1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dziś już to wiem!

Dziś już to wiem!

Śpiewała, że wierzy w dobry czas. Czy nadszedł? Urszula Kasprzak zdradza Joannie Olekszyk, na jakim etapie życia się znalazła.

Atrakcyjne ciało pani zdaniem to...

Zdrowe, czyli raczej szczupłe ciało. Nadwaga jest dla mnie przejawem choroby, niezdarności, życiowej rozlazłości. Męczę się, patrząc na siebie, gdy przytyję. Nie mówię tu oczywiście o przesadnej szczupłości, trzeba znaleźć złoty środek.

Jako dziewczyna myślała pani: „jestem atrakcyjna“?

Chyba niespecjalnie. W młodości czułam się pod tym względem trochę opóźniona w rozwoju. W porównaniu z moimi rówieśniczkami byłam zbyt chuda, nie miałam biustu, krągłości, na dodatek nie byłam wysoka. Ktoś zresztą kiedyś powiedział, że gdy Beata Kozidrak śpiewała: „Józek, nie daruję ci tej nocy” w wysokich skórzanych butach, to Urszula zachwycała się dmuchawcami. Byłyśmy jakby z innej bajki. Gdy miałam dwadzieścia dwa lata i zaczynałam pracować z Budką Suflera, chłopaki traktowali mnie jeszcze jak dziecko. Wprawdzie byli ode mnie starsi o jakieś dziesięć lat, ale ja rzeczywiście wyglądałam jak dziecko. Taką też miałam mentalność – dziecięcą. Jeszcze byłam na etapie poszukiwań.

A teraz? Na jakim etapie się pani znajduje? Dalszych poszukiwań czy uspokojenia i radości z tego, co jest?

Uważam, że czas między 30. a 40. rokiem życia powinien trwać jakieś 30 lat, bo to najlepszy okres w życiu

Jedno i drugie, słowo daję. Na pewno czuję się o wiele stabilniej zawodowo, życiowo i materialnie. Ale marzenia zawsze są i mam nadzieję, że nadal będą. Niespecjalnie patrzę w przeszłość, trochę spoglądam w przyszłość, ale tylko na tyle, żeby móc planować pewne sprawy. Koncentruję się na tym, by zadbać o siebie dzisiaj.

Powiedziała pani kiedyś, że w pani życiu wszystko działo się niejako z przypadku, bez specjalnych starań czy zabiegów…

Tak, pamiętam. Moja mama to przeczytała i powiedziała: „No wiesz, jak mogłaś tak powiedzieć?! Przecież od dziecka uczyłaś się muzyki!”. Wiem, że całe moje młodzieńcze życie prowadziło do tego, żebym została muzykiem, więc to na pewno nie wydarzyło się bez moich starań. Mówiąc o przypadku, miałam na myśli to, że nie boksowałam się z życiem, nie stresowałam, że muszę gonić za sukcesem, nie uważałam na przykład, że siedem lat bycia „gościem” w Budce Suflera to za długo, że powinnam szybko zacząć solową karierę. Po prostu pojawił się Staszek (Zybowski – przyp. red.) i czas na robienie czegoś swojego. To wynikło w sposób absolutnie naturalny. Nie wyciskałam niczego od życia, nie czułam takiej potrzeby. Może to bierze się z tego, że umiem czekać i jestem cierpliwa.

 
Nie żałuje pani niczego? Choćby niewykorzystanych szans?

Lepiej nie mogło mi się trafić. Naprawdę. Praca z Budką była wprawdzie od razu wypłynięciem na szerokie wody, ale to, że trwała tak długo, uchroniło mnie przed wieloma porażkami czy rozczarowaniami. Jedyne, czego żałuję, to że nie starałam się próbować w innych kierunkach i stylach. Mogę śpiewać wiele rzeczy, a muzyka jest dla mnie znacznie szerszym pojęciem niż zakres, w którym do tej pory się sprawdzałam. Ale to chyba jest do nadrobienia. Może się zdarzy, a może nie. Poczekamy…

Czy jest jakaś prawidłowość w pani karierze: w okresach popularności, potem nagłej ciszy i wielkich powrotów? Ostatnio milczała pani przez dłuższy czas. Z czym to jest związane?

Ze spokojem. Gdy w latach 80. wyjechaliśmy ze Staszkiem do Ameryki, zrobiliśmy to dlatego, że nie było tu dla nas pracy. Więc tam graliśmy. Gdy sytuacja w Polsce wyklarowała się na tyle, że można było już żyć z grania, wróciliśmy. Podobnie było, gdy zmarł Staś i nagle stanęłam przed koniecznością zrobienia płyty bez niego. Albo gdy urodziłam drugie dziecko. Za każdym razem mówiłam sobie: „nic na siłę”. Najpierw muszę coś przeżyć, może nawet przecierpieć, a nie robić coś w stanie niepewności, zawirowania.

Po śmierci męża miała pani poczucie, że buduje swoje życie od nowa?

To nie do końca było tak. Staszek zostawił po sobie wszystko, nad czym wspólnie pracowaliśmy, miałam więc solidne podstawy, także w postaci doświadczeń życiowych. Starałam się to w taki sposób odbierać. Mam wielu przyjaciół z ruchu Hare Kryszna, bardzo pozytywnie nastawionych do życia. Oni bardzo mi wtedy pomogli, utwierdzając w tym, że trzeba przejść przez ten okres spokojnie. Staś odszedł, więc widocznie miał odejść. Teraz ja muszę pokazać, na co mnie stać, udowodnić, że to wszystko, czego się nauczyliśmy, co zdobyliśmy, nie było udawane. Zawsze bardzo dużo rozmawialiśmy o tym, że w życiu nie można się poddawać, więc jak mogłabym teraz się załamać?!

Nie korciła pani ucieczka, np. w pracę?

Nie, nie chciałam uciekać. To, jakkolwiek dziwnie by nie zabrzmiało, to był bardzo cenny czas w moim życiu. Zbliżyłam się na przykład do mojej siostry i mamy. Myślę, że udało mi się przekształcić tamten ból w coś dobrego. Czas choroby, własnej czy naszych bliskich, jest szansą na zmianę. Człowiek całkiem naturalnie zaczyna się wtedy interesować wieloma rzeczami, na które wcześniej nie zwracał uwagi. Energią kosmosu, wiarą w pozytywne myślenie... 15 lat temu, gdy zaczynaliśmy nasze wspólne chorowanie – bo chorobę Stasia traktuję jako naszą wspólną – były to rzeczy kompletnie nowe.

(...)

Więcej w numerze 5 / 2011

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze