1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Między nami wstyd

Między nami wstyd

W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. (Fot. iStock)
W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. (Fot. iStock)
Każe nam ukrywać to, jacy jesteśmy. Przejawia się nie tylko w rumieńcach, ale też w perfekcjonizmie, arogancji i pysze. – Tymczasem miłość wymaga bezwstydu. Prawdy. Przyznania się do tego, jacy jesteśmy, łącznie z tym, czego się wstydzimy  – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Kobieta wstydzi się nagości w sypialni. Albo mężczyzna zasłania się ręcznikiem, kiedy ona wchodzi do łazienki. Rozumiem, że wstydzimy się obcych. Ale człowieka, z którym mieszkamy i który mówi, że kocha?
W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. Sami nie możemy znieść siebie. Toksyczny wstyd ogarnia całe „ja” i tylko szuka pretekstu, aby zepsuć nam życie we dwoje. Możemy myśleć, że chodzi o małe piersi czy chude nogi. Ale tak naprawdę chodzi o to, że kiedy byliśmy mali, często nas zawstydzano. Boleśnie w ten sposób przekonując, że musimy ukrywać siebie, bo jak ktoś zobaczy, jacy jesteśmy, to bez litości wyśmieje i odrzuci. Dlatego schowaliśmy się głęboko w swoim wnętrzu, by już nie być zawstydzanymi. Ale też po to, aby nikt nie zobaczył, jacy jesteśmy. Nie łączymy jednak cierpienia, jakiego doświadczyliśmy w dzieciństwie, z tym, że kiedy ukochany chce się z nami wykąpać, mówimy: „nie!”. Mówimy „nie!”, bo myślimy, że jesteśmy kochani tylko dlatego, że udało nam się przed nim ukryć to, jak naprawdę wyglądamy i jacy jesteśmy!

Dlaczego zawstydzanie jest tak toksyczne, że zostaje w nas na całe życie?
Jako dorośli boimy się obśmiania, ironii, szyderstwa, bo one naruszają naszą godność ludzką. A gdy jesteśmy zawstydzanymi dziećmi, nasza osobowość nie może rozwijać się prawidłowo. Toksyczny wstyd leży u podstaw wielu problemów emocjonalnych i osobowościowych. Kiedy mamy 12 lat, to z powodu pryszczy na plecach nie idziemy na basen. Kiedy mamy 30, nie rozbierzemy się przy świetle. Ale też nie pożeglujemy i się nie poopalamy. Z powodu toksycznego wstydu często nie robimy tego, na co mamy ochotę. Nawet przyjaciół do domu nie zapraszamy, bo boimy się porównania z ich domami. Ale nie chodzi o pryszcze, piersi czy metraż domu, pod spodem tych wszystkich wstydów jest wstyd przed tym, jacy jesteśmy, czyli kim jesteśmy. Myślimy, że wystarczy ukryć małe piersi czy chude nogi i będzie dobrze! No, nie będzie, bo ukrywamy znacznie więcej, ukrywamy prawdziwych siebie.

Przecież to, jakie mamy piersi czy nogi, widać! A jeśli wciąż oddzielamy się od partnera ręcznikiem, to on w końcu poczuje się odrzucony. Podobnie jak przyjaciele, których nie zapraszamy do domu.
Widać, nie widać, poczuje, nie poczuje… Prawda tu nie jest ważna. Dla kogoś, kto się toksycznie wstydzi, liczy się to, co on widzi i myśli. Osoba wstydząca się ma silny mechanizm projekcji: jest pewna, że partner ją odrzuci, jeśli zobaczy, jaka jest. Ten mechanizm projekcji zamazuje też rzeczywistość w taki sposób, że wstydząca się osoba nie widzi, iż ten drugi człowiek z nią jest, że ją chce, że ona mu się taka podoba… Najlepiej w takiej sytuacji przyznać się do tego, że się wstydzimy. I jeśli usłyszymy: „Ale nie masz się czego wstydzić, bo jesteś piękna”, to uwierzyć. Jeśli to zbyt trudne, dodać, żeby partner zwolnił tempo, że potrzebujemy czasu, żeby się oswoić ze swoją nagością. Ten czas jest nam też potrzebny, żeby poczuć, gdzie w tej nagości są nasze naturalne granice. Może nie chcemy paradować nago między łazienką i sypialnią, ale spać – już tak? Ważne, by się nie zmuszać. Uszanować siebie. Będzie to prostsze, kiedy zaczniemy odczuwać naturalny, a nie toksyczny wstyd.

Naturalny wstyd? Czym różni się od toksycznego?
Toksyczny wstyd informuje nas, że cali jesteśmy do poprawki. Naturalny związany jest z naszą suwerennością, z naszą przestrzenią: wpuszczę w nią kogoś dopiero, kiedy sprawdzę, że jestem z nim bezpieczna. A więc też kiedy będę pewna, że mnie nie zawstydzi. Naturalny wstyd wyznacza nasze granice, pozwala poczuć, że na przykład wizyta w klubie swingersów by je przekraczała.

Mówiłaś, że szczerość ratuje miłość z pułapki toksycznego wstydu…
Tak, i jeśli usłyszymy: „Jestem dziś trochę niepewny, nie czuję, żebym mógł stanąć na wysokości zadania”, to doceńmy szczerość partnera. To wyraz zaufania i bliskości, kiedy mężczyzna mówi do kobiety o swoim lęku przed tym, że może się w jej oczach ośmieszyć. Łatwiej byłoby powiedzieć: „Mam dużo pracy!”. Tylko że tak nie mówimy do bliskiej osoby. Bliskość to odsłonięcie się. Przekroczenie lęku przed wydrwieniem. Kiedy pozwalamy, aby kierował nami toksyczny wstyd, skupiamy się na tym, aby ładnie wyglądać, a nie na tym, by być sobą. Miłość to bezwstyd. Oto jestem, jaka jestem, i widzę, jaki ty jesteś, i cię kocham!

Zdarza się, że partner publicznie zawstydza, ośmiesza, drwi z partnerki! A potem mówi, że to takie żarty, że jej brak dystansu...
Brak dystansu? Żartować wolno tylko z siebie! Jeśli tego nie umiem, to brak mi dystansu. Ale jeśli ktoś drwi ze mnie, to dopuszcza się biernej agresji. Co będzie dalej, zależy od tego, jaka jestem. Jeśli pewna siebie i spokojna, usłyszy: „Ja w takie gry nie gram, nie chcę już się z tobą całować, bo jesteś niefajny”. Zawsze w takiej sytuacji trzeba jasno powiedzieć: „To, co robisz, mnie boli. Dlaczego to robisz? Chcesz mnie poniżyć? Powiedz wprost, o co ci chodzi”.

A jaka może być przyczyna zawstydzania bliskiej osoby?
Najprostsza: partner gra w „moje lepsze”, chce cię zdominować, wejść ci na głowę. Używać do leczenia własnych kompleksów. Jeśli brak ci poczucia wartości, zaczniesz się wstydzić: tego, jak myślisz, jak wyglądasz, co jest dla ciebie ważne, a nawet śmieszne… Ale toksyczny partner sam się nie zatrzyma, gdy zobaczy, że cierpisz. On cię używa. Zapewne w dzieciństwie został zakażony toksycznym wstydem i teraz tak sobie z nim radzi, że umniejsza innych.

Ośmiesza innych, aby pokonać własny wstyd?
Mógł nauczyć się zawstydzać, a nawet drwić z bliskich w rodzinnym domu, jeśli tam drwiono z niego. Miał więc do wyboru: być nadal ofiarą kpin albo stać się katem. To mechanizm obronny: stać się tym, kto mi zadawał ból, aby tego bólu już nigdy nikt mi nie zadał. A wracając do zaburzeń osobowości, jakie powoduje w nas toksyczny wstyd, to jest nim także perfekcjonizm. Perfekcjonista to ktoś, kto ukrywa przed samym sobą to, że nie jest doskonały, po to, aby nikt nie miał okazji już mu tego wytknąć, czyli go ośmieszyć!

Perfekcjonista to ktoś, kto się wstydzi?
Kto panicznie boi się zawstydzenia. Drobiazgowo dba o wszystko i jest przekonany, że zawsze postępuje doskonale, aby wyeliminować możliwe powody do wstydu. Paniczny lęk przed wykpieniem i odrzuceniem można też ukrywać za arogancją, krytyką, kontrolą, moralizowaniem, a nawet pogardą wobec innych. Ma być tak, jak ja chcę, albo w ogóle! To też są narzędzia do walki ze swoim własnym wstydem. Niestety, ranią one bliskich ludzi.

Trzeba uciekać od takiego partnera!?
Powiedzieć: „Nie gram w to!”. Jeśli jednak ja także mam w sobie toksyczny wstyd, to zamiast postawić jasno granicę, zaczynam partnerowi dogadzać, staram się spełnić jego oczekiwania. Zasłużyć na jego uznanie, a więc zrobić wszystko, aby przestał mnie zawstydzać. Kieruje mną wtedy taki sam cel jak nim: uniknąć zawstydzenia. Tylko że ukrywam się za maską kogoś, kto może wszystkich zadowolić, wszystkim pomóc. A to niemożliwe. Oboje jesteśmy oderwani od rzeczywistości, bo każda ludzka istota ma granice możliwości. Nikt nie jest doskonały i nikt nie ma takiej mocy, aby drugiego człowieka uszczęśliwić. Zdrowy wstyd jest nam wtedy bardzo potrzebny, jako lekcja pokory.

Bywa, że kobieta jest zawstydzana przez matkę partnera, i to publicznie…
Znam taką sytuację. Teściowa robi przyjęcia co kilka miesięcy. Wykwintne, dla zamożnych przyjaciół. Synowa jest zapraszana, choć, zdaniem teściowej, pochodzi z tak prostej rodziny, że nigdy by się u niej nie znalazła, gdyby nie uwiodła jej syna. W takiej atmosferze synowa jest przy stole przez teściową w ironiczny sposób pouczana, że tak się ostryg nie je. No, chyba że na wsi…

Synowa teraz ma ochotę zapaść się pod ziemię?
To zależy od tego, jaka jest ta młoda kobieta. Jeśli ma poczucie wartości, wie, kim jest, to obroni się przed niegrzecznym zachowaniem teściowej, odpowiadając: „Dziękuję, że mi mówisz, u mnie w domu ostryg się nie jadło”, i kropka. To, że się nie jadło i że wszyscy już wiedzą, że ona pochodzi ze wsi, nie uruchomi w niej toksycznego wstydu, bo ona go nie ma. Przytomna młoda kobieta, która lubi samą siebie, jeśli uzna, że jest to dla niej korzystne, po prostu nauczy się jeść ostrygi. Może odczuć naturalne zawstydzenie, które pokaże granice jej umiejętności i zmobilizuje do nauki. Nie zacznie jednak z tego powodu źle myśleć o sobie. Odwrotnie, poczuje się dobrze, bo nauczyła się czegoś nowego.

A jeśli ma ten toksyczny wstyd w sobie?
Jeśli w domu rodzinnym przyzwyczajono ją do złego traktowania, mówiąc na przykład o niej niby żartem: „A to jest nasze mniej udane dziecko”, to będzie wszystkie uwagi łykać, zatruwając siebie, a także relację z partnerem. Po takim tekście teściowej poczuje się zdruzgotana, przeraźliwie zawstydzona sama sobą, choć może udać, że nic się nie stało. Ale nic po sobie nie pokazuje, nie broni się, nie stawia granic i pozwala, aby te drwiny ją niszczyły, bo dla niej to kolejny dowód na to, że jest nikim.

A co na to syn, czyli partner? Znam mężczyzn, którzy milczą, gdy ich matka zawstydza partnerkę, albo mówią: „Kochanie, to moja matka, ona już się nie zmieni!”.
Najlepiej, żeby syn zauważył, że jego matka jest złośliwa wobec jego żony, i na osobności jej powiedział, żeby więcej tego nie robiła. Jeśli matka nie przestanie, powinien od razu na „miejscu przestępstwa” stanąć po stronie żony, zawstydzając matkę: „Dama nie zwraca nikomu uwagi przy stole”. Jeśli i to nie pomoże, uprzedzić, że przestanie spotykać się z matką, jeśli ona nie zaprzestanie nękania jego żony, a jeśli i to za mało, bardzo osłabić z nią kontakty, a nawet zaniechać wizyt. Dopóki ludzie są parą, to są dla siebie najważniejsi. I zdrowa kobieta powie wprost: „Spodziewam się po tobie lojalności. Kiedy twoja matka obraża mnie, obraża też twój wybór, a więc i ciebie. Spodziewam się, że będziesz bronił przed jej docinkami jeśli nawet nie mnie, to swój wybór”.

Może powiedzieć, że teraz będzie do niej chodził sam?
No i mamy przykład, jak toksyczny wstyd, z którym on sobie nie może poradzić, skoro z lęku przed matką porzuca żonę, zaczyna demolować ich małżeństwo. No bo z kim on jest, z matką czy z żoną? Czy w ten sposób nie zawstydza żony? Może nawet się zdarzyć, że partner stanie po stronie matki, mówiąc do partnerki: „Wstydziłem się dziś za ciebie”. Co to znaczy? Dorosły człowiek wie, że odpowiada tylko za siebie. A więc ten mężczyzna nie przeciął pępowiny, skoro nie czuje się oddzielną jednostką. A może zatruty toksycznym wstydem, który mówi mu, że nie jest wart miłości, uważa, że każdy, kto go pokocha, musi być zerem?! Niezwykle ważne jest też dla związku to, czy partner lubi być górą. Czuć się lepiej kosztem innych.

Co robić, gdy dostrzegliśmy, że mamy w sobie toksyczny wstyd?
Zdać sobie sprawę z tego, czego się wstydzę i dlaczego. Zapytać przyjaciół, czy jest powód. Powiedzieć, co podejrzewam. Jeśli partner nie jest toksyczny, zapytać go: „Co we mnie lubisz? A czego nie?”. Może się wtedy okazać, że lubi to, czego właś­nie się wstydzę! Najlepsza jest szczerość: „Wstydzę się tego, że… A ty, wstydzisz się czegoś?”. Ważne jest dawanie sobie nawzajem wsparcia. A więc jeśli partner ma toksycznych rodziców, to pomóc mu docenić siebie. Kiedy wróci od nich rozbity, bo ojciec znów mu dogadał, że czas na awans, a nie na kolejne dziecko – przytulić i powiedzieć: „Oni cię nie znają i dlatego nie doceniają. Zmarnowali szanse, żeby się z ciebie cieszyć, kiedy byłeś chłopcem, i marnują ją teraz, kiedy jesteś mężczyzną! Ale ja się z ciebie cieszę, bo jesteś superfajnym facetem”. A jeśli takie słowa usłyszymy także od partnera, kiedy dostaniemy od kogoś witką zawstydzenia, to znak, że mamy naprawdę dobry związek. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakie role odgrywamy, żeby „ułatwić” sobie życie?

W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
W życiu prowadzimy różne gry, często zupełnie nieświadomie. Z jakiegoś powodu utrwaliliśmy w dzieciństwie pewien schemat, który potem często nas uwiera. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W co grają ludzie? W co grasz Ty? - Pierwszy spytał o to Eric Berne, amerykański psychiatra, twórca analizy transakcyjnej. Według niego wszyscy – świadomie lub nie – niczym bohaterowie „Gry o tron” zawieramy sojusze, ale też knujemy intrygi i oszukujemy (w tym samego siebie). To strategia przyjmowana już w dzieciństwie – miała nas przed czymś chronić lub coś gwarantować. Tylko czy zawsze sprawdza się w dorosłym życiu? Co zyskujemy, a co tracimy w naszych codziennych grach?

O tym, że prowadzę z ludźmi gry, dowiedziałam się na terapii – opowiada Magdalena, 37 lat. – Miałam dość pracy, męża, wszystkich, więc w końcu trafiłam do psychologa. „Nikt nie traktuje mnie poważnie” – żaliłam się. Ale terapię często odwoływałam i notorycznie zapominałam zapłacić. „Zrobię przelew” – mówiłam, ale potem coś mnie zajmowało i zamiast w poniedziałek, robiłam go w kolejny wtorek. Któregoś dnia terapeutka wyznała: „Czuję się jak pani rodzic. Muszę zabiegać, upominać się. Czy jest jeszcze ktoś w pani życiu, kto może mieć podobne wrażenie?”. Nagle uświadomiłam sobie, że zawsze tak robię. Nie pamiętam o obietnicach, nie dotrzymuję terminów. A potem rozkładam ręce i mówię: „Przecież nic się nie stało”. Dlaczego więc mam pretensje, że nikt nie traktuje mnie poważnie?

Jestem taka biedna, czyli jakie plusy z życia ma ofiara

– Latami planowałam pójść do terapeuty – wspomina Magdalena. – Momentem przełomowym był awans młodszej koleżanki na szefa marketingu. Dlaczego ona, a nie ja? Pracuję dłużej, to dzięki mnie dyrektorka, która decydowała o sprawach personalnych, dostała tak wysoką funkcję. Właściwie napisałam za nią prezentację. I proszę, znała moje kompetencje, ale mnie nie awansowała. Najgorsze, że nawet nie potrafiłam zdrowo się zezłościć… Pogratulowałam koleżance, szefowej powiedziałam, że świetnie zrobiła, a w domu się popłakałam. A potem przyszła lawina myśli: dlaczego mąż mnie nie szanuje? Dlaczego dzieci wchodzą mi na głowę? Na terapii powoli zaczynałam rozumieć siebie. Mój ojciec był despotyczny, mama uległa. Unikała konfliktów, kompromis zawsze stawiała na pierwszym miejscu. Robiłam podobnie. Wolałam przełknąć zupę z włosem w restauracji niż zachować się agresywnie, jak ojciec. Taka sama byłam wobec szefowej, wykorzystywała mnie, a ja nigdy nie powiedziałam jej „nie”. Jak miała mnie szanować, skoro przemykałam skulona obok niej i ciągle załatwiałam za nią sprawy?

– Człowiek, który gra w życiu ofiarę, unika konfliktów, bo są dla niego zagrażające – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov, psycholog i psychoterapeutka. – Najczęściej w dzieciństwie, w domu i w szkole, nauczył się, że ta rola przynosi jakieś korzyści, pozwala mu przetrwać. Może wydaje mu się, że jest bardziej lubiany? Nikt nie musi się go bać? Jest przecież taki dobry, wymaga pomocy, a ludzie uwielbiają pomagać… Największym sukcesem jest zobaczenie tego mechanizmu u siebie. Powiedzenie sobie: „Są chwile, w których zachowuję się, jakbym w ogóle nie miała swojego zdania. Nie potrafię postawić komuś granicy i czuję się potem źle”. Jeśli „ofiara” zobaczy, co traci przez swoją życiową postawę, łatwiej będzie jej się zmienić. A traci czasem lepszą pracę, czasem szacunek u innych. Sabotuje swoją niezależność i blokuje rozwój.

Ja to wiem lepiej, czyli gdy zamieniasz się w rodzica

Przyjaciółki nazywają Karolinę potworem. Niby żartobliwie. „Oj, nie mów Karolinie, bo znów będzie pouczać” – szepczą między sobą.

– Zawsze byłam dumna z tego, że taka jestem. Ostro wyrażam swoje zdanie, nie daję sobie w kaszę dmuchać. Odnoszę sukcesy. Jestem ogarnięta. Jasne, gdzieś słyszałam, że się mądrze, nie dopuszczam cudzych racji. Ale uważałam to za zwykłą zawodową zazdrość – opowiada 40-letnia Karolina. – Przełomem był rozwód. Mąż zdradził mnie nie z młodszą i ładniejszą, ale ze starszą ode mnie sekretarką. „Bo ona mnie nie krytykuje, czuję się przy niej sobą” – powiedział podczas sprzeczki. Nienawidziłam go za to. Jak to?! Przecież to ja pomogłam mu znaleźć pracę, ja mówiłam, jak ma się zachowywać na rozmowach, dzięki mnie zmienił styl ubierania się, w końcu założył firmę. Kubeł zimnej wody wylały na mnie przyjaciółki. Usłyszałam, że krzyczałam na niego, pouczałam go, że i tak długo był święty. Przypomniałam sobie własne dzieciństwo i mamę, która wciąż stawiała nas po kątach. Ojciec był jej kompletnie podporządkowany. Naprawdę byłam jak ona? Byłam… Co więcej, nie tylko wobec eksmęża. Ale w ogóle ludzi: „Dlaczego pani mi tak zapakowała wędlinę? Trzeba inaczej”, „Rzuć tego faceta, jak można się tak szmacić?”, „W tym wieku chcesz iść na psychologię? To szaleństwo!”, „Jak mogłaś wobec niej tak postąpić?”. Jednocześnie w towarzystwie matki wciąż potrafiłam się zachowywać jak dziewczynka. Przez pół roku ukrywałam przed nią rozwód, żeby nie usłyszeć: „To twoja wina, co z ciebie za żona?!”.

– Krytyczny rodzic w nas ma w dzisiejszych czasach ogromne pole do popisu, przecież zawsze możemy coś poprawić, być w czymś doskonalsi. Poza tym to najlepiej znamy z domów – opowiada Magdalena Nowak-Strelnikov. – Dlatego tak trudno nam się powstrzymać, żeby nie oceniać innych. Poza tym krytykę mylimy z miłością i troską. „Przecież mama mówiła, że mnie kocha, a potem wrzeszczała, że beznadziejnie się uczę”. Gdy krytyczny rodzic jest w nas dominujący, nie potrafimy budować zdrowych relacji z innymi, a przede wszystkim męczymy siebie, bo przecież inni zawsze mogą od nas odejść, co zresztą często się dzieje.

– Wobec siebie też byłam surowa. Dręczyłam się milion razy dziennie. „Ty kretynko, jak mogłaś być tak głupia?!”, „Masz 30 lat i jeszcze nie jesteś słynną panią prezes? To po co kończyłaś prawo i zarządzanie? Wstyd!”, „Nie dziwię się, że dzieci cię nie słuchają, jak można być tak beznadziejną matką?!” – opowiada Magda. – Im bardziej dręczyłam siebie, tym bardziej byłam nieznośna dla innych.

Wszystko muszę sama, czyli gierka pani perfekcyjnej

– Telefon dzwoni, nie odbieram. Widzę, że to Kaśka, ale jest mi niedobrze, kiedy o niej myślę – opowiada Marzena, 36 lat. – Wieczna ofiara, beztroska i niedostrzegająca, jak inni się poświęcają. Oddycham głęboko i wracam do punktu wyjścia. Czy ona mnie wykorzystała, czy ja za bardzo się poświęcałam? Odbierałam jej dzieci z przedszkola, sprzątałam i gotowałam, gdy miała depresję, robiłam tort na urodziny, bo ona „nie ma głowy do takich spraw”. „Powiedz jej, co czujesz” – radził mąż. A ja milczałam, bo przecież przyjaźń to pomaganie. Zresztą mężowi też nie potrafię nic powiedzieć. To z jego powodu poszłam kiedyś do psychologa. Wyrzuciłam z siebie całą złość na jego brak pomocy. Usłyszałam: „A poprosiła go pani?”. Na początku chciałam trzasnąć drzwiami, wyjść. Przecież nie za takie porady płacę. Ale potem pomyślałam, że ja nikogo o nic nie proszę. Wstaję o piątej, ogarniam dom, robię dzieciom śniadanie, zawożę, jadę do pracy, wracam, odbieram dzieci. Lekcje, zadania, sprzątanie, gotowanie... O trzeciej w nocy potrafię wstać, bo przypomniałam sobie, że nie wywiesiłam prania albo nie skończyłam prezentacji. Do tego jestem wiecznie uśmiechnięta. Długo dawało mi to siłę, poczucie sprawczości. Dziś jestem już tym strasznie zmęczona. Co więcej, czuję agresję do ludzi, choćby do takiej Kaśki. Nie chcę, żeby mnie wykorzystywali.

– Perfekcjonizm to ogromna pułapka – tłumaczy Magdalena Nowak-Strelnikov. – Stoi za nią często lęk przed słabością, bezradnością. Nienawidzimy jej u siebie, ale też u innych. Takie osoby mają podświadomy lęk przed tzw. pochłonięciem, czyli nawiązaniem z kimś bliskiej i prawdziwej relacji – perfekcjonizm to tylko narzędzie: „Nie zbliżaj się, jestem idealna”. Oczywiście, to prawie nigdy nie jest świadome. Nieświadome jest też ranienie innych, bo przecież gdy taka perfekcyjna przyjaciółka czy partnerka nagle znikną z naszego życia, jesteśmy w szoku. „Wydawała się zadowolona, że robi mi tort, pomaga przy dzieciach, siedzi w domu. Nigdy nie narzekała”. A w niej nakręcała się podskórna bomba złości, która w końcu wybuchła, raniąc wszystkich – także ją samą. Ludzie perfekcyjni często czują się samotni. Niemówienie innym o swoim żalu, smutku czy złości jest pewną formą przemocy psychicznej: „Ty przeżywasz emocje, ja nie”. Nie tylko odcinamy się wtedy od swojego wnętrza, ale też nie dajemy sobie i drugiej osobie szansy na zmianę.

Och, przecież nic się nie stało, czyli jakie plusy ma bycie wiecznym dzieckiem

– Zabawa i zabawa. Tak od lat traktuję mężczyzn. Potrafię umawiać się z kilkoma jednocześnie, każdy zaspokaja mi inne potrzeby – opowiada 30-letnia Katarzyna. – Do pewnego momentu sprawiało mi to przyjemność, dawało poczucie władzy i kontroli. Miałam lepiej niż koleżanki, które żyły w nudnych związkach. Ale ostatnio dobił mnie komentarz przyjaciela: „Ty używasz ludzi”. Najpierw poczułam się okropnie, potem zaczęłam zastanawiać się, czy on nie ma racji. Jestem niby blisko z każdym, a tak naprawdę z nikim. Koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja?

– Dziecko w nas ma różne twarze – mówi Magdalena Nowak-Strelnikov. – Bywa uległe, bo boi się kary surowego rodzica, czasem jest spontaniczne i radosne, a niekiedy nieznośne i roszczeniowe. To nieznośne dziecko myśli tylko o swoich potrzebach, jest impulsywne, egoistyczne. I pogrywa innymi, by osiągnąć swój cel. Najczęściej takie zachowanie wynika z lęku przed odpowiedzialnością, zrozumieniem, że dorosłe życie polega na dokonywaniu wyborów i ponoszeniu ich konsekwencji.

W tę grę często grają nieodpowiedzialni mężowie i żony z głową w chmurach. W przeszłości albo obserwowali kogoś nieodpowiedzialnego, albo sami nauczyli się, że to najlepsza metoda na życie („nie muszę brać odpowiedzialności za innych, ale dzięki nim mogę się dobrze czuć”). To jak mieć ciastko i zjeść ciastko, ale do czasu, bo rola dziecka, podobnie jak każda inna, w końcu zaczyna ciążyć.

Trzy osoby w nas

To tylko kilka przykładów gier, w które gramy na co dzień z innymi, ale też z samymi sobą. Początkowo coś nam dają w relacjach, coś załatwiają lub ułatwiają – lepsze traktowanie, sympatię, współczucie. Po jakimś czasie jednak stają się zbyt uciążliwe – wymagają zakładania ciągle tej samej maski, stałej czujności i tłumienia emocji. Oddalają nas od innych i od siebie samych.

– Wszyscy w jakimś sensie udajemy, dlatego nie demonizowałabym gier międzyludzkich – uspokaja Magdalena Nowak-Strelnikov. – W psychologii wolimy nazywać je transakcjami, czyli wymianami komunikacyjnymi. Jak to wytłumaczyć prościej? Nasze „ja” składa się z trzech części, które w analizie transakcyjnej nazwano: rodzicem, dzieckiem i dorosłym. Dziecko w nas odpowiada za potrzeby, pragnienia, atawizmy. Dorosły pozwala nam kontaktować się z rzeczywistością. Dzięki niemu oceniamy, kim jesteśmy, w jakim punkcie życia się znajdujemy. Rodzic to z kolei nasze normy i zasady, przekonania, co wolno, a czego nie. To, jak kontaktujemy się z ludźmi, nawiązujemy z nimi relacje, zależy od tego, jak te trzy części w nas funkcjonują. Przy różnych ludziach wchodzimy w różne role. Wobec niektórych jesteśmy ulegli jak dziecko, wobec innych zachowujemy się jak rodzic. Matkujemy im albo pouczamy ich jak surowy ojciec. Przy jeszcze innych zachowujemy się jak dorośli i komunikujemy się po partnersku. Te wszystkie części w nas są, a w określonych sytuacjach uruchamiamy jedną z nich – najważniejsze, by wybrać tę najwłaściwszą.

Gdy mamy czas wolny, dziecko w nas pozwala odpocząć i cieszyć się chwilą, ale gdy trzeba będzie zajmować się sprawami urzędowymi, dorosły sprawi, że zachowamy się dojrzale. W innych sytuacjach, na przykład wobec córki czy syna, kontrolę przejmie rodzic. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna z postaci zaczyna dominować. Wtedy nie tylko mamy kłopot z budowaniem zdrowych relacji, ale też nieświadomie ranimy siebie. Ważna jest właśnie ta nieświadomość, bo my najczęściej nie wiemy, że w ogóle w coś gramy. Złościmy się na innych, a sami sprawiamy, że traktują nas tak, a nie inaczej.

– Na szczęście każdy może zrozumieć gry, w które gra. Uświadomić sobie, co mu dają, co blokują – mówi psychoterapeutka. – Najtrudniejsze może być wyłapanie gry, którą uprawiamy najczęściej. Nie zawsze jest ona tak oczywista. Dlatego polecam książkę „W co grają ludzie” Erica Berne'a – to jedno z pierwszych, świetnych opracowań dotyczących gier transakcyjnych, kopalnia wiedzy o nas samych. Przeczytanie jej może być pierwszym krokiem do zmian. I budowania autentycznych relacji z ludźmi

  1. Zdrowie

Trudne pytania, które wstydzimy się zadać swojemu ginekologowi

Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu i niepewności. (Fot. iStock)
Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu i niepewności. (Fot. iStock)
Wiele z nas w związku z biologicznym i seksualnym wymiarem swojej kobiecości doświadcza lęku, wstydu, niepewności. Trudno zresztą nie czuć onieśmielenia wobec „układu moczowo-płciowego”, jak nazywa tę część naszego ciała medycyna. O odpowiedź na pytania, które nieraz chciałyśmy zadać swojemu ginekologowi, ale wstydziłyśmy się to zrobić, poprosiliśmy dr Preeti Agrawal.

W moich rozmowach z kobietami w różnym wieku jedno pytanie powracało często: czy budowa naszych narządów rodnych ma wpływ na jakość życia seksualnego?
Jeśli mamy do czynienia z jakimiś wielkimi deformacjami, to być może, ale nie spotkałam się, żeby któraś z pacjentek skarżyła się, powiedzmy, na swoje zbyt duże wargi sromowe. Czasem blizny po różnych zabiegach mogą przeszkadzać, dawać poczucie dyskomfortu.

Ma pani na myśli zabiegi chirurgii plastycznej, którym kobiety poddają się, by upiększyć swoje pochwy?
To też, ale także blizny po porodzie – kiedy wykonano zbyt duże cięcie albo pękła ściana macicy, rana była źle zszyta, albo niewłaściwie i długo się goiła. Zrosty mogą boleć i przeszkadzać we współżyciu.

Zrosty da się leczyć?
To długi i złożony proces. Pomóc można, ale całkiem wyleczyć trudno. Pamiętajmy jednak, że seks nie mieszka w ciele, w pochwie, lecz w sercu. Ważne, z jaką intencją się kochamy, co mamy dla tej drugiej osoby. To jest istota seksu.

Mówiąc inaczej – seks jest odzwierciedleniem naszego związku, a nie wymiaru, wyglądu czy wydolności organów płciowych.
Dokładnie. Gdy kocham się ze swoim  partnerem, patrzę na niego z miłością, nie mam w sercu żadnych pretensji, żadnego żalu – to takie uczucia zaraz przekładają się na jakość dotyku. Myśli, emocje nie tylko wpływają na reakcje ciała, one wręcz budują jego substancję, pobudzając do pracy cały układ hormonalny, neurologiczny, neurotransmitery. Jesteśmy jednością. Bywa, że między ludźmi jest napięcie i niewyjaśnione spory, uprawiają seks, ale mechanicznie, z różnych powodów: z poczucia obowiązku, z chęci rozładowania napięcia. Podczas takiego instrumentalnie traktowanego zbliżenia ciało nie jest odpowiednio przygotowane przez system neurohormonalny. Jeśli ma jakieś swoje ograniczenia, prawdopodobnie dadzą o sobie znać.

A jeśli uprawiamy seks z dobrą intencją, szacunkiem dla siebie i partnera, w atmosferze bliskości, zaufania?
Wówczas nawet zrosty czy inne fizyczne niedogodności nie powinny przeszkadzać. Dzięki sile umysłu i serca przekraczamy swoje ciała. Świetnie znają to sportowcy, którzy potrafią pokonywać swoje psychofizyczne ograniczenia. My też możemy, jeśli chcemy dotrzeć na szczyt, którym jest orgazm.

Co się dzieje z kobietą, która doświadcza orgazmu?
Wszystkie neuroprzekaźniki i hormony (głównie oksytocyna) odnawiają jej układ immunologiczny. Staje się zdrowsza. Zmiany, które podczas orgazmu zachodzą w naszych ciałach na poziomie biochemicznym, utrzymują się długo. Seks połączony z miłością to źródło regenerującej, życiodajnej energii. Kiedy akt jest świadomy i dwie osoby naprawdę się podczas niego do siebie zbliżają, mają wielką moc uzdrawiania siebie nawzajem. Wschód już tysiące lat temu odkrył istotę zbliżenia: akt seksualny daje początek życiu. Kiedy łączą się ze sobą dwie osoby, powstaje potężna energia: jedni nazywają ją Bogiem, jeszcze inni istotą wszechświata, źródłem. Mędrcy uznali, że taki akt musi być święty. Kiedy mężczyzna wchodzi do ciała kobiety, to jakby wchodził do świątyni. W Indiach umiemy czcić akt miłosny.

Czcić, czyli…
…przygotowywać się do pierwszego zbliżenia jak do święta, ceremonii. Zadbać o odpowiednie światło w sypialni, zapalić kadzidła, przystroić się, włączyć muzykę i pamiętać, że seks jest doświadczaniem boskości. Ja oczywiście idealizuję, ale chcę powiedzieć, że ważna jest świadomość, że to nie tylko akt fizyczny – musimy widzieć partnera, jego duszę. Intencja musi być. Niektórzy mędrcy uważają, że przez seks można doświadczyć oświecenia. Pamiętajmy, że doświadczenie jedności, która towarzyszy nam podczas miłosnego seksu, przenosi się też na inne aspekty naszego życia. To potem widać w pracy, w relacjach z innymi ludźmi, bo ta energia jakby z nas tryska, promieniujemy nią. A to bardzo twórcza energia. Dzięki niej osiągamy sukcesy i czujemy satysfakcję we wszystkich innych dziedzinach życia.

Nie zawsze mamy potrzebę współżycia, miewamy lepsze i gorsze dni.
Ale energię ciała drugiego człowieka możemy poczuć zawsze. Wystarczy się przytulić, być blisko z poczuciem miłości i szacunku do partnera. Umiejętność świadomego zbliżenia to umiejętność dawania i brania, sztuka, której można się nauczyć. Wystarczy być otwartym na potrzeby partnera i, oczywiście, swoje własne.

Masturbacja?
To słowo źle mi się kojarzy.

Jest jeszcze gorsze: onanizm, i najgorsze: samogwałt. Oba pejoratywne.
Nie widzę nic złego w poznawaniu własnego ciała i jego potrzeb. Ważne jednak, żeby i to odbywało się z wielkim szacunkiem do siebie, z miłością, z radością z posiadania tak wspaniałego źródła energii. Dotykanie siebie i sprawianie sobie przyjemności także jest uzdrawiające, regeneruje i odnawia. Podczas orgazmów podarowanych samej sobie też wydzielają się endorfiny, kąpiemy się w energii seksualnej, budując swoje zdrowie.

Wspominałyśmy na początku rozmowy o plastyce pochwy: coraz więcej kobiet zwęża sobie pochwę, przycina wargi sromowe, żeby były mniejsze. Co pani o tym myśli?
Trzeba by zapytać kobiety, które sobie to robią. Ale powiem raz jeszcze – zmianami w wyglądzie narządów nie sprawimy, że nasz seks stanie się życiodajny i uzdrawiający. To smutne, że nie umiemy korzystać z energii aktu miłosnego, nie sięgamy w pełni do naszego potencjału. A moglibyśmy się uzdrawiać, odmładzać. Tak, odmładzać. Osoby regularnie kąpane w energii aktu miłosnego się nie starzeją.

Ale czy nie zakłada pani sytuacji, że dwoje ludzi się kocha, szanuje, dba o siebie nawzajem, ale w seksie im nie wychodzi, bo na przykład jedna z osób bierze leki, które w jakiś sposób wpływają negatywnie na jej libido?
Ale seks to nie tylko penetracja. Siła dotyku jest potęgą. Na penisie mężczyzny rozmieszczone są receptory odpowiedzialne za wszystkie narządy. Jeżeli kobieta całkowicie akceptuje ciało swojego mężczyzny, satysfakcję można przeżyć na różny sposób.

A pani pacjentki zgłaszają swoje problemy seksualne?
Tak. Skarżą się często na bóle podczas stosunku. Ciało tylko odzwierciedla nasze doświadczenia życiowe. Uważa się, że w pochwie kobiety zapisana jest jej cała historia. Miejsca, gdzie zlokalizowane są bóle, mogą wiele powiedzieć o przeszłości. Są nawet specjalne mapy, dzięki którym można odkryć, co kiedy się wydarzyło. Ciało nie istnieje w oderwaniu od myśli i uczuć. Skoro na dłoniach, stopach i twarzy mamy punkty odpowiedzialne za poszczególne narządy i części ciała, dlaczego nie miałybyśmy mieć ich w pochwie? Jej poszczególne części odpowiadają różnym etapom życia: w innym miejscu kodują się traumy z dzieciństwa, w innym te z późniejszych lat.

Ma pani na myśli traumy natury seksualnej?
Tak. Większości z nich możemy nie pamiętać, bo często wypieramy takie historie. Ale mogą to też być zranienia innej natury dotyczące tej części ciała: jakiś niedelikatnie przeprowadzony w przeszłości zabieg czy bolesne badanie.

Jak pozbyć się tych blokad?
Pomagają masaże pochwy, przeprowadzone w odpowiedni sposób. Można je wykonywać samemu lub poprosić o pomoc partnera. Bardzo ważne jest też ćwiczenie mięśni Kegla. Te mięśnie mają wielki wpływ na jakość naszego życia seksualnego – dzięki ćwiczeniom są silniejsze i lepiej ukrwione. Praca nad świadomością, lektury i rozmowy pomagają kobietom się otworzyć.

Poleci pani jakąś lekturę?
„Rytuały więzi małżeńskiej” i inne publikacje Kerry’ego i Diane Rileyów. Ta australijska para poświęciła całe życie na badanie związków seksu z duchowością. Są razem od 40 lat i cały czas dzielą się swoją wiedzą. Mogę polecić też książki Osho – te o seksie i kobiecości, o pożądaniu.

Vulvodynia i pochwica?
Stosunek sprawia ból albo pochwa zamyka się, ale jednej recepty na to nie ma. Leczenie dobiera się indywidualnie. Ważne, żeby znaleźć przyczynę schorzeń. Z mojego doświadczenia wynika, że można je wyleczyć.

Inne problemy kobiet?
Powiem przekornie o męskich problemach z potencją. W większości przypadków można je leczyć i to bez konieczności sięgania po viagrę, o ile pracuje się w wielu wymiarach: emocjonalnym, energetycznym, fizycznym. Właściwie dużo problemów seksualnych można rozwiązać, jeśli oczywiście dotrze się do ich przyczyny i leczy je na wszystkich poziomach.

Zdaje się, że jeśli kochankowie w pełni akceptują siebie takimi, jakimi są, to wielu sytuacji nie postrzegają już w kategoriach „problemu”…
Tak. Siła miłości jest ogromna i ma wielki potencjał uzdrawiający. Kiedy w umyśle nie ma żadnych blokad, energia seksualna płynie szerokim strumieniem. W seksie ciało wyraża nasze intencje. Jest najważniejszym narzędziem do wyrażania uczuć.

Siła dotyku?
Jest ogromna. Dłonie to wspaniałe narzędzia energetyczne. Dotykając siebie lub partnera, można przekazać wiele dobrych uczuć. Przez wzrok i dłonie wyraża się dusza człowieka. Dłonie uzdrawiają.

Co zaburza energię seksualną?
Przede wszystkim stres i przemęczenie pracą. Wielu ludzi tłumaczy się, że nie uprawia seksu, bo są zmęczeni, zapominając, że mają ciągle – przy sobie i w sobie  – świetne narzędzie, żeby się regenerować. Nie zawsze musi dochodzić do penetracji, ale warto poleżeć obok siebie, pogłaskać się, poprzytulać, pomasować, pooddychać razem, popatrzeć sobie czule w oczy. Już taka wymiana energii może sprawić, że nabierzemy ochoty i siły na seks.

Jak – z perspektywy kobiety wychowanej w kulturze Wschodu – widzi pani zachodnią seksualność?
Zachód sprowadził seks do poziomu fast foodu, gry, zabawy, zapominając, czym naprawdę jest akt seksualny. Nie wychowujemy dzieci w przekonaniu, że akt miłosny jest piękny, czysty i wspaniały. I święty, bo dzięki niemu powstaje nowe życie. Wypieramy go ze swojej świadomości, jest tabu. A dzieci trzeba uczyć szacunku do swojego ciała – że seks to nie jest gra, to również odpowiedzialność.

A czego się wstydzimy?
Swoich ciał. Największy problem kobiety mają ze swoimi piersiami. Coraz więcej moich pacjentek – często bardzo młodych dziewczyn – z małych piersi robi wielki problem. Chcą hormonów, rozważają operacje chirurgiczne. Dużo z nimi rozmawiam. Staram się wyjaśnić, że w ostatecznym rozrachunku wygląd nie ma wielkiego znaczenia. Liczy się miłość, szacunek i akceptacja tego, kim naprawdę jesteśmy.

Dr n. med. Preeti Agrawal specjalista medycyny integracyjnej. Jest doktorem nauk medycznych, ukończyła medycynę integracyjną na Uniwersytecie Arizona Center for Integrative Medicine. Jest specjalistą II stopnia z ginekologii i położnictwa. Prezes Fundacji Kobieta i Natura, założycielka pierwszego w Polsce ośrodka leczenia integracyjnego. W okresie 1995-2001 odbyła szereg staży naukowych specjalizacyjnych w Niemczech (m.in. ośrodek Integracyjnego Leczenia Nowotworów prof. Alexandra Herzoga), Danii, Anglii i Kanadzie. Jest autorką m.in. książek: „Zdrowie jest w nas”, „Siła jest w Tobie” i „Droga do siebie”.

  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Psychologia

Wyluzuj – rady dla perfekcjonisty

Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. (Fot. iStock)
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd – mówi psycholog Paweł Fortuna.

Łatwo rozpoznaje pan perfekcjonistę?
Od razu. Spotykam ich najczęściej w korporacjach, w trakcie wspólnych warsztatów i konferencji. Są zawsze akuratni. Ci z nich, którzy są perfekcjonistami skierowanymi na innych, a więc wymagają poprawności od współpracowników, elektryzują atmosferę, a w konsekwencji ochładzają klimat.

Jakiś przykład?
W jednej z firm spotkałem menedżera perfekcjonistę. W takich instytucjach wszystko jest jak w pudełeczku – na czas, na miejscu i na pewno. Ten menedżer robił cykliczne egzaminy swoim handlowcom z wiedzy o produkcie, podczas których kazał im używać szablonowej argumentacji. Sprzedawcy karnie wykonywali swoje zadanie, po czym szli do klientów i podpisywali umowy na spore dostawy, w ogóle nie stosując formułek, z których byli egzaminowani. Żyli w dwóch innych światach.

Od wielu lat pracuje pan jako wykładowca akademicki i trener biznesu. Ale przyznam szczerze – Pawła Fortunę kojarzyłam jako autora tekstów i kompozytora, między innymi albumu „Dziewczyna Szamana”. Dlaczego zajął się pan perfekcjonizmem?
Przez jakiś czas miałem w sobie coś, co określiłbym jako rys perfekcjonistyczny. Stawiałem sobie bardzo wysokie wymagania. Na przykład w liceum miałem zespół Revolutio Cordis, w którym wokalistką była Justyna Steczkowska, ale nie można usłyszeć żadnych nagrań tej formacji, ponieważ wciąż uważałem, że jeszcze jest sto detali, które należy w nich dopracować. Dzisiaj już wiem, że to droga donikąd. Potrafię określić próg wystarczalności i w pewnym momencie kończę każdy projekt – również muzyczny. Dzisiaj zamieszczam w Internecie utwory, które wiele lat temu pewnie bym się wstydził komukolwiek pokazać.

Jak udało się panu pozbyć tego perfekcjonistycznego rysu?
Przede wszystkim trzeba tego chcieć. Bardzo pomogło mi wspólne mieszkanie z osobami, które podchodziły z dystansem do życia. Zobaczyłem, że w stwierdzeniu „świat się nie zawali, jeśli tego nie zrobisz” jest wiele prawdy. Można być punktualnym i pilnować priorytetów, jednocześnie nie zamęczając się każdym detalem. Podróżowałem po Europie autostopem, a potem wyjeżdżałem na wyprawy zupełnie bez planu – znałem tylko pierwszy punkt programu. Potem każdego dnia wybierałem spontanicznie kierunek podróży. W ten sposób poznałem spokój płynący z doświadczenia, że zawsze dam sobie radę. Zrozumiałem też, że najciekawsze rzeczy na świecie spotkamy w jego „bocznych uliczkach”. I w końcu wiele zawdzięczam moim nauczycielom. Jeden z profesorów, widząc, jak męczę się nad znalezieniem najlepszego z możliwych początku artykułu, podszepnął: „Zacznij od drugiego zdania”. Uff… Jak dobrze jest się wyzwolić z tyranii doskonałości. Dbałość o detale pozostaje, ale napięcie ustępuje miejsca radości życia.

To doświadczenie pomaga panu w pracy z biznesem?
Na pewno. Dla perfekcjonistów mam wiele zrozumienia, ale też współczucia. Dzięki nim świat jest piękniejszy, „dokładniejszy”, bardziej wypolerowany. Płacą jednak za tę doskonałość własnym życiem i ogromnym stresem. Można się pokusić o metaforyczne stwierdzenie, że nasz mózg wcale nie chce, żebyśmy byli perfekcyjni.

Dlaczego w takim razie hodujemy w sobie takiego wewnętrznego krytyka? Przecież nikt nie rodzi się perfekcjonistą.
To prawda, ale na nasze dyspozycje znacząco wpływa sposób wychowania. Dlatego w trudnej sytuacji jest dziecko, które rodzice często krytykują, a mało chwalą, jednocześnie wysoko zawieszając poprzeczkę. Chce sprostać ich oczekiwaniom i w mig wychwytuje wszystkie sygnały dezaprobaty. To może być spojrzenie, syk, wyraz twarzy, nawet głębszy oddech. Rodzic może jeszcze dodać: „Co ja z tobą mam! Ile razy ci powtarzałem!”. Dziecko wie, że musi działać bardzo poprawnie. Tylko że rodzic nie pompuje równocześnie wiary w siebie przez pokazywanie mocnych stron i sił psychicznych. Nie mówi na przykład: „Zobacz, nie dawałeś rady, a teraz świetnie sobie poradziłeś. Jestem z ciebie dumny!”. W dziecku uruchamia się więc motywacja defensywna: nie chodzi o to, żeby osiągnąć nagrodę, ale żeby uniknąć kary. I to się utrwala, dzień po dniu. Dlatego perfekcjonizm jest tak oporny na zmiany w dorosłym życiu.

Przypomina mi to scenę z filmu „Whiplash”, w której nauczyciel mówi: „Nie ma nic gorszego, jak powiedzenie komuś: »dobra robota«”.
Wiele osób uważa, że tak zwany zimny chów daje najlepsze efekty. Fakt, takie dziecko przyniesie dużo dumy rodzicom: będzie genialnym perkusistą, zagra w najlepszej orkiestrze, zostanie pierwszym skrzypkiem. Często płaci za to własnym życiem, tylko na to już nikt nie zwraca uwagi. Wielu rodziców, którzy „hodują” perfekcjonistę, ma takie założenie, że dziecko będzie miało dobre życie, jeśli będzie ulepszoną wersją ich samych. Skoro ja znam jeden język, to żeby ono znało pięć; jeśli się nie dostałem na medycynę, to niech ono się dostanie z pierwszej lokaty. To będzie wtedy świadczyło dobrze o nas jako rodzinie. Co ciekawe, rodzice perfekcjonistów zawsze wiedzą, co jest najlepsze dla ich dziecka. Dlatego w dorosłym życiu perfekcjoniści zachowują się trochę jak ludzie, którzy zatracili instynkt, stali się zewnątrzsterowni. Trudno im podejmować decyzje, ogromną wagę przywiązują do autorytetów, uwielbiają przewodniki czy gwiazdki na Filmwebie. Perfekcjonista często musiał odczytywać z otoczenia, jakim być, żeby nie zostać odrzuconym. Rzadko zadaje sobie pytanie: A jakie ja mam w ogóle potrzeby?

Uderzyła mnie ostatnio analiza wyników prawie 80 badań przeprowadzonych na świecie, które pokazują, że milenialsi mają dużo większe skłonności do perfekcjonizmu niż poprzednie pokolenia. Wielu przypięło im łatkę wyluzowanego „pokolenia sojowego latte”, a to są alarmujące dane.
Badania pokazują, że studenci w Polsce też cierpią na wysoki poziom stresu. Do tego często mają zaniżone poczucie własnej wartości i stawiają sobie nierealistyczne cele. I to jest bardzo niepokojące, bo zbyt wysokie standardy są tak samo złe jak zbyt niskie. Najważniejsze jest optimum – dla każdej osoby inne. W psychologii rozwojowej mówi się o sferze najbliższego rozwoju. Dziecko, które raczkuje, powinno ćwiczyć stawanie z podparciem, potem bez niego, a potem dopiero pierwsze kroki. Jeśli od razu będziemy zachęcali je do chodzenia, wtedy każdy upadek może je zniechęcić do dalszych starań. Taki model jest destrukcyjny także z innego powodu – nie uczy, jak radzić sobie z porażką.

Ilustracja Magdalena Chołaścińska 'Autogrzywa'. Ilustracja Magdalena Chołaścińska "Autogrzywa".

Pokolenie dzisiejszych nastoletnich perfekcjonistów za kilka lat wejdzie na rynek pracy. Jak poradzą sobie w dorosłym życiu? Wyobraźmy sobie, jak wygląda rozmowa kwalifikacyjna, na którą przychodzi perfekcjonista.
Zachowuje się jak student na egzaminie, który musi mieć świadectwo z czerwonym paskiem. Jest bardzo dobrze ubrany, spięty, wcześniej przećwiczył odpowiedzi na potencjalne pytania, uważnie słucha i generalnie wypada dobrze – sprawia wrażenie, że będzie rzetelnym pracownikiem.

I rzeczywiście może nim być?
Oczywiście. Perfekcjonistów porównałbym do robotów, którym trzeba wgrać program i wtedy pracują lepiej niż jakakolwiek inna osoba, która w połowie by się rozkojarzyła i powiedziała, że to nuda. Każdy szef szybko zauważy, że taka osoba może być bardzo użyteczna dla firmy, bo jest konsekwentna, wytrwała, co prawda potrzebuje więcej czasu niż inni, bo wszystko musi dokładnie sprawdzić, ale jest niewiarygodnie rzetelna. Jest wiele działów, w których cenione są stabilność, przewidywalność i rutyna – tam perfekcjonista wcale nie musi się męczyć.

Ale – jak pokazują szczególnie ostatnie miesiące – żyjemy w mało stabilnym i przewidywalnym świecie.
A perfekcjoniści są mało elastyczni. Gdy tylko pojawia się widmo zmiany, typu fuzja firm, rotacja stanowisk albo szef zaprosi go do jakiegoś nowatorskiego działania – zupełnie się gubią. Szefa, który myśli szybko i wizjonersko, może to doprowadzić do szaleństwa. Będzie przekazywał informacje w stylu: „Proszę zrobić tak, żeby było dobrze”. Wyśle e-mail o treści: „Popraw to jeszcze”. A perfekcjonista spyta: „Ale co mam poprawić?”. On oczekuje bardzo precyzyjnej instrukcji. Podobno dyrygent Jerzy Maksymiuk usłyszał kiedyś od skrzypaczki: „Ja nie potrzebuję informacji, że gramy »Jezioro łabędzie«, ja potrzebuję wiedzieć, jaki ma być nacisk smyczka na strunę”.

Zaczynają się bezsenne noce?
Metaforycznie rzecz ujmując, to jest walka z pościelą. Wrzucony w niepewną sytuację perfekcjonista zamiast spać, w głowie będzie odtwarzał ten sam film: sytuacje z pracy, rozmowy z przełożonymi, jakieś uwagi. Przyjmie różne strategie: zacznie odkładać rzeczy na później albo będzie się ciągle doszkalać – zrobi kolejnego MBA, zapisze się na dziesiątki weekendowych warsztatów. Nie ma odpoczynku, nie ma relaksu. Za to często są bóle brzucha, zaburzenia nastroju, niekiedy konieczna jest terapia.

Znam związek, w którym rozgrywa się właśnie taki scenariusz. Tylko tu on – perfekcjonista o analitycznym i ścisłym umyśle – awansował i jest odpowiedzialny za kreowanie strategii. Po niezliczonych kursach doszkalających ma już bóle brzucha. Jak ona może mu pomóc?
Związki z perfekcjonistami są bardzo trudne. To jest tak, jakby sąsiad ciągle wiercił wiertarką. Zawsze coś: kolejne studia, kolejne szkolenie, a nadal jest na początku drogi. Perfekcjonista zawsze patrzy do góry, na poprzeczkę. Tylko problem polega na tym, że on nigdy jej nie dosięgnie, bo gdy robi krok wzwyż, ona również się przesunie. Perfekcjoniści często słuchają wszystkich, tylko nie najbliższych: bo coś ważniejszego powiedział profesor w jednej z przeczytanych książek. I jak ktoś zauważa, że jego wsparcie do perfekcjonisty nie dociera, to ma trzy wyjścia: może machnąć ręką i zacząć prowadzić równoległe życie, pójść z nim na terapię albo odejść.

Załóżmy, że pójdą na terapię.
Jest duża szansa, że to pozwoli mu odzyskać kontakt z samym sobą. Może zacznie zadawać sobie proste pytania: Co lubię? Co mi sprawia przyjemność? On potrzebuje „uwalnianki od życia”. Musi zobaczyć, że są ludzie, przy których nie trzeba się gimnastykować i niczego udowadniać. Druga sprawa: potrzebna jest zmiana optyki. Nie może ciągle patrzeć na tę poprzeczkę, tylko spojrzeć za siebie i zobaczyć, jaką drogę już przeszedł i ile już wie. Może też nauczyć siebie innych ludzi. Tak jak robi osoba, która jest wegetarianinem. W firmie wszyscy się o tym dowiedzą: ty potrzebujesz konkretnych komunikatów i więcej czasu. Tak samo jak dla wegetarianina jest osobna potrawa.

A prywatnie? Wakacje bez planu?
Tak, spontaniczność jest bardzo ważna! Szef jednej firmy, w której było dużo rutynowo działających perfekcjonistów, spytał, czy mógłbym przeprowadzić dla nich warsztat, który pomógłby im obudzić w sobie dzieci.

I co pan zrobił?
Powiedziałem, że zaczynamy od tego, żeby każdy przyszedł w takich ciuchach, jakie nosił, kiedy był nastolatkiem. Przyszło sporo hipisów. Zaproponowałem im różne typowo harcerskie zadania. Chodziło o to, żeby przestali pytać o cel, korzyści, a bawili się tym, co robią. Bo zarówno proces, jak i cel są ważne. Perfekcjoniści skupiają się tylko na efekcie. A przecież jak gotujemy, dobrze by było, żeby było smacznie i żeby się nam fajnie gotowało. Efekt był taki, że ze spotkania na spotkanie stawali się coraz bardziej „wyluzowani”, pozwalali sobie na eksperymentowanie i improwizację. Zaczęli się spontanicznie uśmiechać. Ot tak, bez klarownego dla całego świata powodu! To jakby widzieć czyjeś narodziny.

Paweł Fortuna, psycholog, trener biznesu, autor nagradzanych książek z zakresu psychologii, także kompozytor.

  1. Psychologia

Perfekcjonista w związku

Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Perfekcjonistów można, w dużym uproszczeniu, podzielić na dwa typy: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. (Fot. iStock)
Krytykuje, wytyka błędy, jest czepialski. Nie zaśnie, dopóki nie pozmywa wszystkich kubków, nie przejdzie bez słowa obok nierówno postawionych butów. Czasem wymaga od innych, czasem od samego siebie. I nawet gdy osiąga w danej dziedzinie mistrzowski poziom, odczuwa strach: „nie jestem dla niej dość dobry”, „jeśli nie będę doskonała, to mnie zostawi”. Związek z perfekcjonistą to wyzwanie dla obu stron.

Perfekcjonista przeżywa zazwyczaj bardzo duży stres przy nawiązywaniu relacji męsko-damskich i tworzeniu związku. Przed wszystkim dlatego, że stara się za wszelką cenę unikać porażek, wypadać jak najlepiej. To z kolei wiąże się ze strachem: co on czy ona sobie o mnie pomyśli? Działają tu wewnętrzne przekonania typu: „nie jestem dość dobry”, „jeśli nie będę doskonały, to zostanę odrzucony”. Innym problemem bywa wyznaczanie partnerowi wysokich standardów przy jednoczesnym braku elastyczności i skrajnej  nieufności. Może to rodzić konflikty i poczucie niezadowolenia po obu stronach. Partnerom zazwyczaj towarzyszy poczucie dystansu emocjonalnego oraz brak wsparcia we wspólnym życiu.

Obie kwestie można częściowo odnieść do dwóch typów perfekcjonistów: wewnętrznie ukierunkowanych, czyli (w dużym uproszczeniu) takich, którzy przede wszystkim wymagają od siebie, i zewnętrznie ukierunkowanych – wymagających od otoczenia. W praktyce zwykle mamy do czynienia z połączeniem obu typów perfekcjonizmu z różnie położonym akcentem.

Etykiety lub bicie się w pierś

Osoby bardziej zewnętrznie ukierunkowane mają tendencję do wydawania dość kategorycznych ocen i łatwego etykietowania  innych osób („jesteś głupi”, „to było całkowicie nieodpowiedzialne” etc.). Nadmierny krytycyzm i surowość mogą być odbierane jako atak i wywoływać sporą złość u odbiorcy komunikatu albo partnera. Zwykle perfekcjoniści nie chcą atakować, tylko nazwać wprost to, co widzą. Trzeba też pamiętać, że perfekcjoniści traktują niekiedy zachowanie innych jako cios wymierzony prosto w ich osobę. Pojawia się tu założenie, że „wszyscy mamy takie same standardy, myślimy podobnie”, a zatem „jeżeli ktoś nie spełnia moich standardów, to robi to przeciwko mnie z rozmysłem”.

Perfekcjoniści ukierunkowani wewnętrznie interpretują zachowania innych raczej w kategorii wytykania im porażki, niedoskonałości. Szukają niedoskonałości i skaz w sobie: „skoro partner musi mi pomóc, to znaczy, że nie jestem w stanie dać sobie z tym rady sama”, „skoro partner się na mnie zdenerwował, to znaczy, że nie wyraziłam się zbyt jasno”. Zwykle towarzyszy im przekonanie, że nie są wystarczająco dobrzy. Jego źródłem jest najczęściej środowisko rodzinne: wymagające, krytyczne, akcentujące jako porażki coś, co obiektywnie porażką nie jest. To są ci, którzy jako dzieci przynosili 4 + i zamiast radości i pochwały rodzica słyszeli: „A dlaczego nie 5?”. Taka osoba w życiu dorosłym będzie dewaluowała wszelkie swoje osiągnięcia, tak jakby miała założony jakiś filtr i przez niego nie dostrzegała swoich sukcesów i dobrych stron. Towarzyszyć jej będzie poczucie, że nie zasługuje na swojego partnera, bo innych zwykle postrzega jako lepszych od siebie.

Atak i ucieczka

Perfekcjoniści mają tendencję do poszukiwania partnera idealnego. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka – wybrzydzają i doszukują się wszelkich wad i niedociągnięć, by na ich podstawie odrzucać lub zrywać znajomości. W rzeczywistości sprawa jest jednak bardziej złożona. Windując oczekiwania i standardy, uzasadniają swoje odrzucenie albo realizują strategię unikania. Krytykują i odrzucają, bo czują się w jakiś sposób zagrożeni w danej relacji. Nie zdają sobie oczywiście z tego sprawy, więc automatycznie uciekają się do strategii: „atakuj pierwszy i uciekaj”.

Osoby skrajnie zewnętrznie ukierunkowane bywają wymagające. W ich przypadku może pojawić się takie typowe poszukiwanie idealnej miłości, oczekiwanie na swoją połówkę. Osób nieidealnych nie biorą więc w ogóle pod uwagę w swojej ocenie. Mając bardzo wysokie poczucie własnej wartości, wolą pozostać samotni, niż obniżyć własne oczekiwania i standardy.

Co ciekawe, większość perfekcjonistów ostatecznie zdaje sobie sprawę z dwóch aspektów interakcji międzyludzkich. Z jednej strony zdają sobie sprawę z własnej szczegółowości i drobiazgowości, z drugiej – wiedzą, że niektórzy naprawdę nie przykładają się do różnych rzeczy i realnie zasługują na krytykę. Niekiedy mają trudność w odróżnieniu tego, jak jest w danej sytuacji naprawdę. Czy krytyka jest uzasadniona, czy też może oni sami już są zbytnio czepialscy?

Pomóc perfekcjoniście

Życie z perfekcjonistą nie należy do najłatwiejszych. Jego partner musi się wykazać dużą delikatnością, zrozumieniem, akceptacją i wsparciem. Najważniejszą zasadą w takiej relacji jest zachowanie spokoju. Warto za każdym razem podjąć próbę zrozumienia intencji perfekcjonisty – owszem, słyszę krytykę i dezaprobatę, ale czy na pewno o to chodzi mojemu rozmówcy? Po drugie lepiej unikać prowokacji – jeżeli chcę coś zakomunikować perfekcjoniście, robię to delikatnie, zastanawiam się nad doborem słów, tak aby nie wypominać, nie krytykować, nie punktować jego słabości, nie wyolbrzymiać drobnych rzeczy etc.

Jeśli związaliśmy się z wewnętrznie ukierunkowanym perfekcjonistą, to wyzwaniem będzie stworzenie mu warunków do odprężenia się. Na co dzień taka osoba robi bowiem wszystko, aby zadowolić innych i uniknąć ewentualnego odrzucenia. Źle się czuje, kiedy spełnia własne potrzeby, ale chętnie robi coś dla innych. Przykładowo, propozycja pójścia do kina przedstawiona jako własna potrzeba uchroni go od wyrzutów sumienia, że zaniedbuje swoje obowiązki. W wielu przypadkach sprawdzi się mocne zaangażowanie w obowiązki domowe. To przykazanie numer jeden, jeśli nasz partner rytualnie nie kładzie się spać, dopóki nie pozmywa i nie ułoży wszystkich naczyń. Wreszcie, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, ważne jest nauczenie perfekcjonisty, jak się bawić i relaksować.

Poza tym warto wzmacniać sukcesy partnera, doceniać je (pamiętając, że przejaskrawiony  entuzjazm wzbudzi podejrzenia o nieszczerość), okazywać wiarę i zaufanie w zdolności perfekcjonisty. Można też stać się „wzorem niedoskonałości”, pokazać partnerowi, jak my sami zmagamy się z własnymi niedoskonałościami, błędami, porażkami.

Terapia da prawo do błędów

Czy partner perfekcjonista będzie w stanie naprawdę się odsłonić, pokazać swoje lęki, słabości? W bliskiej relacji, w której istnieje akceptacja i wzajemne wsparcie, jak najbardziej. Chociaż z jego punktu widzenia każda sytuacja obnażająca własną niedoskonałość czy popełniane błędy (prawdziwe lub tylko rzekome) będzie trudna.

Dobrym rozwiązaniem jest skorzystanie z pomocy psychoterapeuty. Znamienne jest to, że perfekcjoniści najczęściej nie trafiają na terapię z powodu swojego perfekcjonizmu, ale w związku z szeregiem innych problemów, w których perfekcjonizm ma swój udział, takich jak: depresja, zaburzenia odżywiania czy zaburzenia lękowe. Do przyjrzenia się sobie skłania niekiedy partner: bo w związku dzieje się gorzej, bo perfekcjonista nosi w sobie nieustanne poczucie winy wobec drugiej strony, bo oboje mają poczucie niespełniania oczekiwań w relacji.

Kamieniem milowym w terapii jest powiązanie perfekcjonistycznych cech z aktualnymi problemami, które pojawiają się w jego życiu, związku. Dostrzeżenie tej zależności jest niekiedy bardzo trudne. Trzeba sobie najpierw uświadomić, że cechy, które w sobie cenimy (a niekiedy też ceni je otoczenie), są zarazem źródłem problemów, powodują konflikty i negatywne konsekwencje dla nas samych, np. dyskomfort, niską samoocenę, zmęczenie). To takie mocowanie się ze sobą, ale warto je przejść, by poprawić jakość życia – swojego i partnera.

Dorota Nowocin jest absolwentką psychologii, posiada certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Od kilku lat współpracuje z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego przy realizacji projektów badawczych dotyczących wpływu wydarzeń traumatycznych na zdrowie psychiczne oraz skuteczności terapii poznawczo-behawioralnej. Prowadzi konsultacje psychologiczne, psychoterapię indywidualną, terapię par oraz diagnostykę psychologiczną. Zajmuje się osobami, które doświadczają objawów lękowych i depresyjnych oraz nerwic, są pod wpływem długotrwałego stresu lub kryzysu, mają problemy z odżywianiem. Pracuje również z osobami zmagającymi się z trudnościami w relacjach, mającymi problemy z samoakceptacją i poszukującymi zmiany i satysfakcji z własnego życia. 

Artykuł archiwalny.