Jak poradzić sobie ze stratą?

fot. iStock

Doświadczenia straty nie sposób uniknąć, jest ona wpisana w scenariusz życia każdego z nas. Buntowanie się czy udawanie, że to nas nie dotyczy, bo nic nie jest dla nas tak bardzo ważne – to niebezpieczna iluzja, która nasila lęk. Ból, jaki czujemy, to jasny komunikat, że to, co straciliśmy, naprawdę było istotne.

Wiele lat temu terapeuta zwrócił mi uwagę, że zbyt gwałtownie zrywam relacje. Wkurzyłam się, że jego zdaniem porzucam ludzi. Próbowałam tłumaczyć, że ci „porzuceni”, choć byli dla mnie ważni, to nadużywali mojego zaufania, nie wywiązywali się z obietnic, zawodzili na całej linii i zakończenie relacji było próbą chronienia własnych granic. Wtedy terapeuta zapytał: „A może porzucasz, bo sama boisz się porzucenia, a cierpienie po stracie, kiedy to ty odchodzisz, wydaje ci się mniej straszne niż to, gdybyś została porzucona?”. Dużo czasu potrzebowałam, by zrozumieć, że lęk przed stratą jest jednym z najtrudniejszych lęków człowieka, bo korzeniami sięga separacji z rodzicami, a u jego podstawy leży strach przed śmiercią.

Strategia uciekania od bólu

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu stosuje rozmaite strategie radzenia sobie z lękiem przed stratą. Zwykle są one mało skuteczne, a ich jedynym zadaniem jest złagodzenie, a właściwie chwilowa ucieczka przed lękiem i cierpieniem. W tej sprawie fantazja nie ma granic. Niektórzy z nas wolą uwierzyć, że nie są w stanie mieć satysfakcjonującego związku, udanych przyjaźni czy dającej zadowolenie i spełnienie pracy, że w ogóle na to nie zasługują. A kiedy coś takiego pojawi się w ich życiu, szukają dziury w całym. Każde najmniejsze potknięcie ze strony innych ludzi potwierdza ich hipotezę, że przywiązanie do kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze kończy się dla nich źle. I nawet jeśli to przekonanie nigdy się nie sprawdziło, odchodzą, kiedy robi się „za dobrze”.

Marta cierpi na syndrom trzymiesięcznych związków. W każdej relacji po miesięcznej fascynacji zaczyna mieć wątpliwości. A to partner się za mało stara, a to jest podejrzanie idealny, a to „teraz jest dobrze, ale przecież taki stan nie może trwać wiecznie”. Dewaluuje partnera i związek, w końcu odchodzi, w konsekwencji i tak cierpiąc z powodu rozstania.

Iwona od lat pracuje w tej samej firmie. Nie jest zadowolona, właściwie ciągle narzeka, ale kiedy pytam, dlaczego nie poszuka sobie zajęcia, które da jej satysfakcję, odpowiada, że woli stare, znane zło niż nową, wielką niewiadomą. – Gdybym mogła najpierw sprawdzić, czy w nowej pracy będzie mi dobrze, a dopiero potem podjąć decyzję, czy odejść ze starej… – fantazjuje. Tłumaczę jej, że dopiero kiedy przeżyje żałobę po stracie „starego”, ma szansę w pełni otworzyć się na „nowe”. Patrzy na mnie z lękiem i niedowierzaniem.

Elżbieta twierdzi, że jej małżeństwo od dawna nie istnieje. Przez lata nie miała odwagi nawet pomyśleć o rozwodzie, bo, jak mówi, bałaby się odejść donikąd, a poza tym nie chce żyć sama, marzy o dzieciach, rodzinie. Pół roku temu pojawił się w jej życiu inny mężczyzna. Romans powoli przeradza się w poważną, rokującą relację. Elżbieta twierdzi, że poczucie winy w stosunku do męża nie pozwala jej wystąpić o rozwód. Wolałaby, żeby zrobił to mąż. Wierzy, że jeśli to on ją porzuci, będzie łatwiej jej przeżyć stratę. Ale czy bycie równolegle w dwóch relacjach wydaje się bezpieczniejsze? Elżbieta, jak wiele innych osób, łudzi się, że „to” się jakoś samo rozwiąże, bez jej udziału. Być może, ale czy będzie wtedy mniej bolało? Czy jakąkolwiek stratę da się przeżyć bezboleśnie, niezauważalnie, bez emocji, na chłodno?

Unik nie uchroni przed ciosem

Inga towarzyszy mężowi w ciężkiej chorobie. Choć lekarze nie dają jej żadnych nadziei, jak większość ludzi zmagających się z widmem śmierci kogoś bliskiego, całą energię wkłada w szukanie coraz to nowych lekarzy, lekarstw czy alternatywnych metod leczenia. Bliscy przyjaciele towarzyszą jej w tej „zmowie milczenia”, dalsi znajomi unikają tematu, bo jak długo można udawać, że będzie dobrze? Bardziej odważni i pewnie lepiej oswojeni w temacie straty doradzają, żeby przestała wierzyć w cud i po prostu była z mężem, towarzyszyła mu w procesie odchodzenia. Inga twierdzi, że chce walczyć, że nie jest w stanie odpuścić.

Ilu z nas pogodzonych jest z tą najdotkliwszą stratą, z faktem, że nasze życie nie będzie trwać wiecznie? Jak zaakceptować fakt, że dzisiejszy świat, pełen tylu nieograniczonych możliwości, kiedyś będzie poza naszym zasięgiem? Być może dlatego tak bardzo wierzymy, że nieprzywiązywanie się do nikogo i niczego, zawrotne tempo życia, ciągłe zmiany i próbowanie stale czegoś nowego (porzucanie pracy, ludzi, zmiana celów życiowych) uchroni nas przed tą ostateczną i nieuniknioną stratą. Odważną konfrontację z ulotnością życia zamieniamy na scenariusz kontrolowanej ulotności; dzisiaj tu, jutro tam, „kiedy śmierć przyjdzie, ja będę już gdzie indziej”. Wolimy nie myśleć o starości i śmierci, unikamy ludzi, których dotknęła: „Nie jestem specjalistą, nie wiem, co powiedzieć”. A gdy sami odczuwamy smutek po stracie, ratujemy się tabletkami na poprawę nastroju.

Czy uwierzyłabyś, gdybym ci powiedziała, że odważna konfrontacja ze stratą i przeżycie wszystkich uczuć z nią związanych to najskuteczniejszy sposób oswajania lęku przed śmiercią?

Proces godzenia się ze stratą

Właściwie pierwszym doświadczeniem, jakie przytrafia nam się w momencie narodzin, jest właśnie strata. Przecięcie pępowiny, odłączenie od bezpiecznego matczynego brzucha wyrzuca nas na świat, w którym doświadczać będziemy wielu rozmaitych strat: beztroskiego dzieciństwa, ważnych relacji, pracy, rzeczy materialnych, złudzeń na swój temat czy tej wynikającej z upływającego czasu.

Jeśli w dzieciństwie mamy szczęście w bezpieczny sposób przejść proces separacji od rodziców, a jeszcze wcześniej nawiązać z nimi więź dającą poczucie bezpieczeństwa, mamy szansę pomyślnie, choć nie bez bólu, przeżyć każdą życiową stratę. Jako dzieci jesteśmy bezradni w obliczu odłączenia od rodziców, bez nich rzeczywiście nie jesteśmy sobie w stanie poradzić. Za to w dorosłym życiu możemy kontrolować relacje ze światem i nie wchodzić w nie symbiotycznie (na zasadzie fuzji, zlania się). Nie myślmy: „bez niego/niej nie przeżyję”, „jeśli stracę tę pracę, moje życie straci sens”, bo to nieprawda. Trudno jest tracić ważne rzeczy czy relacje, ale to nie oznacza, że ta strata nas zabije. Jeśli skonfrontujesz się z tym faktem, powiesz na głos: „To prawda, to, co straciłam, było dla mnie bardzo ważne, teraz jest mi smutno, czuję się zrozpaczona, nie wiem, co dalej” i odważysz się przeżyć te wszystkie emocje, przyjdzie taki dzień, kiedy poczujesz, że przeżyłaś, ocalałaś, a strata będzie bolała coraz mniej.

Proces żałoby towarzyszący każdej, nawet najdrobniejszej stracie, ma podobne etapy jak żałoba po śmierci kogoś bliskiego, tylko jest mniej intensywny. Najpierw pojawia się zaprzeczenie – „to nie może być prawda”. Być może scenariusz kontrolowanej ulotności życia jest właśnie formą zaprzeczenia stracie – na zasadzie „Nic nie jest dla mnie tak naprawdę ważne, więc nie będę cierpieć, kiedy coś stracę”. Dalej jest gniew i szukanie winnego. Potem jest etap targowania się z losem: „Co mogę zrobić, by odwrócić stratę?”. Zmęczeni walką, pogrążamy się w depresji – nic już nie ma sensu. To bardzo trudny i bolesny etap żałoby, ale jeśli wytrwamy w tym zatrzymaniu i bezsensowności, pojawi się akceptacja straty i wielka ulga, że życie toczy się dalej.

Przyklej plaster na rany

Bierz przykład z małych dzieci, które każdą stratę przeżywają intensywnie, a potem szybko, kierowane ciekawością świata, otwierają się na nowe.

Pamiętaj, że w życiu straty zwykle bilansują zyski; coś tracisz, a za chwilę zyskujesz coś nowego. Od czasu do czasu w celu oswojenia niezgody na stratę warto zrobić sobie taki właśnie bilans zysków i strat.

Pamiętaj, że dewaluowanie wszystkiego, co straciłaś, nie zmniejszy lęku przed stratą, wręcz przeciwnie – może go nasilić. Spróbuj, czy jesteś gotowa napisać list pożegnalny do wszystkiego, co odeszło, co skończyło się bezpowrotnie. Podziękuj za dobry czas, kiedy ,,to” było w twoim życiu, na przykład wspominając najbardziej traumatyczne rozstanie, zobacz, jak zmieniła czy wzbogaciła cię ta relacja. Jeśli to zrobisz, jest szansa, że w kolejnej nie będziesz podświadomie realizować identycznego scenariusza. Doceń, bądź wdzięczna, podziękuj i puść, a potem czekaj na pojawienie się nowego.

Symbolem rany po stracie jest pępek. Małe dzieci bardzo lubią być całowane w pępuszek, jakby intuicyjnie czuły, że to najważniejsze miejsce, które potrzebuje ukochania. Jeśli właśnie doznałaś straty, zaopiekuj się swoim pępkiem. Możesz go masować okrężnymi ruchami, zgodnie ze wskazówkami zegara. Możesz delikatnie przyłożyć do niego palce dłoni złożonej w łódeczkę i poczuć, jak wraz z wdechem i wydechem twoja dłoń wędruje od pępka na boki i z powrotem, jakby rysując promienie słońca.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »