fbpx

Firewalking – chodzenie po rozżarzonych węglach

Firewalking – chodzenie po rozżarzonych węglach
123rf.com

Chodzenie po rozżarzonych węglach?! Takie rzeczy są dla fakirów, kahunów, szaleńców. Normalni ludzie wiedzą, że ogień parzy. Mimo to możesz po nim przejść! I robisz to. W nagrodę dostajesz poczucie, że możesz wszystko. Tego uczy Firewalking.
Podwarszawska niedziela. Instruktor Firewalkingu Mariusz Szuba, uważany za lidera w branży szkoleń motywacyjnych, zaczyna od gratulacji. Bo potrzeba dużo odwagi, żeby tu przyjść. Postawić bosą stopę na rozżarzonych węglach. Zrobić ten pierwszy krok. A potem kolejny. I jeszcze jeden. – Kto uważa, że nie sprosta zadaniu? Że na pewno nie przejdzie przez ogień? – pyta.

Zgłasza się kobieta, Olga. – Magia tych warsztatów polega na tym, że na każdych jedna osoba upiera się, że – choćby nie wiem co – nie zrobi tego, a potem zwykle przechodzi pierwsza i dostaje największe brawa – śmieje się Szuba. – Gwarantuję ci, że przejdziesz – na 99,9 procent – i staniesz cała po drugiej stronie.

Olga próbuje uczepić się tej jednej dziesiątej. Prowadzący idzie tym tropem. – Tak, ta jedna dziesiąta dla wielu staje się furtką, wyjściem ewakuacyjnym. Na przykład kiedy wieczorem zobowiązujemy się sami przed sobą, że następnego dnia wstaniemy o określonej porze, a tuż przed zaśnięciem pojawia się na ułamek sekundy myśl, że jednak niekoniecznie… Ten margines, który sobie zostawiasz, podczas snu będzie rósł – może przesądzić o tym, że nie wstaniesz o wyznaczonej godzinie. Kiedy mamy cel, z pewnością pojawi się przeciwstawna siła – coś, co będzie z nim walczyć. Tak działa nasz umysł. Co nie zmienia faktu, że dzisiaj przejdą wszyscy.

Po co? Chodzenie po rozżarzonych węglach praktykuje się od jakichś trzech tysięcy lat, w różnych tradycjach. W niektórych wykorzystywane jest jako rytuał inicjacyjny, w innych – sposób na to, żeby się doenergetyzować. A nam do czego to potrzebne?

– Białko ścina się w temperaturze 40 stopni Celsjusza, a tam będzie tych stopni 800 – mówi Szuba. – Żeby więc cała zabawa miała sens, poproszę, żebyś sam go nadał. Podpiął pod ten wyczyn coś, co jest ci bliskie, do czego dążysz. Może potrzebujesz coś zakończyć, zmienić. Przejść na drugą stronę… Ścieżka ogniowa jest metaforą twojej strefy komfortu. Dlatego zadaj sobie pytanie: Co jest twoim ogniem? Dokąd chcesz się dostać? Nie obiecam ci, że wszystko będzie wspaniałe. Ale wiem, że z jakichś powodów chcesz się tam znaleźć.

Jak to będzie?

Na sali prawie 60 osób. Większość mężczyzn, jeden dopiero osiągnął pełnoletność. Jest też strażak. Dla każdego ogień oznacza coś innego: siłę oczyszczającą, pasję, moc, inspirację, przeszkodę… Każdy ma inny cel, inny lęk, inne granice strefy komfortu. Każdy stanie przed czerwoną ścieżką z czym innym.

– Ścieżka będzie miała 4–5 metrów długości i półtora metra szerokości, żeby nie było gdzie uciekać – straszy Mariusz Szuba. – Wyobraź ją sobie. Jak to będzie, kiedy przyjdzie twoja kolej? Kiedy podejdziesz do tego płonącego pasa i poczujesz buchający na ciebie żar…

Pierwszy raz Szuby? W Stanach, bo to stamtąd przywiózł certyfikat instruktorski. Zajęcia prowadził Tolly Burkan, który zainaugurował współcześnie światowy ruch Firewalkingu. Każdy uczestnik pochodził z innego kraju, każdy przygotowywał własną ścieżkę. Najwcześniej gotowość do przejścia zgłosił Amerykanin, Mike. „Jesteś pewien, że przeszedłbyś po tym?” – zapytał go wielokrotnie Burkan. „Czy jesteś tego pewien na 100 procent?”. Mike nie zostawił sobie miejsca na wątpliwości – interesowało go, żeby mieć już certyfikat. – Ruszył – opowiada Szuba – i od razu było widać i słychać, że na długo zapamięta to przejście. Wił się na tych węglach jak Michael Jackson. Syczał i jęczał. Pomyślałem: „Stary, kup sobie dużo filmów, bo po tym przejściu prędko z domu nie wyjdziesz”.

On sam odczuwał lęk. Ale ścieżkę pokonał spokojnie, bezpiecznie – miał wrażenie, jakby pod jego stopami chrzęścił ciepły popcorn… Był w tym czasie ze sobą.

W przejściu przez ogień kluczowa jest koncentracja – nie na ogniu, nie na innych (ich uznaniu czy osądzie). Na sobie. Na celu. Więc ćwiczenie na koncentrację. Dzielimy się na 8-osobowe grupy, każda siada w kręgu. Mamy zapamiętać cztery słowa: „zakrętka”, „zegarek”, „co” i „dziękuję”. Osoba inicjująca grę (tzw. źródło) podaje w jedną stronę zakrętkę, w drugą zegarek. Nazywa podawany przedmiot. Osoba przejmująca go pyta „co?”, a po uzyskaniu odpowiedzi mówi „dziękuję” i podaje dalej. Nie można oddać przedmiotu, nie mówiąc, co to jest; nie można go przyjąć, nie pytając „co?”. Pytanie przekazywane jest następnie przez kolejnych uczestników do „źródła”, skąd tą samą drogą ma przyjść odpowiedź. Uff… W praktyce rzecz okazuje się jeszcze bardziej skomplikowana niż opis. Kiedy z jednej strony dostajesz zegarek, z drugiej zakrętkę, możesz całkiem się pogubić. Tym bardziej że inni chcą ci pomóc, podpowiedzieć. Tym bardziej że ty też chcesz spieszyć z pomocą. A chodzi o to, żeby zrezygnować z kontrolowania innych. Z pouczania, tłumaczenia, ratowania. Skupić się na własnym zadaniu.

Poparzę się – trudno

Podczas przerwy każdy ma zastanowić się, czym jest dla niego przejście przez ogień, co symbolizuje.

– Kiedyś przyjechał na te zajęcia mężczyzna, który nosił ślady rozległych poparzeń – obejmowały jakieś 70 procent ciała. Usiadł z przodu i oznajmił, że na pewno nie przejdzie – wspomina Mariusz Szuba. – Przeszedł jako pierwszy, bo miał bardzo mocną motywację. Chciał skonfrontować się z traumatycznym doświadczeniem, ze swoim lękiem przed ogniem. W jego wypadku trudno nawet mówić o metaforze…

A w innych? – Chodzi o te wszystkie sytuacje, w których utknąłeś. Chcesz czegoś bardzo, ale nie robisz nic, żeby się do tego zbliżyć. Wolisz fantazjować, tęsknić… Analizować szanse, przewidywać trudności. Kiedy stajesz przed ścieżką ogniową, nie ma sensu patrzeć pod nogi – ogień tam jest i będzie. Masz patrzeć przed siebie – tam, raptem pięć kroków od czubka twojego nosa, jest to, na czym ci zależy. A ty obijasz się o granicę, którą sam sobie stworzyłeś. Jest taki punkt krytyczny, kiedy podnosisz nogę nad ścieżką i nie możesz się już wycofać. Ludzie potrafią przestać tak na jednej nodze, w obawie przed siniakami, pół życia… Tutaj będziesz musiał pójść. Powiedz sobie: „Poparzę się – trudno, już nieraz się poparzyłem”.

Najgorętszy ogień, jaki może być, to zdaniem Mariusza Szuby zamiana pomysłu na coś realnego. – Jednym zajmuje to kilka dni, innym – całą wieczność. Mało kto robi to do samego końca – to ci, o których czytamy książki. Oni bez przerwy wchodzą na ścieżki ogniowe – zapewnia trener. Co powstrzymuje wszystkich pozostałych? Halucynacje na temat porażki. Zwykle ludzie postrzegają ją jako potężną, przytłaczającą. Myślą „co powiedzą inni?”. No i ten śmiech dudniący za plecami. – Zapewniam cię, że – gdybyś wyobraził sobie, że przewracasz się na ścieżce – bardziej przejmiesz się tym, że ktoś będzie miał z tego ubaw, niż tym, że poparzysz sobie tyłek. Najbardziej interesuje nas ocena innych. Ale kiedy jesteś skoncentrowany na sobie, przestaje cię to obchodzić. Inni będą cię obserwować i oceniać, a ty będziesz miał gdzieś to, co pomyślą. Staniesz się wolny.

Nie chodź tam, nie chodź

Nadchodzi ważny moment, mamy wypełnić oświadczenie. Potwierdzić, że zostaliśmy poinformowani o zagrożeniach związanych z chodzeniem po rozżarzonych węglach i że decydujemy się zrobić to na własną odpowiedzialność. Podpis własny, podpis świadka. I po raz kolejny pytanie: czy ktoś uważa, że nie przejdzie?

Olga operuje już innymi procentami, ale wciąż czuje się rozdarta. Prowadzący prosi, by posłuchała, co mówi ten głos, który ją ostrzega, powstrzymuje. Odpowiedź przychodzi natychmiast: „Nie chodź tam, nie chodź, bo będzie źle. Będzie bolało! Po co ci to?”. – A co mówi brat bliźniak tego głosu? – pyta Szuba. I proponuje „najbardziej odjechaną technikę, jaka istnieje”. Żeby ją zademonstrować, wchodzi na krzesło. Prosi, żeby każdy przypomniał sobie podobny monolog – to, co mówi wewnętrzny głos, kiedy próbuje nas ochronić (nie pozwalając ruszyć w stronę celu). Mamy teraz zatoczyć trzy kółka nad głową, włożyć wskazujący palec do nosa i wypowiedzieć tę zachowawczą kwestię, parodiując ją. Wreszcie – zrobić krok do przodu, powiedzieć (już normalnym głosem): „gówno prawda!” i pozwolić przemówić bliźniakowi. Czyli wygłosić zdanie o zgoła odmiennej treści. Każdy, oczywiście, skupiony na sobie…

Mariusz Szuba podkreśla, że niektóre okazje nigdy się nie powtarzają. Zwraca się do Olgi, ale wydaje się, że uosabia ona niewypowiedziane lęki grupy.

– Jak będziesz się czuć, kiedy wszyscy to zrobią, tylko nie ty? Co powiesz dziecku, które na ciebie czeka? Czy uda ci się zasnąć? A teraz wyobraź sobie, że wracasz do domu i wiesz, że to zrobiłaś. To ta mała różnica… Oczywiście, możesz sobie znaleźć tysiąc wymówek, włącznie z taką, że zrobisz to następnym razem. Ale następnego razu nie będzie. Kto był u mnie raz na tym szkoleniu, nie wejdzie już na tę salę.

Zimny mech, zimny mech

Na ścieżkę mamy wchodzić pojedynczo i przejść po niej w marszowym, miarowym tempie. Bez sprawdzania, czy się oparzymy. Nie należy biec, bo biegnąc, odbijamy się palcami i moglibyśmy rozgrzebać nimi węgielki. Ponieważ nie od dziś wiadomo, że słowa (również te wypowiadane bezgłośnie) mają wielką siłę oddziaływania, stąpając po węglach, możemy powtarzać w myślach: „zimny mech”.

W razie oparzenia Mariusz Szuba zaleca nie zawracać i nie przyspieszać, raczej zejść na bok. I – ważne! – po przemierzeniu ścieżki mamy wytrzeć stopy o trawę – na wypadek, gdyby coś zostało na podeszwach. Jeśli mimo to na skórze wykwitnie bąbel, warto sięgnąć do mapy receptorów i sprawdzić, jakiemu narządowi wewnętrznemu odpowiada sparzone miejsce. Może rzeczywiście potrzebował on doenergetyzowania… W każdym razie cel trenera to żadnych poparzeń i żeby przynajmniej cztery osoby coś z tym zrobiły („One wiedzą, o kim mówię”).

Przemieszczamy się na łąkę, gdzie płonie już ogień. Szuba nie chce zdradzić, jakie tli się w nim drewno. Długo grabi ścieżkę, usuwając niedopalone szczapy. A potem ubija żarzące się węgle łopatą – tak długo, aż przed naszymi oczyma zaczyna migotać równomiernie rozesłany, gorący chodnik. Niektórzy patrzą na niego w milczeniu, inni prowadzą ożywione rozmowy. Na komendę zdejmujemy buty i skarpety. Jeszcze ostatnie instrukcje i pierwsza osoba podnosi stopę, stawia kolejne kroki.

– Trochę za wolno – podpowiada instruktor, więc kolejne osoby zwiększają tempo. Trzecia, siódma, trzydziesta… Wreszcie burza braw. Olga! Przeszła. Jest cała i szczęśliwa. Zbiera gratulacje, śmiejąc się i płacząc. „Nie wierzę!”, powtarza. Ale certyfikat nie pozostawia wątpliwości: „Uczestnik… zademonstrował najwyższy poziom kompetencji podczas szkolenia Firewalking – Dogonić siebie, pokonując boso ścieżkę ogniową o temperaturze 800 stopni Celsjusza”.

Na samą myśl o temperaturze czujesz pieczenie w stopach – co się za nim kryje, okaże się w domu. W każdym razie wszyscy opuszczają miejsce zdarzenia na własnych nogach. Być może myśląc już o tym, co dalej…

Dalej jest poniedziałek. Prawdopodobnie zamierzasz wcześnie wstać, podjąć wiadome działania. Bąbel na stopie przypomni, że pierwszy krok za tobą. Na pewno należysz do czwórki wybrańców, która wie już, jak pokierować swoim życiem. I zrobisz to, co masz zrobić. To przecież oczywiste.

Mariusz Szuba certyfikowany instruktor Firewalkingu (przez F.I.R.E Institute, Sonora, California). Od 2006 roku przeprowadził przez ogień około pięciu tysięcy osób. Międzynarodowy trener coachów i mówca motywacyjny. Autor książek o tematyce motywacyjnej.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze