Dlaczego mężczyźni mają prawo do jawnej zazdrości, a kobiety cierpią po cichu?

Zazdrość często łączy się z szacunkiem: albo ktoś mnie szanuje, albo ktoś mnie lekceważy. (Fot. iStock)

Zazdrość potrafi zniszczyć, ale i wzmocnić związek. Jeśli jest łagodna i krótkotrwała – bywa dobrym narzędziem samopoznania i komunikacji. Może też przerodzić się w obsesję i w konsekwencji nawet doprowadzić do tragedii. Skąd biorą się tak silne emocje? Wyjaśnia psycholożka i terapeutka Ewa Woydyłło.

 

Czy zazdrość to emocja?
Pojęcia emocji i uczucia czasami przenikają się, trudno je rozdzielić. Ale mówi się, że emocja jest czymś bardziej gwałtownym, a uczucie – bardziej trwałym. Bywa zazdrość, która ogarnia na moment – pod wpływem nagłego podejrzenia czy czyjegoś zachowania. Bywa też że ktoś jest pełen nieufności w stosunku do drugiej osoby w wyniku wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie mówimy o gwałtownej emocji, tylko o stanie, który pod wpływem jakichś okoliczności w danym człowieku się zatrzymał.

Pytam, ponieważ w książce „Ludzie, ludzie…2”, używa pani sformułowania „psychoza”, czyli zazdrość, a przynajmniej pewien jej poziom, byłaby swoistym zaburzeniem…
Zazdrość może mieć łagodny przebieg, krótkotrwały i nieszkodliwy. Może nawet odgrywać ważną rolę w komunikacji i samopoznaniu. Na przykład zauważam, że denerwuje mnie, gdy mój partner zwraca uwagę na inne kobiety – i to można omówić, przeanalizować. W dobrych i trwałych związkach ten temat pojawia się dość często. Ale może też dojść do stanu, który jest patologią – wtedy mówimy o poważnym zaburzeniu, nazywanym „syndromem Otella”, który czasami doprowadza do zbrodni.

Syndrom Otella, szekspirowskiego bohatera, który udusił swoją żonę. Jak pani pisze – statystycznie to mężczyźni przodują w chorobliwej zazdrości. A mnie się wydawało, że to kobiety częściej reagują zazdrością na zachowania partnera.
Aby to wytłumaczyć, warto popatrzeć na uwarunkowania obyczajowo-kulturowe – zazwyczaj to mężczyzna przypisuje sobie prawo do posiadania kobiety. Nawet nasz język to odzwierciedla. Niedawno podczas warsztatu, który prowadziłam, jeden z uczestników zapytał: „A co jeśli mężczyzna zabierze najbliższemu przyjacielowi żonę?”. Od razu zwróciłam uwagę na sformułowanie, z którego wynika, że kobieta jest prawie jak mebel: można ją wziąć, zabrać, przestawić. Wywiązała się z tego bardzo ciekawa dyskusja…
W naszej kulturze przez całe stulecia mężczyzna był właścicielem „swojej” kobiety – mąż nad żoną, a wcześniej ojciec nad córką czy brat nad siostrą miał nieograniczoną władzę. Dlatego jeśli kobieta swoim postępowaniem stwarzała choć cień ryzyka niewierności, mężczyzna był uprawniony do karania jej w jakiś sposób. Do dziś o partnerkach, które wiążą się z innym mężczyzną, mówi się krótko i niecenzuralnie… Tymczasem w przypadku kobiet, którym nie przysługują analogiczne prawa do mężczyzny, uzewnętrznianie zazdrości nie ma uzasadnienia społecznego. Kobiety przeżywają burzliwe uczucia, ale ich zazdrość jest bardziej prywatna.

W książce pisze pani również, że zazdrośnikom często brakuje bezpieczeństwa, czyli czego właściwie?
Gdy pracowałam w Instytucie Psychiatrii, pewnego razu gościliśmy terapeutę ze Stanów Zjednoczonych. Wygłaszał wykład dla pacjentów, w którym uczestniczyli przede wszystkim mężczyźni. I mówiąc o zazdrości jako jednym ze stanów, z którym trudno nam się uporać, stwierdził, że zazdrość bierze się przede wszystkim ze strachu. Pamiętam, że słuchacze zaczęli się niespokojnie kręcić, ponieważ w pewien sposób było to dla nich uwłaczające. Mężczyzna wstydzi się strachu, a pod zazdrością kryje się właśnie lęk przed utratą partnerki, bo ta utrata oznacza dla niego wstydliwą porażkę. Tu znowu wracamy do statusu kobiety jako obiektu własności, skąd bierze się uprawnienie mężczyzny do upubliczniania zazdrości i właściwie wszyscy go w tym wspierają.

Dziś mamy wiele możliwości technicznych, które mogą wzmacniać zazdrość, a i pomagają zazdrośnikom kontrolować partnerów. Słyszałam kiedyś, jak mężczyźni chwalili się na spotkaniu w swoim gronie, że zainstalowali swoim żonom program śledzący w smartfonach…
Komputery, smartfony i wszelkie nowe technologie bardzo ułatwiają dziś zweryfikowanie podejrzeń. Ale w samym postępowaniu nie ma nic nowego, bo z własnej praktyki znam kobiety wynajmujące prywatnego detektywa – w zaprzyjaźnionym gronie przekazując sobie jego namiary – który śledził ich mężów i umiał sprawnie i szybko zrobić kompromitujące zdjęcia. Dzięki temu one zdobywały dowody i materiały do wywierania nacisku na swoich niewiernych partnerów.

Czasami zazdrość przybiera wręcz paranoidalną formę, mimo braku logicznych podstaw. Skąd bierze się taki stan? Czy to wiąże się z jakimś osobistymi brakami?
Jak już ustaliłyśmy, podstawą zazdrości jest strach. U mężczyzny jest to przede wszystkim lęk przed kompromitacją i przyprawieniem mu tzw. rogów, kobiety obawiają się czegoś innego. Pojawia się u nich lęk o byt, i to nie tylko w sensie materialnym, ale i społecznym, bo wciąż jeszcze samotne kobiety nie mają łatwego życia. Towarzyszy im często wstyd, a także niepokój, jak to wytłumaczyć dzieciom.

Nie wszyscy są jednakowo podatni na zazdrość. Skąd się biorą te różnice?
Generalnie niektórzy są bardziej podatni na różne niepokoje i lęki. W jednej z książek dość dokładnie pisałam o tym, dlaczego do dobrego życia przydaje się tzw. gruba skóra, czyli mniejsza nadwrażliwość w relacjach. Sama wrażliwość to dobra rzecz – oznacza empatię, uczuciowość, serdeczność i zdolność do miłości, natomiast nadwrażliwość przyczynia się do lęku i braku poczucia własnej wartości. Moim czytelniczkom radzę, żeby pracowały nad wzmacnianiem odporności. Po angielsku na odzyskiwanie kontroli nad swoim życiem używa się określenia: empowerment. Chodzi o to, by w sytuacji kryzysowej nie załamać się, tylko szukać wyjścia. Kobieta o dużej odporności, zdradzana czy opuszczona przez męża dla kochanki – będzie oczywiście cierpieć, ale nie straci poczucia pewności.

Niemniej trudno jej będzie nie odczuwać zazdrości, przynajmniej na początku.
Oczywiście, bo skoro kochała męża, to chciała mieć wyłączność w jego życiu jako kobieta. Zazdrość nie jest tylko przedmiotem anegdotycznych opowieści, dla wielu ludzi jest podstawą wartości, wiąże się z lojalnością i szacunkiem: albo ktoś mnie szanuje, albo ktoś mnie lekceważy. W pierwszym tomie książki „Ludzie, ludzie” piszę o kobietach, które wiążą się z żonatymi mężczyznami. Odnoszę się do nich surowo i nie mam dla nich wyrozumiałości, bo choć nie godzi się żonatemu podrywać każdą, która mu się spodoba, to uważam, że kochanka nie powinna się przyłączać do spisku przeciwko zdradzanej żonie. Zresztą może ta kochanka za kilka lat znajdzie się w takiej samej sytuacji jak była żona, jeśli zwiąże się ze zdradzającym mężczyzną.

W tym miejscu warto wspomnieć o zaufaniu. Czy można ufać partnerowi, jeśli nasz związek rozpoczyna się na gruzach poprzedniego?
Jeżeli miłość oparta jest na krętactwie, na oszustwie, na wydawaniu wspólnych pieniędzy na inne miłostki – to jest to niedobra miłość. W przyjaźni, która powinna być częścią miłości, najważniejsze są zaufanie i lojalność. I przyjaźń jest pod tym względem bardzo surowa, a do miłości stosujemy bardziej liberalne, nieco pokrętne podejście. To źle, bo taka miłość brzydnie. W Stanach Zjednoczonych obowiązuje pewien kanon terapeutyczny – mówi się: „Jesteś tak chory jak twoje sekrety”. Jeżeli ukrywasz coś głęboko i wstydliwie, nawet przed najbliższymi ludźmi, to oznacza, że masz z tym jakiś problem. Dla mnie nie ma większej wartości niż uczciwość w związku, choć wiem, że wiele osób się z tym nie zgadza.