Czy pary bez dzieci są szczęśliwsze? Odpowiada terapeutka Anna Zarzycka

Czy pary bez dzieci są szczęśliwsze? Odpowiada terapeutka Anna Zarzycka
Wzrasta liczba osób deklarujących, że nie chce mieć potomstwa. (Fot. iStock)

Wzrasta liczba osób deklarujących, że nie chce mieć dzieci, jednocześnie coraz więcej par zmaga się z niepłodnością. Może więc zamiast dopytywać znajomych: „a kiedy dziecko?”, powinniśmy zastanowić się, czy we dwójkę też nie jest ciekawie? Z Anną Zarzycką, terapeutką pracującą z parami, rozmawia Katarzyna Kazimierowska.

Czuję wrażenie, że choć mamy XXI wieki i dwie rewolucje seksualne za sobą, to stereotypy dotyczące posiadania dzieci są aktualne. Jak ten, że młode małżeństwa chcą mieć dzieci, a bezdzietne to egoiści. Czy tak jest?
Nie zakładałabym, że wszystkie małżeństwa marzą o dzieciach, ale zgadzam się, że taki jest przekaz. Istnieje międzygeneracyjne przekonanie, nawet jeśli niewypowiedziane na głos, że to jest naturalne i uważane jako dopełnienie albo realizacja miłości między dwojgiem ludzi. Wspomniała pani o stereotypach – warto podkreślić, że tak jak krzywdzące jest nazywanie par, które nie decydują się na dzieci, egoistami, tak dla par, które decydują się na dzieci, krzywdzące jest widzenie ich wyboru przez pryzmat presji czy naturalnej kolei rzeczy, a nie decyzji i pragnienia. Te pragnienia są po prostu często połączone i w takiej czy innej formie wyrażane. Kobieta wie, że jej matka tego oczekuje lub pragnie dla niej, rodzice partnera też by tego chcieli albo ona chciałaby, by mogli zostać dziadkami, nawet jeśli niekoniecznie sama chce zostać matką. Jednocześnie oprócz pragnienia rodziny czuć presję środowiska. Wszyscy wokół mają dzieci, więc albo para chce włączyć się w ten nurt, albo decyduje się na bycie poza nim, co też bywa trudne.
Choć, co trzeba zaznaczyć, coraz częściej dopuszcza się zdanie, że tak wcale nie musi być. Na przestrzeni ostatnich 70 lat wzrasta procent związków, które deklarują, że nie chcą mieć dzieci albo że nie będą miały dzieci. Poszerza się pula osób, które nie mają dzieci z wyboru. Równocześnie wiele jest par, które zmagają się z niepłodnością i walczą o zostanie rodzicami.

Z czego wynika taka świadoma rezygnacja z posiadania dzieci? Z odchodzenia od więzów wspólnotowych, stawiania bardziej na cele osobiste?
To raczej socjologiczne pytania. Wydaje mi się, że po prostu częściej bierzemy pod uwagę takie czynniki, jak bezpieczeństwo, kontrola, dążenie do szczęścia tu i teraz, ale też czujemy ciężar odpowiedzialności albo widzimy swoją samorealizację w innych rolach niż rodzicielska. Poza tym nad coraz większą ilością spraw mamy kontrolę albo przynajmniej poczucie, że tak jest. Dotyczy to też płodności – mamy wszak kontrolę nad tym, by nie zajść w ciążę wtedy, kiedy nie chcemy – choć czasem to poczucie jest złudne, bo przecież nie mamy kontroli nad tym, aby zajść w ciążę, kiedy chcemy. Coraz bardziej zależy nam na satysfakcji z różnych wyborów życiowych, w tym z posiadania dziecka. I to może mieć wpływ na decyzję, żeby go nie mieć.
Ale też trzeba wziąć pod uwagę, że nie zawsze myślimy o tym, czy chcemy mieć dzieci, czy nie. Raczej, że nie chcemy teraz. Tymczasem przez lata ta decyzja i myślenie o dziecku mogą się zmienić.

Ale biologia się nie zmienia, my, kobiety, nie jesteśmy płodne do 80. roku życia.
Chciałabym tu zacytować metaanalizę wykonaną przez dr Renske Keizer z Holandii w 2010 roku, która pokazuje, że wśród bezdzietnych kobiet 10 procent nie mogło ich mieć z powodu bezpłodności czy niepłodności, a drugie 10 procent mieć nie chciało. Cała reszta, czyli 80 procent kobiet nie mogło mieć czy też nie mają dzieci z powodu okoliczności życiowych.

Jakie to okoliczności?
Za późno zdecydowały się zajść w ciążę albo nie miały partnera, albo nie chciały samotnie wychowywać dzieci. Niektóre pary na przykład są przekonane, że wybór, aby nie mieć dzieci, jest ich wspólny, a potem okazuje się, że jednak jedno z nich chce, a drugie wciąż nie. To tworzy różne problemy i wpływa na decyzje dotyczące związku, bo trzeba wybrać, co jest ważniejsze: potrzeba wychowania własnego dziecka czy małżeństwo.

Gdy myślimy o tym, że naszym celem jest szczęście, to dzieci zdają się być czynnikiem przybliżającym do tego szczęścia lub oddalającym od niego. A może tak wcale nie jest?
Jak podaje raport przygotowany przez uniwersytety Princeton i Stony Brook w Stanach Zjednoczonych, gdy badano związek między posiadaniem dzieci a poczuciem satysfakcji z życia, to okazało się, że pary bezdzietne są bardziej stabilne, mają mniej wzlotów i upadków. Z kolei pary wychowujące dzieci przeżywają dużo intensywnych uczuć, jak radość, duma, poczucie spełnienia, ale też doświadczają wielu trudnych, jak stres, zmartwienia, może też mniejsze poczucie bezpieczeństwa, bo pojawia się silny niepokój o dzieci.
Warto także przypomnieć badanie prowadzone w długim okresie przez małżeństwo Gottmanów na ponad setce par (badaniem objęto 130 par przez pierwsze osiem lat związku). Badanie to pokazało, że po urodzeniu pierwszego dziecka małżeństwo się zmienia. I to na gorsze, jak opisało te zmiany 70 proc. młodych matek w pierwszych 12 miesiącach po narodzinach pierwszego dziecka. Do pary dociera, że utraciła coś, czego już nie odzyska. Z tą myślą wiąże się dużo napięcia i stresu, bo nie ma już dawnego „my”. Pierwsze na tę zmianę negatywnie reagują kobiety, gwałtownie spada u nich zadowolenie z małżeństwa, a zaraz potem mężczyźni – w odpowiedzi na to, jak reagują ich żony. Te zmiany, jak brak snu, zmiana rytmu dnia, wymagania związane z opieką nad niemowlęciem, zmiana funkcjonowania „nas” jako rodziny, często też trudności finansowe, więcej wydatków – wydają się nie do przeskoczenia. Kobiety są przytłoczone nadmiarem obowiązków, a mężczyźni w obliczu żony zaabsorbowanej opieką nad dzieckiem – wycofują się.

A co z tymi 30 procentami, które nie odczuwają pojawienia się dziecka jako zmiany na gorsze?
Okazało się, że gdy para wspólnie adaptuje się do tych zmian, kobieta nie czuje się zostawiona sama sobie, a partner aktywnie włącza się w budowanie i współtworzenie tego, co nowe – to jest inaczej. Poziom satysfakcji nie maleje, a wzrasta. Ważne, na ile para chce powrócić do dawnego „my”, a na ile jest gotowa pożegnać się i rozstać z tym, co było, na rzecz powitania nowego. Jeśli jesteśmy zanurzeni w chęci powrotu do tego, co było, to skazujemy siebie na porażkę. Nie ma już takiego poziomu bliskości, mamy mniej czasu dla siebie, często w początkowym okresie nie ma tyle seksu co dawniej, i to wszystko jest źródłem ciągłej frustracji. Ale jest z kolei zupełnie nowy wymiar naszego „my” Ω my we troje. My tak bardzo zmęczeni, ale myślący o sobie nawet wtedy, my uczący się razem dawać sobie wspólnie radę z niepokojem, my czasem niewytrzymujący napięcia.

W książkach o rodzicielstwie podkreśla się, że para przestaje być kochankami, a staje się rodzicami, którzy tak się w tej roli spełniają, że nie widzą miejsca na nic więcej.
To ważne, by zauważyć, że jesteśmy w stanie włączyć też inne role, myśleć o sobie nie tylko w kategoriach rodziców, ale też pary. Jednak i na to potrzebny jest czas. Stereotypowo to mąż, partner, jest bardziej skupiony na tym, że czuje się pominięty i odrzucony, a partnerka bardziej wchodzi w rolę macierzyńską. Choć czasem jest na odwrót: ojciec bardziej się angażuje, czerpie ogromną przyjemność z opieki nad dziećmi, a matka czuje się pominięta. Ważne, żeby uznać przed sobą, że te doświadczenia nie muszą być symetryczne, co też potrafi być frustrujące. Jedno z rodziców chce całości doświadczenia rodzicielskiego, a drugie walczy o zwrócenie na siebie uwagi.

Tych czynników wywołujących frustrację jest więcej, na przykład środowisko, w którym funkcjonujemy.
Tak jak para bezdzietna styka się często z większą lub mniejszą presją środowiska, para z dziećmi mierzy się z włączającymi się, mniej lub bardziej, w jej życie dziadkami. To aktywizowanie się rodziców i teściów w roli dziadków czasem daje wsparcie, a czasem rodzi konflikty, a zazwyczaj i jedno i drugie. Z kolei środowisko znajomych w tej samej co my sytuacji może być wsparciem, ale także nas oceniać, rywalizować z nami.
Pary z dziećmi czasem czują się osamotnione nawet w grupie przyjaciół z dziećmi. W Internecie, który jest zerojedynkowy i bardzo ocenny, widać, na jak niewielką elastyczność w zachowaniach macierzyńskich czy ojcowskich możemy sobie pozwolić. Często ta świadomość, że bardziej możemy się spodziewać fali hejtu niż życzliwej pomocy w potrzebie, także wpływa na wzrost stresu, gdy czujemy się jeszcze niepewnie w nowej roli rodzica. Albo wtedy, gdy stoimy przed wyborem, czy nim zostać.

Pary bezdzietne mają jednak z pewnością więcej czasu dla siebie i mniej rozpraszaczy, jak dzieci, które są dobrym pretekstem, by nie starać się już o siebie.
Dzieci mogą pełnić taką rolę, ale przecież praca także wypełnia nasze życie i też może być pretekstem. Rutyna sprawia, że tracimy uważność na siebie. Z kolei u partnerów z dziećmi może się pojawić takie myślenie, że dzieci są zabezpieczeniem związku. Dlatego wydaje im się, że mogą sobie na więcej pozwolić. Jeśli mają kryzys, to mogą uznać, że nie muszą się nim teraz zajmować, no bo trzeba zająć się dziećmi. Z drugiej strony dzieci są też powodem, dla którego pary zabiegają o podejmowanie prób naprawy i wzmacniania związku.

Może w ogóle myślenie, że dzieciaci są szczęśliwi a bezdzietni nie, albo na odwrót, nie ma sensu?
Na pewno spodziewane poczucie szczęścia lub nieszczęścia może mieć wpływ na nasz wybór. Jeśli przeczytamy w gazecie, że na przykład bezdzietne pary są szczęśliwsze, to jest to pewna społeczna podpowiedź. A takie podpowiedzi bierzemy pod uwagę zwłaszcza gdy stoimy przed obezwładniającą czy wzbudzającą lęk decyzją. I na tym poziomie jednostkowym istotne jest, żeby wiedzieć, czego się boimy, czego potrzebujemy, czym jest dla nas szczęście, co nam daje satysfakcję w życiu. Każda para trochę inaczej to rozumie, dlatego ważne, żeby o tym rozmawiać, być tego świadomym. W sumie te informacje, że doświadczenie wychowania dzieci jest dalekie od jednoznaczności, są ważne i potrzebne, bo o ile nie ukazują świata w czarno-białych kolorach, na przykład: pary z dziećmi są nieszczęśliwe, a pary bez dzieci szczęśliwe – to wprowadzają bliższe rzeczywistości spojrzenie na trudy i radości związane z takim wyborem.
Czasem dajemy się ponieść presji albo korzystamy z cudzej podpowiedzi, ale to, że nie chcemy podejmować jednoznacznego wyboru, również jest znaczące. Ważne, żeby być tego świadomym. Także tego, że czasem życie nie pozostawia nam wyboru, a nasz wpływ jest ograniczony. To ma znaczenie nie tylko w kwestii podejmowania własnych wyborów życiowych, ale i tego, jak patrzymy na wybory innych i je oceniamy.

Sam wybór, możliwość jego dokonania, wydaje się kluczowe dla satysfakcji ze związku.
Tak jest zwłaszcza wtedy, gdy wymaga to od partnerów adaptacji do zaskakującej, nieplanowanej sytuacji. Spójrzmy na pary, które zawsze chciały mieć dzieci i ich nie mają, albo pary, które nie chciały mieć dzieci, a tak wyszło, że je mają. Znajdziemy wśród nich takie, które w sytuacji, gdy nie mogły wybrać, umiały się odnaleźć i takie, dla których ta niemożność podjęcia decyzji, która została im narzucona (na przykład przez jedną ze stron w związku), wciąż jest źródłem cierpienia. Często tym czynnikiem, który przesądza o zaakceptowaniu danej sytuacji jest świadmość własnego sprawstwa, udziału w tej decyzji, kontroli nad nią.
Warto dodać, że badania, na które się powołujemy, analizują związek satysfakcji z życia par z dziećmi i bezdzietnych, a satysfakcja to jednak nie jest to samo co poczucie szczęścia.