fbpx

Obiecałam Maćkowi: Ewa Foley o stracie

Ruszyła w moją stronę grupa zapłakanych kobiet. Rzuciły się na mnie z kondolencjami, przytulały się do mnie, ściskały. Zaczęłam im podawać chusteczki, pocieszać je. A przecież to ja potrzebowałam pomocy. To moje dziecko umarło. Ich dzieci żyły dalej. Poprosiłam, żeby zostawiły mnie w spokoju. Obraziły się. My, matki dzieci, które odeszły, prosimy was o odrobinę miłosierdzia – mówi Ewa Foley.
Spotkanie ze mną często wydobywa w innych matkach głęboko skrywany, tłumiony lęk: „A co będzie, jeśli mojemu dziecku też coś się stanie?”. Lęk ogromny, największy.

Nie jesteśmy pewni dnia ani godziny. Twój syn zginął nagle.

Wiesz, od lat prowadzę otwartą grupę wsparcia dla matek, które straciły dorosłe dzieci. Każda kobieta, która przychodzi do nas, mówi to samo: „Byłam otoczona ludźmi, teraz zrobiło się pusto”; „Znajomi mnie unikają, jakbym była trędowata”. Ludzie nie wiedzą, jak się wobec nas, matek w żałobie, zachować, co powiedzieć.

Ty byłaś i jesteś otoczona bliskimi ludźmi.

Tak, to dzięki nim żyję. W najgorszym dla mnie okresie nie odstępowali mnie na krok, czuwali. To jest krąg bardzo świadomych osób, które wiedziały, że nie mogą zostawić mnie samej, szczególnie w czasie między śmiercią a pogrzebem Maćka. Nie chciało mi się żyć. Chciałam iść do mojego dziecka, do Światła.

Nawet gdy odeszło jako dorosłe?

Nie ma znaczenia, czy dziecko miało dwa lata, 12, czy 27 jak mój Maciek. Nieważne też, czy matka straciła jedyne swoje dziecko, czy ma jeszcze inne. Nawet jeśli pozostałe żyją, to jedno nie żyje. Gdy do naszej grupy wsparcia przychodzą nowe matki w żałobie, mówią tylko o tym dziecku. My słuchamy, bo rozumiemy, że matka po śmierci dziecka jest monotematyczna, chce mówić tylko o nim. Mnie przez rok nie interesował żaden inny temat. Jest ogromna potrzeba opowiadania, a ludzie boją się słuchać.

Jak dalej żyć mimo tego, co się wydarzyło?

I czy w ogóle żyć? W kręgu matek opowiadamy, jak sobie radzimy, co przeżywamy. Płaczemy, śmiejemy się, pokazujemy zdjęcia dzieci, odwiedzamy ich groby. Można wyrazić ból na swój własny sposób, tak długo jak potrzebujemy. Moc jest w tym, że ktoś słucha i nie ocenia. Obserwujemy różne postawy, co pomaga kształtować własną postawę. Gdy opowiadamy o tym, co nas spotkało, matce, której dziecko żyje, ona nie ma pojęcia, o czym mówimy, więc nie może tego zrozumieć. Nie zrozumie i nie możemy tego wymagać.

Na pogrzebie, otoczona murem przyjaciół, prosiłaś, aby cię nie przytulać.

Byłam w szoku. Bolał mnie każdy milimetr ciała. Dotyk był nie do zniesienia. Trzy miesiące po śmierci Maćka poszłam na szamański warsztat w nadziei, że prowadzący szaman pomoże mi ukoić ból. I pomógł. Ale na przerwie ruszyła w moją stronę grupa zapłakanych kobiet. Rzuciły się na mnie, żeby mnie przytulać, ściskać, wysmarkały mi się w bluzkę… Zaczęłam im podawać chusteczki, pocieszać je. Poprosiłam, żeby zostawiły mnie w spokoju i odeszłam. Obraziły się. Potem słyszałam, jaka ta Ewa Foley jest oschła i nieprzystępna. A przecież to ja potrzebowałam pomocy. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę się przez jakiś czas pokazywać publicznie, bo nie wszyscy panują nad swoimi emocjami. Matki w żałobie nie potrzebują ludzi, którzy nie panują nad sobą. To nie jest pomoc.

Indianie mają określenie na sieć życzliwych ludzi, którzy nas w życiu otaczają: holy-net, święta sieć. Jeśli będziemy słabi, wtedy ta sieć, ta społeczność ludzi dobrej woli złapie nas i uniesie.

Mnie moja sieć złapała i uniosła. Mój przyjaciel Zygi po prostu wprowadził się do mnie, ubierał mnie, karmił, trzymał w ramionach, gdy szlochałam, i tak doholował do pogrzebu. Najlepsza przyjaciółka przyjechała z zagranicy, siedziała przy mnie i słuchała tak długo, jak potrzebowałam mówić. Inne kobiety gotowały zupy i gorące posiłki. Miałam wokół siebie strażników, którzy przypominali mi, że trzeba wstać z łóżka, coś zjeść, umyć się. Najgorsze, co może przydarzyć się matce w żałobie, to pozostawienie jej samej sobie. Gdy po Warszawie gruchnęła wieść, że Maciek nie żyje, mój mistrz jogi Sławomir Bubicz przyjechał od razu. Siedział na podłodze w moim mieszkaniu przez cały dzień. Dzisiaj rozumiem, że trzymał pole, energię. Po południu z innymi mężczyznami pojechali na miejsce wypadku, żeby zrobić ceremonię energetycznego oczyszczenia tego miejsca.

Duchowi wojownicy.

Tak, jest wielu wspaniałych, mądrych mężczyzn na tym świecie. Gdy trzeba było zidentyfikować ciało Maćka, pojechali towarzyszyć jego tacie. Dla mnie to bardzo poruszające, że ci ojcowie pomyśleli o ojcu, który będzie miał ostatnie spotkanie ze swoim dzieckiem w trumnie. Kontakt z ciałem jest bardzo ważny. Ja miałam wielkie szczęście: prokurator spóźniał się na miejsce wypadku i dlatego mogłam być z ciałem mojego dziecka ponad godzinę. Bardzo to doceniam.

Maciek był przystojnym, pełnym wdzięku, świetnie wykształconym mężczyzną.

Zakochał się z wzajemnością, planował przyszłość. Przez długi czas nie mogłam tego pojąć: dlaczego żył tylko 27 lat? Dlaczego został zaprzepaszczony tak nieprawdopodobny potencjał? Wypadek wydarzył się w Wielką Sobotę dziewięć lat temu. Byłam u przyjaciół na „jajeczku”. Zadzwonił Maciek, głos miał radosny i szczęśliwy: „Mama, jesteś w domu? Jadę do ciebie na motorze!”. 20 minut później już nie żył. Rozbił się, zginął na miejscu. Zadzwonił przyjaciel Maćka, który jechał za nim: „Był wypadek”. Gdzieś w sobie na głębokim poziomie wiedziałam, że Maciek nie żyje. Jechaliśmy na miejsce wypadku we czworo: ja, moja siostra z mężem i Zygi. Prowadził szwagier. Gdybym jechała sama, rozbiłabym się na pierwszym drzewie, to pewne. Jak to jest na poziomie duchowym misternie utkane: miałam przeżyć. Gdy zobaczyłam ciało Maćka na środku jezdni, przykryte czarną plandeką, chciałam rzucić się pod pierwszy nadjeżdżający samochód. Zygi złapał mnie, pociągnął do tyłu, uratował mi życie. Krok po kroku przyprowadzał mnie do ciała Maćka. Bardzo delikatnie zdjął plandekę. Patrzyłam w martwe oczy swojego dziecka. Piękne, zielone, szeroko otwarte oczy… bez życia… Dlaczego, gdy ludzie umierają, mają otwarte oczy? Zygi bez wahania podszedł i zamknął Maćkowi oczy, przytrzymał na nich dłonie i zaczął się modlić. Ale cały czas patrzył na mnie, pilnował mnie. Potem sporo czasu w terapii zajęło mi przetworzenie tego obrazu: patrzę w twarz mojego dziecka, a tam nie ma życia. I ten gest zamknięcia oczu przez przyjaciela. Nigdy mu tego nie zapomnę. On przecież kochał Maćka, a jednak mimo bólu, znalazł takie miejsce w sobie, żeby – z szacunku do życia i do śmierci – zrobić to, co należało: przypilnować matkę i zamknąć oczy dziecku. Klęczałam, trzymałam syna za stopy w motocyklowych butach. Zobaczyłam wychodzącą z ciała duszę Maćka i usłyszałam wyraźnie jego głos w mojej głowie: „Mamo, wszystko jest w porządku”. Potem przypomniał mi się poród.

Poród?

Jego życie zaczęło się od przejścia przeze mnie. Na sali porodowej byłam przytomna i obecna; świadoma, że oto wydarza się najważniejsza podróż mojego dziecka, które przeciska się przez moje ciało. Ja i mój ból nie były istotne. Istotny był komfort tego ciałka, które właśnie się rodzi, tej duszy. Cała moja uwaga była skupiona na przywitaniu dziecka. A teraz moje dziecko umiera, a ja muszę zrobić to samo; skupić całą uwagę na jego odejściu, mimo że czuję niewyobrażalny ból. Moje dziecko potrzebuje mnie tak samo jak wtedy, gdy się rodziło. Wiedziałam, że nie mogę teraz wyć z bólu; że na to przyjdzie czas, ale nie teraz. Miałam takie wewnętrzne przekonanie, że gdy będę go trzymać za stopy, całkowicie pogodzona z tym, co się dzieje, jemu będzie łatwiej przejść do Światła przez te wszystkie duchowe plany, o których istnieniu słyszałam. Czy to była moja konfabulacja, czy miałam moment oświecenia, tego nie wiem. Ale ten przekaz: „Mamo, wszystko jest w porządku”, dał mi spokój i ukojenie. Odmówiłam znieczulającego zastrzyku. Zabrali jego ciało w czarnym worku. To było najtrudniejsze… To pożegnanie.

A potem dokonałam świadomego wyboru: wracam do życia, żeby uhonorować jego życie. Bo mnie się żyć nie chce. Jestem gotowa umrzeć dzisiaj, w tej chwili.

W jaki sposób, tak wybierając, możesz uhonorować jego życie?

Ja moje dziecko znałam i wiem, że gdyby on tam z góry popatrzył na mnie i zobaczył, że jestem w rozpaczy, na antydepresantach, byłby bardzo niezadowolony! Często z Maćkiem rozmawiam. Mam z nim dobry kontakt. W czasie jednej z takich rozmów dostałam wyraźny przekaz: „Mamo, bądź szczęśliwa! Bo ja jestem szczęśliwy”. Powiedziałam: „Dobrze, synku”. Jak mogłabym odmówić prośbie mojego dziecka? Ja wiem, że się spotkamy. Niedługo, mam nadzieję. Ten czas, który mam do naszego spotkania w Świetle, wypełnię taką aktywnością, aby mój syn miał satysfakcję, że dotrzymałam obietnicy. Często myślę o tym, jakby to było, gdybym to ja pierwsza odeszła, a on wtedy pogrążyłby się w depresji. No chyba by mnie wkurzyło, że nie radzi sobie z moim odejściem. Zatem myślę, że my, którzy zostajemy tutaj, mamy zobowiązanie wobec tych, którzy odeszli, żeby odbyć żałobę, a potem żyć swoim pełnym życiem. Ja tego wyboru dokonuję codziennie. Mam takie dni, że ciężko mi wstać z łóżka, ale biorę głęboki oddech i mówię sobie: „Z miłości i z szacunku do mojego dziecka to będzie najlepszy dzień reszty mojego życia”.

Czy po takim doświadczeniu możliwe jest odnalezienie sensu życia dla siebie?

Dobre pytanie. Nie wiem. My, rodzice w żałobie, przyzwyczajamy się do życia z bólem, z tęsknotą. Ale ten ból nigdy nie jest mniejszy, gdy się pojawia, nawet jeśli od śmierci dziecka minęło wiele, wiele lat. Ja nie szukam sensu życia, raczej nadaję mojemu życiu sens każdego dnia od nowa: dzisiaj przyczynię się do szczęścia osób, które spotkam, dzisiaj zadbam o siebie, o ciało, przeczytam dobrą książkę, pójdę do kina czy teatru, posłucham kojącej muzyki, nauczę się czegoś nowego, pomedytuję, poprzytulam się do dzieciaków i wnuków moich sióstr, pochwalę, zrobię coś dobrego dla innych. Myślę, że to może być dobra strategia na życie, nie trzeba czekać na tragedię. Sens mojego życia to jest bycie w służbie. Mam 62 lata i właściwie nie musiałabym już pracować, ale kocham moją pracę, spotkania z ludźmi, szkolenia, warsztaty, kręgi kobiet, które prowadzę. Nie pozwalam sobie, aby moje złe samopoczucie zatrzymało moje działania. To, jak się czuję, nie ma znaczenia. Czasem kobiety mówią: „A wiesz, nie ugotowałam dzisiaj zupy dziecku, bo źle się czuję”. Pytam wtedy: „A co ciebie obchodzi, jak się czujesz? Zupa ma być ugotowana”. Są rzeczy do zrobienia, więc trzeba je zrobić. To jest postawa wobec siebie i wobec życia.

To się nazywa samodyscyplina.

Tak, uznałam, że mam wybór. Zaczęłam pytać siebie, jakie działania muszę podjąć, aby poczuć się lepiej. Zanurzyłam się w praktykę, którą propaguję od lat, w modlitwę wdzięczności. Powiedziałam sobie, że jestem wdzięczna, iż Maciek żył aż 27 lat. Zaczęłam prowadzić dzienniczek wdzięczności: za co jestem dzisiaj wdzięczna? Pomogła mi literatura. Znalazłam książki anglojęzyczne napisane przez matki, które straciły dorosłe dzieci. Aldous Huxley w swojej „Filozofii wieczystej” napisał, że doświadczenie to nie jest to, co nam się przydarza. Doświadczenie to jest to, co robimy z tym, co nam się przydarza. To także moje przesłanie. Moje dziecko nie żyje i nic tego nie zmieni. Ale mogę zmienić moje nastawienie.

Już dwa miesiące po pogrzebie Maćka zdecydowałaś się poprowadzić zaplanowany wcześniej tygodniowy warsztat dla kobiet. Wymagające wyzwanie.

Siedziałam przez tydzień w kręgu kobiet, które wiedziały, co wydarzyło się dwa miesiące wcześniej. Prowadziłam zajęcia, ale gdy przychodziła fala rozpaczy i tęsknoty, zadawałam ćwiczenie, a sama brałam paczkę chusteczek i wyłam. Nikt nie wychodził z sali, nikt mnie nie opuszczał: robiły swoje ćwiczenia, a ja płakałam. Jaka kultura duchowa tych kobiet, tych matek! To było najlepsze, co mogło się wydarzyć: zobaczyłyśmy, że my, kobiety, możemy być silne i słabe, i że objęcie zarówno siły, jak i bezradności, kruchości daje pełnię. Siła bez słabości jest nic niewarta, a nawet jest niebezpieczna. Ta grupa przeniosła mnie w inne miejsce, w inny wymiar.

Co potrzebujemy wiedzieć, aby wspierać ludzi w żałobie?

Przede wszystkim trzymać język za zębami. Żadnych dobrych rad! Gafy, które ludzie popełniają, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, są trudne do udźwignięcia. Jeśli nie wiesz, co powiedzieć, nie mów nic, nie ryzykuj, nie gadaj byle czego, nie gadaj głupot. Nie mów: „Wiem, co przechodzisz, co czujesz”. To doprowadza nas do rozpaczy. Skąd możesz wiedzieć, skoro twoje dziecko żyje? Nie mów, że rozumiesz, bo nie rozumiesz. Poczekaj. Najczęściej osoba w żałobie potrzebuje tylko obecności, ponieważ czuje się opuszczona. Usiądź na kanapie i czekaj. Być może zacznie mówić. Bez względu na to, jak to przyjmujesz, jak to przeżywasz, wysłuchaj. Komentarze, które najbardziej ranią: „Już minęło pół roku! Zbierz się do kupy!”; „Wierzysz w Boga i rozpaczasz?”; „Bóg go zabrał, Bóg tak chciał”; „Jemu jest lepiej tam, gdzie teraz jest”. Powiedzieć coś takiego matce – to jest po prostu głupie i okrutne. No bo jak to lepiej? Najlepiej było mu przy mnie,
bo jestem jego matką!

Warto też, oczywiście, zadać pytanie: „Co mogę dzisiaj dla ciebie zrobić?”. I być przygotowaną na to, że trzeba będzie zapytać z pięć razy, ponieważ osoba w żałobie nie wie, czego potrzebuje.

Jeśli powie, że naprawdę niczego nie chce?

Nie należy się zniechęcać: nawet jeśli odmawia, warto zaproponować uprasowanie sukienki, poczytanie książki, spacer, kino. Sprawdź, czy ma co jeść. Ugotuj coś dobrego i przynieś. Postaw dwa talerze i zacznij jeść. Ona w końcu też zacznie. My, matki w żałobie, mamy dorosłe ciała, ale w środku jesteśmy bezradne i zagubione jak dzieci. Jesteśmy kruche i bezradne, przechodzimy przez bardzo trudne doświadczenie. Często nie mamy pojęcia, kim jesteśmy i czego chcemy. Jeśli możesz swoją obecnością i życzliwością nam towarzyszyć, a tym samym ulżyć w bólu, zrób to.

Ewa Foley promotorka pozytywnego życia, trenerka rozwoju osobistego, autorka książek: „Zakochaj się w życiu”, „Powiedz życiu tak! Poradnik dobrostanu”, „Bądź aniołem swojego życia!”. Założycielka Instytutu Świadomego Życia i firmy Inspiration Seminars International (ISI).

Wywiad z numeru listopadowego 2014.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze