starać, zmieniać.

"Chcę być doskonała. Chcę być silna w obliczu stresu i niepewności. Chcę być idealną partnerką dla mężczyzny, matką na złoty medal" - mamy wobec siebie takie wymagania i oczekiwania. Ale to nie jest życie. Nie ma możliwości, żeby być doskonałą. Nawet, jak chodzisz na terapię, nie za każdym razem wprowadzisz w życie to, o co się rozwinęłaś. Czasem złościmy się, frustrujemy, że w kółko od nowa odrabiamy te same lekcje. "Znowu skrzyczałam dziecko, znowu uległam szefowej, znowu próbowałam manipulować mężem, znowu nie trzymałam granic. Chcę być doskonała."

Ale właśnie wtedy, kiedy czujemy, że nie jesteśmy doskonałe, mamy szansę pokochać się. Bo kiedy w takim momencie zaakceptujemy się, spojrzymy się na siebie ciepło, poczujemy, że nie musimy na nic zasługiwać, coś w nas się zmieni na zawsze. Być zadowoloną z siebie, kiedy właśnie dostałyśmy awans lub mężczyzna powiedział nam komplement, to łatwe. I tak naprawdę pozorne, bo miłość własną uzależniamy od rzeczy i sytuacji zewnętrznych. To utrata wolności.

Pozwolenie sobie na bycie niedoskonałą to ulga płynąca ze zdjęcia maski. Powiedzenie nie normom społecznym i kulturowym wymaga odwagi. W świecie, w którym wypada odnosić sukces finansowy i rozwojowy, jesteśmy sobie takie, jakie jesteśmy. Z lękiem przed odrzuceniem, brakiem pieniędzy, z tłustymi włosami. Jeśli w tym momencie poczujemy się ze sobą dobrze, wygrałyśmy. I nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze swoich marzeń i aspiracji, nie. Możesz to wszystko zrobić, ale w innej intencji niż zdobycie własnego uznania.

W stanie, w którym niewiele się w twoim życiu dzieje, kiedy wokoło jest pusto, nie masz dokąd uciec, zyskujesz dużą szansę, żeby odkryć kim naprawdę jesteś. I, obojętnie czy jesteś introwertyczką, artystką, czy chcesz wspinać się w Himalajach, przede wszystkim jesteś.

  1. Psychologia

"Poznaj siebie" - jak nauczyć się rozpoznawać emocje i wzmocnić swój wewnętrzny potencjał?

Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem. (Fot. iStock)
Rozmawianie o emocjach jest zdrowym sposobem na rozładowanie napięcia. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać.

“Życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo co Ci się trafi” - mówiła mama Forresta Gumpa. Podobnie jest z emocjami. Nigdy nie wiadomo co nam się przytrafi.

Zestaw “Poznaj siebie” jest jak pudełko czekoladek. Otwierasz je, a w środku czeka na ciebie 55 wyrafinowanych smaków. Rozkoszny marcepan. Gorzkie rozczarowanie. Słodka radość. Orzeźwiający zachwyt. I wiele, wiele innych emocjonalnych smaczków. Niektóre z nich są nam bliskie i ulubione, inne niekoniecznie. Na widok jednych cieknie nam ślinka, krzywimy się z niesmakiem na drugie. Wolimy się do nich nie zbliżać. Lubimy czuć się dobrze i przyjemnie. Pragniemy tych stanów jak najczęściej, a przyjemne emocje raczej nie bywają ciężarem. Trudne do zniesienia są dla nas te, które są nieprzyjemne w odczuwaniu jak strach, wstyd czy złość. Wydawać by się mogło, że skoro nie są miłe, to są niepotrzebne. Nie chcemy przecież się bać, rozpaczać czy czuć bezradnie. Wydaje nam się, że możemy ich uniknąć jak nielubianych smaków w znajomej nam bombonierce. Emocje jednak w odróżnieniu od czekolady są nam potrzebne we wszystkich smakach.

Psychoterapeutka Katarzyna Miller i redaktorka naczelna magazynu „Zwierciadło” i „Sens” Joanna Olekszyk zachęcają do wykorzystywania kart emocji w przeróżny i kreatywny sposób. Można jedną wyciągnąć na chybił trafił i poddać daną emocję refleksji. Posmakować jej niczym małą pralinkę. Powąchać, dotknąć, położyć na języku i pozwolić jej się powoli rozpłynąć, nie połykać łapczywie, delektować się. Bez oceniania i krytykowania. Do kart dołączona jest książeczka. Mini - poradnik. W którym opisana jest każda z emocji. Każda z nich jest ważna. Każda potrzebna. Emocje stanowią informacje, są dla nas drogowskazem i w kilku zdaniach dokonano zgrabnego podsumowania czemu służą, jaki jest cel ich przeżywania. Już sama lektura poradnika, w którym autorki nie klasyfikują emocji jako dobre i złe jest niezwykle uwalniająca.

Masz prawo czuć. Masz prawo czuć wszystko. Wszystko co odczuwasz jest ważne.

Losuję kartę. Sięgam niczym po czekoladkę, jestem pełna ciekawości co mi się trafi. Tęsknota. Nie dziękuję - myślę z automatu. Sięgam do poradnika: “Jak wiele trudnych uczuć, tęsknota mówi nam o tym, co jest dla nas ważne”.

Co jest dla mnie ważne? Rodzina, spokój… tęsknię za normalnością. Za uściskiem dłoni i skrytym za maseczką uśmiechem koleżanki. Patrzę na ilustrację na karcie (karty są przepięknie i inspirująco ilustrowane przez Adę Kujawę). Ilustracja przedstawia strumień światła trafiający prosto w serce kobiety. Tak, to moje tęsknoty. Kontaktuję się z tym miejscem, kładę rękę na sercu i mówię do męża, że tęsknię za normalnością. Rozmawiamy o tym. Potem losuje on. Dzięki kartom mamy bardzo odżywcze doświadczenie. Udaje nam się porozmawiać o czymś innymi niż bieżące sprawy  - home office, dzieci i co będziemy robić w weekend, kiedy znów zamknęli baseny. Możemy zanurkować głębiej, porozmawiać o tęsknotach, uwolnić emocje i odczuć ulgę.

Rozmawianie o emocjach jest zdrowszym sposobem na rozładowanie napięcia niż na przykład regularne zjadanie czekoladek w celu redukcji napięcia emocjonalnego. Jednak żeby móc o nich rozmawiać trzeba w pierwszej kolejności nauczyć się je rozpoznawać. Instrukcje z poradnika oraz karty pomagają nawiązać z nimi kontakt oraz uczą akceptacji różnych stanów emocjonalnych poprzez zrozumienie ich funkcji. Karty można potraktować jak wróżbę - co spotka mnie danego dnia? Można jedną z emocji (których pragniemy doświadczać) nosić przy sobie w portfelu, lub położyć pod poduszką. Terapeuci i trenerzy z powodzeniem mogą wykorzystywać je w pracy z grupą, parami czy w terapii indywidualnej.

“Poznaj siebie” to pełna smaku podróż wgłąb siebie. Podróż, w której nie liczy się sam cel, a odkrywanie. Emocje, jeśli damy szansę im dojść do głosu, mogą być naszym sprzymierzeńcem, nawet gdy nie są tak otulające jak kubek gorącej czekolady w zimowy wieczór. Wszystkie są ważne, wszystkie są potrzebne i na swój sposób piękne. Jak ilustracje na kartach.

Agata Głyda, psycholog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, psychodietetyk.

  1. Psychologia

Uwolnij siebie, uwolnij emocje

Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. (Fot. iStock)
Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania 

Technika Uwalniania stworzona przez psychiatrę Davida Hawkinsa jest tak prosta, że aż trudno nazwać ją techniką... Po prostu dostrzegasz emocję, obserwujesz ją i pozwalasz sobie ją odczuwać. Bez potępiania, osądzania czy opierania się, bez zmieniania czegokolwiek. Aż do jej wyczerpania.

David R. Hawkins, amerykański psychiatra i nauczyciel duchowy, przez całe życie zadawał sobie elementarne pytanie „Kim jestem?”. Jak każdy człowiek utożsamiał się czasem z ego,  ale doświadczał też jego rozpuszczenia w bezosobowej Jaźni. Jak każdy też – nie chciał cierpieć. Tymczasem zapadał na rozmaite choroby, ich lista w książce „Technika Uwalniania” (wyd. Virgo) zajmuje dwie strony! Wyglądał jak cień samego siebie, przyjaciele przepowiadali mu rychły koniec. A przecież prowadził zrównoważony tryb życia, studiował (poza dyscyplinami medycznymi, psychologicznymi i psychiatrycznymi) różne metody uzdrawiania holistycznego, systemy filozoficzne, metafizykę. Próbował kolejnych terapii, technik medytacyjnych, ścieżek duchowych. Robił wszystko, by pomóc wyzdrowieć innym...

Co mu umykało? Szukał rozwiązania na zewnątrz. Jako naukowiec opierał się głównie na wiedzy, stłumił uczucia. Kiedy zaczął wreszcie przyglądać się emocjom, odkrył, że odczuwał wobec nich pogardę. „Dla mnie, zorientowanego lewopółkulowo, uczucia stanowiły przeciwieństwo rozsądku, logiki i racjonalności” – wspomina. „Na to wszystko nakładało się męskie szowinistyczne przekonanie, że uczucia są dla kobiet, dzieci i artystów”. W którymś momencie musiał się z nimi spotkać. To było potężne wyzwanie – czuł się poniżony, przerażony, wściekły. Wreszcie uznał, że uczucia mają prawo do istnienia, a one zaczęły go opuszczać. Podobnie zresztą jak choroby (wyleczył się nawet z krótkowzroczności).

Od wstydu do oświecenia

Tak naprawdę stworzona przez niego technika uwalniania nie jest niczym nowym. Kiedy czytałam książkę Hawkinsa, przyszła mi na myśl metoda Sedony (polegająca na witaniu i żegnaniu emocji za pomocą serii pytań). Ale też sesje oddechowe, w których katalizatorem procesu jest oddech. Przypomnieli mi się niektórzy nauczyciele duchowi, choćby Gangaji, która podczas swoich satsangów (dostępnych na YouTubie) zaprasza uczestników do otwarcia się na to, co czują. Cokolwiek to jest – złość, lęk, zazdrość – po dopuszczeniu do głosu szybko wybrzmiewa, ujawniając to, co jest pod spodem. Pokój. Myślałam też o Elizabeth Gilbert, o jej pobycie na indonezyjskiej wysepce (opisanym w „Jedz, módl się, kochaj”), podczas którego zanurzyła się w siebie, by spotkać wszystko, co odrzucone. Przyjąć to, a tym samym niejako pożegnać. Cóż, wygląda na to, że emocje rządzą się zasadą „nie puszczę cię, dopóki mnie nie pobłogosławisz”. Tak, to trudne spotkania. Ale czy nie trudniej jest żyć w napięciu, zaciśnięciu, nie pozwalając sobie na odczuwanie, na siebie? Oczywiście, wszyscy radzimy sobie z emocjami. Jakoś. Uciekamy przed nimi (do różnych kompulsywnych zajęć czy uzależnień), tłumimy je, czasem nawet wyrażamy (co jednak, jak zauważa Hawkins, nie zawsze przynosi ulgę i jeszcze szkodzi naszym relacjom). Ta energia kumuluje się i szuka ujścia... Do tego – twierdzi autor „Techniki Uwalniania” – do wszystkich emocji, które zepchnęliśmy do podświadomości, przytroczone jest poczucie winy. „Ta zabójcza kombinacja ściąga nas wszystkich w dół i tworzy ogrom chorób i nieszczęść. Poczucie winy jest tak wszechobecne, że bez względu na to, co robimy, gdzieś w środku czujemy, że powinniśmy robić coś innego” – pisze Hawkins. „Przeciętny umysł na różne sposoby projektuje tę winę na otaczający świat. Z tego właśnie powodu większość ludzi potrzebuje wroga – obiektu, na który mogą projektować swoje ukryte poczucie winy”.

Wina ma bardzo niskie wibracje, niżej może nas ściągnąć tylko wstyd. Skąd to wiemy? Otóż David Hawkins opracował Mapę Poziomów Świadomości, w której poszczególnym emocjom i stanom umysłu przypisane są określone wartości od 1 do 1000, gdzie 1000 odpowiada całkowitemu Oświeceniu. Dalej, schodząc w dół, są: Pokój, Radość, Miłość, Rozsądek, Akceptacja, Ochota, Neutralność, Odwaga, Duma, Złość, Pożądanie, Strach, Żal, Apatia, wreszcie wspomniane Wina i Wstyd. Jak podkreśla Hawkins, na poziomie Odwagi (200) następuje przełom – przesunięcie z energii negatywnej na pozytywną. „To energia uczciwości, prawdomówności, poczucia sprawczości i zdolności dawania sobie rady” – tłumaczy Amerykanin. Mapa Poziomów Świadomości może dostarczyć wskazówek, w którym miejscu jesteś i jak przesunąć się wyżej na skali. Załóżmy, że odczuwasz żal. Jeśli uda ci się wzbudzić w sobie złość (a prawdopodobnie jest pod spodem), poczujesz dużo energii, którą niesie ta emocja. Stąd już tylko dwa małe kroki do przystanku Odwaga. Dobra wiadomość jest taka, że można się tu łatwo dostać z dowolnego niższego poziomu emocji. Wystarczy gotowość, by się im przyjrzeć. To przecież nie lada odwaga!

Co w środku, to na zewnątrz

A co z myślami? Intelektualista Hawkins nie poświęca im zbyt wiele uwagi. Uważa, że umysł napędzany jest przez uczucia, które generują myśli o określonym ładunku emocjonalnym. Potwierdza to teoria naukowa Williama Graya i Paula LaViolette’a, którzy w swoich badaniach wykazali, że nasze myśli są klasyfikowane i archiwizowane w umyśle według ich zabarwienia emocjonalnego. Pod naporem stłumionych i wypartych uczuć tworzą się ich setki, tysiące, miliony. Zdaniem Hawkinsa próba zmiany myśli to strata czasu. Zrozumienie emocji i uwolnienie jej jest znacznie bardziej owocne – pozwala zniknąć całemu potężnemu pakietowi myślowemu.

Ta wiedza pomaga też spojrzeć inaczej na to, co zwykliśmy nazywać stresem. Zazwyczaj uważamy, że wynika z przyczyny zewnętrznej – ktoś albo coś działa na nas stresująco. Otóż niezupełnie – protestuje Hawkins. To, jak reagujemy na dany bodziec, zależy od tego, co niesiemy w sobie. „Dla osoby przepełnionej lękiem świat jest przerażającym miejscem. Dla osoby przepełnionej złością świat jest chaosem, frustracją i udręką. Dla osoby przepełnionej poczuciem winy jest pełen potępienia i grzechu, które taka osoba widzi wszędzie” – przekonuje psychiatra. „Koncentracja jest na tym, co wypieramy, to podstawowa zasada”. Inna brzmi: podobne przyciąga podobne. Miłość przyciąga miłość, agresja – agresję. Nie wiesz, jaką energią emanujesz, co wyparłeś? Przyjrzyj się swojemu życiu – pokaże ci twój dominujący wzorzec. Jeśli wierzyć Hawkinsowi, przyciągamy określone sytuacje i okoliczności, by dać upust stłumionym uczuciom. Więc znów: to, co nas spotyka, jest wtórne wobec tego, co już w nas jest i próbuje się wydostać z uwięzienia. „Dlatego osoba mająca wiele wypartego żalu nieświadomie wywołuje w swoim życiu smutne zdarzenia. Osoba przepełniona strachem zmierza ku przerażającym doświadczeniom, ten, kogo wypełnia gniew, znajduje się ciągle w okolicznościach doprowadzających go do wściekłości, a osoba pełna dumy nieustannie jest znieważana” – tłumaczy autor słynnych Map. I zachęca, by wznieść się na poziom Odwagi i przyjrzeć trudnym emocjom.

Tak, nasza podświadomość kryje w sobie wiele mrocznych zakamarków, do których nie chcemy się przyznać. Jednocześnie mamy je wszyscy, więc może są w porządku? Taka jest po prostu cena człowieczeństwa, tak przejawiają się drzemiące w nas zwierzęce instynkty. Jeśli czujesz wściekłość, zaakceptuj to. Oczywiście, nadal jesteś odpowiedzialny za to, co z nią zrobisz... Rzecz w tym, że wściekłość, do której podejdziesz z ciekawością i otwartością, długo nie przetrwa. „Poddawaj się temu, co akurat się pojawia, to zawsze w końcu przeminie” – zapewnia Hawkins. „Samemu można sprawić, że to zniknie, wybierając zjednoczenie się z tym, co jest, i natychmiastowe porzucenie chęci, by to zmienić, gdy tylko się ona pojawia. Rób to cały czas, bez przerwy, bez względu na wszystko”. Nagroda może przyjść szybko. Zakończy się walka – wewnętrzna i zewnętrzna. Odzyskasz wolność. Pojawi się nowa energia życiowa, witalność. Dotrzesz do miłości, radości i pokoju.

Mechanizm poddania

  1. Uświadom sobie dane uczucie, pozwól, by się ukazało, i pozostań z nim w kontakcie.
  2. Najpierw pozwól sobie na odczuwanie, bez opierania się temu, co czujesz, bez rozładowywania tego uczucia, obawiania się go, potępiania czy moralizowania na jego temat.
  3. Bądź z tym uczuciem i odpuszczaj wszelkie wysiłki, aby w jakikolwiek sposób je zmienić. Odpuść też chęć, by mu stawić opór. To właśnie opór powoduje, że uczucie trwa. Gdy przestaniesz stawiać opór lub próbować je zmienić, przejdzie ono w następne uczucie i będą mu towarzyszyć łagodniejsze doznania, a wreszcie zupełnie zniknie.
  4. Podczas uwalniania ignoruj wszelkie myśli. Skup się na uczuciu samym w sobie, nie na myślach. Myśli nigdy się nie kończą, napędzają się same i płodzą jedynie więcej myśli. Są zaledwie racjonalizacjami umysłu, który stara się wyjaśnić obecność uczuć. Prawdziwym powodem tego, co czujesz, jest nagromadzone napięcie ukryte za emocjami, które napiera, by uwolnić się w danym momencie.

  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości.