fbpx

Nie fiksuj się na motylach, czyli czy rozniecanie żaru z okresu zakochania sprzyja związkowi?

Nie fiksuj się na motylach, czyli czy rozniecanie żaru z okresu zakochania sprzyja związkowi?
Nie umiemy radzić sobie ze złością, smutkiem ani z tym, że sami kogoś zezłościliśmy czy zraniliśmy. (fot. iStock)

Co zrobić z pragnieniem, by po tylu latach wspólnego życia on nadal patrzył w oczy jak dawniej? Albo ze złością na to, że bałagani? Poradniki radzą, by rozniecić żar z okresu zakochania. Bartosz Szymczyk, psycholog i terapeuta par, twierdzi jednak, że to nie zawsze działa, a nawet szkodzi.

Można ponownie zakochać się we własnym mężu? O ile po latach wspólnego życia można mówić o kochaniu, to czy można też o zakochaniu?

Cóż ja, słysząc hasło: „Jak zakochać się we własnym mężu?” zadaję sobie raczej pytanie: po co?

Myślę, że wielu z nas tęskni za tzw. motylami w brzuchu i tym, jak czuliśmy się na początku randkowania. Chce pan powiedzieć, że lepiej w ogóle nie zawracać sobie tym głowy i skupić się na pięknie nowego etapu, na którym jesteśmy jako para?

Decydując się na stały związek, robimy to często po to, aby w pewnym sensie zakonserwować niezwykłe, przyjemne chwile, które przeżywamy z drugą osobą. Pragniemy na dłużej, może nawet na zawsze, zatrzymać to, że ktoś słucha nas i poświęca nam swoją uwagę. To, że bywamy razem w pięknych miejscach, że jesteśmy razem w dobrym momencie życia. Prawda jest jednak taka, że chwili nie da się zatrzymać – na szczęście w miejsce tych wspaniałych momentów pojawiają się inne elementy: uczucie bliskości, wzajemna troska, zaufanie. Zadawanie sobie pytania, jak ponownie zakochać się w stałym partnerze czy też jak rozkochać go w sobie, może oznaczać, że – tak jak pani powiedziała – odczuwamy tęsknotę za minionym stanem i że nie zgadzamy się na naturalne przemijanie. Może też wynikać z silnego poczucia jakichś braków w relacji, na przykład właśnie braku bliskości.

Czyli motyle w brzuchu są w stałym, wieloletnim związku to czysta fantazja? Nie można ich poczuć na nowo?

Można, ale co najwyżej na chwilę: oddając się wspomnieniom czy uciekając na moment od codzienności, podczas wakacji, wyjazdu lub wspólnego wyjścia. Nie są to zresztą te same motyle, ale raczej ich wspomnienie, odwołanie się przez parę do dzielonego ze sobą „kapitału bliskościowego”. Jeśli zafiksujemy się na szukaniu tych motyli sprzed lat, to stracimy z oczu inne, ważniejsze rzeczy, które dzieją się w naszej relacji.

Zatrzymajmy się nad kwestią bliskości. Seksuolog Michał Pozdał podkreślał, że dla relacji seksualnej szalenie ważne jest dbanie o codzienną bliskość fizyczną, o dotyk. Czy sprawa ma się podobnie z punktu widzenia psychiki?

Zacznijmy od tego, że nie istnieje jedna definicja bliskości. Ja zdefiniowałbym ją jako to, co wyróżnia bycie w parze, jest w niej względnie trwałe, wskazuje na wzajemne zaangażowanie partnerów w swoje życie i ma związek z pozytywnymi uczuciami. Bycie z drugim człowiekiem łączy się przecież z tak wieloma trudnościami, że musi istnieć coś pozytywnego i jednocześnie potencjalnie osiągalnego, co powoduje, że ludzie wiążą się ze sobą na dłużej. Moim zdaniem bliskość oznacza, że otwieramy się i pozostajemy otwarci na to, żeby towarzyszyć sobie w ciągu życia, być blisko ciałem i duchem, angażować się wzajemnie w swoje sprawy. Bliskość wiąże się też z życzliwością wobec drugiej osoby. Chcemy, żeby było jej po prostu dobrze.

Pamiętajmy, że dotyk to nie tylko sensualność, ale też coś, co dzięki zmysłom odbywa się na poziomie psychicznym – wspomniane już otwarcie się na kogoś, dopuszczenie, pozwolenie sobie, żeby kogoś dotykać i żeby być dotykanym. Mówimy o rodzaju intymności, który w naszym życiu, poza okresem niemowlęcym i wczesnodziecięcym, ma miejsce tylko w bliskiej relacji w parze – i tu może na dodatek mieć charakter seksualny. Z punktu widzenia terapii par bliskość to jednak coś więcej niż dotyk – to myślenie o drugiej osobie, podejmowanie wspólnych zobowiązań, branie odpowiedzialności za to, co nas łączy, dbanie o siebie nawzajem. Czasem symbolizuje ją drobny znak, porozumiewawcze spojrzenie, gdy jesteśmy gdzieś w szerszym gronie, mały gest, a więc wszystko to, co mówi: „nie jesteś sama, jestem tu z tobą”.

Mówi pan „przyzwolenie”, „otwarcie się”. Czy oznacza to, że do budowania bliskości potrzebna jest nasza świadoma decyzja? Kochanie to przemyślany proces, dobrowolna zgoda na miłość?

Bliskość to coś, co buduje się w czasie, trochę jak oswajanie. Czy dzieje się to świadomie? Po części oczywiście tak – przecież decydujemy się spędzać razem czas, dbać o siebie, rozmawiać. Ale też w dużej mierze nie – bo bardzo ważną funkcję pełni tu wspólne przeżywanie wydarzeń, które podsuwa nam życie i na które nie mamy wpływu.

A jednak wszystkie poradniki głoszą, że jednym ze sposobów na odświeżenie uczuć do partnera jest przypomnienie sobie powodów, dla których zakochaliśmy się w nim przed laty, zanim pojawiły się między nami rutyna, zmęczenie. Może to o to chodzi w tej świadomej decyzji? By skupiać się na pozytywnych cechach drugiej osoby, choć po latach coraz bardziej denerwują nas wady partnera? Mój mąż doprowadza mnie na przykład do szału swoim bałaganiarstwem. Mogę oczywiście trzasnąć drzwiami, wyjść i poszukać kogoś, kto będzie takim samym pedantem, jak ja. Mogę też podjąć świadomą decyzję, że mimo wszystko chcę być z tym mężczyzną, i skupić się na tym, jak bardzo jest czuły, odpowiedzialny, pracowity, jak kiedyś ujął mnie swoim poczuciem humoru albo na tym, jak świetnym jest dziś ojcem dla naszych dzieci.

Jest jeszcze wyjście trzecie, ale najpierw przyjrzyjmy się dwóm pierwszym. Trzaśnięcie drzwiami to koniec relacji. Warto przy jego okazji pamiętać, że nie jest powiedziane, że w kolejnym związku też nie pojawią się jakieś brudne skarpetki lub coś innego, co również będzie doprowadzać mnie do szału.

Wyjście drugie, czyli skupienie się na pozytywach, to pewnego rodzaju mentalny i emocjonalny szpagat. Uczucia, które sprawiają mi kłopot, chowam wówczas do kieszeni, uznaję, że nie są ważne, odcinam się od nich, a koncentruję na czymś innym. Ważne jest oczywiście, żeby podejmować refleksję nad tym, co pozytywne, co doceniam, ale tego, co irytuje, nie da się schować do kieszeni i już.

I tu dochodzimy do drogi trzeciej, bardzo ważnej, a często dziś ignorowanej. Jest to droga dawania sobie prawa, czasu i przestrzeni, aby myśleć o wszystkich swoich uczuciach, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Dobrze zadać sobie pytanie: czemu ja się tak na te skarpetki złoszczę? Co się takiego stało, że zaczęły tak bardzo mnie irytować? Czy zawsze tak było? Poddajemy to refleksji. Może te denerwujące mnie skarpetki to wynik jakiegoś procesu toczącego się między nami? Może stało się coś jeszcze, co powoduje moją złość? A może i ja miałam swój udział w doprowadzeniu do bałaganiarstwa męża? Może nie podjęliśmy nigdy twórczej rozmowy, co z tym zrobić? Czy w ogóle można jeszcze taką rozmowę odbyć? Może gdy miałam dwadzieścia kilka lat, nonszalancja mojego obecnego partnera, objawiająca się m.in. skłonnością do bałaganiarstwa, wydawała mi się pociągająca, bo mnie samej brakowało luzu, bo byłam przyzwyczajona do ogromnego rygoru? Może rozrzucone skarpetki zaczęły przeszkadzać mi dopiero wtedy, gdy pojawiły się dzieci i wśród sterty brudnych ubrań nie byłam w stanie znaleźć pieluchy czy butelki? Dlaczego wtedy o tym nie rozmawialiśmy? Refleksja tego typu zabezpiecza nas zarówno przed podejmowaniem pochopnych decyzji, jak i przed próbą napięcia mięśnia samokontroli, który doprowadza potem do wybuchu, gdy sytuacja ma miejsce po raz kolejny.

Wracając do pani pytania o to, czy warto, jak radzą poradniki, rozpisywać sobie powody, dla których kiedyś związaliśmy się z tym, a nie innym mężczyzną – nostalgia wobec czegoś, co możemy nazywać kapitałem bliskościowym, jest miła i bywa wspierająca. Jest to bowiem pewna przestrzeń wspólna, w której możemy pomyśleć o nas jako parze. Przypomnieć sobie o tym, że mamy jakąś historię i że jest ona ważna…

… czekam na jakieś „ale”.

Ten kapitał, te wspomnienia mogą pomóc w dalszym budowaniu bliskości, ale z drugiej strony także tutaj mamy do czynienia ze szpagatem. Nie próbujmy na siłę mieć znowu 20 lat! Ja co roku na rocznicę ślubu jeżdżę z żoną na łódkę, by spędzić trochę czasu jak dawniej. Wciskam się w młodzieżową koszulkę, rozpalamy razem ognisko. Jest to pewien rytuał, zabawa, nawiązanie do wspólnych wspomnień i próba ich podtrzymania. Potem jednak trzeba wrócić do codziennego, prawdziwego życia, gdzie nie ma łódki, jeziora i romantycznego ogniska. Nie możemy udawać, że jest inaczej. Powtarzam znowu: nie fiksujmy się na motylach. Na udawaniu nic jeszcze nie zbudowano.

Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. (fot. iStock)

Autorefleksja nie jest łatwa. Może warto nauczyć się jej u specjalisty? Kiedy dobrze jest skorzystać z terapii par? Jak rozpoznać właściwy moment, jak go nie przeoczyć?

To przeoczenie, przegapienie, odbywa się raczej tak, że kryzys w parze trwa już dłuższy czas i u jednego z partnerów pojawia się myśl, żeby pójść na terapię. Werbalizuje to i nagle zaczyna się odraczanie decyzji. Kłótnie o to, kto ma znaleźć specjalistę, pytania, czy jest to absolutnie konieczne itp. Ja zresztą nie namawiam do zbyt szybkiego udawania się do terapeuty. Zachęcam raczej do podjęcia próby refleksji samodzielnie. Warto walczyć z przekonaniem, że trafiając do terapeuty, mamy już sukces w kieszeni – on wszystko za nas naprawi, wszystko załatwi. Muszę rozczarować – nie mamy w gabinecie żadnych magicznych fiolek z eliksirami, nie dysponujemy czarodziejskimi różdżkami. To, co oferujemy to przede wszystkim zachęta do ujrzenia swojego udziału w pewnych procesach, inny rodzaj rozmowy, przestrzeń na pomieszczenie i wyrażenie trudnych uczuć, przepracowanie zadanych sobie ran. Wskazaniem do terapii jest przewaga negatywnych emocji w parze, brak poczucia bliskości psychicznej i fizycznej, brak możliwości rozmowy o tym, co dla nas ważne, albo ogromne rozbieżności na tym polu. Brak możliwości dostrzeżenia czegoś wartościowego w drugiej osobie.

Trywializując, zapytam więc – brak zakochania w długotrwałym związku to nie jest temat na terapię?

Odpowiem inaczej: widoczna jest dziś zmiana w tym, z czym ludzie zgłaszają się do gabinetów terapeutów. Jeszcze kilka lat temu repertuar problemów był dość stały, a pary udawały się na terapię w łatwiejszych do zidentyfikowania momentach, często związanych z kolejnymi etapami rozwoju rodziny. Mam tu na myśli narodziny dziecka, problemy w pracy, czy jej utratę, mierzenie się z pustym gniazdem lub jego perspektywą, choroba czy śmierć rodziców. Dziś coraz częściej zgłaszają się do nas pary młodziutkie – i wiekiem i stażem. Bardziej przelęknione niż rozczarowane byciem razem, bo jeszcze tego bycia niewiele, a już czują się bezradne w obliczu nieprzystawalności do siebie wyobrażeń o tym, co to znaczy być ze sobą. A wyobrażenia te są bardzo różne. Często pojawia się także podejrzenie, że ich problemy są tak naprawdę problemami indywidualnymi, związanymi z tym, że nie są to jeszcze osoby w pełni dojrzałe. Pary starsze, także stażem, często przychodzą natomiast z dużymi pokładami rozczarowania, ale coraz częściej bez wcześniejszego sięgnięcia po zasoby własne, bez wiary, że same mogą próbować zmierzyć się z trudnościami.

Presja społeczna, szczególnie ta instagramowo-fejsbukowa, też podbija piłeczkę. Wzajemne oczekiwania partnerów przestają być realistyczne. Tracimy zdolność do znoszenia frustracji – a pojawia się ona zawsze, w każdym związku. Nie umiemy radzić sobie ze złością, smutkiem ani z tym, że sami kogoś zezłościliśmy czy zraniliśmy. Przecież power-couple na Instagramie zawsze idealnie się rozumie, jest w sobie po uszy zakochana, trzyma się za ręce przy zachodzie słońca i patrzy sobie głęboko w oczy. Utrwalanie tych złudzeń kończy się rozczarowaniem i zgorzknieniem.

Tym bardziej, że trudno jest zawsze w 100% rozumieć partnera.

Cóż, jeśli mamy takie przekonanie, że dobry związek polega na tym, że zawsze, w każdej sytuacji, będziemy idealnie się rozumieć, albo że druga osoba będzie myśleć tak samo jak my i tak samo patrzeć na świat – to czeka nas takie samo rozczarowanie, jak w wypadku braku codziennych spektakularnych zachodów słońca i głębokich spojrzeń w oczy. Każdy ma bowiem jakieś ograniczenia. Bycie razem – także.

Niełatwo jest je jednak zaakceptować, tym bardziej że żyjemy w czasach, w których nie tylko wszystko pięknie wygląda na zdjęciach, ale także wszystko mamy natychmiast. Podczas towarzyskich rozmów o związkach często słyszy się: „Po co się męczyć?”.

Na szczęście chyba jednak większość z nas ma świadomość, że związek z drugą osobą wymaga pewnej pracy. Kiedy denerwują nas jej wady, kiedy kłócimy się, ale jesteśmy też dla siebie ważni, mamy dla siebie nawzajem ciepłe uczucia – jest dobrze. O problemie – a więc i nadmiernym wysiłku jednej ze stron, który może nie doprowadzić do pożądanych rezultatów – mówimy wtedy, gdy tracimy poczucie więzi z drugim człowiekiem, kiedy zastępuje ją obojętność lub wrogość. Cóż, nikt nie obiecywał, że wszystkie związki są na zawsze albo nawet na lata! Jeśli jednak jest między nami bliskość, to jest ona na ogół ważniejsza niż wszystkie piękne zdjęcia, wyprawy na łódkę, wspomnienia i motyle. Nie musi przy tym oznaczać, że ciągle do siebie dzwonimy, że co weekend organizujemy sobie romantyczne randki, oddając dzieci do dziadków, by leżeć nago na łące. Że z pracy co chwilę wysyłamy sobie SMSy i myślimy o sobie bez wytchnienia. Czasem większa bliskość bierze się nie z fantastycznego seksu czy niezwykłego porozumienia dusz, a z tego, że jedna zmęczona noga dotknie drugiej zmęczonej nogi gdzieś pod wspólną kołdrą.

 

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze