Jak stracić przyjaciół w dwa dni?

fot. iStock

Brzmi jak tytuł komedii romantycznej, ale chodzi o koncepcję austriackiego psychologa Alfreda Adlera. Jego zdaniem utrata sympatii innych wyzwala i daje szczęście. Czy rzeczywiście bycie lubianym to niewola? – sprawdza Katarzyna Droga.

Byłam kiedyś bardzo lubianą nauczycielką i mam na to twarde dowody: kontakty po dziś dzień, zdjęcia z wycieczek oraz wspomnienia fajnych lekcji. Potem pracowałam w wydawnictwach, zarządzałam różnymi zespołami i cieszyłam się sympatią jako szefowa. Teraz piszę książki i artykuły i bardzo zależy mi na tym, by były lubiane tak one, jak i autorka. I wyobraźcie sobie, że to wszystko źle!

Filozof i Młodzieniec

Moja teoria szczęścia i użyteczności człowieka powszechnie lubianego runęła w zderzeniu z teorią naukowca o światowej sławie. A dokładnie po lekturze książki „Odwaga bycia nielubianym”. Wciągnęłam się w analizę teorii psychiatry i psychologa Alfreda Adlera, twórcy psychologii indywidualnej, przez pewien czas współpracownika Zygmunta Freuda, którą prezentują dwaj Japończycy: Ichiro Kishimoi i Fumitake Koga. Podają ją w formie dialogu mądrego Filozofa i poszukującego Młodzieńca. To dość tradycyjna konwencja, więc zaskakująca jest raczej treść niż forma. W świecie, w którym miarą sukcesu staje się liczba lajków, teoria, że warto być nielubianym i że właśnie to prowadzi do szczęścia – jest bulwersująca. A jednak książka stała się bestsellerem!

Na moje życiowe dylematy poleciła mi ją znajoma terapeutka. „Powszechna sympatia nikomu szczęścia nie daje!” – powiedziała. Coś w tym jest, chociaż nie ze wszystkimi stwierdzeniami z książki się zgodzę. Bo czy wredni i nielubiani naprawdę wyglądają na szczęśliwców? Teza, że nie potrzebujemy pochwał ani uznania, też jak dla mnie mocno dyskusyjna. A to, że przeszłość to coś, co minęło i nie ma na nas wpływu? No przecież wtedy całą freudowską psychoanalizę trzeba by do kosza…
Nie da się przedyskutować tego z Filozofem, ale można podejść do teorii praktycznie. Przeczytałam, przemyślałam i postanowiłam przeprowadzić własny kilkuetapowy eksperyment.

Etap 1.
Statystyczna dziesiątka

Wyobraź sobie 10 osób z twojego otoczenia. Kto cię lubi, a kto nie?

Filozof: W dziesiątce zawsze znajdą się dwie osoby, które za tobą przepadają, sześć, które podchodzą do ciebie obojętnie, i dwie, które ledwo cię znoszą. To taka statystyczna wykładnia faktu, że nie ma na świecie człowieka, którego lubią wszyscy! Kto mówi „szkoda”, jest w grupie ryzyka zniewolonych oczekiwaniami innych.

Zaczyna się słabo. Przewalam w głowie kolejną dziesiątkę znajomych i… nie znam takich, którzy rzeczywiście mnie nie lubią. Rodzina? Nie ma mowy, uwielbiamy się wzajemnie… Współpracownicy z wydawnictw? Nie mają powodu na mnie narzekać. Sąsiedzi – istny fan klub, nie ma drugiej osoby, która zagada przy płocie, pochwali klomby, a w razie potrzeby zaopiekuje się zwierzyną, dzieciną i rzuci okiem na ogród. Nawet zły pies sąsiadów, który nienawidzi całego świata, machnął łapą i na mnie nie szczeka. Zaczynam się siebie bać, coś ze mną jest nie tak. Szukam według innego klucza: kogo nie lubię ja? Może okaże się, że z wzajemnością? I znów problem, bo generalnie darzę sympatią ludzi. Mam tylko jeden trop: dawnego sąsiada, który nie lubił nikogo oprócz swojego kota, więc pewnie nie lubił i mnie. Chyba się liczy…

Filozof: Człowiek powszechnie lubiany żyje pod dyktando, a i tak znajdą się ludzie, których irytuje.

Ja: Szkoda.

Etap 2.
Dzień osoby bardzo lubianej

Nie chodzi o „święto ulubieńca”, lecz o rozkład dnia. Pokazuje, jakie są koszty powszechnej sympatii i czy rzeczywiście duże.

Filozof: Żyjesz nie swoim życiem. Nie wierzysz – weź pod lupę swój dzień.

Dzień jak dzień, zaczęłam od kawy i komputera, bo mam artykuł do napisania. Ale najpierw mejle. Człowiek, który dba o relacje z innymi, odpowiada na mejle, SMS-y i wiadomości na Facebooku. Marcie będzie przykro, jeśli nie zalajkuję jej nowej strony
– no to lajk. Ewa pyta o radę w sprawie córki, ta akurat wybiera studia, powinnam rzetelnie odpisać, w końcu chodzi o los młodego człowieka. Godzina pękła na konwersacje, stres mnie ogarnia, bo terminy gonią, a ja jeszcze nie otworzyłam edytora…

Dzwoni telefon. Postanawiam nie odebrać… A jednak odbiorę, bo Ania bardzo mnie lubi i jeśli dzwoni, widocznie ma coś pilnego. Okazuje się, że to kłopoty w pracy i potrzebuje prawnika. Tak – kilku znam, wysyłam kontakty. Teraz już spokojnie… byłoby, gdyby nie SMS od sąsiadki: „chodź natychmiast na kawę, usmażyłam pączki!”. Nie chcę pączków, bo przytyłam, poza tym pracuję, muszę dziś wysłać tekst. Piszę sąsiadce o pracy, taka uprzejma osoba jak ja nie napisze przecież wprost, że nie chce. „A tam, przerwa dobrze ci zrobi, a jeden pączuś jeszcze nikomu nie zaszkodził. Chodź, nie rób mi tego”. No nie zrobię, dbam o dobre relacje sąsiedzkie, lubimy się, więc idę. Po południu biorę się nareszcie do pracy, ale na podwórko wjeżdża jakiś wielki wóz. Dostawa oleju do ogrzewania, nareszcie, miała być tydzień temu. A co, źle, że jest dziś? Nie, skąd, 100 uśmiechów, dycha na piwo, żeby mnie lubili, zakodowali sobie, że fajna babka tu mieszka i następnym razem przywieźli w terminie. No i dzień minął. Poziom realizacji planu: zero.

Filozof: Spełniłaś oczekiwania przyjaciółki, sąsiadki i kierowcy cysterny. Brawo! Nie masz odwagi żyć, jak chcesz, pisać, kiedy chcesz, i nie jeść pączków, jeśli nie chcesz.

Ja (niepewnie): Przecież to drobiazgi!

Etap 3.
Róbmy swoje

Na każdym etapie swojego życia spotykałam ludzi nielubianych. Nie wyglądali na szczęśliwców…

Filozof: Obserwuj kogoś takiego i jego rzekome nieszczęścia.

Analizuję życie wspomnianego sąsiada z kotem. Mieszka w bloku i nie przejmuje się specjalnie sąsiadami. Nie, nie robi nic karalnego, nie wrzeszczy na klatce schodowej, nie puszcza dzikiej muzyki w środku nocy. Ale nie zagaduje do nikogo, bo nie ma ochoty. Kiedy ktoś zastawił mu samochód, zawołał straż miejską i nie zastanawiał się, że to na pewno dobry człowiek, który miał swoje powody, i będzie mu teraz przykro. Odmówił kilka razy zaproszenia na podwórkowe imprezy, nikt go za to nie lubi. A gdy pozostali mieszkańcy spotykali się i komentowali jego nieznośny charakter, poszedł do kina, bo tak sobie zaplanował, spacerował po jesiennym parku z kotem i kto wie, co jeszcze… Ale rzeczywiście zdaje się być zadowolony z życia.

Filozof: Facet z kotem po prostu robi swoje i nie ma problemu z tym, że go nie lubią. Jest wolny od przejmowania się sympatią lub antypatią innych – w tym tkwi istota szczęścia.

Ja: Ba! Tylko jak to osiągnąć?

Etap 4.
Pilnuj swego nosa

Każdy ma własne cele i powinności. Łatwo je rozpoznać: życiowe zadania należą do tego, kto ponosi ich konsekwencje.

Filozof: Zaplanuj następny dzień, realizuj swoje zadania, ale nie wtrącaj się w cudze sprawy. To wystarczy.

Nadchodzi następny dzień: nie odbieram rano telefonów, bo muszę napisać tekst – właśnie ten do SENSu. Opieka nad dzieckiem przyjaciółki to nie moje zadanie, lecz jej, więc odważnie odmawiam zastępstwa, nie podaję powodu. Chłód w rozmowie wróży, że już mnie lubić tak jak wcześniej nie będzie. Ukłuło, trudno…

Konsekwentnie nie idę też na pączki. Jeśli sąsiadce będzie przykro, to jej sprawa i jej zadaniem jest dać sobie z tym radę. Pójdę za to na wczesne świąteczne zakupy, bo przecież wszyscy lubią prezenty pod choinką, prawda? A co jeśli się im nie spodobają? Poradzić sobie z tym – to ich zadanie. Do tej pory wszystko gra, ale… dziecko przyjaciół boryka się z trudnym tematem z polskiego i prosi o pomoc. Filozof zabrania wtrącania się w tę sprawę. Zadanie to sprawa dziecka, ono da sobie radę albo dostanie jedynkę, a ja najwyżej nie będę fajną ciotką. Ale to ja nie daję sobie rady, więc muszę pomóc. To wszystko przez to, że nie mam rodzeństwa i ciągnie się za mną trauma jedynaczki. Jedynacy zabiegają o siostrzaną czy braterską miłość rówieśników, ale też o przyjaźń, silne związki w rodzinie i potrzebują bycia lubianymi.

Filozof: Trauma z przeszłości to jedno z życiowych kłamstw. Ludźmi nie kieruje przeszłość, lecz cele, jakie sobie obiorą. Czy doktor zamiast dawać leki przeziębionemu pacjentowi analizuje przyczyny choroby: spacer bez czapki, nagłą zmianę pogody, niewyspanie? Co by to dało?

Ja: Nauczkę na następny raz.

 

A co mnie dał ten eksperyment?

Oto moje wnioski: podoba mi się sedno sprawy, czyli to przesunięcie, że jeśli ktoś mnie nie lubi, to jego sprawa, a nie moja wina. I że nie chodzi o to, by warczeć zamiast się uśmiechać, i zamienić się od jutra w kwaśną i opryskliwą malkontentkę. A jeśli ktoś mnie nie lubi, to nie będzie mnie tym nielubieniem ograniczał.

Ale nie zamierzam zawsze odmawiać pomocy, nie zrzeknę się całkiem odbierania i wyrażania dowodów sympatii. Nawet jeśli ktoś będzie niezadowolony. Na przykład Filozof.