fbpx

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera
Ilustracja iStock

Myślę, że to poważne ostrzeżenie. Okazja, by dostrzec błędy, które człowiek popełnia w imię chciwości – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. I zastanawia się, czy pandemia nie zatrzymała nas przypadkiem w drodze do autodestrukcji.

Czy można znaleźć jakiś sens w tym, co się dzieje dziś na świecie?
To się dopiero okaże. Na razie widnokrąg zasłania nam czarna chmura nieszczęścia i lęku. Z bliska oglądamy chorujących i umierających ludzi, więc boimy się o nasze przetrwanie. Z drugiej strony – odczuwamy zagrożenie perspektywą utraty pracy, zarobków i utonięcia na lata w biedzie, w długach. Mamy powody przypuszczać, że świat, jaki znamy, i system wartości, który go napędzał, rozpadają się na naszych oczach. Wszystko to zmusza do zadawania sobie pytań, które wcześniej nie przychodziły nam do głowy, np.: Czy nasze życie ma trafnie zdefiniowany cel? Czego potrzebujemy do szczęścia?, itp.

Dostaliśmy czas, by zastanowić się, czy stworzyliśmy świat, który daje nam to, czego naprawdę potrzebujemy?
Odpowiedź na pytanie, po co nam była groźba „końca świata”, poznamy zapewne dopiero, gdy ta groźba minie. Obyśmy nie uznali jednak wtedy pandemii za przypadkowe i chwilowe zrządzenie losu. Tak jak w dowcipie o mężczyźnie, który w obliczu nieuchronnej śmierci z rąk męża swojej kochanki wyskakuje przez okno na 30. piętrze, a w trakcie tych kilku sekund spadania modli się żarliwie o ratunek. Obiecuje Bogu, że jeśli go ocali, będzie żył w zgodzie ze wszystkimi przykazaniami! Kiedy jednak szczęśliwie ląduje na ogromnym rozłożystym drzewie, myśli: „Co też za głupoty człowiekowi w stresie przychodzą do głowy!”.

Miejmy nadzieję, że i my wylądujemy szczęśliwie!
I że wtedy trudno będzie nam zaprzeczyć, że to, co nas spotkało, było negatywną konsekwencją tego, że nasz system ekonomiczny – a my wszyscy wraz nim – był nastawiony na zysk za wszelką cenę. Za cenę ludzkiego zdrowia i życia, za cenę popsucia powietrza i klimatu, za cenę niewyobrażalnej udręki zwierząt hodowlanych, za cenę masowego wymierania wielu tysięcy gatunków zwierząt dzikich i za cenę destabilizacji ekosystemu Ziemi.

Trudno nie myśleć o apokalipsie…
Koronawirus zatrzymał nas wszystkich w biegu. Prawdę mówiąc, marzyłem o tym, żeby jakimś cudem tak się stało – co nie znaczy, broń Boże, że marzyłem o pandemii. Marzyłem tylko o tym, żebyśmy się wszyscy choć na moment zatrzymali. Nawet jedna z moich pierwszych książek nosiła tytuł: „Zatrzymaj się”. Gdy 1 sierpnia zeszłego roku w Godzinie „W” znalazłem się w miejscu, gdzie wszystkie samochody i przechodnie zatrzymali się na całą minutę – pomyślałem, że powinniśmy się tak zatrzymywać częściej i na dłużej, by uświadomić sobie, jak głęboko jesteśmy uzależnieni, jak, poświęcając wszystko inne, pędzimy na oślep, odurzeni perspektywą kupienia sobie jeszcze jednej niepotrzebnej rzeczy. Gotowi harować na to dniami i nocami.

Po co nam ten czas? Pytamy Wojciecha Eichelbergera
Ilustracja Paweł Jońca

Konsumpcjonizm nie dał nam szczęścia. Ale wszyscy, choć w różnym stopniu, wpadliśmy w jego sidła. Czy sam nie byłeś przez te lata zapracowany?
To prawda, ale nie w imię posiadania rzeczy i pieniędzy, lecz mojej uporczywej misji pomagania innym w rozstawaniu się ze złudzeniami. Lecz i tak nie zapominałem o tym, by żyć w zgodzie ze sobą, czyli realizować pasje, uczyć się, doskonalić, medytować, bawić się i wypoczywać. Dlatego, patrząc na ludzi biegających w kieracie „zarób – wydaj – zarób”, mogłem dostrzec, jak bardzo są umęczeni i zagubieni. Często miałem nawet wrażenie, że uczestniczę w jakiejś zbiorowej psychozie… Więc mam nadzieję, że to wymuszone przez pandemię gwałtowne zatrzymanie się stanie się dla nas wszystkich początkiem procesu wychodzenia z nałogu. Ciągnąc tę analogię, można powiedzieć, że jesteśmy teraz na przymusowym detoksie.

Szkoda, że nie na dobrowolnym.
Tak, ale przymus bywa konieczny, gdy chodzi o życie. Potem zapewne wejdziemy w fazę odwyku wraz z jej nieuchronnymi epizodami nawrotu. Ale i tak będziemy stopniowo odzyskiwać zdolność do odczuwania wszystkimi zmysłami dawno zapomnianych smaków życia. Do rozpoznawania tych prawdziwych potrzeb naszych serc i dusz. A wtedy już nic ani nikt nie zdoła nas na powrót zaprząc do dawnego kieratu.

Pandemia może więc pomóc nam pokonać konsumpcjonizm z tym, co nam wmówił, czyli sztucznymi potrzebami?
Spod chmury grozy i nieszczęścia trudno dostrzec jakiekolwiek pozytywy w tym, co się nam teraz przydarza. Jednak za jakiś czas być może docenimy to, że pandemia zatrzymała nas – niestety, tylko tych, którzy przeżyli – w nieświadomym pędzie ku autodestrukcji. A więc że dzięki groźbie końca świata uniknęliśmy rzeczywistego końca świata. Stanie się tak jednak, pod warunkiem że ten czas będzie dla ludzkości okazją do opamiętania się. Na szczęście tak się już powoli dzieje! Wkrótce po wybuchu pandemii słyszałem od wielu klientów i znajomych: „W imię czego tak ciężko pracowałem i dokonywałem wyborów, które demolowały moje życie rodzinne, moje relacje z przyjaciółmi, moje prawdziwe marzenia?”. To ważne dla nas wszystkich, by zdać sobie sprawę z beznadziei konsumpcyjnej egzystencji. Ale ile grozy trzeba było nam zaaplikować, aby rozpoczął się proces przemiany zbiorowej świadomości?!

Co nam może pomóc, aby ten proces się nie zatrzymał?
Może nam w tym pomóc zbiorowe poczucie, że śmierć jest realna, przez dekady usiłowaliśmy zaprzeczać jej istnieniu. Ukrywaliśmy ją skrzętnie w szpitalnych kostnicach, przebieraliśmy i szminkowaliśmy w luksusowych domach pogrzebowych. Nawet sama żałoba stopniowo zaczęła być uznawana za stan wymagający leczenia albo wręcz stratę czasu! Żal i świadomość, że nasze istnienie jest kruche i ma swój kres, są nie do pogodzenia z życiem w radosnej konsumpcji. Więc kiedy przypomnimy sobie wreszcie, że jesteśmy śmiertelni, wiele może się zmienić.

Mamy szansę odkryć, czym jest szczęście?
Tak, jeśli ta lekcja pokory nas czegoś nauczy. Jeśli uznamy, wbrew temu, co od lat wciskały nam reklamy, korporacyjne prezentacje, mówcy motywacyjni i różni, pożal się Boże, przywódcy, że nie jesteśmy ani nieśmiertelni, ani wszechmocni!

Poczucie bezsilności może nas wewnętrznie przemienić?
Urealnienie to kolejny ważny warunek przemiany naszej świadomości. Urealnienie, czyli także dostrzeżenie, że cierpliwa natura wystawia nam w końcu słony rachunek za naszą zbiorową agresję, niepohamowaną chciwość, arogancję i ignorancję. Warto uznać to, że Ziemia jest inteligentnym bytem, że dba o swoją równowagę i wszystkie stworzenia. A także i to, że gdy zostanie ona wyprowadzona z równowagi, gdy broni życia jako takiego, działa bezwzględnie. Bardzo ważne jest więc, abyśmy to, co nas teraz spotyka, potraktowali jako bolesną, ważną nauczkę. Dostrzegli wreszcie nasze zbiorowe ślepotę, zadufanie i nielojalność wobec planety, która robiła i wbrew pozorom nadal robi wszystko, aby ratować i wspierać życie – w tym także życie naszego gatunku!

Przyjęcie hipotezy Gai może pomóc nam przetrwać?
Nawet jeśli uznać istnienie Gai za baśń, to jest to baśń warta głoszenia. Baśniową interpretację tego, co nas spotyka, można zamknąć w opowieści o Gai, która zdecydowała się na obronę świata natury przed agresją ludzi. Nie bez powodu wrogie nam wirusy pochodzą ze świata zwierząt. Paradoks polega na tym, że prawdopodobnie sami ich produkcję prowokujemy. Na tej samej zasadzie, na jakiej wyprodukowaliśmy wiele lekoopornych bakterii, bo np. karmimy zwierzęta hodowlane antybiotykami. Niestety, ludzi, którzy ostrzegali przed takim postępowaniem, lekceważono i nazywano ekoterrorystami.

Co teraz będzie? Jak myślisz?
Trudno powiedzieć, jak to się potoczy. Jeśli kryzys ekonomiczny będzie głęboki, gdy zabraknie zasobów potrzebnych do życia, różnie może być. Choć myślenie egotyczne byłoby skrajną głupotą, bo problemy, przed którymi stanęliśmy jako ludzkość, można rozwiązać tylko przez wspólnotowe, świadome działania wszystkich ludzi i krajów – czyli tylko w skali globalnej możemy znaleźć ratunek przed końcem świata.

Czyli dzięki pandemii mogą odżyć i ocalić nas takie wartości, jak poczucie wspólnoty, które tępił neoliberalizm?
Świadomość ludzka, nawet gdy zostanie skonfrontowana z niebezpieczeństwem końca świata, może jednak zmieniać się zbyt wolno. Podobnie jak się to dzieje ze świadomością człowieka skonfrontowanego z diagnozą terminalną. Pierwszą fazą jest zawsze zaprzeczanie: „To jakaś ściema ta pandemia”. Kolejna faza to agresja: „Dlaczego nas to spotyka, to wszystko wina Chińczyków, masonów, Żydów!”. Potem następuje faza targowania się z losem, z naturą czy z Bogiem: „Jeśli nie zachoruję, to pójdę na drobne ustępstwa, np. przestanę jeść mięso”. I dopiero kolejny etap to czas rezygnacji z mechanizmów obronnych i wzięcie odpowiedzialności za swoje działania, czyli bicie się w piersi. Wtedy dopiero idziemy po rozum do głowy i pojawia się szansa na adekwatne do zagrożenia, racjonalne działanie. Niestety, jako zbiorowość jesteśmy ciągle w fazie zaprzeczania i targowania się. Wciąż wierzymy w wielkie zwycięstwo człowieka w walce z ciemnymi siłami przyrody. To zgubne. Czas wylądować na ziemi, zacząć zachowywać się dojrzale i przyzwoicie.

Przyzwoicie?
Przyzwoicie, czyli tak, by człowiek funkcjonował zgodnie z wymaganiami ekosystemu. Wtedy historycy przyszłości będą mieli szansę uznać, że to wszystko, czego teraz doświadczamy, stało się w głęboko pojmowanym interesie ludzkości, a nie przeciwko niej. I że ludzkość była w stanie z tej strasznej lekcji wyciągnąć naukę.

Klasyczna opowieść o epidemii, czyli „Dżuma” Alberta Camusa, to opowieść o tym, że dopiero uznanie rzeczywistości i podjęcie mądrych decyzji zatrzymało zarazę…
Dopiero teraz, kiedy mamy pandemię i katastrofę klimatyczną, dokładnie widać, jak potężny jest ten mechanizm „zaprzeczania”, który doprowadził naszą cywilizację na krawędź. Dziś wreszcie też widać, że ci, którzy zaprzeczają powadze sytuacji, są ogromnym zagrożeniem dla pozostałych, gdyż to oni w istocie są roznosicielami zarazy. A, niestety, to właśnie oni przez ostatnie dekady decydowali o losach świata. Na przykład pan Trump – jako czołowy „zaprzeczacz” – doprowadził Amerykę do sytuacji tragicznej, bo pozbawił ogromną liczbę swoich obywateli dostępu do służby zdrowia. Jest nadzieja, że w związku z tym przegra najbliższe wybory.

Pandemia pokazuje, że idea państwa jako opiekuna swoich obywateli ma głęboki sens, choć przez ostatnie 25 lat nam ją obrzydzano.
Przyjdzie niebawem czas, aby się nad tym poważnie zastanowić. Na razie wykorzystajmy ten okres wymuszonego zatrzymania i odosobnienia na uporządkowanie naszej hierarchii wartości, na odkrywanie i doświadczanie naszych prawdziwych potrzeb i aspiracji, takich jak: poczucie solidarności, wspólnoty, bezinteresowności, bliskości i miłości. Porzućmy pokusę zaprzeczania i targowania się z pandemią, a w zamian wyciągnijmy właściwe wnioski z tej bolesnej lekcji. Pojmijmy, że w istocie jesteśmy zjednoczeni z naszą planetą, że szkodząc jej, szkodząc innym jej mieszkańcom – szkodzimy sobie. Niech nam się uda dostroić naszą zbiorową świadomość do tej rzeczywistości. A potem urządźmy nasz świat na nowo.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze