fbpx

Wyszłam na studia, zaraz wracam

Wyszłam na studia, zaraz wracam
Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami. (Fot. iStock)

Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami, bo taniej, bo bezpieczniej… Miało być na chwilę, ale trwa już ponad pół roku i końca nie widać. Jakie dawne problemy ożywia ten niespodziewany powrót do domu?

Monika zadzwoniła, żeby zapisać się na Terapię Jednego Spotkania. Zapytałam, czy ma jakieś pytania, a może chce powiedzieć kilka słów o swoim problemie. – Nie będę teraz o tym mówić – jej głos nie brzmiał zbyt sympatycznie. Poczułam się jak matka ofuknięta przez nastolatkę. Jak zwykle pierwszych kilka minut kontaktu, nawet jedynie przez telefon, to młyn na wodę dla mojej intuicji. Od jakiegoś czasu zapisuję te swoje „domysły” i bardzo mi to pomaga w spotkaniu z pacjentem, w końcu mamy jedynie 60 minut, żeby rozwikłać problem albo przynajmniej rozpoznać, co człowiekowi w duszy gra.

Krok 1. Szybko orientuję się, na czym polega problem

Kiedy połączyłyśmy się na Skype, widok pokoju, w którym znajdowała się Monika, wcale mnie nie zaskoczył: regał z książkami, a pomiędzy nimi kilka maskotek, pojedynczy tapczanik, no i ten kolor – jasna fuksja, czyli typowy pokój nastolatki.

– Skąd pomysł na taki kolor? – zaczęłam. – Podoba ci się? Pomalowałam go sama, właściwie razem z moim chłopakiem, na swoje 17. urodziny. Powiedziałam rodzicom, że to mój prezent dla mnie samej. Dzięki temu nie zrobili mi awantury. – To chyba było już jakiś czas temu? Ile masz lat? – zapytałam o to całkiem świadomie. – 21, a co, nie wyglądam? – Monika nie kryła zaskoczenia. Nie zdążyłam odpowiedzieć na to pytanie, bo w tym momencie ktoś zapukał do drzwi jej pokoju: „Monisiu, tu mama, mogę wejść?” – usłyszałam. „Nie przeszkadzaj mi” – odpowiedziała. „Tylko przyniosłam ci śniadanie”. „Idź stąd” – wiek w tym momencie nie miał znaczenia. Właściwie od momentu, kiedy do mnie zadzwoniła, młoda kobieta zachowywała się jak rozwydrzona nastolatka.

Była jedną z „ofiar” koronawirusa, które wylądowały w domu rodziców. Podobnie jak wiele innych dorosłych osób, które straciły pracę albo pracują czy studiują online i nie widzą sensu w wynajmowaniu mieszkania lub już na nie ich nie stać. A poza tym rodzice nalegają, bo się martwią, bo chcą się zaopiekować swoim „biednym” dzieckiem, które wyfrunęło z gniazda, a teraz jest okazja, by je przywołać na rodzicielskie łono i zagłaskać na śmierć… Mają do tego prawo, bo to dzieci, zwłaszcza te dorosłe, muszą dać sygnał do separacji, a nie odwrotnie. Nikt nie przypuszczał, że pandemia potrwa tak długo, a „zasiedzenie” w domu rodzinnym często sprawia, że wypracowana samodzielność i dorosłość rozpływają się jak we mgle…

Monika jest na trzecim roku psychologii na prywatnej uczelni, od stycznia tego roku zaczęła pracować. Zatrudniła się w prywatnym gabinecie psychoterapii jako recepcjonistka i nie musiała już prosić rodziców o dodatkowe pieniądze na tzw. drobne wydatki. Płacili za mieszkanie i studia.

– Kiedy wybuchła pandemia, straciłam pracę – opowiada. – Właścicielka gabinetu obiecała mi, że gdy tylko wrócą do pracy w realu, natychmiast się do mnie odezwie. – Wróciłaś do domu z powodu straty pracy? – Nawet nie, rodzice byli gotowi dalej płacić za mieszkanie, ale… mój chłopak też wrócił do siebie, więc nie chciałam zostać sama zamknięta w mieszkaniu, no i tu, w małym miasteczku, jest chyba bezpieczniej – wyjaśnia, choć nie brzmi przekonująco. – Czy jako osoba dorosła mogłaś poradzić sobie jakoś inaczej?

Monika nie zrozumiała pytania, a ja wiedziałam już, na czym polega problem. Wiedziałam również, że rozwiązanie, jakie mogłam zaproponować, wcale nie będzie jej się podobało, przynajmniej nie od razu.

W tym momencie znowu rozległo się pukanie do drzwi, a chwilę potem kobiecy głos: „Monisiu, zostawiłam ci śniadanie pod drzwiami, zjedz, bo kawa wystygnie”. Monika walnęła pięściami w biurko:

„Potrzebuję spokoju, odejdź stąd”.

– Jak ja mam tu wytrzymać?! – to było do mnie. – Czy ona nie rozumie, że ja nie jestem już dzieckiem? – Jesteś pewna?

Krok 2. Upewniam się, że proces separacji od rodziców wciąż trwa

Dziecko rodzi się połączone pępowiną z ciałem matki. Moment przecięcia jej przez lekarza jest symbolicznym pierwszym krokiem na drodze separacji.

Przez pierwszych kilka miesięcy jesteśmy w pełni zależni od rodziców, a kiedy nabywamy umiejętność raczkowania, a potem chodzenia – zaczynamy powoli, na coraz dłużej oddalać się od nich. W okresie nastoletnim bunt przeciwko autorytetom daje moc, by walczyć o prawo do coraz większej samodzielności i niezależności. Ale konsekwencją tego prawa jest odpowiedzialność za swoje życie. Niestety, często o tym nie pamiętamy. Bo i po co, skoro rodzice najczęściej z otwartymi ramionami przyjmują dzieci z powrotem. Właściwie możemy wracać w rodzinne pielesze nieskończoną ilość razy, co potwierdziła masowa fala powrotów ludzi w różnym wieku, którzy z powodu pandemii przeszli na pracę czy naukę online.

Dla wielu młodych ludzi ważnym momentem w procesie separacji jest wyjazd na studia albo do pracy. Z dala od rodziców łatwo utrzymać własną niezależność, choć czasami jest ona jedynie pozorna, na przykład Monika radziła sobie z nadopiekuńczością matki, nie odbierając jej telefonów.

– Czy wiesz, że ona potrafiła zadzwonić o siódmej rano i przypomnieć, żebym zjadła śniadanie przed wyjściem? – dopytuje zdziwiona. – Czy wracając do domu, nie zdawałaś sobie sprawy, że matka się nie zmieni? – To co miałam zrobić? – Dlaczego wróciłaś do domu? – Bałam się. – Czego? – Wirusa, tego, że nie poradzę sobie sama, że zamkną granice miasta…

Dopóki pierwszą reakcją na zagrożenie jest ucieczka do domu rodzinnego, dopóty proces separacji jest w toku. Nie ma w tym niczego dziwnego, że dla rodziców powrót dziecka, bez względu na wiek, zwykle jest sygnałem do obudzenia instynktu gniazda, które nagle przestaje być puste.

– Znowu przestałam jeść – słyszę i w pierwszej chwili jestem zaskoczona zmianą tematu, ale okazało się, że w rodzinie Moniki rytuał karmienia zawsze miał ogromne znaczenie. Często karała rodziców odmową jedzenia – potrafiła głodzić się przez kilka dni tylko po to, żeby coś na nich wymusić. Raz utrwalony scenariusz lubi wracać. Przez ostatnie trzy lata młoda kobieta budowała swoje życie w mieście, ale proces separacji od rodziców nie został zakończony. Nieodbieranie telefonów czy drobne kłamstewka nie popchnęły relacji na bardziej dojrzałe tory. W rodzinach, w których po wyprowadzce dzieci dziecięce pokoiki natychmiast zostają zagospodarowane, nawet jeśli dzieje się to z powodu choćby małego metrażu mieszkania, łatwiej jest o ułożenie relacji pomiędzy rodzicami i dorosłymi dziećmi na partnerskich zasadach. Pokoik Moniki wyglądał jak relikt przeszłości.

– Czy chciałabyś tu coś zmienić? – Po co, przecież ta cała pandemia kiedyś się skończy? – Ale na razie trwa. Czy zrobiłaś coś w sprawie zadbania o swoje dorosłe życie? – Ale co? Przecież mówisz, że rodzice się nie zmienią. – Bo to nie oni mają się zmienić.

Krok 3. Próbujemy przywołać dorosłą rolę Moniki

Dojrzewanie to proces, którego ważnym elementem jest balansowanie pomiędzy okresami bliskości i dystansu w relacjach z ważnymi dla nas osobami. Najlepiej widać ten proces w relacjach z rodzicami. To córka czy syn musi postawić granicę, powiedzieć: „Mamo, tato, jestem już dorosła albo dorosły. Kocham was i dziękuję wam za wszystko, ale potrafię zadbać o siebie”.

Proces separacji wymaga symbolicznego porzucenia rodziców, ze świadomością, że są oni w bezpiecznej odległości, i odejścia do swojego życia. Monika, podobnie jak większość 20-, 30-latków wypadła z domu na chwilę, pobawić się w dorosłe życie, a kiedy wróciła, ma pretensję do rodziców, że nie zauważyli zmiany. Nie zauważyli, bo ona nadal jest małą dziewczynką, która chętnie pozwoli się utrzymywać rodzicom, a kiedy zmęczy ją nadopiekuńczość matki, po prostu na nią warknie.

– Czy mogłaś poradzić sobie sama? – Nie rozumiem, o co pytasz? – i chyba faktycznie nie rozumie…. – Co mogłabyś zrobić zamiast przyjeżdżać do domu? – Pewnie mogłam zostać w mieście, siedzieć sama w pustym mieszkaniu, ale rodzice namawiali mnie do powrotu. – Wróciłaś dla nich czy dla siebie? – I dla nich, i dla siebie. – Co robisz dla nich? – Oni są jeszcze w pełni sprawni, ale w razie czego mogę im pomóc. – Pomagasz mamie w kuchni przy przyrządzaniu posiłków? – Chciałam, ale ona zrywa się o świcie, a potem budzi mnie na śniadanie. Lubię sobie pospać, zajęcia online zaczynam o 10, a oni od świtu łażą po domu. – To ich dom. Zdecydowałaś się wrócić, więc musisz przyjąć ich warunki. – Wiem. Tak w ogóle to oni mają świra na punkcie tego wirusa, od pół roku nie wychodzą z domu, a kiedy ja chcę spotkać się ze znajomymi, robią mi awanturę. – To ich dom i mają prawo ustalać swoje zasady. – No jasne, mają prawo mnie traktować jak małe dziecko. To ja przestanę jeść. – No właśnie, jak małe dziecko…

W dzieciństwie nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami, ale w dorosłym życiu jak najbardziej. Niestety, w relacjach z rodzicami bardzo często ożywa stary skrypt relacyjny: oni traktują nas jak maluchy, a my dokładnie tak się zachowujemy. Znane z dzieciństwa zachowania matki czy ojca ożywiają emocje z przeszłości. Czasami jest ich tak wiele i są tak silne, że dosłownie nas zalewają, odcinając od dorosłych zasobów. Monika w domu rodzinnym poczuła się, jakby znowu miała 15 lat. Dziecinne emocje plus złość dorosłej kobiety mogły nieźle poranić jej rodziców, ale również ją samą.

– Wiesz, czuję, że gdybyś była w swojej dorosłej roli, to mama, próbująca podetknąć ci śniadanie pod nos, rozczuliłaby cię, a nie zezłościła. Spróbuj wyobrazić sobie, jak siedzisz sama w mieszkaniu: sama musiałabyś zrobić zakupy albo przygotować śniadanie. – Pewnie masz rację, ale…

Nie ma w tym niczego dziwnego, że w sytuacjach, kiedy nasze bezpieczeństwo zostaje realnie zachwiane, a tak stało się z powodu pandemii, z łatwością wskakujemy w rolę bezradnego dziecka. Chcemy wtedy schronić się pod skrzydła rodziców, a oni często na to pozwalają, w końcu jesteśmy ich dziećmi, bez względu na wiek. Ale kiedy poczujemy się choć trochę bardziej bezpieczni, natychmiast wcielamy się w buntownicze nastolatki i walczymy z nimi jak za starych dobrych czasów. Wtedy rodzice wchodzą w swoje dawne role i wojna gotowa. Tupanie nogami zamiast wzięcia odpowiedzialności za siebie na dobre zainstaluje nas w dziecięcym pokoiku.

– Czuję, że chcesz być traktowana jak dorosła, ale zachowujesz się jak roszczeniowe dziecko – powiedziałam. – To co ja mam robić? – spytała płaczliwie Monika.

Krok 4. Ćwiczymy dojrzałe zachowania

Czasami zdarzają się trudne sesje; ja wiem, na czym polega problem i jak można by było go rozwiązać, ale pacjent absolutnie nie jest na to gotowy. Monika tak bardzo weszła w rolę nastolatki walczącej z rodzicami, że delikatnych sugestii, że to ona ma się zmienić, nawet nie zauważa. Jestem pewna, że w relacjach z innymi ludźmi zachowuje się podobnie. Proponuję, żebyśmy kolejno przeanalizowały, co najbardziej przeszkadza jej w kontakcie z rodzicami, i próbowały znaleźć rozwiązanie. Jednak idzie nam ciężko, wszystko rozbija się o temat śniadań – Monika uważa, że najlepszym wyjściem jest niewpuszczanie matki do pokoju, aż wreszcie domyśli się, że córce to nie odpowiada, i zrezygnuje…

Wpadam na pomysł, żebyśmy odegrały scenkę: ja wcielam się w postać Moniki, a ona w swoją mamę, która puka do drzwi. Kiedy otwieram drzwi, serdecznie dziękuję za śniadanie i mówię: „Mamuś, jesteś kochana, ale wiesz, zwykle siedzę do późna w nocy, bo o tej porze najłatwiej jest mi się skoncentrować i tak rano nie jestem jeszcze głodna, ale obiady będę jadła z wami z przyjemnością i chętnie pomogę ci w kuchni”. – To naprawdę jest takie proste? – Monika okazuje się bardzo zaskoczona.

Wiem, że nie jest. W relacjach z rodzicami nawet najbardziej dojrzałemu człowiekowi zdarza się wpadać w rolę dziecka. Dlatego na początek ważne jest, żeby zauważać, kiedy do tego dochodzi. I dostrzegać, że sposób traktowania nas przez rodziców i innych ludzi. jest konsekwencją tego, jak sami się zachowujemy. Jeszcze przez chwilę ćwiczymy dorosłe reakcje w różnych sytuacjach. Monika czuje się coraz pewniej.

– I wiesz co, chyba przemaluję swój pokój. Już dość mam tej fuksji. A w ogóle to zadzwonię do szefowej i spytam, czy już wie, kiedy wracają do gabinetu – mówi.

Autoterapia dla dorosłych w roli dziecka

  • Pamiętaj, że dorosła relacja z rodzicami jest jak każda inna relacja dwojga dorosłych ludzi, w której obie strony mają takie same prawa i w której nikt nic nie musi. Naturalne jest, że pojawiają się w niej konflikty – są dowodem na to, że relacja jest żywa, zmienia się, a partnerzy to są bliżej, to znów się oddalają. Jeśli poziom emocji w twojej relacji z rodzicami sięga zenitu, sprawdź, czy nie wpadasz w rolę dziecka, które tupie nogą i krzyczy: „ja im pokażę”. Jeśli tak jest, sam musisz utulić to dziecko w sobie. Spróbuj wyciszyć emocje: usiądź, uspokój oddech, jedną dłoń połóż na klatce piersiowej, drugą na splocie słonecznym, skoncentruj uwagę na dłoniach poruszających się w rytm wdechu i wydechu. Kiedy poczujesz, że złość minęła, popatrz na to, co się wydarzyło, z roli dorosłego, a nie skrzywdzonego dziecka.
  • Jesteś już dorosły i nie ma sensu oczekiwać, że rodzice ukoją twój każdy ból. Tego, czego od nich nie dostałeś w dzieciństwie, na pewno nie dostaniesz w dorosłym życiu. Sprawdź, czy sam możesz sobie to dać – wstań, złap balans w ciele, poczuj obszary swojego dorosłego ciała: silne ramiona i biodra, mocny brzuch i uda. Poczuj, że nie jesteś już bezradnym przerażonym dzieckiem, które wyciąga ręce w stronę rodziców, oczekując pomocy. Radzisz sobie w świecie, nie spoglądają do tyłu.
  • Pomyśl, czy i jak, jako osoba dorosła, możesz pomóc swoim rodzicom. Dla nich pandemia jest realnie większym niebezpieczeństwem niż dla ciebie. Jeśli przyjęli cię pod swój dach, zatroszcz się o nich, zamiast utrudniać im życie.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze