fbpx

Różnorodność kulturowa: dlaczego warto otwierać się na innych ludzi?

Różnorodność kulturowa: dlaczego warto otwierać się na innych ludzi?
fot.123rf

Różnorodność wzbogaca, inspiruje. Pozwala przekraczać ograniczające przekonania i nawyki. Mówiąc „tak” inności, mierzymy się z lękiem. Docieramy do ciekawości dziecka w nas. Uczymy się słuchać i współodczuwać. Poszerzamy świadomość. Wzrastamy wewnętrznie. To droga do wolności.
Kiedy byłem chłopcem, Włochów nazywano makaroniarzami – wspomina Leo F. Buscaglia, charyzmatyczny pisarz i wykładowca akademicki w swojej świetnej książce „Miłość. O sztuce okazywania uczuć”. Jego rodzina wprowadziła się do dzielnicy, w której wcześniej nie mieszkała żadna włoska rodzina. Natychmiast pojawiły się etykietki: „Wszyscy makaroniarze należą do mafii”; „ta dzielnica przestała być spokojna”; „makaroniarze hałaśliwie okazują swoje emocje”. Chociaż rodzina Leo próbowała przełamać lody, przez całe miesiące ignorowano ich. Byli zaszufladkowani, odsunięci na bok. Konotacje, jakie niosła etykietka „makaroniarze”, sprawiły, że sąsiedzi byli przekonani, iż wiedzą, jacy są Włosi, i mogli czuć się zadowoleni, odrzucając ich. „To, czego o nas nie wiedzieli, było większe i ważniejsze od tego, co o nas wiedzieli – pisze Leo. – Nie wiedzieli, że mama była śpiewaczką i że nasz dom przepełniała muzyka”. Nie wiedzieli też, że mama Leo posiadała wiedzę medyczną, dzięki czemu nikt z rodziny nigdy nie chorował. Do leczenia dzieci używała czosnku i mąki kukurydzianej, z której robiła polentę i przykładała ją – jeszcze parującą – na chore miejsca. „Już samo to powinno zachęcić naszych sąsiadów do zaakceptowania nas – konstatuje Leo. – Czyż ktokolwiek inny mógłby podzielić się wiedzą o tak wspaniałych lekarstwach?”. Nie mówiąc już o ariach i operach w znakomitym wykonaniu mamy Leo. Ileż radości mógłby dać sąsiadom jej talent. Tata Leo robił wino, które z powodzeniem można by postawić na papieskim ołtarzu. Wymagał od dzieci nieustannego rozwoju. Jego ulubionym pytaniem zadawanym każdemu po posiłkach było: „Czego nowego się dziś nauczyłeś?”. Sam chętnie opowiadał, czego nowego się nauczył. „Nasi drodzy sąsiedzi przegapili okazję intelektualnej wymiany z tatą – ciągnie swoją opowieść Leo – a nade wszystko okazję rozkoszowania się vino rosso domowej roboty”.

Trudno nie zgodzić się z Leo, gdy pisze, że najbardziej pozytywnym słowem, które w największym stopniu przyczynia się do ciągłego wzrastania, jest „tak”. „Tak” rozmraża zamrożone dotąd symbole i myśli. Mówiąc „tak” życiu, „tak” radości, „tak” poznaniu, otwieramy się na ludzi i na różnorodność. I widzimy, że każdy człowiek ma nam coś do zaoferowania, że wszystko znajduje się w każdym. Kiedy „tak” wydaje się zbyt przerażające, można zacząć od „może”. Spróbować. To nie jest łatwe, ponieważ wymaga przekroczenia głęboko uwewnętrznionego przekazu kulturowego, który przykłada szczególną wagę do osądzania, wykluczania, karania, do lęku i wstydu.

W jaki sposób wzbogacają nas inni? Na przykład sąsiedzi innych narodowości i religii, ludzie starsi i niepełnosprawni, dzieci? W jaki sposób dotrzeć do twórczego potencjału różnorodności?

Sąsiedzi śpiewają sobie nawzajem

Kim są nasi sąsiedzi? Wspaniałe inicjatywy kulturalne kierują nas w stronę świadomości potencjału różnorodności. Choćby Ośrodek „Pogranicze – Sztuk, Kultur, Narodów” w małych nadgranicznych Sejnach na Suwalszczyźnie. Powstał ponad 20 lat temu z inicjatywy dwóch rodzin – Krzysztofa i Małgorzaty Czyżewskich i Bożeny i Wojciecha Szroederów, związanych z teatralnym ruchem alternatywnym. Przyjechali do Sejn ze spektaklem „Krwawe gody” według Lorki. I właśnie tu uświadomili sobie, że pragną czegoś innego: nie chcą już występować na festiwalach teatralnych, chcą przestać mówić, zacząć słuchać. Stworzyli Pogranicze – Sztuk, Kultur, Narodów. Zanurzyli się w ten nowy świat, w pamięć ludzkich doświadczeń. Przełomowym doświadczeniem okazało się spotkanie nazwane „Pieśnią Starowieku”. Do sejneńskiej Białej Synagogi, którą Pogranicze się opiekuje, zostali zaproszeni sąsiedzi, ludzie różnych narodowości, Litwini, Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Romowie z Suwałk, Rosjanie ze wspólnot staroobrzędowców. Śpiewali stare pieśni, także żydowskie. We wspólnym ogromnym kręgu usiedli sąsiedzi i po raz pierwszy posłuchali siebie nawzajem. Popłynęły opowieści o ludzkich losach, niezażegnanych sprawach z przeszłości, traumach wieku. Później były „Kroniki sejneńskie”. Polskie i litewskie dzieci pod kierunkiem Bożeny Szroeder stworzyły żywy spektakl o miejscu i ludziach. Najpierw dzieci poznawały historię miasta; kto w Sejnach mieszkał, czym się zajmował, skąd przybył. Rozmawiały z nauczycielami, historykami i starymi ludźmi. Notowały niespisywane dotąd wspomnienia swoich dziadków, tworzyły drzewa genealogiczne, rozmawiały z rodzicami o losach bliższych i dalszych krewnych. Narysowały na wielkim płótnie plan miasta – mitycznego i prawdziwego. Później ulepiły Sejny z gliny. I powstały „Kroniki sejneńskie”. Dzieci czytały o wszystkim, czego się dowiedziały. Starsi – poruszeni, przejęci – wsłuchiwali się we własne opowieści. Potem wszyscy śpiewali, każdy po swojemu. Znów sąsiedzi śpiewali sobie nawzajem. Spektakl dał impuls dalszemu odkrywaniu dziejów miasta i losów ludzi; ten projekt trwał pięć lat. A potem powstała książka o tym samym tytule, której współautorami są dzieci.

W Pograniczu realizowane są programy pomagania w tworzeniu podobnych ośrodków w Europie Środkowej i Wschodniej, ale także w Nowym Jorku czy w Amsterdamie. Pogranicze wydaje własne pismo i książki, organizuje obozy dla dzieci z rozmaitych środowisk i wspólnot, warsztaty teatralne, wystawy, wernisaże. Działa Teatr Sejneński. Powstają programy kształcenia liderów działań integracyjnych w społecznościach wielokulturowych. Krzysztof Czyżewski wielokrotnie mówił o tym, że festiwale i konferencje naukowe nie wystarczą, trzeba iść do konkretnej społeczności i słuchać, poznawać, rozmawiać, schodzić w głąb wspomnień, choćby były nie wiem jak bolesne, i trwać. Tworzyć pozytywny język, który byłby przeciwwagą dla języka konfrontacji, nienawiści i skrajnych ideologii. Potrzebujemy słów na to, co wspólne, co nas łączy, ponieważ w każdym z nas jest pragnienie bycia z innymi bez podziałów. Potrzebujemy na nowo zdefiniować bohaterstwo i patriotyzm. Bohater to ktoś, kto przekracza granice w sobie, kto wyciąga rękę do innych, twierdzi Krzysztof. Otwartą społeczność buduje empatia, uważne słuchanie, dialog, odpowiedzialność, uczestnictwo, zaangażowanie. Ludzie w Sejnach od pokoleń żyli razem dzięki odruchom współczucia, solidarności i życzliwości. Gdy pytają go, czy praca Pogranicza sprawiła, że zostały rozwiązane konflikty i przezwyciężone stereotypy, odpowiada, że na styku kultur i narodów ciągle dochodzi do spięć i że z pewnością tak będzie. To cierpliwe budowanie, stały, permanentny wysiłek. Budowanie mostów. Trzeba mieć warsztat, by je budować. Najgorsze byłoby zamknąć budowę. Jedynym sukcesem jest trwanie z otwartym „warsztatem”. Trwanie – mimo iż wiemy, że most można zburzyć w chwili lęku w ciągu jednej nocy.

I jeszcze jeden fantastyczny projekt, który właśnie teraz realizowany jest w Wielkopolsce. Nazywa się: „Wielkopolska: rewolucje”. Pomysł: zaprosić znakomitych artystów do pracy w małych miejscowościach i wsiach, które często określa się jako białe plamy, pustynie na kulturalnej mapie kraju. Do wsi Zakrzewo wybrał się znakomity tancerz i choreograf Mikołaj Mikołajczyk. Pracuje z zespołem śpiewaczym Wrzos, który tworzą lokalni emeryci: były wójt, były pułkownik Wojska Polskiego, była szefowa Urzędu Stanu Cywilnego, naczelnik poczty, dyrektor szkoły, kurator oświaty, księgowa, bibliotekarka. Powstały dwa spektakle „Teraz jest czas” oraz „Noce i dnie”. W „Teraz jest czas” seniorzy opowiadają o swoich pasjach i marzeniach. To spektakl o tym, że czas jest zawsze teraz i dla nas. W „Nocach i dniach” inspirowanych powieścią Marii Dąbrowskiej opowiadają o swoim życiu, często niełatwym, niespełnionym, o pogrzebanych nadziejach, śpiewają i tańczą. Chociaż, jak mówią, to ciężka praca, czują się wspaniale, mogąc podzielić się sobą z innymi. Wspólne tworzenie wzmocniło pewność siebie, pozwoliło docenić własne możliwości. Czują się potrzebni i ważni. Właśnie to uskrzydla.

Ten projekt zachwycił krytyków i publiczność. Oba spektakle mają świetne recenzje. („Mikołajczyk niczym demiurg wydobywa z seniorów to, co najpiękniejsze”). Zespół wyruszył w tournée po Polsce.

Mikołaj Mikołajczyk mocno związał się z seniorami z Zakrzewia, regularnie ich odwiedza. Oni mówią o nim: „nasz Mikołaj”. Kuratorka projektu „Wielkopolska: rewolucje” Agata Siwiak to właśnie nazywa prawdziwą rewolucją.

Moje życie jest prawdziwe!

Niemal każda chwila w naszym codziennym życiu może być okazją do poszerzania świadomości. Na przykład kontakt z dziećmi. Psychiatra Ronald David Laing jest autorem słynnego już zdania: „Jesteśmy zadowoleni, gdy udaje się nam uczynić z naszych dzieci takich ludzi, jakimi my sami jesteśmy; sfrustrowanych, chorych, ślepych i głuchych, ale o wysokim ilorazie inteligencji”. A gdyby tak dzieci pouczyły nas? Popatrzmy na nie. Spróbujmy choćby jeden dzień obserwować je z uwagą, a nie wychowywać. Dzieci są esencją energii duchowej. Kochają życie i kochają siebie takimi, jakimi są. Okazują uczucia – złość, radość; śmieją się i płaczą, kiedy mają na to ochotę. Są swobodne i twórcze – bawią się, rysują, malują, tańczą, wymyślają piosenki, śpiewają. Są pogodne, odważne i dzielne. Wystarczy obserwować, jak uczą się chodzić – upadają wiele razy, a jednak nie załamują się, podnoszą się z upadku i próbują dalej, do skutku. Byliśmy takimi cudownymi, spontanicznymi i ciekawymi świata dziećmi. Wszystko wydawało się ekscytujące, możliwe i dostępne. Żyliśmy we wspaniałym i przyjaznym świecie. Mali ludzie pokazują nam, co straciliśmy. Są przypomnieniem, nadzieją na odzyskanie bezcennych darów – ufności, wiary, optymizmu, odwagi, spontaniczności, zdolności kochania, chęci zabawy, życia chwilą, która trwa.

Wybitny psychoterapeuta Carl Rogers z grupą psychologów i artystów poszukiwali uwarunkowań psychologicznych, które sprawiają, że możemy twórczo żyć. Odkryli, że dla rozwoju twórczości niezbędne są: wesołe usposobienie, spontaniczność, zdolność koncentracji, przeżywanie chwili obecnej, doświadczenie cudu, a także zdolność do tego, by być dla siebie jedynym punktem odniesienia przy dokonywaniu wszelkich ocen, to znaczy, by być zadowolonym z siebie i z tego, co się tworzy. Wszystkie te cechy są cechami dziecka.

Są wśród nas rodzice, którzy wsłuchują się w przebogaty wewnętrzny świat swoich dzieci. Profesor literatury Anna Nasiłowska kilka lat temu napisała książkę „Czteroletnia filozofka” o swojej córeczce Joasi. Cytuje w niej rozważania dziewczynki na najprzeróżniejsze tematy. Joasia o sobie: „Jestem Joanna, która łowi gwiazdy. Nazywajcie mnie Joanną Gwiezdną, dobrze?”; „Bo ja wymyślam moim lalkom imiona i one je mają, i potem zapominam. I co? Czy one jeszcze je mają, czy już nie?”; „Mamo, wiesz, co robi wulkan? Wulkan nakłada światu maskę z lawy, czerwoną, żółtą i szarą. To Królowa Ognia wysyła swoich posłańców i Strasznego Smoka. A on zionie, zionie i zionie”; „Wiesz, mamo, skąd się wzięłam na świecie? Moja starsza siostra wymyśliła mi imię. I mnie się to imię spodobało. Od razu pomyślałam, że to moje imię. I dlatego się urodziłam”;
„– Co rysujesz Asiu? – A… to cała moja rodzina. Ja pośrodku. Tu wszyscy, zobacz, jaki tłum, nawet jest babcia, nawet kotek. I ja ten rysunek będę zawsze ze sobą nosić. Bo jakbym zapomniała, jak wy wyglądacie, jakbym nie mogła was poznać – to wiesz, co by było? Pewny koniec świata!”.

Piosenka Joasi: „Przyszła wiosna/Fruwają ptaki/Pływają ryby/A ja idę sobie/Idę łąką/I zrywam kwiaty/Bo to jest moje życie/To jest moje życie/I ono jest prawdziwe/Moje życie jest prawdziwe!/ O!O!O!”.

Trudno, czyli lepiej

W ostatnim czasie głośno w świecie o Nicku Vujicicu, mężczyźnie bez rąk i nóg, który wydał książkę „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!”. Dowiadujemy się, że jej autor prowadzi aktywne życie, podróżuje po świecie i występuje jako mówca motywacyjny, angażuje się w działalność charytatywną, kieruje własną firmą, prowadzi szkolenia biznesowe, przemawia na międzynarodowych konferencjach i spotyka się z głowami państw. Robi sobie jajecznicę. Pisze na komputerze. Uprawia surfing i nurkowanie. Ma żonę i dziecko. Swoimi porywającymi wystąpieniami skłania ludzi do zmiany życia.

Kontakt z niepełnosprawnymi, a nawet dowiadywanie się o nich, czytanie, to dla nas niezwykła szkoła empatii i akceptacji dla odmienności. Ale także szkoła pasji życia. Takie cechy, jak motywacja, kreatywność, elastyczność, sumienność nie są związane ze zdrowiem i sprawnością fizyczną. To duch kreuje materię.

„Miałam trudno, czyli lepiej” – mówiła mi w wywiadzie Janka Ochojska. Miała sześć miesięcy, gdy zachorowała na polio. Przeszła ponad 30 operacji. Bez kul nie może zrobić ani kroku. Od ponad 20 lat jeździ w najbardziej niebezpieczne miejsca na świecie, aby pomagać potrzebującym.

Jako dziecko słyszała od wychowawców, że dostała od losu coś wyjątkowego, jest uprzywilejowana, cenna: „Tobie dano, nie odebrano. Choroba to coś wyjątkowego”. Gdy jako studentka pojechała na pielgrzymkę do Częstochowy i zobaczyła przy ołtarzu kule wiszące jako wota, zostawione przez uzdrowionych ludzi, pomyślała, że wcale tego nie pragnie; że jej życie nie zmieni się na lepsze, gdy będzie zdrowa.

„Moja niepełnosprawność jest moim dobrym losem, mówi. Nie jest po to, by mnie skrzywdzić, ale żebym lepiej rozumiała ludzi. Życie, które wiodę, jest spełniającym się życiem, bo widzę efekty mojej pracy; cóż lepszego mogłabym dostać? Trzeba wejść na wysoką górę, więc wchodzę, wolniej, inaczej, ale wchodzę, i to się liczy. Pokonywanie trudności i ograniczeń jest fascynujące i wzmacnia nas. Z każdego doświadczenia, nawet najtrudniejszego można zrobić coś dobrego”.

W obecności Janki użalanie się nad sobą wydaje się niedorzeczne. Szybko czyścimy świadomość ze wszystkiego, co w nas bezduszne, drętwe, ponure, nużące, przygnębiające i pozbawione radości.

Jak pisał filozof Pierre Teilhard de Chardin: „Wszyscy jesteśmy jednością, ty i ja. Razem cierpimy, razem istniejemy. A nasze wzajemne stwarzanie się nie ma końca”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze