Kiedy dobre chęci szkodzą

123rf.com

Choć dobre chęci to niewątpliwa zaleta, mogą także stać się źródłem wielu kłopotów, nieporozumień, pretensji. Szlachetne intencje oceniane jedynie przez pryzmat własnych założeń, emocji czy potrzeb wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Nie przynoszą też oczekiwanego zwrotu: wdzięczności, uznania ani szacunku.

Aleksandra Figura. Centrum probalans

Z dużym prawdopodobieństwem każdy z nas spotkał się w swoim życiu z sytuacją, w której dobre chęci – z niezrozumiałych dla nas względów – przyczyniły się do wyrządzenia komuś krzywdy, przykrości. Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle. Oberwaliśmy po głowie, mimo że próbowaliśmy pomóc, służyliśmy radą, braliśmy na siebie odpowiedzialność. Jak to się dzieje, że nasze z gruntu szlachetne zamiary przynoszą skutek odwrotny do zamierzonego?

Załóżmy, że nie ma w naszym działaniu ani krztyny fałszu, obłudy, załatwiania własnego interesu. Mamy najczystsze intencje, chcemy wyłącznie czyjegoś dobra. Co więcej, jesteśmy gotowi przedłożyć interes drugiej osoby ponad własny. Sęk w tym, że bez uważności na reakcję drugiej strony, bez wnikliwego przyjrzenia się długofalowym efektom naszych zachowań, możemy mimowolnie krzywdzić innych.

Podam najbardziej flagowy przykład – karmienie dzieci. Częstokroć rodzice, oczywiście w jak najlepszej wierze, zmuszają dzieci do jedzenia. Bo witaminy, bo zdrowie i siła, bo kości się kształtują… I dopóki dzieci są jeszcze małe i samodzielnie nie potrafią decydować o tym, co dobre dla ich rozwoju, jest to pewnym stopniu działanie uzasadnione. Oczywiście wykluczamy sytuacje skrajne, kiedy wpychanie jedzenia staje się normą, a sam proces karmienia stanowi niejako pole bitwy i jest miarą autorytetu rodzica: jeśli wcisnę synkowi dziesięć łyżek owsianki – wygrywam. Zakładamy sytuację daleką od wypaczeń, zwykłą troskę o zdrowe i smaczne odżywianie pociechy.

A teraz wyobraźmy sobie, że w rodzicu pozostaje chęć kontrolowania diety dzieci, mimo że te dawno już przekroczyły trzydziestkę. Matka, której syn ożenił się i wyprowadził z domu, regularnie zaprasza go na obiad. I nie chodzi tu o coniedzielne spotkanie, w którym bierze udział synowa. Zaproszenie kierowane jest wyłącznie do syna, jako wyraz matczynej miłości i troski. „ I co w tym złego?”, można zapytać. Matka świetnie gotuje i chce nakarmić swojego syna. To jej motywacja na poziomie świadomym i racjonalnym. Co jednak kryje się głębiej? W obszarze nieuświadomionym może pojawiać się chęć sprawowania kontroli nad synem lub utrzymania dominacji w relacji matka-syn-synowa. Kobieta czuje, że jej więź z dorosłym dzieckiem się rozluźnia i chce zahamować ten naturalny proces rozwojowy. Wspólne posiłki mają wzmocnić zażyłość, a przy okazji stanowią pole do uzyskania pomocy (drobne naprawy etc.). Natomiast w warstwie emocjonalnej zastępują rodzaj relacji, jaka powinna łączyć kobietę z jej mężem.

Oczywiście nie oznacza to, że jeśli partner woli kuchnię mamy od naszej, pozostaje z nią w symbiotycznym, wykraczającym poza normalne ramy związku. Warto jednak przyjrzeć się tej relacji, ponieważ matka naprawdę gotowa na wypuszczenie syna spod swoich skrzydeł, odda palmę pierwszeństwa w gotowaniu synowej. Zaprosi ją też do wspólnego ucztowania.

Jak widać, liczy się szerszy kontekst sytuacyjny, ale też kwestia oczekiwanej odpowiedzi i rzeczywistej – nawet jeśli nienazwanej – korzyści płynącej z udzielonej rady czy pomocy. Obrazowym przykładem może być małżeństwo, w którym kobieta bierze na siebie wszystkie zadania „domowo-życiowe”, chociaż jest równie aktywna zawodowo jak mąż. Wyręczanie mężczyzny jest podyktowane troską o niego, chęcią ułatwienia mu życia i zapewnienia komfortu. Teoretycznie mężczyzna świetnie się odnajduje w takiej sytuacji: nie robi zakupów, nie wynosi śmieci, nie sprząta łazienki ani nawet nie pilnuje zapłaty rachunków. Jednak po jakimś czasie pojawia się zgrzyt. W kobiecie budzą się wątpliwości, czuje się przeciążona, zmęczona, niedoceniona. Okazuje się bowiem, że jej szlachetność nie zyskuje odpowiedniego oddźwięku: poczucia ważności, bycia niezastąpioną, zauważoną i kochaną. Partner nie pada do jej stóp, lecz wycofuje się i staje coraz mniej zaradny – problemem staje się pójście na pocztę czy do urzędu skarbowego. Sama zaś kobieta zaczyna postrzegać męża jako osobę, na której nie można polegać. W konsekwencji coraz bardziej wyklucza go z obowiązków, a potem również z decyzji. Efekt? Oboje są sfrustrowani i źli na siebie, więc przestają się komunikować. Mężczyzna razem z wygodą otrzymał umniejszenie i wykluczenie z odpowiedzialności, kobieta „rządzi związkiem”, ale nie zaspokoiła niewypowiedzianej potrzeby bycia zauważaną i docenioną przez męża. A oboje tak dobrze sobie życzyli…

Warto pamiętać, że intencje bywają nader szlachetne na poziomie świadomym i racjonalnym. To, co kryje się pod nimi w warstwie podświadomej, może jednak wprowadzić sporo chaosu i dezorientacji. Przyjmijmy, że mężczyzna chce stworzyć związek. Stara się więc: chodzi do klubów, zapisuje na portale randkowe, aktywnie spędza czas i poznaje kobiety, które mogłyby stać się jego partnerkami. Co jakiś czas udaje mu się spotkać taką, do której zaczyna się zbliżać. I wtedy każda z nich odwraca się od niego. Dlaczego?