fbpx

Otwarty związek – jakie są zasady tej gry?

Grafika pochodzi z bestsellerowej książki „Ciekawe czasy” Naoise Dolan, opowiadającej historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem. (materiały prasowe)

Jesteśmy razem, ale nie obowiązuje nas wierność. Możemy mieć na boku romanse i seks, ale pozostajemy wobec siebie uczciwi, bo tego nie ukrywamy i nie mamy pretensji. Czy to w ogóle możliwe? Dla kogo i po co? Pytamy Biancę-Beatę Kotoro, psychoseksuolożkę i terapeutkę.

Czy ludzie, którzy zdecydowali się na życie w związku otwartym, trafiają do gabinetu seksuologa? Przecież z seksem nie mają kłopotu: żadnych zahamowań, akceptacja zdrady.
Jest odwrotnie, niż może się wydawać. Zacznę od historii pewnej pary ze świata artystycznego, co ma znaczenie, bo tam wisi w powietrzu przekaz, że masz być wolny! Nieskrępowany żadnymi zasadami, bo ciebie nie obowiązuje to, co powinno nauczyciela czy lekarza. Kiedy więc po trzech latach małżeństwa mąż powiedział, że potrzebuje seksu na zewnątrz związku, żona się zgodziła. Od partnera dostała także przyzwolenie. On przez kolejne cztery lata miał trzy związki. Był też święcie przekonany, że i ona – tak często wyjeżdżając – korzysta z wolności. Pewnego dnia po powrocie żony z kilkudniowego wyjazdu służbowego powiedział: „Może mi dziś wreszcie opowiesz, to doda nam pikanterii, co tam robiłaś i z kim”. A ona się rozpłakała i powiedziała, że nigdy nie była w stanie z nikim innym iść do łóżka. Mogła tylko flirtować i raz się całowała! I że muszą się rozwieść, bo ona już tak żyć dłużej nie da rady…

A on słysząc słowo „rozwód”…
Powiedział, że idą na terapię, bo on na wszystko się zgadza, tylko nie na rozwód. Nie ma ochoty stracić ani jej, ani dziecka. Usłyszał od niej, że warunkiem jest powrót do monogamii. Trafili do mnie ze względu na specjalizację seksuologiczną, gdyż żona chciała się upewnić, czy dwaj poprzedni terapeuci, do których poszli, nie mylili się, gdy radzili jej, aby się z kimś przespała. Miała poczuć się wtedy lepiej, bo wyrównałaby rachunki i odreagowała napięcie. Powiedziałam: „To tak nie działa”. Zrobiłaby sobie tylko krzywdę, gdyby tak postąpiła. Rozpoczęliśmy więc terapię: on przestał się spotykać z innymi kobietami, choć miał poczucie straty, ale też przepraszał ją i zapewniał o swoich uczuciach. Ale im bardziej się kajał, tym bardziej ona mówiła, że nie wie, co będzie z nimi za dwa, trzy lata…

Dlaczego kiedyś, a nie teraz?
Tworząc związki otwarte, często mylimy miłość z grą w pokera: Kto kogo ogra? Na ile tej drugiej osobie na mnie zależy? Na ile mogę przesunąć jej czy jego granice? I właśnie taka gra o władzę toczyła się między nimi od początku. Teraz ona była górą, a przedtem on. Musieli przestać grać, jeśli mieli być razem. Zamiast rozgrywać – zacząć mówić o swoich prawdziwych uczuciach, odkrywać głębokie potrzeby. Na nowo poczuć, czy to jest ten mężczyzna, ta kobieta, z którą chce iść przez życie. Czy, poczynając od kwestii seksualnych, podnieca mnie już sam jej/jego zapach, a kończąc na intelektualnych, czy cenię sobie rozmowy z nią/z nim.

Poczuć, czy jeszcze się kochają.
Właśnie. Polepszyło się między nimi, kiedy po mojej sugestii dotyczącej tego, czy jest coś, co mogliby robić razem, zatrudnili nauczyciela tańca. I gdy uczyli się kroków w miejsce rozgrywania kto kogo – pojawiły się między nimi szczere emocje: radość, zawstydzenie, złość. A jak któreś próbowało przejmować kontrolę, trener mówił: „w tańcu są zasady”. Słyszeli więc, że jeśli chce się razem tańczyć, to trzeba je przyjąć.

Gra, zasady? Otwarcie związku ma przecież wzbogacić życie seksualne: „Ty się czegoś nauczysz, ja się czegoś nauczę i potem będziemy to razem robić”, prawda?
Tak się nam tylko wydaje, ale rozwijać możliwości i wrażliwość cielesną najlepiej razem, kiedy jesteśmy sobie wierni i mamy do siebie pełne zaufanie. Wtedy możemy zamknąć oczy i puścić wszelką kontrolę. Ujawnić swoją zmysłowość, odważyć się na eksperymentowanie. Śmiało poszukiwać i pozwolić na poszukiwanie stref erogennych. Uczymy swoje ciała doświadczać maksymalnej rozkoszy i dawać taką rozkosz. A za sprawą uczuć, które stymulują nasze neuroprzekaźniki, hormony, jesteśmy w uniesieniu zmysłów i wzmożonej sensualnej wrażliwości. I dlatego nasze doznania są o niebo intensywniejsze. Ucząc się seksu razem, mamy więc niezwykłe odczucia, które nas do siebie zbliżają.

Życia seksualnego nie wzbogaca zwiększenie liczby jego uczestników?
Jeśli poszukujemy nowych doznań, to na początku możemy odczuć fascynację. Niezależnie od tego, czy w domu mamy fajny seks, czy raczej nie, bo partnerka lub partner mówią: „Tego robić w łóżku nie będę”, to kiedy próbujemy czegoś, czego nie było nam dotąd wolno skosztować, to nasze ciało na to zwykle silnie reaguje. Mówimy: „Jest super!”. Nie trwa to jednak długo. To, co nas w dodatkowej kochance czy kochanku fascynuje, to niewiadoma. Jak zareaguje? Ale za trzecim, czwartym razem już to wiemy. Szukamy więc kolejnej kochanki, kochanka, a potem znów… Wpadamy w uzależnienie od ekscytacji, od przekraczania granic. Stajemy się Don Juanem – fantastycznym kochankiem dla nowych partnerów, ale na jedno, góra trzy spotkania. Potem wyczerpuje się nam repertuar seksualnych zachowań.

Seks staje się schematyczny, kiedy mamy wielu partnerów?
Mamy przećwiczony scenariusz łóżkowy na trzy godziny. Może to być obowiązkowo wzajemne mycie. Potem masaż. Następnie miłość francuska, czyli seks oralno-genitalny. I przechodzimy do penetracji pochwy czy odbytu w przeróżnych pozach. Wszystko to zaplanowane i odhaczone.
Możemy mieć fajny seks z kimś, kogo lubimy, ale seks z kimś, kogo kochamy, jest wyjątkowy. Niepotrzebna jest mapa punktów erogennych, niezbędna przy seksie technicznym. Seksuolodzy wiedzą, że istnieje tajemniczy czynnik, który nazywa się pożądanie. Mężczyźni i kobiety mówią: „Kiedy z nią (z nim) jestem, dzieje się coś niezwykłego”.

Wielu powie, że z natury jesteśmy poligamistami.
Każdy może mówić, co uważa za prawdę. Wchodząc jednak w związek, dajemy sobie (to nasza decyzja, a nie biologia) w prezencie pudełko „wierność”, przewiązane czerwoną kokardą, w którym jest obietnica wyłączności naszego ciała i duszy. Jeśli odwzajemnimy dany sobie podarunek, w zamian dostaniemy coś niezwykle cennego – tajemnicę intymną, która zbliża nas do siebie, scala, bo znamy ją tylko my dwoje. Ta tajemnica dotyczy tego, co robimy tylko my i co odkrywamy tylko przed sobą. Co jest tylko nasze, a o czym inni nie wiedzą i się nie dowiedzą. Ale też czego nigdy nie skosztują! To jest to „coś”, co ekscytuje nas w dobrym monogamicznym związku. Niezwykła wartość, o której rzadko mówimy, a która łączy na lata.

Nie mówimy o tej wartości wcale, bo liczy się ilość, a nie tajemniczość?
Otwarty związek to jak zajadanie smutków czekoladą, bez myślenia o tym, że w biodrach przybywa nam centymetrów. Coś nas ekscytuje, jest fascynujące, nasze myśli krążą wokół kogoś niedostępnego. Nakręcamy się: te SMS-y, fantazje na temat wspólnego wyuzdanego seksu… Odłącza się nam myślenie przyczynowo-skutkowe, zaczynamy żyć chwilą, ona nas ekscytuje. Wydaje się nam, że świat jest u naszych stóp, bo mamy tak wiele romansów: „Tomek ma boskie ciało, a Daniel to mistrz minety!”. Albo: „Z Kamą robimy superoral, a Gabi ma cudowne ciało!”. Możemy się tym upoić, ale kiedy usiądziemy gdzieś sami, to pomyślimy: „Ale z kim ja właściwie jestem? Kim ja jestem?”. To wyzwanie – głęboko się nad sobą zastanowić! A więc na chwilę można się związkiem otwartym poekscytować, ale co potem?

„Umówiliśmy się, że wiemy, z kim romansujemy, ale złamał tę zasadę, bo go kochanka poprosiła!” – to słowa kobiety żyjącej w otwartym związku.
Zawsze pytałam pary żyjące w takich związkach, czy mają jakieś zasady. I zawsze słyszę, że tak. Uśmiecham się wtedy, bo wiem, że potrzebujemy zasad. Tylko że w otwartym związku z założenia kręci nas to, żeby je łamać. I nadchodzi taki moment, że któreś z dwojga zada sobie pytanie: „A co będzie, jak i tę zasadę złamię?”. Nie jest to decyzja podjęta z premedytacją przy porannej kawie: „Teraz zrobię wbrew umowie”, po prostu ta pragnąca ekscytacji część nas chce zrobić kolejną rzecz, której nie wolno, sięgnąć po naprawdę zakazany owoc! Bo w otwartym związku ekscytuje i podnieca właśnie łamanie zasad. Nie chodzi o seks!

Jak to nie chodzi o seks?
Fundujemy go sobie na złamaniu zasady wierności, a potem staramy się łamać wszystkie inne. Nie z powodu wolności, bo ona jest i w demokracji, i w anarchii. Ale w demokracji są zasady, a kiedy je odrzucamy – przechodzimy w anarchię. Stajemy się wówczas agresywni albo lękliwi, bo bez ram. A ludzie bez ram nie potrafią dobrze funkcjonować.
Proces dojrzałości polega na tym, aby rozumieć, czym jest wolność. A wolność nie oznacza, że robię wszystko, co chcę. Ale że postępuję zgodnie z zasadami, które sama przyjmuję. Jeśli wchodzę w związek, to godzę się na to, że jedna osoba jest dla mnie najważniejsza i tylko z nią łączy mnie intymność. A jest to bardzo ważne, bo jedną z naszych głębokich potrzeb jest potrzeba wyłączności, wierności, bliskości. Można poeksperymentować, ale jako ludzie chcemy mieć poczucie, że ktoś należy tylko do mnie i ja tylko do niego. To naturalne, że tworzymy pary.

Usłyszałam od znajomej: „No i zakończył się nasz otwarty związek, bo on się zakochał”.
W wolnych związkach nie ma miłości, jest pożądanie, jest układ, jest gra. Ten, kto może w nim wytrzymywać, zazwyczaj się nie zakochuje. Uczucie miłości nie jest dla niego wewnętrznym czuciem, ale kwestią umowy. Może doświadczył czegoś, co kazało mu uwierzyć, że nie warto kochać? Może się jednak zdarzyć, że spotka kogoś, kto sprawi, że otworzy się na miłość, uwierzy, że zasługuje na to, żeby być kochanym przez jedną osobę i jednej osobie dawać miłość. A gdy pojawi się to uczucie, chcemy, żeby ta osoba była tylko dla nas – i my żebyśmy byli tylko dla niej.

Ale kobiety często zgadzają się na związek otwarty ze względu na partnera, dlatego że kochają za bardzo, a nie że wcale.
Pytanie, gdzie postawimy granice akceptacji. Ktoś powie: „Bardzo cię kocham, ale będę pić i co piątek spędzać wieczór z inną”. A druga strona na to: „Tak bardzo cię kocham, że będę z tobą”. Niestety, jest to wyraz źle pojętej miłości. Gdy czara goryczy i rozczarowania się przelewa, ona ma dość, mężczyzna czuje się oszukany: „Nie powiedziałaś, że nie chcesz”, „Nie powiedziałaś po pierwszym razie, że było ci źle, nie tak”. Jak zabrniemy w jedno kłamstwo, które dotyczy cielesności, to zafundujemy sobie efekt kuli śnieżnej. Dlatego trzeba na początku powiedzieć: „Stop! To nie dla mnie”.

Zdarza się też, że kobiety same pragną otworzyć związek z powodu temperamentu?
Kobiety chcą lub zgadzają się otworzyć związek, jeśli myślą o sobie: „Jestem wyzwolona, mam swoje potrzeby, nie należę do nikogo, tylko do siebie”. Bazują więc na egocentrycznym „ja”. Można i tak, ale człowiek w pewnym momencie rozwoju ma potrzebę, aby zacząć też dawać. W seksie czerpiemy z tego satysfakcję. I w zdrowych relacjach to jest właśnie fantastyczne, że czerpiemy satysfakcję i ją dajemy. No i nasuwa się też pytanie, jak będzie później. Czy nadal kobieta będzie tak upajała się dotykiem, pocałunkami, zmysłowością? A jak będą wyglądały jej intymne relacje z mężem? Czy będzie w nich ta wyjątkowość? A może ich seks stanie się techniczny? Zazwyczaj dotyk nie jest już tak ekscytujący jak kiedyś i bliskość z partnerem znika, kiedy dopuścimy tak samo blisko do siebie inne osoby. No i już po kilku razach kobieta może się poczuć jak przedmiot, choć się na taką grę zgodziła lub jej chciała.

Znam związek, w którym to głównie kobieta korzysta z prawa do posiadania kochanków, a partner nadal ją adoruje.
Skoro im tak dobrze się żyje, to nam nic do tego. Nasuwa się tylko pytanie, jak oni zdefiniowali swój związek. Czy może to raczej projekt? I co z ich emocjonalnością? Może jedno chce przyjmować ból, a drugie go zadawać i sprawować władzę, w ramach zasad i reguł? Jeżeli kobieta lubi ćwiczenia fizyczne w ramach seksu i nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, a jej partnera to nie rani, to okay. Ale jeśli coś ją w seksie sportowym uwiera, to potem nie będzie czuła się dobrze ani sama ze sobą, ani z partnerem.

Czy można związek otwarty zamknąć?
To wymaga wysiłku. Odpowiedzi na fundamentalne pytania: Czy zależy mi na tej osobie? I czy potrafię postawić kreskę pomiędzy tym, co było, a co będzie? A więc jeśli oboje potrafią odciąć się od przeszłości, mają taką kontrolę nad sobą i emocjami, że nie ulegają im (co nie znaczy, że ich nie czują), to owszem, mogą być dalej razem.

Dziś otwarte związki są bardziej popularne?
Na pewno jest na nie większe przyzwolenie społeczne. Do terapeutów trafiają jednak nadal pary lub pojedyncze osoby zdruzgotane i zagubione byciem w takim układzie. Czasami trwał on kilka miesięcy, a czasem 12 lat. Czują, że nadużyli samych siebie, przekroczyli własne granice. Nie chcę urazić ani oceniać ludzi w wolnych związkach, ale proponowałabym, by odpowiedzieli sobie na takie pytania: Czy z łatwością przychodzi mi się dzielić sobą? A tą drugą osobą? Gdzie jest moja granica? Czy to, co nas łączy, to miłość, czy układ zawarty w imię innych rzeczy? Czym dla mnie jest związek? 

Książka „Ciekawe czasy” Naoise Dolan, opowiadająca historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, w przekładzie Doroty Maliny.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze