fbpx

Po co nam dziś małżeństwo?

Po co nam dziś małżeństwo?
fot.123rf

Nie obawiałbym się tego, że ludzie nie formalizują związków, tylko tego, że w ogóle w nie nie wchodzą. To o wiele groźniejsze, nie tylko jeśli chodzi o demografię, ale przede wszystkim ze względu na to, że potrzebne są nam głębsze więzi międzyludzkie – mówi Konrad Maj, psycholog społeczny z SWPS w Warszawie.

Małżeństwa tradycyjne odchodzą do lamusa?

Statystyki rzeczywiście pokazują, że liczba zawieranych małżeństw spada, choć trzeba wziąć pod uwagę czynnik demograficzny, czyli fakt, że ludzi młodych jest mniej niż kiedyś, że społeczeństwo się starzeje.

Ale liczba rozwodów rośnie.

To prawda. I to jest też jedna z przyczyn, dlaczego ludzie nie zawierają małżeństw – jeżeli się rozwodzą, to później są mniej skłonni do formalizowania nowych związków. Stwierdzają, że to do niczego nie jest im potrzebne, bo pamiętają, jak musieli się szarpać przy rozwodzie, na przykład o wychowanie dzieci albo podział majątku. Nie chcą więc wchodzić do tej samej rzeki. I rozsiewają wokół negatywną opinię o małżeństwach: „Uważaj, przemyśl to, bądź ostrożny, czujny, nie rób tego w ogóle albo nie tak szybko”.

W dodatku rodzice nie dostarczają młodym budującego wzorca małżeństwa.

To wszystko sprawia, że wokół tej instytucji robi się nieciekawie. No to młody człowiek myśli: „Po co mam się w to pakować?”.

A nie jest mu tak po prostu wygodniej?

Bardzo często słyszę takie zarzuty pod adresem młodych, nie do końca prawdziwe. Istotnie, dzisiaj młodzi ludzie cenią niezależność, wolność, wygodę, chcą czerpać z życia radość. Mówią, że są sami, ale nie samotni, bo nie tworzą rodziny w tradycyjnym pojęciu, ich związki są nieco luźniejsze. Nie znaczy to jednak, że nie zależy im na bliskich relacjach, tylko są one zupełnie inne niż kiedyś.

Dzisiaj nie ma takiej presji społecznej, żeby zawierać małżeństwa jak dawniej, zwłaszcza w dużych miastach.

Dane statystyczne rzeczywiście potwierdzają, że w większych miastach jest mniejsza tendencja do zawierania małżeństw niż na wsiach. Moim zdaniem wynika to z tego, że w większych miastach więzi rodzinne są nieco słabsze, co z kolei bierze się stąd, że właściwie nie ma tu rodzin wielopokoleniowych. A po drugie – mniejsza jest tu presja społeczna na formalizowanie związków, inaczej niż na wsiach, gdzie nadal silne są naciski: „Znajdź sobie kogoś, bo zostaniesz starym kawalerem albo starą panną. Kiedyś ludzie myśleli w kategoriach porządku społecznego: że najpierw trzeba skończyć szkołę, znaleźć sobie partnera lub partnerkę, potem cała rodzina kibicowała, żeby z tego związku były dzieci, a po drodze jeszcze zdobywało się mieszkanie, samochód. I taki model życia podzielonego na etapy był powszechny. Teraz świat się zmienił, pojawiła się wielość sposobów życia i cała gama możliwości. Niekoniecznie trzeba mieć własne mieszkanie, można je zmieniać poprzez wynajem. Niekoniecznie trzeba mieć samochód, można jeździć na rowerze. I tak samo niekonieczne jest zawieranie małżeństw, zwłaszcza że trzeba by wtedy bardziej uwzględniać perspektywę drugiego człowieka.

A ludzie chcą myśleć tylko o sobie, być wolni.

Ludzie przecież zawsze głównie myśleli o sobie i tu się wiele nie zmieniło, tyle że kiedyś mieliśmy dosyć zawężone możliwości działania i decydowania. Za komuny było z jednej strony trudniej, bo mieliśmy ograniczenia, ale z drugiej – łatwiej, bo był mniejszy wybór. Paradoks polega na tym, że kiedy mamy dużo możliwości, czujemy się niekomfortowo, bo nie wiemy, na co się zdecydować, gubimy się, popadamy nawet w paraliż decyzyjny, zwłaszcza jeśli chodzi o tak ważną sprawę jak wybór partnera życiowego. Dzisiaj młody człowiek może wyjechać za granicę albo się wyprowadzić do innego miasta, pracować albo zostać wolontariuszem, związać się z kimś albo być singlem, mieć dzieci albo nie. Nie ma gotowego powszechnego szablonu, z którego można by skorzystać. Sto lat temu młody człowiek na ogół szedł w ślady swoich rodziców – zostawał aptekarzem albo kowalem, uprzednio kształcąc się w tym kierunku. Dzisiaj mamy zupełnie nowe zawody, młody człowiek kończy kilka uczelni i nie wie, co robić, próbuje raz tego, raz tamtego, przeskakuje z jednego zawodu do innego, ale również z jednego związku do drugiego. Zdaje sobie sprawę z tego, że życie jest jedno, i chce je dobrze przeżyć. Kiedyś bardziej naturalne było spędzenie całego życia u boku jednego partnera, i to nawet wtedy, kiedy w tym związku nie działo się najlepiej. Ludzie woleli cierpieć niż się rozwieść, bo rozstanie było źle widziane. Dzisiaj mamy dużo opcji zawierania znajomości, choćby poprzez portale społecznościowe. Gdy obecny partner drażni, jest nudny czy niemiły, ludzie zanurzają się w świat wirtualny. Tam szukają pocieszenia, zrozumienia, odskoczni. Gdy w tej przestrzeni pojawi się ktoś interesujący, kto zagaduje i zaprasza na kawę, to mówimy obecnemu partnerowi: „pa, pa”, i wchodzimy w nową relację. A jak ta relacja się znudzi, to w kolejną. To wszystko powoduje, że nie mamy potrzeby nawiązywania silnych więzi z drugą osobą, tym bardziej formalizowania związku.

Nie bez znaczenia wydaje się mniejszy wpływ Kościoła na nasze życie.

Tak, wielu ludziom, zwłaszcza młodym, nie po drodze z Kościołem, a nawet jeśli już, to nie w kwestii zawierania małżeństwa. Uważają, że Kościół nie powinien wypowiadać się na temat relacji między kobietą a mężczyzną, rozwodów, konfliktów w rodzinie. Ich zdaniem księża zawodzą jako edukatorzy, w dodatku sami nie są bez grzechu, co sprawia, że są niewiarygodni w namawianiu do zawierania ślubu. Ponadto wielu młodym nie podoba się sama ceremonia – kosztowna, kiczowata, zakłamana – bo trzeba zapraszać ciotki, z którymi nic ich nie łączy, zakładać wianek, podczas gdy obok stoi nieślubne dziecko. To wszystko budzi opory przed wypowiadaniem jakichś sztucznie brzmiących formułek. Kiedyś ludzie zawierali małżeństwa tylko dlatego, że w wielu środowiskach nie było zgody na wspólne mieszkanie bez ślubu. Teraz nie ma z tym problemu, więc nie ma też zewnętrznego bodźca do formalizowania związku. Ludzie kalkulują chłodno, że to do niczego nie jest im potrzebne.

Jakie mogą być tego społeczne konsekwencje?

Nie obawiałbym się tego, że ludzie nie zawierają formalnych związków małżeńskich, tylko tego, że w ogóle nie wchodzą w długotrwałe związki. To chyba o wiele groźniejsze, nie tylko jeśli chodzi o demografię, ale przede wszystkim ze względu na to, jak bardzo potrzebne są nam bliskie relacje, dla naszego dobrostanu. Młodzi ludzie mają opory przed tworzeniem silnych więzi, zbyt lekko traktują związki, a to z kolei może spowodować po latach przykrą konstatację, że nie mają wokół siebie nikogo, na kim mogliby się oprzeć w trudnych sytuacjach. A od samotności do depresji tylko mały krok.

Co może stać się wtedy w skali makro?

Jeżeli spojrzymy na to zjawisko z góry i zobaczymy kraj, w którym brakuje silnych bliskich więzi, relacje są powierzchowne, a ludzie skoncentrowani tylko na sobie, to niczego dobrego to nie wróży. W krajach Europy Zachodniej relacje między ludźmi są o wiele słabsze niż w Polsce, tam patrzy się na nas wciąż z podziwem, ale u nas więzi międzyludzkie stają się podobne. Choć w wielu krajach, np. w Niemczech, dość dobrze sobie z tym radzą. Istnieje cały system opieki nad samotnymi seniorami. U nas takich programów nie ma, więc jesteśmy szczególnie zagrożeni samotnością w starszym wieku. Ludzie bez rodziny wchodzący w jesień życia nie będą wiedzieli, co mają ze sobą począć, a wtedy może pojawić się fala depresji. Myślę, że tendencja do niezawierania małżeństw może być w pewnym stopniu efektem tego, że ludzie za wszelką cenę dążą do osiągnięcia sukcesu, chcą niejako nadrobić czas i dogonić Zachód. Mam jednak nadzieję, że w końcu wypracujemy jakiś balans między samorealizacją a budowaniem więzi.

Bo dla dzieci stabilna rodzina to podstawa?

Tak, ale dzisiaj definicja rodziny się rozmywa, komplikuje się jej życie, przybywa logistycznych problemów z wychowaniem dzieci. W poprzednim stuleciu świat był prostszy, rodzice powierzali opiekę nad dziećmi dziadkom, ciotkom, kończyli pracę o 16.00 i zajmowali się potomstwem. Teraz wyręczają ich w tym opiekunki, różnorakie instytucje, więc i więzi z dziećmi ulegają osłabieniu.

Współczesny świat kusi różnorodnością, a to chyba nie sprzyja stabilności relacji.

Świat jest różnorodny, a więc i ludzie są bardzo zróżnicowani. Tymczasem, jak pokazują badania, szukamy partnerów podobnych do siebie. I mamy problem, bo okazuje się, że poznając kogoś, kto potencjalnie nadaje się na partnera, odkrywamy tyle dzielących nas różnic, że wydają nam się nie do przejścia. Kultura promująca oryginalność paradoksalnie nie sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich o silniejszym znaczeniu, a przynajmniej – trudniej je utrzymać. W takim modelu związku, który zakłada krótkotrwałość, raczej nie planuje się dzieci, ludzie przeżywają nieustanne dylematy. Bo z jednej strony chcą zwiedzać świat, smakować go, doświadczać, mieć wolność i niezależność, a z drugiej – pragną bliskości, wsparcia, miłości, rodziny, stabilności i bezpieczeństwa.
Te potrzeby pozostają w konflikcie.

Naprawdę nie da się ich pogodzić?

To niesłychanie trudne. Współczesny świat realizuje nasze potrzeby samorozwoju, więc za nim podążamy, choć w głębi duszy tęsknimy do świata bardziej uporządkowanego, wyznaczanego porami roku, gdzie jest rodzinnie, bezpiecznie. Być może ktoś wpadnie na pomysł, w jaki sposób te klocki poukładać, żebyśmy realizowali się na obu polach, bo na razie jedni realizują się bardziej w pracy, inni w rodzinie. Nawet zarysował się taki międzypokoleniowy podział: starsze pokolenie zwraca uwagę na rodzinę, dzieci, a młode pokolenie mówi: „Mam jedno życie, dlaczego mam je przeżyć, siedząc w domu z dziećmi, wolę się rozwijać”.

Widzi pan jakiś sposób na znalezienie życiowego balansu?

Być może pojawi się wtedy, gdy ludzie zaczną realizować swoje dominujące potrzeby, które jednak najpierw muszą odkryć. I zapewne część ludzi (może to będzie 50 procent) dojdzie do wniosku, że sens ma rodzina, a pozostali uznają, że chcą samotnie przejść przez życie, że praca jest dla nich najważniejsza. Może więc potrzebujemy głębszego wglądu w siebie, żeby zobaczyć, co jest dla nas ważne, w czym bardziej się spełniamy, co bardziej kochamy, zamiast realizować wariant A czy B? Problem młodych ludzi polega na tym, że oni takiego wglądu w siebie zwykle nie mają, nie zastanawiają się, nie mają na to ani czasu, ani ochoty. Często dopiero gdzieś w połowie życia orientują się, że to, co robią, to jest to, czego pragną. Tak więc odkrycie przez młodego człowieka swoich potrzeb, pasji jest chyba kluczowe. Również w kwestii założenia rodziny. Bo nie jest powiedziane, że koniecznie trzeba realizować ten schemat, ja nawet uważam, że nie wszyscy powinni zakładać rodziny, bo niektórzy nie mają do tego ani predyspozycji, ani warunków. Natomiast ci, którzy mają określone kompetencje i zasoby do założenia rodziny, często tego nie realizują,
bo nie wiedzą, że to ich powołanie. Dlatego każdy powinien bardziej zastanowić się nad tym, gdzie chce być, co chce robić, jak realizować swoje potrzeby. Warto więc się zatrzymać, może gdzieś wyjechać, żeby posłuchać, co nam w
duszy gra. Najważniejsze, żeby nie robić niczego wbrew sobie, na siłę czy pod wpływem mody.

KONRAD MAJ doktor, psycholog społeczny, wykładowca Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Specjalizuje się w psychologii wpływu społecznego. Trener, współpracuje z wieloma instytucjami, prowadząc szkolenia, doradztwo i badania.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>