1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Małżeństwo na próbę

Małżeństwo na próbę

Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. (Fot. iStock)
Jak wybrać partnera, partnerkę? Czy iść za starymi rytuałami jak zaręczyny i ślub? A może skorzystać z nowinek? Jedną z nich jest tzw. małżeństwo na próbę. Chciano je ustawowo wprowadzić w Meksyku i Bawarii. Nie wyszło. Szkoda? Ale czy mamy szanse na trwałość, gdy już wchodzimy w związek, asekurując się? Jak zacząć kochać, by kochać długo i szczęśliwie – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Za pierwszym razem zakochałam się i wyszłam za mąż, bo on miał takie piękne oczy... Nie jest to jednak najważniejsze kryterium wyboru męża. A ty? Gdybyś dziś miał wybierać partnerkę, czym byś się kierował? Tym samym co wówczas, gdy byłeś młodym człowiekiem?
Oprócz naturalnych, koniecznych i istotnych informacji płynących z serca i podbrzusza zwróciłbym szczególną uwagę na emocjonalną, intelektualną i życiową zdolność tej kobiety do partnerstwa. Ale to na ogół idzie w parze z wiekiem, doświadczeniem i samoświadomością. W młodym wieku trudno więc znaleźć taką partnerkę, bo samemu się do tego nie dorasta. Pewnie więc popełniłbym te same błędy co kiedyś. Błędy młodości są nieuniknione i nie zawsze udaje się je wszystkie w dalszym wspólnym życiu ogarnąć i przekroczyć. Wśród nich bywają takie, które jak ukryta bomba zegarowa nagle eksplodują z potworną siłą i rozsadzają z pozoru dobry i trwały związek. Długo trzeba żyć i wiele się nauczyć, przemyśleć dawne porażki, by urealnić swoje oczekiwania co do związku. Wiedzieć, jak się ma to, czego byśmy chcieli, do tego, co możliwe. Warto wiedzieć o sobie nawzajem jak najwięcej, zanim zdecydujemy się na poważny związek.

Z moim obecnym mężem, a oboje byliśmy już po rozwodach, przed ślubem porozmawialiśmy o tym, jak byśmy chcieli razem żyć, że na przykład obojgu nam zależy na wyłączności i szczerości.
Dobra rozmowa. Znamionuje dojrzałość. Jeśli spotkamy osobę, która nam odpowiada ciałem i duchem, jeśli podobnie myślimy o tym, na czym polega związek, i o innych najważniejszych sprawach, jeśli rozumiemy, że partnerstwo zakłada psychiczną, społeczną i materialną autonomię, i umawiamy się, że będziemy razem do tego dążyć, aby nie musieć ze sobą być, lecz chcieć być – to mamy duże szanse na sukces. Trzeba jednak pamiętać, że nieustannie oboje się zmieniamy, dojrzewamy, poznajemy siebie. Określamy i akceptujemy silne i słabe strony swoje i partnera. Powinniśmy też rozumieć i zwykle z czasem rozumiemy, że zmianę w związku możemy spowodować tylko, zmieniając siebie.

Partnera zmienić nie sposób, jeśli on sam tego nie zechce. Od tego, czy to uznajemy i akceptujemy, w ogromnej mierze zależeć będzie trwałość związku, w czasach gdy brak  zewnętrznych ram dla bycia razem.

Właśnie, ważne dla trwałości związków zawsze były rytuały: zaręczyny, ślub. Nadal statystyki mówią, że częściej rozpadają się konkubinaty. Może więc warto korzystać z tych rytuałów?
Mamy do czynienia ze schyłkiem kobiecych rytuałów przejścia, takich jak: pierwsza miesiączka, narzeczeństwo, małżeństwo, noc poślubna, macierzyństwo. I mam nadzieję, że to se ne vrati. Wszystkie te rytuały są bowiem nierozerwalnie związane z prokreacyjną rolą kobiety – a zarazem sugerują, że istnienie kobiety na tej ziemi musi być legitymizowane przez służący prokreacji związek z mężczyzną. Feminizm słusznie dostrzegł w nich niesprawiedliwą i nieuzasadnioną dewaluację potencjału intelektualnego, twórczego i przywódczego kobiet. Dlatego te rytuały znikają z naszej obyczajowości i wątpię, żeby młode kobiety za nimi tęskniły. Potrzeba rytuałów jest jednak głęboko ludzka. Wyraża naszą tęsknotę za choćby symbolicznym uczestniczeniem w mistycznym, czyli ponadmaterialnym, ponadosobowym, ponadtransakcyjnym, a nawet ponadrelacyjnym wymiarem życia. Dlatego nadal będą rytuały, ale nowe, obrazujące stan dzisiejszej świadomości. Już teraz pojawiają się próby eliminowania z rytuałów udziału urzędów cywilnych i religijnych funkcjonariuszy. Bo też urzędy i funkcjonariusze nie nadążają za ewolucją świadomości obywateli. Historia uczy, że zmiany w ludzkiej świadomości najpierw przejawiają się w elitarnej, a potem powszechnej obyczajowości. Wtedy nowa obyczajowość zostaje skodyfikowana i staje się urzędową normą.

Nowe odpowiadające współczesnej świadomości rytuały miłosne to na przykład „zaślubiny”, jakie współcześni zakochani organizują sobie w jakimś pięknym przyrodniczo miejscu?
Właśnie. Widocznie przeczuwają, że sacrum przejawia się tam najpełniej i najdostojniej. Coraz częściej też te zaślubiny odbywają się wyłącznie w towarzystwie przyjaciół albo najbliższych krewnych. Pewnie bierze się to z przekonania, że z przyjaciółmi tworzyć będą najważniejszą i najpewniejszą przestrzeń dla swego społecznego i duchowego istnienia. A więc na ich ręce składają małżeńską przysięgę. Te czysto symboliczne rytuały mają również taką zaletę, że nie pociągają za sobą formalnych i prawnych zobowiązań, jakie nakłada cywilny czy religijny akt małżeństwa. Młodzi chcą być wolni i jednocześnie być razem. Przyszłość pokaże, czy symboliczne, wolne od formalnych zobowiązań śluby łączą „małżonków w sercu” tylko na dobre, czy również na złe.

Ale politycy też mają swoje pomysły. W Bawarii i Meksyku pojawił się m.in. projekt małżeństwa na próbę. Miałoby ono trwać siedem lat, a po tym czasie być rozwiązane bez żadnych konsekwencji prawnych i ekonomicznych lub przepoczwarzyć się w małżeństwo na zawsze.
Czy to nie jest tylko rozpaczliwa próba sformalizowania starego jak świat związku na kocią łapę, który poprzedza już dziś prawie każdy związek małżeński? Zapewne powodem są obyczajowo-religijne naciski, by zlikwidować bezcenną instytucję kociej łapy. W mediach krajów, które miały taki pomysł, pojawiły się nawet rysunki satyryczne, które tę tezę ilustrują. Przedstawiają ni mniej, ni więcej tylko świątynie udzielające ślubów na próbę. A więc myślę, że to zabieg mający nowoczesny styl życia pomieścić w tradycyjnym schemacie wartości obyczajowych i religijnych. Łatwiej przecież powiedzieć księdzu lub konserwatywnej rodzinie, że żyje się w małżeństwie na próbę, niż przyznać się do konkubinatu. Zwłaszcza jeśli już są dzieci. Myślę, że to tylko próba oswojenia zjawiska związków nieformalnych, których nie akceptuje żadna z religii, i nadania im pozoru obyczajowej i doktrynalnej poprawności.

Czy właśnie dlatego, że jest to próba adaptacji starego do nowego, małżeństwo na próbę może nam pomóc zbudować trwałą i udaną relację?
Trwały związek możemy budować tylko na dojrzałej miłości i na partnerstwie. Zakochać się każdy potrafi. Mnóstwo ludzi nie ma szansy na sensowny związek, bo nie doszli do ładu z samymi sobą. Trzeba najpierw siebie zaakceptować i pokochać, by pokochać kogoś innego i – co równie ważne - temu komuś też pozwolić siebie kochać. Może więc pomysł małżeństw na próbę byłby sensowny, o ile odwlekałby ostateczną decyzję do czasu dojrzałości partnerów.

Jak rozpoznać dojrzałość? To, że już jesteśmy gotowi, by choćby spróbować być z kimś na dłużej?
Trzeba wiedzieć, kto decyduje o naszych emocjach i o naszym poczuciu szczęśliwości. Jeśli wiemy, że to my sami o tym decydujemy, jesteśmy gotowi, by komuś innemu powiedzieć: „Kocham cię, chcę z tobą dzielić życie”. Tak długo jednak jak uważamy, że to inni decydują o tym, jak my się czujemy (bo są mili albo niemili, bo dają nam to, czego chcemy lub nie dają), to na dobrą sprawę nie powinniśmy poczciwym ludziom zawracać głowy tym, co czujemy. Bo też wtedy zmienia się nam to z chwili na chwilę i niczego sensownego na tym nie zbudujemy. Dojrzali ludzie nie obciążają innych odpowiedzialnością za swoje emocje ani za swoje trwałe poczucie szczęścia. Nie patrzą na drugą osobę z nadzieją: „Nareszcie spotkałem kogoś, kto uczyni mnie szczęśliwym”. Dobrze przynajmniej przeczuwać, że nasze prawdziwe szczęście od innych nie zależy, nim pomyślimy o byciu w związku.

Do tej pory myślałam, że to tylko kobiety oczekują od mężczyzn, że ci je uszczęśliwią. Mężczyźni też tak mają, też myślą: „Ta kobieta uczyni mnie szczęśliwym”.
Oczywiście, że tak. Też chcemy, żeby kobiety nas uszczęśliwiały. Zapominamy, że warto przynajmniej nie być nieszczęśliwym, zanim kupimy pierścionek zaręczynowy. Ale na to, by zacząć choćby przeczuwać istnienie wewnętrznego spokoju, zachwytu i radości – niezależnych od wszelkich zewnętrznych uwarunkowań – potrzebny jest czas, doświadczenie i wiele okazji do głębokiej medytacji. W przeciwnym razie będziemy wchodzić w niedojrzałe związki zawiązane na konfliktowej zasadzie: „Och! Wreszcie będzie komu usiąść na kolanach!”. Ale wtedy szybko się okazuje, że ta druga osoba dokładnie do tego samego zmierza. Czeka nas więc wtedy niekończąca się kłótnia o to, kto komu ma siedzieć na kolanach. W niektórych związkach taka sytuacja trwa latami, wszyscy są sfrustrowani i nikt nie wie, o co chodzi.

Kto komu siedzi na kolanach w dobrym związku?
Najlepiej w ogóle nie liczyć na to, że usiądziemy. Poza nadzwyczajnymi sytuacjami, takimi jak choroba, żałoba, utrata pracy itp. Jeśli bycie rozpieszczanym jest możliwe w innych sytuacjach życiowych, należy to traktować jako odświętny prezent. Gdy zdarza się za często i prawie zawsze to jedna strona bierze tę drugą na kolana, grozi to uzależnieniem i zdziecinnieniem. Bezpieczniej jest, gdy w związku dwojga ludzi nie jest raz na zawsze ustalone, kto się kim opiekuje, kto komu ustępuje, kto dostaje i kto bierze. Partnerstwo polega na symetrii i ekwiwalentnej wymianie.

Doświadczenie i dojrzałość to też rozstania, które się przydarzyły. Jak ich uniknąć, bo rany czasem goją się latami? Ile można mieć takich rozstań, „małżeństw na próbę”, żeby mieć szansę na związek na stałe?
Rany nie są same w sobie złe, pod warunkiem wszakże, że próbujemy zrozumieć, czemu znowu nam się nie udało, na czym polega nasza odpowiedzialność za to, że znowu zostaliśmy zranieni. Ten rodzaj refleksji nad rozstaniami jest niezbędny, jeśli chcemy, by następny związek miał większe szanse – a może nawet by był tym wymarzonym i ostatnim.

Wszystko wolno mieć na próbę – oprócz dzieci. Nawet w wypadku małżeństwa na próbę powinno nam wystarczyć dojrzałości i odpowiedzialności, aby nie powoływać niechcianych dzieci na świat. Ponieważ dziś – sądząc z liczby szybkich rozwodów pierwszych małżeństw – małżeństwami na próbę są w istocie te pierwsze formalnie zawierane, to odpowiedzialne i dojrzałe zachowanie próbnych małżonków polegać winno na tym, że nie decydowaliby się na dzieci. Przynajmniej do czasu, gdy przejdą razem i zwycięsko dwa, trzy poważne kryzysy. W przeciwnym razie za duże będzie ryzyko zafundowania dzieciom przedwczesnej i bolesnej lekcji o nietrwałości związków.

A więc dzieci dopiero, kiedy wiemy na pewno, że to ten mężczyzna, ta kobieta, na dobre i na złe?
Sęk w tym, że obecnie decyzji o posiadaniu dzieci nie musimy podejmować tylko wtedy, kiedy czujemy, że znaleźliśmy partnera, partnerkę na całe życie, kogoś, na kogo możemy liczyć, gdy przyjdzie zmierzyć się z trudnościami i wyrokami losu. Kobiety mogą decydować się na dziecko z danym mężczyzną, zakładając ryzyko, że związek albo choćby mieszkanie pod jednym dachem nie potrwa długo. Same z pomocą państwa i agend pozarządowych zdołają dziecko wychować. Stworzenie takiego poczucia bezpieczeństwa dla matek jest obowiązkiem każdego współczesnego państwa i prawem każdej matki, ale w indywidualnych przypadkach może sprzyjać nieodpowiedzialnemu rodzicielstwu. Niekorzystne jest też z góry przyjmowane przez kobiety – zwłaszcza tych w dzieciństwie opuszczonych przez własnych ojców – założenie, że również ojciec ich dzieci nie wytrwa w związku. Takie przekonanie staje się napędem podświadomego mechanizmu powodującego wybieranie przez te kobiety niedojrzałych, słabo rokujących mężczyzn. Z podażą partnerów dojrzałych do rodzicielstwa jest trudno również z tego powodu, że coraz więcej kobiet przezornie decyduje się na macierzyństwo dopiero wtedy, gdy osiągną niezależność i bezpieczeństwo finansowe – a więc pod koniec trzeciej dekady życia. Do tego czasu potencjalni dojrzali partnerzy z ich pokolenia, których jak wiadomo na dodatek ubywa, zostali już dawno zaangażowani w związki z mniej dojrzałymi lub bardziej skłonnymi do podjęcia ryzyka kobietami.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Seks

Świętowanie miłości nie tylko od święta

Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. (Fot. iStock)
Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. (Fot. iStock)
Kamery przy łóżku nie ma, możemy więc czarować, jaki to jest wspaniały ten nasz seks. A że wszyscy tak robią, to potem, czytając wyniki ankiet, czujemy się nieswojo. Co z nami nie tak, skoro innym tak dobrze!? – To, że z badań wynika, że Polacy są zadowoleni z seksu, to dowód naszych ambicji – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. A jak jest naprawdę?

Mężczyźni codziennie przynoszą kwiaty i w łóżku od razu są podnieceni. Kobiety? Mają orgazm, i to wielokrotny. Ziemia drży, a gwiazdy spadają z nieba… „Tak jest u innych”, myślimy i smutno nam, że u nas nie bardzo…
U nas nie bardzo, bo taki seks zdarza się czasem tylko raz na całe życie. Albo wcale. I wyłącznie wtedy, kiedy sobie na takie kochanie pozwolimy, czyli kiedy kobieta – jak ja to często mówię – się puści! Czyli przestanie się trzymać tego, co mamusia mówiła, że wypada robić. I przestanie się trzymać kurczowo kompleksów – że jest nie taka jak trzeba! Mężczyzna też ma się puścić, puścić się tego lęku, co mu tatuś kładł do serca, że kobieta jest jak modliszka. I dlatego on się jej seksualności boi. A ona się go wstydzi, bo piersi ma nie takie albo pupę! No, ale jeśli oboje się swoich hamulców przestaną trzymać, to ta ziemia i te gwiazdy będą z nimi rezonować. I bywa, że dziewczyna mówi: „On mnie tylko dotknie i cała drżę. Ale tak na co dzień to seks jest u nas taki jak u innych…”.

Czyli jaki? Słyszę często od kobiet, że seksu mają tyle co i gry wstępnej. A patrzę w tabelki i widzę, że mają go tyle, ile potrzebują. Kto tu kogo buja?
Kobiety mówią, że chcą seksu, jak tylko mężczyźni przestają ich pragnąć. A przestają nie dlatego, że one się im opatrzyły czy spowszedniały! One ich zniechęciły swoim marudzeniem. Bo kobiety wciąż marudzą. Że teraz to nie. Albo: „Tak to nie”. Albo: „Coś boli”. Albo są zmęczone. A jak pojawi się dziecko, to są złe, że po nocach same muszą do niego wstawać. Wciąż więc utyskują, aż się mężczyznom odechciewa je chcieć.

A jak mężczyzna przestanie kobiety chcieć, to ona zaczyna się źle czuć – bo na początku to on zawsze chciał! I ona była z tego jego chcenia bardzo zadowolona, że jest taka pożądana i taka upragniona, i taka godna tego zachwytu. To ona teraz chce! Czasem seksu, ale zasadniczo chce tego jego chcenia. To chcenie dawało jej poczucie wartości. Ba, władzy nad nim. Ona wtedy decydowała, kiedy da, a kiedy nie.

Zniechęcamy mężczyzn, a potem przy winie skarżymy się przyjaciółkom: „Ten mój to tylko w sobotę, i to w co drugą”?
Bardzo często słyszę od mężczyzn, że ich kobiety są męczące. Że w ich oczach oni już nie są tacy fajni, jak byli, że przestali się podobać. Do seksu zniechęcić mogą całkiem pozaseksualne sprawy, zwłaszcza to, czy się czujemy lubiani i akceptowani. Bo jak spotykamy się tylko na randkach, to oboje jesteśmy dla siebie mili i się cieszymy, że się widzimy. A jak się pokłócimy, to strasznie przeżywamy, więc się szybko godzimy. Mamy wtedy to, co najważniejsze, czyli poczucie odświętności bycia razem. No i, niestety, gubimy tę odświętność, kiedy zaczynamy mieszkać razem.

To jak jej nie zgubić?
Jak to jak? Świętować każdy dzień: dzisiaj jest poniedziałek, więc świętujemy poniedziałek! A jak? A w poniedziałki mówimy sobie o tym, jak się sobie podobamy fizycznie. We wtorki? Jak się sobie podobamy mentalnie. W środy: jaki mamy cudny dom. W czwartek – jak tęskniliśmy za sobą, bo każde dziś oddało się swojej pasji. W piątek opowiadamy o tym, jak wspaniale być razem. A w sobotę – jak cudownie się kochać… W niedzielę…

Dla mężczyzny to też dobry program – takie świętowanie każdego dnia?
Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że mężczyźni są dość prości w obsłudze. A to dlatego, że kiedy byli chłopcami, wolno im było być sobą. Oczywiście, jak chuliganili, to słyszeli: „Nie rób tego czy tamtego”. Ale jak nie przestawali, rodzice i tak machali ręką i kwitowali: „To przecież chłopcy”. Dlatego mężczyźni są mniej więcej sobą. Częściej dostawali akceptację od matek, mieli prawo do egoizmu, stąd są bardziej zdroworozsądkowi. Mówią więc do żon: „No co się stanie, jak nie będzie wysprzątane albo jak dziś nie będzie obiadu? Zamówimy pizzę!”. Na co żony się irytują, że obiad musi być! I że to straszne, że oni się tak nie przejmują! I same łapią za gary i mopa! No a wtedy mężczyźni wychodzą, żeby nie patrzeć, jak te ich żony się mordują. I po świętowaniu miłości.

Mamy przestać stawiać na swoim?
Jak my zawsze stawiamy na swoim, to im nawet viagra nie postawi. Od tego naszego uporu i chęci rządzenia zaczynają się często kłopoty ze wzwodem. No, ale tak nas wychowano i trzeba nam wiele pracy nad sobą, żeby sobie odpuścić. Jednak warto, bo jak mężczyzna ma tej swojej kobiety chcieć, to musi ją widzieć zadowoloną, a nie umordowaną. Pucowanie i pichcenie nie ma takiego znaczenia jak jej uśmiech i czułość. Bo jeśli ona jest zadowolona, to jemu się podoba. Taką ją miał na początku i o takiej marzy – żeby była ciepła, akceptowała go i była zadowolona.

Pozornie to takie proste…
Proste, ale o tym nie wiemy. Narzekać na swojego męża to lubimy, ale nie rozmawiamy z przyjaciółkami szczerze, jak jest, bo nie mamy takiego obyczaju. I się tylko frustrujemy, myśląc, że innym lepiej. Bujamy, kiedy mamy wypełnić ankietę, żeby poczuć się lepiej. Tak jesteśmy tym sfrustrowane, że mamy jeszcze więcej pretensji do swojego mężczyzny o to, czego nam nie daje! A ma dać! No, ale w życiu jest tak, że jak o coś się wykłócamy, to mamy jak w banku, że tego nie dostaniemy.

Nikt nie lubi być przymuszany, bo już w dzieciństwie nasi rodzice wciąż coś na nas wymuszali marudzeniem i pretensjami: „A tego nie zrobiłaś, a o tym zapomniałaś! A to nie tak zrobione jak trzeba!” itd. Zamiast więc narzekać, że seks nie taki, lepiej położyć się koło niego i powiedzieć: „Ja teraz sobie zrobię dobrze, a ty, jak chcesz, to też sobie zrób”. Mało który facet wytrzyma i nie zachce mu się seksu. Ale kobiety są przekonane, że to brzydko. Guzik prawda! To ich podnieca, bo wtedy robimy się takie mięciutkie, rozedrgane, czyli takie, jak oni marzą. Roznamiętnione, słodkie, spragnione.

Wiele kłamstw opowiadamy o tym naszym seksie?
Największe kłamstwo to to, że inni mają go więcej niż ja. Kolejne: Dlaczego mężczyźni zdradzają? Nie dlatego, że uroda przemija, choć też jest ważna. Ale ważniejsze jest to, że ta druga akceptuje, że patrzy jak na bóstwo, a nie jak na stary dziurawy kapeć! On się czuje przez nią słuchany, ceniony i szanowany, bo ona się śmieje z jego dowcipów, pamięta, co on mówi. A kiedy on kupi żółte róże, bo ona lubi, to usłyszy, jakie to miłe, że pamiętał. Więc pomyśli o sobie: „Jaki ja jestem wspaniały”, i postara się jeszcze coś z tego, co ona lubi, zrobić…

Chcemy mieć w łóżku i życiu lepiej? Zacznijmy od nauki świętowania naszego związku. Już słyszę, jak kobiety mówią: „Ja taka umęczona domem, pracą, dziećmi mam świętować?!”. Właśnie dlatego, żeś umęczona, to masz. Lecisz z tej pracy do domu, ale raz w tygodniu – na randkę ze swoim mężem do kawiarni. Odrobinkę się spóźnij, ale nie za dużo. Przyjdź cała w skowronkach. I udawaj, że to pierwsza randka! A potem idźcie potańczyć!

Mamy się bawić w takich trudnych czasach?
Bawić się mamy zawsze. Tylko od nas zależy, jakie to życie będzie. Czy znój, czy szczęście. A my wciąż tylko: „On mnie nie kocha, on mnie nie pieści jak trzeba, on za mało zarabia…”. Dajmy tym naszym mężczyznom trochę wsparcia z okazji świąt i karnawału i zobaczmy, co się stanie. Warto spróbować, bo oni są bardziej zakompleksieni niż my. Polscy mężczyźni uważają, że gdyby mieli większego, to wszystko by się zmieniło. Ale nie mają. Nigdy nie mają dość dużego! Choćby mieli. Myślą też, że kobiety wolą giganta, i nie słuchają, że nie. Udają więc, że mają większego, niż mają, co widać w ankietach. Linijką nie weryfikuje się odpowiedzi i można napisać 18 cm, choć średnia u nas to 14 cm.

Dlaczego zawyżają parametry?
Polacy nie uważają siebie za kochanków. Francuzi i Włosi tak, Polacy nie. A to dlatego, że u nas jest zimno! Im dłużej z ludźmi pracuję, tym bardziej dociera do mnie realność życia… Polacy wciąż się zajmują martyrologią albo czynnie, albo biernie. Albo walczą o wolność, albo wspominają tych, którzy walczyli. I gdzie tu miejsce na radość z seksu?

To co zrobić? Wynieść się na Majorkę i tam swoją martyrologię i kompleksy roztopić w słońcu?
Ocieplić związek! Klimatu nie zmienimy. Historii też. Ale możemy zmienić nasz stosunek do życia, dając sobie dużo radości, zabawy, wyrozumiałości. Mówimy: „Ludzie w Polsce nie uprawiają seksu”. A ja powiem, że my nie uprawiamy życia. Praca – smutek rzewny. Dom – obowiązek. Dzieci – katorga. Mąż – nieudacznik. Żona – zrzęda… Tak nie musi być.

Wystarczy smarować się balsamem do ciała tak, żeby on widział – jak moja koleżanka, której mąż to lubi, więc ona nie zamyka drzwi do łazienki, żeby popatrzył…
Właśnie. Od razu ma być wzwód. A jak nie, to: „Ja na niego nie działam”, i rozpacz. To najgorsze, co można sobie zrobić. Lepiej wziąć balsam albo piórko i go pogilgać. Umówić się, że się tylko gilgamy, żeby nabrać apetytu. Pobawić się w łóżku. Troszeczkę go popieścić, ale nie po penisie. Przytulić. To najważniejsze. Dużo czułości. Wtulić ciało w ciało. Nacieszyć się sobą. Położyć się razem pod kocykiem, pora roku akurat na ciepełko we dwoje… Znam parę: on na wózku i są razem szczęśliwi, kochają swój seks – muszą wymyślić sposoby, żeby mieć satysfakcję, i dlatego nigdy się nie nudzą. Znam inną parę: on ma teoretycznie przedwczesny wytrysk. Ale go ma. A potem ją dopieści i ona jest cała zadowolona. Więc się nie przejmują, bo niby dla kogo on jest przedwczesny? Dla gazety? Dla statystyk? Dla seksuologów? Seks to subiektywna sprawa i świętować go trzeba we dwoje tak, jak chcemy. Wtedy świętujemy naszą miłość i nasze życie tak, jak trzeba.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie boj się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty”, i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Co znaczy „kocham”? Dlaczego kobiety i mężczyźni rozmijają się w oczekiwaniach? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. (fot. iStock)
Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. (fot. iStock)
Co to znaczy, kiedy współczesna kobieta albo współczesny mężczyzna mówią „kocham”? Gdzie się w tym uczuciu i oczekiwaniach rozmijamy? Czy nadal królewicz pocałunkiem budzi śpiącą królewnę? Czy już tylko królewna całusem może zamienić żabę w księcia? Kto kogo uczy miłości? Kiedy nadejdzie era szczęśliwie kochających się ludzi – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Kiedy współczesny mężczyzna mówi „kocham”, to co ma na myśli? Ślub, dzieci, dom, niedzielny obiad u teściowej? Czy może nawet nie oznacza to ochoty na wspólne zamieszkanie? A co ma na myśli kobieta, kiedy mówi „kocham”? W odpowiedzi na tak postawione pytania nie sposób uciec od nieuprawnionych uogólnień. Ja tego nie lubię, bo jako psychoterapeuta wiem, że ludzie się bardzo różnią. Ale spróbuję powiedzieć o miłości statystycznych młodych mieszkańców dużych miast. Sprawa i tak jest skomplikowana. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, wypowiadając „kocham”, wyrażają różne uczucia i motywacje – zależnie od poziomu świadomości i dojrzałości. Może im chodzić o to, że: a) żyć bez ciebie nie mogę – jesteś jedyną treścią i sensem mego istnienia, tylko z tobą czuję się bezpiecznie; b) jesteś mi niezbędna, abym się dobrze czuł i żeby mi było przyjemnie; c) potrzebuję cię jako uzupełnienia, ozdoby, świadectwa mojego prestiżu, władzy i powodzenia; d) niczego od ciebie nie potrzebuję ani nie oczekuję – wystarczy, że jesteś i otwierasz mi serce, że czynisz mnie osobą kochającą; e) ja i ty jesteśmy jak dwie ręce tej samej osoby – to, co przydarza się tobie, przydarza się mnie, ja jestem tobą, ty jesteś mną, ręka ręki nie skrzywdzi; f)
jesteśmy jak góra i dolina; nawzajem powołujemy się do istnienia. Stwarzając ciebie, tworzę siebie – a ty, tworząc mnie, stwarzasz siebie. W istocie jesteśmy nierozerwalną jednością. Nie ma między nami różnicy, nie ma między nami relacji.

Która z tych miłości jest najczęściej spotykana?
Nasza codzienna miłość to koktajl tych składników. Z moich obserwacji wynika, że najbardziej popularny przepis na ten odurzający napój to: a – 10 proc., b – 35 proc., c – 50 proc., d – 3 proc., e – 2 proc. Składnika „f” tu nie odnajdziemy, bo to już bardzo trudno dostępne przeczucie miłości mistycznej, zwanej komunią. Jak więc widać, najwięcej w tym, co nazywamy miłością, niemowlęcego pragnienia bezpieczeństwa (a), poszukiwania przyjemności (b) i narcyzmu (c). Tymczasem w sensie właściwym miłość zaczyna się dopiero od poziomu „d”. To, co wcześniejsze, nazywane bywa miłością, ale jest jedynie uzależnieniem i uwikłaniem – skutkującym uprzedmiotowieniem i zawłaszczeniem partnera. Być może trzeba więc młodym oddać sprawiedliwość, że boją się używać słowa „kocham”, intuicyjnie przeczuwając, że ich uczucie nie dorasta jeszcze do słowa „miłość”.

Komu łatwiej to słowo powiedzieć – kobietom czy mężczyznom?
Wyrażanie miłosnych uczuć ciągle jeszcze łatwiej przychodzi kobietom. Mężczyźni są odcięci od uczuć, a więc rzadko do końca pewni, co czują, dlatego boją się długotrwałych związków i zobowiązań. Pewni mogą być, że pragną, że są zafascynowani, że chcieliby mieć – ale „kocham...” nie tak łatwo powiedzieć. Mężczyźni często boją się prawdziwej bliskości z kobietami. Zapewne dlatego, że coraz częściej są wychowywani przez samotne matki, które zbyt wiele oczekiwały i wymagały od synów. Dlatego gdy ci dorosną, pozostają w emocjonalnym dystansie do kobiet, obawiają się, że te zafundują im tak samo trudną sytuację: dużo wymagań i wieczne rozczarowanie. Zadeklarowanie miłości to też, według męskich przekonań, utrata poczucia kontroli nad życiem – inicjatywę przejmują narzeczona i przyszła teściowa. Co więcej – nawet ci odpowiedzialni mężczyźni zdają się nie wiedzieć, że miłość jest uczuciem, które w relacji może się rozwijać i dojrzewać, osiągając coraz bardziej wolne od egocentryzmu i narcyzmu poziomy (d, e, f ). Zdarza się, że po latach starań doświadczamy głębokiego sensu i znaczenia miłości – i wtedy własnym istnieniem wspieramy i wyrażamy moc, dzięki której nadal istnieje ten świat. Nieistotne, czy w niedzielę gotujemy rosół, czy jemy sałatkę z kiełków, mamy dzieci, czy piszemy książki. Byle obie strony robiły coś, co budzi ich współczujące serca z egocentrycznego transu. Byle byśmy przypominali sobie codziennie, że drugi człowiek nie może nas uszczęśliwić ani zbawić. Choć może stanowić skuteczny katalizator naszej wewnętrznej przemiany.

Biorąc więc te wszystkie komplikacje pod uwagę, można przypuszczać, że jeśli współczesny mężczyzna odważy się powiedzieć: „kocham”, to raczej nie żartuje. Oczywiście, wyłączamy z naszych rozważań tzw. kłusowników, którzy w sprawie miłosnych wyznań zachowują się cynicznie.

W serialu „Teoria wielkiego podrywu”, gdy jeden z bohaterów, Leonard, mówi swojej dziewczynie: „kocham cię”, ta z nim zrywa.
Wygląda na to, że to była – na tę chwilę – uczciwa odpowiedź. Tak samo postąpił Kopciuszek na balu. W poprzednich pokoleniach kobiet popularna była strategia: „Rozkochać go, samej zachować dystans, bo wtedy mam nad nim przewagę i mniej będzie bolało, gdy odejdzie”. Związkowi nie wróżyło to nic dobrego. Współczesne dziewczyny uciekają przed „kocham cię” nie dlatego, że nic do mężczyzn nie czują. Potrafią kochać i potrzebują być kochane tak samo jak mężczyźni. Ale im bardziej chcą, tym bardziej się boją, bo nie dość było w ich dzieciństwie i dorastaniu ojcowskiej obecności i miłości. Ojcowie zdradzili je ze swoją pracą, pasją, ze swoim uzależnieniem, z ukochanym samochodem czy drużyną piłkarską, z rywalką matki, z dziećmi z innego związku. Stąd nabrały przekonania, że nie zasługują na miłość, wierność i lojalność partnera. I jak tu szczerze i odważnie kochać? Aż się prosi o jakąś asekuracyjną strategię.

I dlatego uciekają? Nie dlatego, że chcą robić karierę, być wolne seksualnie, zapisać się na kurs wspinaczkowy?
Decyduje wspomniany syndrom Kopciuszka. „Skoro mój ojciec mnie nie kochał, to jakim cudem obcy facet kocha? Skoro ten, który w naturalny sposób jest do tego zobowiązany, nie znalazł we mnie nic godnego miłości, to temu facetowi coś się pomyliło… Muszę uciekać, zanim się wyda, że nie jestem królewną, tylko Kopciuszkiem”. Kariery, kursy, fakultety pełnią tu często funkcję szytej w pocie czoła, efektownej sukni mającej zachwycić księcia. Stosunek kobiet do mężczyzn musi być niejednoznaczny, skomplikowany i zmienny, jeśli czuły się niekochane przez ojców. Dlatego tak im trudno zaryzykować, otworzyć się i wytrwać w miłości i wierze...

Skoro nie ufamy i nie wierzymy, przydałby się nam jakiś test, próba uczuć. Kiedyś ona rzucała rękawiczkę między tygrysy. I jeśli on ją przyniósł, to znaczyło, że kocha, jest prawdziwym facetem i warto z nim rozmawiać o wspólnym życiu…
Nasza tendencja do życia w złudzeniach nasila się i kobiety boją się poddać mężczyzn próbie. Wolą żyć w złudzeniach, że mu zależy, że pokocha po pierwszej wspólnej nocy. Poza tym część kobiet znających obowiązujący przepis na bycie kobietą niezależną znalazła się w klinczu. Poddanie mężczyzny próbie świadczyć mogłoby o tym, że kobiecie zależy, by wybrać najlepszego i być wybraną przez najlepszego. A zgodnie z przepisem na kobietę wyemancypowaną ona sama powinna wyjąć rękawiczkę z klatki tygrysa, zanim jakiś zapóźniony w rozwoju wewnętrznym szaleniec zechciałby popisać się przed nią odwagą i refleksem. W przeciwnym razie kobieta zasłużyłaby na zarzut wysługiwania się mężczyzną, co prowadzi wprost do utrwalania patriarchalnych stereotypów o słabej płci potrzebującej męskiego wsparcia.

W miastach jest deficyt facetów, więc jak tygrys naszego pożre, to skąd weźmiemy nowego? A jak go chapnie, będzie kłopot: szpital, rehabilitacja i znów wszystko na kobiecej głowie!
No widzisz. Macierzyńska, litościwo-pobłażliwa postawa kobiet wobec mężczyzn staje się powoli standardem. Jeszcze jedno odwrócenie ról. Paradoks i niebezpieczeństwo tej strategii polega na tym, że ochranianie mężczyzn też im szkodzi. Dowodem jest to, że mężczyzn ubywa także wśród mężczyzn. Więc może lepiej na razie poddawać mężczyzn trudnym próbom. Próbą nie może jednak być drogi prezent, bo jak drogi prezent dorównałby zmierzeniu się z tygrysem?

Ale czy współczesny mężczyzna poszedłby po tę rękawiczkę?
Może być z tym kłopot. Coraz więcej mężczyzn w sprawach męsko-damskich przyjmuje strategię kobiecą: „Niech ona pokaże, że jej zależy, niech mnie poderwie. Nie będę musiał się uczuciowo deklarować. Strzelę focha i wyjdę przed śniadaniem”. Ale odwracanie ról i sprawdzanie, kto jest bardziej zaangażowany, nie ma nic wspólnego z miłością. To sposoby na unikanie jej. Dlatego coraz więcej jest singli, a słowo „kocham” wychodzi z użycia. Masowo pojawia się tylko na portalach randkowych, bo wirtualnie zakochujemy się śmiało i bez umiaru. Łatwo pokochać swoje marzenia i wyobrażenia. Dlatego wirtualnie zakochani nie chcą spotykać się w realu. Miłości jest coraz trudniej na tym świecie, ale jak się już pojawi, to klękajcie narody, bo też jest coraz mniej obyczajowego i zwyczajowego wsparcia dla związków. Obie strony są niezależne, każda ma swoje pieniądze, mieszkanie, karierę. Jeśli więc są razem, to prawie pewne, że się kochają.

Kochają, bo już niczego więcej od siebie nie chcemy jak tylko miłości. Ale czy mężczyźni też chcą kochać i być kochani?
Większość mężczyzn wbrew pozorom ma trudne życie. Stali się więźniami własnego mitu. Przeżywają zamieszanie związane z końcem patriarchatu, wyemancypowanie się kobiet. Tracą atrybuty, które stanowiły o ich przewadze i atrakcyjności. Muszą się starać, bo sam fakt posiadania męskich genitaliów już ich nie nobilituje. Często czują się przegrani i opuszczeni – potrzebują czuć się kochani i doceniani. Tylko wzajemna miłość gwarantuje poczucie bezpieczeństwa w ciężkich czasach. A o nią trudno. Kobietom też nie jest łatwo. Z jednej strony mają dość stylu macho i mężczyzn, którzy rządzą. Z drugiej – gdy ich mężczyzna traci pracę, nie ma pieniędzy, nie ma co ze sobą zrobić, siedzi w domu i gotuje, sprząta, zajmuje się dzieckiem, kobieta ma go dosyć już po paru miesiącach. Mężczyźni nieporównanie dłużej wytrzymują z kobietą pracującą w domu. Tę nierówność trzeba szybko zlikwidować.

Kiedyś to książę całował księżniczkę i ona budziła się do miłości. A jak to jest dzisiaj?
To niebezpieczny, patriarchalny mit, który przypisuje mężczyźnie zbyt wiele mocy. Śpiąca królewna była nieszczęśliwym dzieckiem, które zwątpiło w to, że może być kochane. Usnęła ukłuta wrzecionem, które dostała od kobiety. Czyli uśpił ją tradycyjny międzypokoleniowy przekaz – nomen omen – po kądzieli: „Nie czuj, nie marz, nie bądź”. I żaden książę jej nie obudzi, a na wpół obudzona zamęczy go, nie wierząc w jego miłości i sprawdzając na tysiące sposobów. Ta bajka utwierdza mężczyzn w nieprawdziwym i niebezpiecznym przekonaniu, że jak szczerze pokochają śpiącą, niezdolną zaryzykować miłość kobietę, to ona otworzy swoje serce i podbrzusze. Niestety, śpiąca królewna musi się sama emocjonalnie obudzić. Dlatego bajkę należy odczytywać jako dramat toczący się we wnętrzu kobiety. Książę jest męskim aspektem jej samej – Amorem, animusem, a więc dopiero gdy sama siebie pokocha, będzie w stanie uwierzyć w miłość księcia i odpowiedzieć na nią.

Ważną bajką na okoliczność ewentualnej ery dogmatycznego feminizmu jest opowieść o kobiecie, która w ciemno, szczerze całuje żabę i przemienia ją w księcia. Z pewnością nie była to śpiąca królewna. Ona nie miałaby takiej mocy. Ale tu się bajki kończą. Świat jest pełen męskich żab, a kobiety są nadal śpiącymi królewnami. Pocałunek żaby nie obudzi śpiącej królewny, pocałunek śpiącej królewny nie obudzi żaby. Czas najwyższy to zrozumieć i zaprzestać wzajemnych pretensji i nierealistycznych oczekiwań. Brakuje odważnych, pełnych miłości i wiary kobiet, które mogłyby masowo odczarowywać męskie żaby, a także szlachetnie napalonych i w pełni sprawnych książąt, którzy byliby gotowi podjąć trud obudzenia armii śpiących królewien. Każdy z podgatunków musi się najpierw sam ze sobą dogadać. Mężczyzna musi na nowo poznać, zrozumieć i zaakceptować siebie, by być gotowym do miłosnej relacji z kobietą.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Jak kochać naprawdę? O pułapkach romantycznej miłości

Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Nierealistyczne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości i obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. (Fot. iStock)
Zazwyczaj skupiamy całą swoją uwagę na prawidłowym wyborze obiektu miłosnego, ale rzadko zastanawiamy się nad tym, czy sami potrafimy obdarzyć tę osobę prawdziwym uczuciem. Namiętność i romantyczność wynosimy na piedestał, a wówczas nieliczni z nas potrafią naprawdę kochać.

Wybór partnera życiowego można łatwo porównać z transakcją kupna sprzedaży, nawet jeśli całkowicie pominiemy kwestię zamożności. Uwzględniamy przede wszystkim poziom atrakcyjności wybranej osoby, zestawiając go przy tym z własnymi walorami i możliwościami. W momencie, kiedy odnajdują się dwie osoby z podobną wartością na rynku matrymonialnym, zazwyczaj następuje zakochanie. Zależy nam na tym, by partner był przynajmniej tak samo pociągający fizycznie jak my, by posiadał walory, które obecnie są w cenie: wysoką pozycję społeczną, wyższe wykształcenie, cechy przywódcze, silne poczucie indywidualizmu. Oczywiście, różnimy się pod względem ważności każdej z pożądanych cech: dla kogoś poczucie humoru jest cechą priorytetową, a dla kogoś tylko przyjemnym dodatkiem. Nie patrząc na to, z łatwością da się uzbierać standardowy koszyk oczekiwanych cech, gdyż biorą się one ze źródła, dostępnego każdemu – naszej kultury.

W momencie zakochania następuje cudowny okres ciągłego nienasycenia się sobą i wielkiej ekscytacji. Często przyjmujemy te emocje jako dowód prawdziwej wielkiej miłości, czerpiąc wiedzę na ten temat głównie z seriali, komedii romantycznych i książkowych romansów. Chcemy, by scenariusz z bajki wydostał się z wyobrażenia i stał się rzeczywistością: przecież całe dzieciństwo marzyliśmy o rycerzu na białym koniu i śpiącej królewnie. Nierealistyczne i błędne rozumienie miłości prowadzi do rozczarowań, utraty poczucia własnej wartości, obniżonego nastroju. Dzieje się tak z powodu przereklamowania miłości romantycznej i całkowitego pominięcia jej prawdziwej natury w życiu codziennym. Scenariusz filmowy rzadko pokrywa się z rzeczywistością, brakuje w nim skupienia się na najważniejszych cechach, które są spoiwem długotrwałej i stabilnej miłości.

Erich Fromm wyróżnia cztery jej podstawowe składniki: troskę, poszanowanie, poczucie odpowiedzialności i poznanie. Matka, kochająca swoje dziecko, przede wszystkim obdarza je troską: karmi, przewija, czule reaguje na płacz czy niepokój. Sprawdza, czy nie jest mu za zimno, za gorąca, czy nie wieje przy oknie, czy łóżeczko jest wygodnie pościelone. Widząc troskę matki o dziecko, wierzymy również w jej miłość do niego. Jeśli nie interesujemy się aktywnie życiem partnera: jego przeżyciami, rozwojem, wewnętrznym i zewnętrznym światem, nie możemy mówić o miłości.

Odpowiedzialność jest składnikiem, który straszy nieprzygotowane do poważnego związku osoby, gdyż traktuje się go często jako przykry obowiązek. Natomiast chęć odpowiadania za drugą osobę jest całkowicie dobrowolna. Jeśli kochamy kogoś, jego problemy stają się naszymi problemami, jego niepowodzenia przeżywamy jako własne, a jego interes stoi na równi z naszym.

Poszanowanie pozwala drugiej osobie na bycie sobą, rozwijanie się i wzrastanie na swój niepowtarzalny sposób. Jest to całkowita wolność podarowana partnerowi, wolność dla jego wyborów, planów, celów, sądów, wierzeń. Nie możemy mówić o miłości, jeśli usiłujemy zrobić z innej osoby kogoś, kim nie jest, egoistycznie wzorując się na swoich wykształconych wcześniej oczekiwaniach. Jeśli lubisz koty, to wybierając pupila dla siebie, kupisz kota, i nie przyjdzie ci do głowy wziąć psa i uczyć go miauczeć i mruczeć.

Poznanie jest zaproszeniem innej osoby do swojego świata. Nie wystarczy tylko być zaproszonym, przede wszystkim musimy chcieć w ten świat wejść i poznać go. Zespolenie się we wszystkich formach jest oznaką pełnego poznania drugiego człowieka. W akcie całkowitego obnażenia się, będącym wynikiem wielkiego zaufania, poznaje się drugą osobę, jej wnętrze. Przenikając się nawzajem, odkrywamy i uczymy się nie tylko ukochanej osoby, ale również siebie.

Fromm twierdzi, że miłość jest sztuką, której trzeba się nauczyć. Dziecko, ucząc się czytać, najpierw poznaje litery, potem próbuje tworzyć sylaby. Z czasem zaczyna rozpoznawać krótkie, często używane słowa, wymawiając je coraz szybciej i sprawniej. Po pewnym czasie czytanie już nie stanowi takiego wysiłku, jak przed tym, tylko przychodzi z łatwością, staje się czymś naturalnym. W miłości nie da się zacząć od czytania „Romeo i Julii”, gdy nie poznaliśmy jeszcze liter, a nawet jeśli znamy litery, to niestety musimy zacząć od abecadła: zrozumienia czym w ogóle jest słowo „kochać”.

  1. Seks

Rytuały na pogłębienie bliskości

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi - spróbujcie zrobić to razem. (Fot. iStock)
Człowiek jest kompletny taki, jaki jest. A w związku z drugą osobą? Uczy się zachować równowagę i harmonię. Kilka poniższych ćwiczeń pozwoli wam być bliżej. 

Praktykujcie jogę kundalini

To tantryczna forma jogi, bowiem chodzi w niej o pobudzanie witalności poprzez ćwiczenia uruchamiające ośrodek siły życia u podstawy kręgosłupa (okolice bioder). Porównuje się tę siłę do uśpionego węża, który obudzony, rozwija się z kłębka pionowo, wzdłuż ciała, aż po czubek głowy i wyżej. Kundalini opisuje naturę boga rozumianego jako para – Bóstwo i Boginię – więc joga kundalini stworzona jest dla dwojga, opiera się na cykliczności przyrody, jest ruchem falowym. Jej praktykowanie pobudza energię erotyczną ćwiczących (w tradycji indyjskiej przewiduje się udzielenie zgody męża/żony na ćwiczenie jej przez współmałżonka). Znajdźcie dla siebie kurs jogi kundalini, by cieszyć się świadomą i rozbudzoną seksualnością i cieszcie się bliską relacją ze sobą.

Wprowadźcie wieczory uważności

W zabieganym rytmie codzienności warto się zatrzymać i dać odpocząć umysłowi. Przydatne są wszelkie formy relaksacji, wyciszenia, rozluźnienia mięśni i niezajmowania głowy problemami i przyziemnymi sprawami. W odcięciu się od trosk, ale także lepszym smakowaniu życia, pomogą treningi uważności. Jeśli nie macie dużej wprawy w medytacji lub wizualizacji, zacznijcie od wspólnych wieczorów uważności, podczas których możecie przeprowadzić następujące rytuały:

Wspólna kąpiel – w jej trakcie skupcie się na odczuciach – temperaturze wody, zapachu mydła lub płynu do kąpieli, dotyku (własnego lub partnera), kroplach wody spływających po ciele...

Talerz przekąsek – zaproponuj partnerowi, by zamknął oczy lub przewiąż mu je przyjemnym w dotyku materiałem, i częstuj go małymi kawałkami różnorodnych produktów (mogą to być np. rodzynki, migdały, kawałek jabłka, cząstka mandarynki itd.). Nie chodzi o to, by się najeść, ale by rozsmakować się w niespiesznym i uważnym obserwowaniu, co czujesz, rozgryzając np. rodzynkę, jakie smaki (gorzki, słodki, cierpki itd.), jakie to przywołuje wspomnienia albo fantazje). Po kilkunastu minutach zmiana – partner cię karmi, ty smakujesz.

Masaż stóp lub dłoni (a jeśli macie ochotę – całego ciała) – skupiaj się na swoich odczuciach, gdy partner cię masuje, nie rozmawiajcie w tym czasie o niczym (chyba że o odczuciach z ciała). Przeznaczcie na to minimum pół godziny dla każdego z was, rozmasujcie delikatnie każdy palec, każdą kosteczkę stopy czy dłoni.

W tych (lub innych, które sobie wymyślicie) treningach uważności chodzi o podążanie za odczuciami, bycie w tym, co się akurat dzieje (tu i teraz) – umysł się wycisza, uspokaja, doznania się intensyfikują, a wszystko to razem sprzyja budowaniu i umacnianiu bliskości.

Dawajcie sobie feedback

W byciu w relacji ważne jest porozumienie – a aby się rozumieć, trzeba znać nawzajem swoje potrzeby i ograniczenia. Znać i respektować. Jak je poznać? Poprzez rozmowę. Ale nie „poważną”, bo może kojarzyć się z problemami do rozwiązania, krytyką, roszczeniami, lecz przyjmującą, otwartą, pełną miłości i współodczuwania.

Zarezerwujcie sobie wystarczająco dużo czasu, nie spieszcie się. Ustalcie, że najpierw mówi jedna osoba, a druga jej słucha, nie przerywając. Następnie według podobnego wzoru mówi druga osoba, a partner jej słucha. Dopiero po tej wymianie, jeśli uznacie, że coś jest niedopowiedziane albo do wyjaśnienia, rozmawiajcie dalej o tym, co wymaga dopowiedzenia. Ale najpierw porozmawiajcie zgodnie z poniższą propozycją.

Usiądźcie blisko, naprzeciw siebie, niech dotykają się wasze kolana, trzymajcie się za ręce. Patrzcie sobie w oczy. Otwórzcie się na przyjmowanie tego, co partner chce wam powiedzieć.

Mówi jedna osoba, z dobrym nastawieniem, druga słucha, nie przerywając, następnie zmiana:

  1. boję się rozmawiać z tobą, ponieważ…
  2. prezent, jaki otrzymałam/em, poznając ciebie, to…
  3. coś, czego ci dotąd nie powiedziałam/em, a chciałam/em powiedzieć…
  4. gdyby nie ty… 
Renata Mazurowska trener umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi coaching i warsztaty rozwojowe.