Jak zaakceptować siebie? Jak siebie pokochać? Pytamy nauczyciela duchowego Sri Sri Raviego Shankara

Miłośc jest matką wszystkich emocji. Złość jest przecież pochodną miłości. Tak bardzo kochasz perfekcję, że zaczynasz się złościć, kiedy ktoś zachowuje się inaczej, niż tego oczekujesz. (fot. iStock)

Zdaniem nauczyciela duchowego Sri Sri Ravi Shankara, aby przezwyciężyć niechęć, nienawiść czy zazdrość – trzeba zejść do poziomu atomu. Czyli zaakceptować odrobinę całości. W rozmowie z Karoliną Szaciłło wyjaśnia, jak zaakceptować siebie i prawdziwie siebie pokochać.

Wojna w Kolumbii trwała od 50 lat. Pochłonęła około siedmiu milionów ofiar. Negocjacje pokojowe, kiedy do nich dołączyłeś, trwały od pięciu lat. Po 3 dniach udało Ci się doprowadzić do rocznego zawieszenia broni i w końcu podpisania traktatu pokojowego. Nasuwa się tylko jedno pytanie. Jak?

Zrobiliśmy wspólną medytację (śmiech)… I gdzieś między tą podróżą z głowy do serca – a tym właśnie jest dla mnie medytacja – uświadomiłem im, że mają do wyboru sprawiedliwość lub… pokój. Po obu stronach konfliktu są tysiące ofiar. Metoda „oka za oko i ząb za ząb” prowadzi donikąd. W trakcie pierwszej sesji rozmów pokojowych przedstawicielka FARC (Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii – przyp. red.) zapytała mnie: „Czy duchowość jest możliwa bez sprawiedliwości społecznej?” Nie – odpowiedziałem. Duchowość prowadzi do sprawiedliwości społecznej. Sprawiedliwość i prawda to jednak nie to samo co zemsta. Nie należy porzucać ideałów, ale zmienić metodę. Metodę, która zawodzi na całym świecie. Metodę, która od połowy wieku okazywała się w Kolumbii nieskuteczna. Zamienić broń i przemoc na szukanie pokojowych rozwiązań, mediację, rozmowę. Gandhi swoją taktyką biernego oporu wygrał przecież niepodległość Indii! Jeśli spojrzymy na wojnę z poziomu człowieka, a nie rządu, nie ma w niej wygranych i przegranych. Są tylko ofiary. Po obu stronach. Aby zakończyć konflikt, trzeba na moment odwrócić wzrok od tego, co nas dzieli, a skupić się na tym, co nas łączy. Znaleźć cechy wspólne. Wszyscy przecież chcemy czuć się bezpiecznie we własnym domu, własnym kraju. Chcemy mieć za co żyć. Chcemy kochać i być kochanym. Gdyby obrać nas warstwa po warstwie z kształtujących nas uwarunkowań, okazałoby się, że na samym dnie zawsze znajduje się to samo. Na samym dnie jest właśnie miłość. To ona jest budulcem naszej świadomości. Klejem, który łączy wszystkie konstytuujące nas warstwy. Skleja nasze emocje, naszą świadomość.

Skoro jest tylko miłość, to skąd biorą się konflikty?

Konflikt rozpoczyna się w momencie, kiedy przestajemy się komunikować. Zarówno na poziomie społecznym – z otaczającym nas światem, jak i z samym sobą – gdy zatracamy kontakt z własnym wnętrzem. Pokój to coś więcej niż stan bez wojny. Pokój rozpoczyna się od naszego wewnętrznego spokoju. A wewnętrzny spokój może przynieść pokój w rodzinie, w kraju i w końcu na świecie.

Z tego co mówisz wynika, że twoim zdaniem i zdaniem filozofii Wschodu, miłość nie jest emocją.

Miłość jest matką wszystkich emocji. Jest naszą naturą. Sama w sobie nie jest jednak emocją. Zobacz, złość jest przecież pochodną miłości. Tak bardzo kochasz perfekcję, że zaczynasz się złościć, kiedy on zachowuje się inaczej niż tego oczekujesz. U podstawy złości często stoi lęk. Lęk pojawia się, gdy boimy, że stracimy kogoś lub coś, co kochamy. Jeśli rośnie w siłę, może zamienić się w nienawiść. Idąc dalej, nie można być zazdrosnym, jeśli u podstawy tej zazdrości nie stoi miłość. Tak bardzo kochasz pieniądze, że zazdrościsz każdemu, kto ma ich więcej niż ty. Jeśli miłość nie odbywa się na poziomie duszy, ale odnosi się tylko do ciała, wówczas nazywa się pożądaniem. Pożądanie niesie ze sobą niepokój, miłość daje spokój. Można więc powiedzieć, że emocje są sposobem wyrażania miłości. Gdy miłość zostaje zniekształcona, staje się negatywna. Wiedza duchowa pielęgnuje czystą miłość. Miłość bezwarunkową. Miłość, która nie jest biznesem.

Co masz na myśli porównując miłość do biznesu?

Masz dzieci?

Mam synka i dwie córki mojego męża z poprzedniego małżeństwa…

Zastanów się teraz, za co kochasz swoje dzieci. Za to, że są mądre, piękne i uczynne? Czy może kochasz je zwyczajnie dlatego, że są. Miłość, którą matka czuje do dziecka, jest najbliższa miłości bezwarunkowej, czyli budulca naszej świadomości. Przeciwieństwem jest miłość oparta na biznesie, „miłość barterowa”. Kocham cię, bo jesteś wspaniały, przystojny, młody, kreatywny. A jeśli przestaniesz być kreatywny i młody, co wtedy? Przestanę cię kochać? Można kochać kogoś za jego zalety, ale nie odczuwać wzajemnej bliskości. Taki rodzaj miłości wzbudza rywalizację i zazdrość. Nie jest tak w przypadku miłości, która rodzi się z pokrewieństwa dusz. Jeśli kochasz kogoś za jego przymioty, zalety, to kiedy te cechy się zmienią lub gdy do nich przywykniesz, to twoja miłość się zmieni. Dlatego miłość, która bazuje na cechach osobowości człowieka, nie jest stabilna. Kochać kogoś dlatego, że jest wspaniały czy wyjątkowy, to trzeciorzędny rodzaj miłości. Kochać kogoś, bo jest częścią ciebie, nieważne: piękny czy brzydki, mądry czy głupi – to miłość bezwarunkowa.

Dzieci potrafią być bardzo zaborcze w swojej miłości. Czasem chcą mieć mamę i tatę tylko dla siebie. Z czego to wynika?

Wynika to z tzw. sanskary (w sanskrycie oznacza „wrażenie z przeszłości” lub „uwarunkowanie” – przyp. red.): „kochaj mnie i tylko mnie, mamo!”. Nie chcemy stracić kogoś, kogo kochamy, kto jest nam bliski, kto – szczególnie w przypadku małego dziecka – stanowi cały jego świat, konstytuuje jego poczucie bezpieczeństwa. I ten paniczny lęk zamienia się w kontrolę. W potrzebę posiadania kogoś. Wydaje nam się, że kiedy będziemy w pełni kontrolować, kiedy całkowicie zawładniemy ukochaną osobą – to nam się już nie wymknie. Jednak kontrola i posiadanie niszczą miłość. Miłość pod wpływem kontroli brzydnie. Dlaczego? Traci swój najjaśniejszy aspekt – wolność. Bo miłość to wolność. Jeśli kogoś kochamy, dajemy mu wolność. Może się to wydarzyć tylko jeśli jednocześnie prawdziwie kochamy i szanujemy siebie. Jeśli udaje nam się dotrzeć do tego wewnętrznego, nieograniczonego agregatu miłości, spokoju i radości, który zlokalizowany jest w nas. Kiedy w końcu po latach tułaczki, udaje nam się „wrócić do domu”. A kiedy już w nim jesteśmy, automatycznie zaczynamy się dzielić. Chcemy wszystkich obdarowywać tym szczęściem i miłością. Przestajemy chcieć brać. Zaczynamy dawać. Tak zaczyna się prawdziwa miłość.

Mówisz, że miłość jest jedna. Jest budulcem naszej świadomości. Ale przecież inaczej kochamy nasze dziecko, naszych rodziców, naszego męża. To wciąż ta sama miłość, ale smakuje zupełnie inaczej?

Miłość jest istotą ciebie. A to, co stanowi twoją naturę, nie może ulec zmianie. Zmienia się jednak sposób wyrazu miłości. Ponieważ miłość jest twoją naturą, nie masz wyjścia, możesz jedynie kochać (śmiech). Nawet miłość, którą czujemy do jednej osoby, może ulec zmianie. Tego samego dnia możemy kochać naszego partnera z całego serca, a wieczorem tak się na niego zezłościć, że każemy mu spakować walizki. Analogicznie jest z miłością rodzicielską. Matka kocha przecież dziecko całą sobą, jest w stanie dla niego dosłownie wskoczyć w ogień. Raz je jednak karmi, pielęgnuje, a innym razem potrafi krzyknąć i być surowa. Czy w takim momencie kocha dziecko mniej? Nie! To wszystko to różne odcienie miłości. W starożytnych Wedach nazywano je rasa. „Ras” w sanskrycie oznacza smak i taniec.

Gdzie taniec symbolizuje taniec energii, czyli zmianę…?

Dokładnie tak. Jedyną pewną rzeczą na tym świcie jest zmiana. Wszystko przecież nieustannie się zmienia. Zmieniają się pory roku. Noc płynnie zmienia się w dzień. Zmieniają się nasze sympatie, antypatie, opinie. Zmieniają się rządy i politycy. Nasze poglądy często ulegają zmianie. Jeśli jednak dobrze wsłuchamy się w siebie, kiedy dzięki medytacji czy technikom oddechowym, uda nam się sprowadzić umysł do chwili obecnej – zobaczymy, że coś pozostaje niezmienne. Tym czymś jest właśnie miłość.

Matka, która skacze za dzieckiem w ogień lub terroryści, którzy w imię „miłości do Boga”, zakładają ładunki wybuchowe nie odczuwają lęku. Dlaczego?

Miłość z jednej strony czyni nas niezwykle wrażliwym, empatycznym, a z drugiej daje nam niesamowitą siłę. Zarówno w ajurwedzie, jak i w jodze, funkcjonuje pojęcie czakr. Czakry to nic innego jak najważniejsze centra energetyczne w ciele. W nich następuje wymiana między tym co w środku, a tym co na zewnątrz. W każdej z siedmiu czakr rezydują inne emocje. Czakra serca (w sanskrycie tzw. anahata) zamieszkuje miłość, lęk i nienawiść. Kiedy czujemy miłość, niczym wspomniana matka skacząca za dzieckiem w ogień, nie odczuwamy lęku. Podobnie jak zaślepieni nienawiścią – czyli zniekształconą miłością – terroryści zakładający ładunki wybuchowe. Zdaniem Filozofii Wschodu czakra serca stanowi centrum naszego dowodzenia. Serce nie jest tylko organem, który pompuje krew. Jest siedzibą umysłu i prany, energii życiowej. Jest domem naszej intuicji. Co ciekawe i co potwierdzają współcześnie naukowcy, posiada własną inteligencję. Kiedy jesteśmy w sercu lub innymi słowy, gdy nasza czakra serca otwiera się, podejmujemy najlepsze decyzje. Widzimy świat, który dotychczas pozostawał dla nas niedostrzegalny.

Dlaczego w takim razie nie mamy pełnego dostępu do naszego potencjału? Dlaczego nasza czakra serca nie jest szeroko otwarta?

W czakrze serca znajduje się tzw. granthi (w sanskrycie to słowo znaczy „węzeł” – przyp. red.). Co ciekawe, ten węzeł powstaje najczęściej dopiero około 7 –8 roku życia. Z wiekiem jednak ten węzeł zacieśnia się. Kiedy jednak zaczynamy się rozwijać duchowo, gdy w naszym życiu pojawia się medytacja czy modlitwa, wówczas ten węzeł powoli rozwiązuje się. Wątpliwości znikają. Pojawia się wdzięczność. Narada, jeden ze Mędrców Wschodu, siedem tysięcy lat temu napisał „Narada pańcarata” – teksty filozoficzne będące podstawą starożytnych Wed. Dokładnie opisuje w nich, czym są tzw. granthi. Są trzy węzły. Jeden występuje na wysokości czakry podstawy. Drugi na wysokości czakry serca. A trzeci na wysokości czakry trzeciego oka. Kiedy się oświecamy, węzły rozwiązują się. Energia płynie bez żadnych ograniczeń. Można powiedzieć, że granthi reprezentują to wszystko, co oddziela nas od naszej prawdziwej natury. Reprezentują przeszkody w poznaniu samego siebie. Są zasłoną dla prawdziwego obrazu naszej natury.

Mam wrażenie, że mogłabym z tobą godzinami siedzieć i niczego nie mówić. A mieliśmy rozmawiać o miłości…

To dlatego, że miłości nie można ująć słowami. Można ją poczuć. Najpełniej w całkowitej ciszy. Nawet gdybyśmy całe życie spędzili opowiadając lub pisząc o miłości, to nie zdołalibyśmy dotknąć tego co w niej najważniejsze. Miłości nie można przeanalizować. Zostawmy więc miłość w spokoju. Nie nadawajmy jej imienia. Miłość nazwana staje się związkiem. A każdy związek ogranicza przecież miłość. Zamiast przyklejać etykiety i nazywać relacje z otaczającymi cię ludźmi, zastanów się lepiej, jaki jest twój związek z samą sobą. Czy traktujesz się jak mistrza, jak przyjaciela? Czy zajmujesz się sobą z dokładnie taką samą miłością i szacunkiem, z jaką chciałabyś, aby zajmowali się tobą najbliżsi? Czy kochasz się? Bo póki się sam nie pokochasz i nie zaakceptujesz, to na próżno możesz poszukiwać tej miłości i akceptacji w innych.

Jak to zrobić? Jak pokochać siebie?

Jest piękna technika, która wywodzi się z Wed. Nazywa się „zaślubiny atomu”. Mówi, że chcąc przezwyciężyć niechęć, nienawiść czy zazdrość – trzeba zejść do poziomu atomu. To znaczy zaakceptować odrobinę całości. Akceptacja czegoś, czego nie lubimy, jest trudna. Jednak bez problemu uda nam się zaakceptować odrobinkę tego, maleńki atom. Przypuśćmy, że kogoś kochasz. Cały czas, wręcz obsesyjnie o tej osobie myślisz. W „anu vrat”, „zaślubinach atomu” – przyjmujesz tylko maleńki fragment ukochanej osoby. I to daje ci spełnienie. Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie.

Wydaje ci się, że siebie nie lubisz? Znajdź jeden atom, który akceptujesz. Nieważne, czy będzie to twój uśmiech czy sposób, w który o poranku układają się twoje włosy. Przekonasz się, że w chwili gdy zaakceptujesz jeden atom, coś się zmieni. Najlepiej jest jednak zrobić to w stanie medytacji. Zamknąć oczy, przenieść uwagę na spokojny, naturalny oddech. A gdy głowa oczyści się ze zbędnych myśli, gdy poczujemy spokój – spróbujmy na moment przywołać ten atom. Zobaczyć na przykład siebie uśmiechającą się. Poczuć swoją wartość. Poczuć miłość. Później ten „maleńki atom” zostanie już z nami. Będzie towarzyszył nam w drodze do szkoły czy pracy. Zmieni naszą percepcję. Sprawi, że coś w środku nas będzie się rozprzestrzeniać. Czujesz to, o czym mówię? To uczucie rozprzestrzeniania się to właśnie miłość.

Shri Shri Ravi Shankar fot. Wikimedia Commons

Sri Sri Ravi Shankar, naukowiec, działacz społeczny, filantrop, nauczyciel duchowy i ambasador pokoju – udało mu się zakończyć z powodzeniem negocjacje pokojowe w dziesięciu nękanych wojną domową krajach na świecie (m.in. w Kolumbii). Jest założycielem fundacji Art of Living, która prowadzi działalność w dziedzinie edukacji, rozwoju osobistego, zdrowia, pomocy społecznej i ochrony środowiska.