1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Lęk przed bliskością to demon, którego nie należy lekceważyć

Lęk przed bliskością to demon, którego nie należy lekceważyć

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracuję teraz z kilkoma mężczyznami, którzy odważyli się pochylić się nad swoim reakcjami i lękiem przed bliskością po to, by ich związki mogły rozkwitnąć i dawać szczęście.

Pod wąsem mogę się uśmiechnąć, że zamiast - jak to feministka - bronić kobiet, zajmuję się ochroną mężczyzn. Ale będzie to tylko dobry wic na otwarcie rozważań, bo obydwie płcie zasługują na to samo, a im większa populacja świadomych, dojrzałych mężczyzn, tym lepiej żyje się kobietom.

Dlatego postanowiłam napisać tekst o czymś, co czai się niemal w każdym związku i co ludzie odkrywają ze zdziwieniem, że przecież wcale tego nie chcieli. Jak już demon przestaje się czaić, to powoduje, że faceci wynoszą się z domów w nadziei na to, że gdzieś ktoś ich zrozumie. Albo kobiety się wynoszą/zostają zastanawiając się, czy je jeszcze ktoś kiedyś zrozumie. Lęk przed bliskością - to ten demon. Ciekawe, że wszyscy go lekceważą, chociaż nieszczęść spowodował tyle, co Hitler i Stalin razem wzięci.

Ucieczka od bliskości

Zaczęłam od facetów, bo im jest jeszcze trudniej. Wychowanie odcina ich od emocji, nikt nie uczy ich radzenia sobie z uczuciami. Zresztą kobiety także uciekają od bliskości, ale najczęściej są tego bardziej świadome.

Lęk przed bliskością to nieświadoma obawa, która zakłóca nasze życie emocjonalne. Co trudniejsze, pojawia się w przypadku relacji, które mają dla nas szczególne znaczenie - związków opartych na miłości, czasem też w przyjaźni. Zakłóca je i utrudnia emocjonalne otwarcie się na ludzi. Często jesteśmy skłonni utożsamiać odczuwany lęk z obawami o odrzucenie, pogorszenie relacji lub o emocje, które nie zyskają wzajemności. Jednak tak naprawdę nasz lęk przed bliskością jest wyzwalany przez emocje pozytywne i to właśnie wejście w związek z kimś, na kim naprawdę nam zależy, najczęściej wzbudza ten głęboko skryty lęk.

Bez bliskości w miłości

To dość paradoksalne - im bardziej chcemy być blisko i intymnie z drugim człowiekiem, tym silniej nasz wewnętrzny wróg się temu sprzeciwia. Nie nasz partner, nie okoliczności, ale słabo rozpoznana siła, która drzemie w nas samych.

Problemem jest to, że nasz wybraniec/wybranka widzi nas jako osoby godne miłości, wspaniałe, pełne zalet. Tymczasem my wcale nie musimy tak dobrze o sobie myśleć. Częściej czujemy coś zupełnie przeciwnego. A najczęściej pozostajemy w przekonaniu, że wcale nie jesteśmy godni miłości. I wcale nam się nie  śpieszy do zmiany postrzegania nas samych. To wymagające zadanie, połączone z weryfikacją tego, jak byliśmy traktowani emocjonalnie przez naszych rodziców, poprzednich partnerów. Wolimy odrzucić realną miłość, niż wziąć się za bary z negatywnym obrazem własnej osoby.  Tworzymy więc w sobie bariery, które mają nas przed miłością chronić. Można powiedzieć, że uzbrajamy się w emocjonalną zbroję. Często też nazywamy uzbrajanie obawą przed skrzywdzeniem, bo to dobrze usprawiedliwia pozostawanie w pozycji defensywnej. Któż może wymagać od nas, abyśmy wystawili się na ciosy?

Skąd bierzemy negatywne przekonania/emocje na temat nas samych? Są czymś innym niż myśli o grubych udach czy niezdolności do nauki języków. Są wytrenowanym, głęboko osadzonym skryptem naszej psychiki. We wczesnym dzieciństwie, odczuwając deficyt miłości, dezaprobatę lub odrzucenie rodziców (a wszyscy tego doświadczają, nawet jeżeli mają fenomenalnych rodziców), musieliśmy sobie jakoś radzić z potężnym i zagrażającym nam odczuciem. Nie zanegujemy rodzica, negujemy własną wartość. Wtedy łatwiej zrozumieć dlaczego nie dostaliśmy tego, co było nam potrzebne.

Jako dorośli mylimy skutek z przyczyną. Odczucie bycia niewartym miłości myli nam się z innymi, wtórnymi przekonaniami, obawami. Nie skupiamy się przesadnie na rozumieniu tego, co się z nami dzieje. Po prostu zostajemy ze znanymi skryptami, reakcjami i powtarzamy je w kolejnych, ważnych dla nas związkach. Jesteśmy na tyle dobrzy w oszukiwaniu siebie, że od bliskości nie uciekamy. Za to wpadamy w nowe romanse, bo dzięki temu poczujemy to "coś", dreszcz bycia na świeżo kochanym. Dogadzamy sobie na wszystkie możliwe sposoby albo wręcz przeciwnie, karzemy się, bo przecież to wszystko nasza wina. Zapijamy demona albo kombinujemy nieprzeciętnie, co by tu wykonać, żeby do drugiego człowieka nie zbliżyć się  tak naprawdę, tak bez pancerza.

Kręci nami jak chce

Nie odrzucamy bliskości świadomie i z intencją, to bardzo podświadomy mechanizm. W chwilach intymności emocjonalnej i fizycznej zachowujemy się w określony sposób - taki, który spowoduje napięcie w nas albo w drugiej osobie. Tak, żebyśmy albo mogli odepchnąć, albo zostać odepchnięci.

Jeśli poznasz któreś z poniższych zachowań, warto się chwilkę nad sobą zastanowić. To są schematy ucieczki od bliskości:

  • Nieokazywanie uczuć, reagowanie obojętnie lub odrzucająco na pozytywne bodźce emocjonalne (mąż gotuje dla żony kolację, ona krzyczy, że przecież on wie, że ona nie je klusek, bo jest na diecie).
  • Pozostawanie podejrzliwym lub wręcz paranoicznym wobec partnera (doszukiwanie się negatywnych motywacji zachowań), ponadprogramowa zazdrość. Czasem po prostu wystarczy niezauważanie, że partner chce dobrze.
  • Utrata zainteresowania seksem i dotykiem.
  • Krytykanctwo wobec partnera, związku. Dostrzeganie negatywów, które przysłaniają pozytywy.

Zgnieść demona

Łatwo powiedzieć, robi się długo i mozolnie. Po pierwsze trzeba zmierzyć się z głębokimi, negatywnymi przekonaniami o nas samych (wspomnienia, ból, czasem rozpacz). Czasem, żeby dogrzebać się do tego, co leży na dnie, potrzebna jest pomoc psychologa. Jednocześnie trzeba świadomie i uważne dbać o to, by nie odpychać partnera lub partnerki, nie zwiększać przepaści w związku. Nagrodą są głębokie, satysfakcjonujące związki, w których seks i emocje są drogą do wyrażenia więzi łączącej ludzi.

Miłość jest uczuciem wymagającym, i to nie tylko pracy, co samo w sobie brzmi dziwnie. Także otwarcia się na nią i wyjścia ze swojej skorupy. Co prawda, wszyscy marzymy o idealnym partnerze, ale gdy już się znajdzie jakiś świetny człowiek, który chce z nami żyć, znoszenie związku okazuje się być bardzo trudne. Fantazje są prostsze od rzeczywistości, bo wystawienie na miłość może być dla nas przerażające, naruszać nasze bariery obronne, wpędzać w niepokój, który racjonalizujemy. Kochanie kogoś niesie nie tylko namiętności i szansę na spełnienie, ale obawę przed krzywdą czy stratą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Seks

Seks na ekranie – jak aktorzy grają sceny łóżkowe i na czym polega koordynacja intymności?

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Normalni ludzie" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)
Koordynator intymności uczy aktorów mówienia o swoich granicach, ale i potrzebach. O tym, co jest dla nich trudne i nie do przyjęcia, a co chętnie by przećwiczyli i oswoili. Taka edukacja przydałaby się chyba nam wszystkim. Rozmawiamy z Kają Wesołek i Anną Zabrodzką, pracującymi przy nowym serialu Netflixa „Sexify”.

Jak się robi całowanie na ekranie? Na czym polega koordynacja intymności?
Kaja Wesołek:
Przede wszystkim na tym, że kręcimy sceny w sposób bezpieczny dla aktora. Jeżeli on lub ona czują się niekomfortowo z głębokim pocałunkiem, to kręcimy to w taki sposób, żeby oszukać trochę kamerę i żeby pocałunek wydawał się głębszy niż jest w rzeczywistości. Wcześniej tego typu sceny były kręcone na zasadzie: „Skoro mamy w scenariuszu pocałunek, to całujcie się, i już”. Najczęściej nie było nawet żadnych prób.

Koordynacja intymności to budowanie zaufania i oswajanie aktorów ze sobą. Ważne jest, aby poczuli się bezpiecznie, wypracowali komunikację, nauczyli się wzajemnego słuchania, obserwacji i dbania o siebie nawzajem. Kolejnym elementem koordynacji jest świadoma zgoda. Na próbach korzystam z ćwiczenia autorstwa Ity O'Brien, w którym aktor zadaje pytania: „Czy mogę cię dotknąć i położyć rękę na twoim ramieniu?”. A druga osoba mówi: „Tak” albo: „Nie, jeszcze tego nie czuję”. To jest właśnie budowanie świadomej zgody. Bo dla każdego aktora czy aktorki „intymność” oznacza co innego. To może być pokazanie pośladka, piersi, przytulenie się, seks symulowany czy głęboki pocałunek.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Anna Zabrodzka: Dlatego pracę zawsze trzeba zacząć od definicji intymności i wyznaczenia jej komfortowych granic. Określenia tego, co jest dla mnie trudne i nie do przyjęcia, a co chciałabym przećwiczyć i omówić. Czy wolałabym się oswoić i przećwiczyć pocałunki, czy pójść na żywioł przed kamerą.

Ważne jest to, że w każdym momencie sceny intymnej można to jeszcze zmodyfikować, jeśli ktoś nie czuje się jednak komfortowo. Bo nie chodzi o przekraczanie swoich granic, tylko o to, żeby te granice w sobie oswajać. Uczymy aktorów mówić o tym, czego potrzebują. Bo najczęściej są przyzwyczajeni do tego, że skoro tak jest napisane w scenariuszu, to przychodzą na plan i muszą to zrobić. A my odwracamy tę sytuację: „Aktorze, spójrz na siebie, z czym czujesz się OK?”.

Na co dzień zajmuję się psychoterapią osób dorosłych i myślę, że pierwsze spotkanie to dokładnie to samo, co się dzieje w gabinecie terapeutycznym. Spotykamy się, rozmawiamy o tym, kim jesteśmy, z jakiego powodu i po co tu jesteśmy, czym się zajmujemy, jaka jest nasza rola i zadania. Razem z Kają zbierałyśmy też informacje o potrzebach i oczekiwaniach aktorów, o tym, jak sobie wyobrażają naszą pracę.

I jak sobie wyobrażali?
A.Z.: Pojawiało się bardzo dużo obaw, bo to, co nieznane, zawsze budzi lęk. Naszym zadaniem była praca z tym lękiem.

K.W.: Serial „Sexify” to pierwsza produkcja, która tak intensywnie zaangażowała koordynatorki intymności w Polsce. Uczyłyśmy się tego zawodu w trakcie, łącznie z reżyserami, producentami i aktorami. Na Zachodzie funkcjonują procedury, których w Polsce jeszcze nie mamy i dopiero je tworzymy. Poza głównymi aktorkami – Sandrą Drzymalską, Marią Sobocińską i Aleksandrą Skrabą – pracowałyśmy również z epizodystami i statystami. Co ciekawe, żadna aktorka czy statysta nie zgłosili nagości jako sceny intymnej.

Dla mnie scena nagości również jest intymna. Zresztą najlepsza według mnie taka scena w serialu „Sexify” to ta, gdy jedna z bohaterek pokazuje swoje nieperfekcyjne kompletnie nagie ciało.

K.W.: Dla ciebie nagość mogłaby być intymnością, a aktor może powiedzieć, że to zadanie aktorskie. Spotykałyśmy się z różnymi postawami, od „zagram wszystko" po „ale tylko podniosę sukienkę, żeby było widać kolano, i nie pozwalam na odsłonięcie moich piersi”.

Pamiętajmy, że intymna scena rozgrywa się zwykle z udziałem dwóch osób, tak że ktoś może się czuć komfortowo, ale druga strona może powiedzieć: „Hej, a ja nie czuję się dobrze z twoją otwartością”.

Kadr z serialu 'Sexify' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sexify" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

A.Z.: Uczymy aktorów i aktorki otwartej komunikacji i asertywności. Mówienia: „Nie zgadzam się na to, żebyś teraz był tak blisko mnie, potrzebuję chwili, by się z tobą oswoić”. Na planie byłyśmy mediatorami pomiędzy aktorami a innymi członkami ekipy w zakresie potrzeb i komfortu aktorów.

Dobrym przykładem jest tu współpraca z pionem kostiumów, który przedstawia możliwe zabezpieczenia stref intymnych. Dla kobiet jest cielista bielizna, stringi czy naklejki wysłaniające miejsca intymne, a dla mężczyzn również cielista bielizna, stringi i sakiewka na genitalia. Aktorzy mogą wybrać, w czym gra się im najwygodniej.

Jakie trzeba mieć doświadczenie, żeby zostać koordynatorką intymności?
K.W.: Certyfikaty do pracy w roli koordynatorów intymności na planach zdjęciowych w Europie wydaje Intimacy for Stage & Screen w Wielkiej Brytanii. Kiedy podczas jednego z treningów online z Lizzy Talbot, która razem z Itą O'Brien pracowała m.in. przy serialach „Normalni ludzie”, „Sex Education” czy „Bridgertonowie” – zapytałam, czy jest szansa, by taki kurs ukończyła osoba z Polski, usłyszałam, że na razie nie. Koordynacja intymności jest mocno osadzona w danej kulturze i języku. Ktoś, dla kogo język angielski jest drugim językiem, może nie zrozumieć kontekstu kulturowego. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni, teraz doszkalamy się online i pracujemy na planach zdjęciowych jako psychologowie od „trudnych scen”. Tak było przy „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza, gdzie jest wiele scen przemocy i wykorzystania dzieci, czy „Królu” Jana P. Matuszyńskiego. Czerpiemy więc wiedzę z wcześniejszych doświadczeń z planów zdjęciowych, na których byłyśmy w roli psychologów.

A.Z.: Jestem certyfikowaną psychoterapeutką i diagnostką kliniczną, ale zdarzało mi się pracować też przy produkcjach telewizyjnych, na przykład przy „Big Brotherze”. Dobrze wiem, jak wygląda proces tworzenia filmu – od przygotowań do premiery. Moja mama jest montażystką, mój tata był scenografem. W przeszłości stawałam przed kamerą i na scenie teatralnej. W pracy koordynatorki intymności, w duecie z Kają, to ja jestem od przygotowania psychologicznego aktorów do roli. By byli w niej, a nie grali sobą. Po to właśnie wykorzystuję techniki z psychologii i psychoterapii.

K.W.: A ja zajmuję się pracą z ciałem aktora i ćwiczeniami, które to ciało oswajają. Jako dziecko byłam tancerką, później dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie, miałam angaż w Teatrze Narodowym, tak że 15 lat spędziłam na scenie, jednocześnie studiując psychologię. Dlatego wiele technik do pracy nad intymnością zaczerpnęłam z improwizacji charakterystycznej dla tańca współczesnego.

Rozpisujecie sceny na zasadzie ruchu tańca albo sztuk walki? Tak było w serialach „Euforia”, „Sex Education” czy „Normalni ludzie”. Dzięki temu aktorzy wiedzą, w którym dokładnie miejscu znajdzie się ręka, noga przy kolejnym ruchu ciała, a to zwiększa ich poczucie bezpieczeństwa.
K.W.: To, o czym mówisz, to choreografia intymności, czyli ostatni etap koordynowania intymności. Przy „Sexify” tej choreografii nie układałyśmy, dlatego że scenariusz był wcześniej konsultowany z seksuologami i dostałyśmy już gotowe storyboardy, które omawiałyśmy z aktorami. Pytałyśmy, czy taka pozycja seksualna jest spójna z ich wizją postaci, którą mają zagrać. Na pewnym etapie to aktorzy wiedzą, a właściwie czują swojego bohatera lepiej niż sam reżyser.

Ważne jest to, że wszystkie próby na planie odbywają się w ubraniach. Dopiero gdy filmujemy scenę, aktorzy zdejmują ubrania, a obok zawsze stoi ktoś gotowy, by ich okryć.

Kadr z serialu 'Euforia' (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Euforia" (HBO GO). (Fot. materiały prasowe)

Jakie są wytyczne do pracy dla koordynatora intymności?
K.W.: Przede wszystkim nigdy nie pokazujemy nagich genitaliów aktora z przodu, jedynie od pasa w górę lub z tyłu, tak że widać nagie pośladki. Umawiamy się też na to, jakim językiem posługujemy się na planie, które sformułowania są dopuszczalne. Nie ma miejsca na żarciki z intymności. Nie mówimy kolokwialnym językiem: mineta, tylko: seks oralny. Nie rozmawiamy z aktorem, który jest nagi, reżyser podchodzi do aktora, dopiero gdy ten jest już okryty. Aktor zgłasza gotowość do nakręcenia sceny.

Co to w ogóle znaczy dobra scena seksu?
K.W.:
Dobra scena seksu to taka, która prowadzi dalej historię w filmie. Ona musi być po coś, opowiadać i wnosić coś do filmu. Jeżeli scena seksu jest tylko dla seksu, to się nie uda. W „Nimfomance” Larsa von Triera każda scena jest po coś, nawet ta ekstremalna. Poza tym jeżeli aktor nie czuje się komfortowo z reżyserem, wiadomo, że na planie będzie napięcie i to właśnie intymne sceny szczególnie się opóźnią. Sceny w „Sexify" były kręcone o czasie, bo aktorzy byli gotowi psychicznie.

A.Z.: Ja bym to nazwała autentycznością w roli. Seks na ekranie musi być autentyczny. Dlatego najpierw potrzebne jest wejście aktora w rolę, ale i świadome wyjście. Ciało pokazuje, kiedy nie czujemy się komfortowo, dlatego ważne, żeby ten sygnał zauważyć. Bo jeśli nie dostrzegam tego napięcia w ciele, tylko gram dalej, to scena nie będzie autentyczna.

Dobra scena seksu musi być autentyczna, ale nie musi być seksem w realu?
K.W.: Lars von Trier chyba jako jeden z pierwszych pokazał prawdziwy stosunek w „Nimfomance”. Pytanie, co na to koordynator intymności. Czy to już przemysł soft porno? Czy aktor świadomie przekracza swoją granicę i granice innych? Istnieją produkcje, w których koordynatorzy nie są potrzebni, bo twórcy nie chcą dbać o zachowanie tych granic. Mam szacunek dla każdego widza, także tego, który potrzebuje na ekranie czegoś więcej. Ale i tego, który będzie się czuł lepiej, wiedząc, że ogląda sceny kręcone bezpiecznie.

Koordynatorzy intymności dbają także o bezpieczeństwo widza, żeby nie poczuł się niekomfortowo, oglądając scenę intymną?
A.Z.: W pewnym sensie tak. Jeżeli produkcja angażuje koordynatorów intymności, daje widzowi pewność, że sceny były kręcone z szacunkiem dla granic aktorów.

Kadr z serialu 'Sex Education' (Netflix). (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Sex Education" (Netflix). (Fot. materiały prasowe)

Co jako koordynatorki intymności poleciłybyście wszystkim, nie tylko aktorom, by seks nas nie krępował i byśmy czuli się w nim bezpiecznie?
A.Z.:
Dla mnie dużym autorytetem jest psychoterapeutka Esther Perel, która napisała poradnik „Inteligencja erotyczna”. Pisze o namiętności i pożądaniu. O podstawach szacunku do siebie i świadomości tego, na ile daję sobie do czegoś prawo.

K.W.: Naszym aktorom dawałyśmy ćwiczenie, które każdy może odnieść do siebie. „Spisz, co robi ta postać, jakie ma przekonania na temat tego, co powinna robić w życiu. Czym jest dla niej seks. Co lubi, a czego nie. Co czuje w trakcie seksu”. Jako koordynatorka najbardziej korzystam z nurtu humanistycznego, czyli: czego potrzebujesz?

A.Z.: Sesja terapeutyczna również jest rozmową o intymności. Bo jeśli ktoś przychodzi do mnie po pomoc, to mówi o swoich intymnych sprawach. A moim zadaniem jest zadbać o jego poczucie bezpieczeństwa i szacunek do siebie nawzajem. To według mnie podstawa udanego życia, również tego seksualnego.

A co poradziłybyście parom, które dopiero się poznają? Jak komunikować swoje granice jasno, ale jednocześnie tak, by druga strona nie poczuła się odrzucona?
A.Z.: Uważam, że w każdej relacji, na każdym etapie, ważna jest umiejętność słuchania oraz empatia. Myślę tu o obydwu stronach. Jeśli słucham siebie, to wiem, czego mi potrzeba, ale dopuszczam, że moje potrzeby nie muszą zostać w pełni zaspokojone przez drugą stronę, bo ona może mieć inne. Jeśli potrafię prawdziwie słuchać rozmówcy, poznaję jego potrzeby, sposób myślenia, oczekiwania, daję przestrzeń, to przyjmuję go takim, jakim jest. To wcale nie oznacza, że to mnie zobowiązuje do tego, aby zawsze w pełni spełniać jego oczekiwania, bo nie muszą one iść w parze z moimi. Ważną umiejętnością jest wspólne poszukiwanie rozwiązań, w których każdy jest gotowy pójść na jakieś ustępstwo. Innymi słowy: znaleźć to, co może nas łączyć, czyli wspólny cel oraz być gotowym z czegoś zrezygnować, zyskując relację.

Anna Zabrodzka, psychoterapeutka, psycholożka, pracuje w nurcie psychodynamicznym i systemowym. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych, także psychoterapię online.

Kaja Wesołek, trenerka aktorstwa dziecięcego, koordynatorka intymności i konsultantka scenariuszy. Z wykształcenia psycholożka, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co