„Przychodzę na terapię, aby utwierdzić się w złudzeniach”, czyli jak kłamiemy terapeutom

fot. iStock

Czasem pacjent mówi, że go ranię. A ja mu na to, że bardziej martwiłbym się o to, jak od dekad zadaje mu ból jego fantazja – mówi terapeuta Jon Frederickson. W książce „Kłamstwa, którymi żyjemy” zauważa, że ludzie często przychodzą na terapię nie po to, by przejrzeć na oczy, tylko utwierdzić się w złudzeniach.

Dlaczego ludzie trafiają do terapeuty?
Bo cierpią. Mają depresję albo są pełni niepokoju, czasem ich związki nie spełniają ich ambicji czy oczekiwań i też z tego powodu cierpią. Widzą to i decydują się zwrócić do kogoś, kto pomoże im zrozumieć powody ich cierpienia. I to trzeba podkreślić: nie idziemy na terapię, bo potrzebujemy wglądu w to, co się z nami dzieje, dotarcia do źródeł naszych problemów. Idziemy na terapię, bo chcemy doznać ulgi w naszym cierpieniu.

Przychodzi więc pacjent, siada w fotelu i zaczyna opowiadać. Nie znacie się, pan nie ma pojęcia, kim on jest i z czym przychodzi. Przedstawia jakąś historię, opowiadającą o jego cierpieniu, która niekoniecznie miała dokładnie taki przebieg, jaki on zapamiętał. Na co pan, jako terapeuta, zwraca najbardziej uwagę?
My, terapeuci, najbardziej jesteśmy ciekawi tego, co pacjent chce nam opowiedzieć. Słuchamy uważnie i z czasem zaczynamy wyłapywać sprzeczności, na przykład pomiędzy tym, co o sobie mówi, a co robi, a nawet między tym, co mówił przed chwilą, a tym, co mówi teraz. Pacjenci mogą nie być nawet świadomi tych sprzeczności, ale my staramy się pomóc im je zobaczyć. Naprawdę rzadko się zdarza, że ktoś przychodzi i celowo zaczyna opowiadać nieprawdziwe historie na swój temat. Bo ludzie przez większość czasu nie uświadamiają sobie, że mijają się z prawdą. Zwykle nie mają pojęcia, że kłamią terapeucie, bo kłamią sobie i w ten sposób unikają jakiejś części rzeczywistości.
Pewnego dnia rozmawiałem z kobietą, która zaczęła opowiadać o swoim chłopaku. Powiedziała, że trzy lata temu rozwiódł się z żoną, która najpierw miała romans, a potem go rzuciła. Trzy lata po tym wydarzeniu on nadal opowiada o niej w samych superlatywach, jaką to była wspaniałą osobą i w jakim pięknym związku byli. I pewnie to był piękny i wartościowy związek w jakimś momencie, ale przecież ta sama osoba, którą tak wychwalał, oszukała go i zdradziła. Czyli i to, że była cudowna, jest prawdą, i to, że nie była, też jest prawdą.

Czy rolą terapeuty jest od razu zareagować na to, co słyszy, na niespójności, fantazje, drobne kłamstwa, czy czeka, słucha, gra trochę w grę pacjenta?
Nigdy nie gram w taką grę. Kiedy widzę, że ktoś unika spojrzenia w oczy prawdzie, wtedy wiem, że moim zadaniem jest pomóc tej osobie zmierzyć się z tym. Oczywiście potrzeba do tego subtelności i taktu, ale też wiedzy na temat tego, jak dużą dawkę prawdy pacjent jest w stanie unieść za pierwszym razem. Czasem trzeba to robić powoli, stopniowo. Pozwalać na to, by pacjent przyswajał prawdę po kawałeczku.

Łatwo przychodzi nam kłamanie terapeucie?
Różne są rodzaje kłamstw, które ludzie sobie opowiadają, zatem i rozmaite poziomy tej trudności. Zwykle zaczyna się od tego, że najpierw kłamiemy sobie, a potem innym. Weźmy najbardziej powszechną sytuację w moim gabinecie, gdy wchodzi pacjent i mówi: „Problemem jest moja żona” albo: „Wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie mój mąż”. Obwinianie innych bierze się stąd, że nie widzimy ciągu przyczynowo-skutkowego pomiędzy tym, co robimy, a tym, jak to na nas wpływa. Uznajemy więc, że skoro cierpimy, to ktoś za to cierpienie jest odpowiedzialny. Nie mamy świadomości, że sami jesteśmy jego przyczyną. Łatwiej przychodzi nam oskarżanie żony czy przyjaciela, trudniej jest zobaczyć wroga w nas samych, uznać, że sami siebie sabotujemy. Moja rola jako terapeuty zwykle sprowadza się do tego, by pomóc danej osobie to zobaczyć.

I co pan mówi, gdy mąż zwala winę na żonę?
Gdy mąż mówi, że żona go nie słucha, to staram się zobaczyć, czy ten mężczyzna słucha sam siebie. Czy nie jest tak, że nie tylko nie słucha siebie w domu, ale także podczas terapii. I gdy na przykład po dokonaniu głębokiej analizy siebie, podsumowuje swoje słowa, mówiąc: „Nie wiem” – można mu zwrócić na to uwagę: „Właśnie powiedziałeś coś bardzo ważnego o sobie, ale zaraz potem zniwelowałaś to, mówiąc: nie wiem. Czy to twój sposób na kasowanie wszystkiego, co wiesz o sobie? Może masz problem ze słuchaniem siebie i dlatego wydaje ci się, że nie wiesz?”. Bo kiedy ktoś nas nie słucha, to niewiele możemy z tym zrobić, ale kiedy sami siebie nie słuchamy, to mamy pole do działania.

W książce „Kłamstwa, którymi żyjemy” podaje pan wiele powodów, dla których ludzie kłamią. Bo chcą siebie chronić i przedstawić w lepszym świetle, boją się opuścić swoją strefę komfortu…
Przede wszystkim kłamiemy dlatego, że chcemy uniknąć bólu. Każdy ból jest inny, ale najgorszy jest doświadczany od tych, których kochamy. Jak w przypadku tego mężczyzny, którego jeszcze po kilku latach mocno bolało, że zdradziła go żona. Zaprzeczał więc temu, mówiąc, że była wspaniała.
Czasem mamy wysoką opinię na swój temat i próbujemy uniknąć prawdy, która by ją zaniżała oraz związanego z nią bólu, pozwalając w ten sposób rozwijać się naszemu narcyzmowi. Źródła bólu są różne, dlatego ważne, by zauważyć, skąd pochodzi konkretny ból, jaki jest i pomóc pacjentowi się z nim zmierzyć. By na nowo spojrzał na siebie i swoje relacje z innymi ludźmi.

Poruszył mnie fragment, w którym pisze pan, że kłamiemy, bo nauczono nas, że należy unikać emocji, za które jesteśmy karani, jak złość, smutek i gniew.
Niektóre zwierzęta już po kilku tygodniach od urodzenia potrafią przetrwać bez rodziców, człowiek – dopiero po kilkunastu latach. My, istoty ludzkie, potrzebujemy relacji, by żyć. Jeśli robimy coś, co zagraża bliskiemu związkowi, to zagraża to jednocześnie naszemu przetrwaniu. Dlatego gdy obserwujemy w dzieciństwie, że nasze zachowanie sprawia, że rodzice się denerwują, są zaniepokojeni, niepewni – natychmiast przestajemy się tak zachowywać. Dziecko, które uczy się ukrywać pewne uczucia, czy to smutek, gniew, czy żal, adaptuje się do oczekiwań innych, przystosowuje do sytuacji. Ale to, co pozwala mu się przystosować – czyli negacja i wypieranie własnych uczuć – w dorosłym życiu czyni go nieprzystosowanym. Dlaczego? Bo strategie ukrywania uczuć pchają nas potem w depresję, w niemożliwość zaangażowania się w związek czy stworzenia głębszej relacji miłosnej.

Ale to także obowiązujący wzorzec kulturowy. Dziewczynki nie mogą się gniewać, a chłopcy nie mogą płakać.
Oczywiście. W wielu społeczeństwach dziewczynki powinny być zawsze słodkie, a chłopcom nie wolno okazywać słabości, za co są często karani fizycznie. Mamy kulturowe wzorce, schematy, które każą nam się wpasować, a odstawanie od nich jest karane wykluczeniem. Erich Fromm powiedział, że nie ma czegoś takiego jak zdrowe psychicznie społeczeństwo. Każde społeczeństwo jest w jakiś sposób chore, bo ma niezdrowe podejście do tego, jak mamy się zachowywać. Socjalizacja rani zarówno kobiety, jak i mężczyzn.

Jednym z powodów, dla których ludzie kłamią, jest próba kontroli rzeczywistości.
W książce umieściłem opowieść o kobiecie, której syn przez lata zachowywał się bardzo autodestrukcyjnie, a ona cały czas wspierała go finansowo. W zamian pragnęła jedynie, żeby nie niszczył swojego życia. Można to uznać za przykład bezwarunkowej miłości, a można za próbę nadmiernej kontroli. Ona chciała przestać czuć to, co czuła, a czuła się bezradna wobec jego postępowania. Myślała, że jeśli będzie go kontrolować, to przestanie czuć żal czy gniew, patrząc, jak syn niszczy siebie. Często staramy się kontrolować innych ludzi, żeby nie doświadczać z ich powodu trudnych emocji. Ponieważ nie tolerujemy braku kontroli – stajemy się jeszcze bardziej kontrolujący.

Skoro nie kontrola, to może ucieczka w świat swoich fantazji, którymi siebie karmimy? Trzeba jakoś przetrwać w trudnej rzeczywistości.
Wszyscy żyjemy jakimiś fantazjami. Naprawdę, nie ma żadnych wyjątków, wszyscy to robimy. I bardzo często wracamy do nich, kiedy rzeczywistość staje się zbyt bolesna. Te fantazje mogą tworzyć się na poziomie jednostki, rodziny czy nawet całego społeczeństwa. Spójrzmy na Stany Zjednoczone, na hasło „Make America Great Again” – to bardzo mocna, silna fantazja i ludzie na nią głosowali. To też jeden z powodów, dla których politycy snują takie fantazje: bo wiedzą, że ludzie na nie zagłosują.

Jako wyborcy nie chcemy słyszeć prawdy?
Gdyby polityk mówił same prawdziwe, czyli raczej smutne rzeczy, to nikt by na niego nie głosował. A jeśli zaoferuje fantazje, to ludzie je kupią. Ale żeby daleko nie szukać – w każdym związku, w każdym małżeństwie są takie momenty, kiedy potrzebujemy fantazji, by w nim wytrwać, jak przekonanie, że mój partner chce tego samego co ja. I w końcu przychodzi moment, gdy rzeczywistość zderza się z fantazją i rozumiemy, że ludzie nie zawsze chcą tego samego co my. Wtedy pozostaje albo trzymać się fantazji i popaść w konflikt, albo odsunąć fantazję i spróbować popracować nad lepszymi relacjami w związku. Doskonale rozumiem sytuację, gdy komuś umiera dziecko, a ta osoba opowiada, że ono zdrowieje. Ta strata jest zbyt ogromna, żeby ją na spokojnie przetrawić. Wolimy zostać na chwilę w słodkiej przestrzeni fantazji, bo wiemy, że rzeczywistość i tak zaraz przyjdzie i nas walnie obuchem w głowę. Niektóre fantazje są zupełnie nieszkodliwe, nie dezorganizują naszego życia. Ważne, by wiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Kiedy jednak wolimy żyć fantazją niż życiem, pojawia się problem. Często rodzicom wydaje się, że coś jest nie tak z ich dzieckiem, bo zaczyna odbiegać od ich fantazji o idealnym synu czy córce. Cóż, z dzieckiem pewnie wszystko jest w porządku, ale raczej coś jest nie tak z fantazjami rodziców na jego temat. I to fantazja powinna odejść, a nie dziecko się zmienić.

Zawsze będziemy przedkładać fantazję nad rzeczywistość?
No pewnie, bo to łatwiejsze. Dostrzegam taką tendencję nawet u siebie, bo przecież fantazje zawsze wyglądają lepiej niż jakaś żałosna rzeczywistość. Trzeba się jednak im bacznie przyglądać, zwłaszcza gdy zaczynają upośledzać nasz związek, kiedy zaczynają wpływać na jego jakość.

I to właśnie próbuje pan robić, gdy odwiedza pana pacjent, który ma problem z oceną rzeczywistości?
Jeśli fantazja dobrze działa w życiu pacjenta, nie ma powodu, by mu ją odbierać, ale jeżeli widzę, że wpływa negatywnie na jego życie, niszczy je, – muszę mu to uświadomić, pomóc to zobaczyć. Wierzę, że znając prawdę o swoim życiu, odnajdzie drogę do lepszego w nim istnienia.

Jakie są reakcje pacjentów, gdy dociera do nich prawda?
Czasem spontanicznie wybuchają płaczem, czasem ogarnia ich żal. Ostatnio pracowałem z kobietą, której siostra przeżyła załamanie nerwowe jakiś czas temu i już nie wróciła do dawnej formy psychicznej, ale rodzina udawała, że nadal jest normalną osobą, choć zachowywała się zupełnie nienormalnie. Uświadomiłem im, że muszą pochować tę zdrową siostrę, bo ona zmarła 25 lat temu. Pacjentka najpierw poczuła ogromny żal, ale potem ulgę. Powiedziała sobie: „Okej, ona jest chora, nie muszę się z nią kłócić, użerać, brać wszystkiego do siebie, ona nigdy nie będzie racjonalna”. I to sprawiło, że relacja z jej siostrą mogła się znacznie poprawić.
Niekiedy pacjent zaczyna się śmiać, gdy sobie uświadomi, w jakim szaleństwie żył, a czasem jest zły na siebie o to, ile czasu zmarnował, chowając się za fantazją, która niszczyła mu życie. Niedawno jeden pacjent się na mnie bardzo zdenerwował…

Bo zdjął mu pan z oczu różowe okulary?
Tak. Ten pan miał bardzo autodestrukcyjnego syna, już dorosłego, przed czterdziestką, który nadużywał narkotyków i był bezrobotny. A ojciec go wspierał, płacił za niego czynsz. W pewnym momencie powiedział mi, że mają z synem wiele wspólnych planów. Na co odparłem, że to nieprawda, że to on robi plany i próbuje je realizować, ale syn je zawsze sabotuje. Ojciec po chwili przyznał mi rację, ale potem zaczął wyładowywać na mnie swoją złość.

Jak pan zareagował?
Odparłem, że nie widzę powodów, dla których miałby być szczęśliwy, skoro właśnie usłyszał ode mnie coś takiego. To zupełnie normalna reakcja, gdy ktoś słyszy, że nie ma wpływu na życie syna, że nie jest w stanie mu pomóc. Jaki ojciec chce to widzieć? Czasem pacjent mówi, że go ranię. A ja mu na to, że bardziej martwiłbym się o to, jak od dekad rani go jego fantazja.

Czy od tego momentu zaczyna się proces zdrowienia?
To nie jest tak, że pacjent ma nagle przed oczami prawdę i zdrowieje, raczej czuje tę prawdę w sobie. To bardzo bolesne doświadczenie, bo nagle zdajemy sobie z czegoś sprawę, czujemy ból i żal, który nas zalewa. Dociera do nas to, przed czym uciekaliśmy.

Czasem potrafimy sami przejrzeć na oczy i ujrzeć prawdę.
Codziennie to robimy. Nagle dostrzegamy, że unikaliśmy prawdy, że zasłanialiśmy się jakąś fantazją i żyliśmy kłamstwem. Na przykład dociera do nas, że za długo tolerowaliśmy czyjeś zachowanie. Zdarza się jednak, że utkniemy w jakimś miejscu w życiu i wówczas potrzebna jest pomoc. Niekiedy takiego wsparcia w trudnym momencie udzieli przyjaciel, który będzie miał odwagę powiedzieć coś, co otworzy nam oczy. Czasem druga strona w małżeństwie widzi to, przed czym my uciekamy, i ma odwagę to powiedzieć. Moja żona często mówiła i mówi mi rzeczy, których nie chciałem słyszeć, ale zwykle ma rację.

Czy pacjenci po takim „otrzeźwieniu” do pana wracają?
Miałem przypadek kobiety, którą najpierw leczyłem, gdy była w depresji, a potem wróciła do mnie, gdy zmarł jej mąż, bo bała się, że sama sobie z tym nie poradzi. Czasem pacjenci wracają i dla mnie to druga szansa, by pomóc im w sprawie, w której nie udało mi się pomóc za pierwszym razem.

Czyli zawsze można liczyć na happy end?
Nie zawsze. Czasem mimo że komuś pomogę, to wcale nie jest to szczęśliwe zakończenie. Na przykład ten ojciec, którego syn zachowywał się autodestrukcyjnie, ma już 75 lat i wie, że po jego śmierci syn sam sobie nie poradzi, a jego wnukiem nikt się nie zajmie. Ale kiedy ktoś świadomie doświadcza takiego bólu, to możemy mu w tym towarzyszyć, doświadczać tego wspólnie. I czasem to najlepsza pomoc.

I najlepsze wyjście.
To najlepsze, co możemy zrobić. Powiem tak: jest Hollywood i jest prawdziwe życie.