1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Znów pod jednym dachem - relacje dorosłych dzieci z rodzicami

Znów pod jednym dachem - relacje dorosłych dzieci z rodzicami

Każdy, kto wraca po latach - zanim znów zostanie domownikiem - jest gościem. I musi poznać zasady panujące w domu, zwłaszcza jeśli zechce je zmieniać. (fot. iStock)
Każdy, kto wraca po latach - zanim znów zostanie domownikiem - jest gościem. I musi poznać zasady panujące w domu, zwłaszcza jeśli zechce je zmieniać. (fot. iStock)
Życie nieraz tak się układa, że po latach dorosłości, niezależności i mieszkania z dala od rodziców, wracamy do rodzinnego domu. Niezależnie od tego, czy wymusza to choroba, czy ekonomia - obie strony automatycznie wchodzą w stare role. A to strategia z góry skazana na porażkę, bo przecież wszystko się zmieniło! Jak więc się odnaleźć w takiej sytuacji?

Jak zbudować nowe relacje z rodzicami?

Zespół zachodzącego słońca polega na tym, że cyklicznie, zwykle wieczorem, starszy człowiek przechodzi atak niepokoju, drażliwości, dezorientacji, nawet agresji. Zjawisko to, związane z wiekiem, szczególnie nasila się u chorych na Alzheimera lub inną chorobę otępienną. W historii Ady i jej mamy miały miejsce dramatyczne zachody, ale także - jak twierdzi Ada - jej własne, bezcenne wschody słońca.

Idę na balet, a ty zazdrościsz

Ada ma 33 lata, jest najmłodsza z trojga rodzeństwa i to ona zamieszkała z chorą mamą. Dokonała życiowej wolty: wróciła z Warszawy do rodzinnej Częstochowy. Nie miała pracy, męża ani dzieci, więc rodzina zdecydowała, że tak będzie najlepiej. Nie od razu: najpierw nie mogli uwierzyć, że Alzheimer dotknął ich mamę - zadbaną, aktywną, emerytowaną instruktorkę tańca, która nawet jako 70-letnia wdowa miała adoratorów. Kiedy zaczęły się kłopoty z pamięcią i ze zmiennymi nastrojami, pocieszali się, że to normalne w starszym wieku. "Skleroza nie boli" - śmiała się sama Alicja, ale kiedy nie mogła sobie przypomnieć, do czego służy szampon, i założyła biustonosz na bluzkę, wszyscy się naprawdę przestraszyli. Lekarz, testy... i werdykt: Alzheimer.

Utrata pamięci to tylko jeden z objawów, chory bywa agresywny, może stać się niebezpieczny dla siebie i otoczenia, nie kojarzy, że trzeba wyłączyć gaz, zakręcić wodę. Początkowo wystarczała dochodząca opiekunka, lecz pewnego dnia Alicja wyszła z domu, nie zamykając drzwi, i przepadła. Telefonu nie odbierała, bo wyrzuciła go w krzaki. Policja znalazła ją tańczącą w parku, pewną, że ma znowu 20 lat. Po drodze podarowała sprzedawczyni w osiedlowym sklepie wszystko, co miała w torebce. Zrozumieli, że mama nie może mieszkać sama. Tylko z kim? Obaj synowie żonaci, z dziećmi, pracujący od rana do nocy. Co innego córka, z Adą zawsze były kłopoty: w szkole średniej wagarowała, paliła papierosy i trawkę, cudem ukończyła studia. I wciąż brakowało jej pieniędzy, pomysłu na życie też. Na rodzinnej naradzie usłyszała: "Wracaj, siostra do Częstochowy. Zamiast szukać kolejnej beznadziejnej pracy, zaopiekuj się mamą, a my złożymy się na twoją pensję". Zgodziła się. "Zemszczę się za te lata, kiedy ona miała nade mną władzę" - zażartowała, ale nikt się nie roześmiał.

Kiedy jednak zamieszkała z mamą, ten jej życiowy luz się skończył. Bracia zamartwiali się chorobą, szukali innych diagnoz, a ona wprowadzała to, czego nauczyła się podczas szkolenia dla opiekunów osób chorych na Alzheimera. Wyrysowała na ścianach i podłodze kolorowe strzałki, opatrzyła napisami sprzęty, schowała ostre przedmioty. Powiedziała sobie: "To choroba nieuleczalna, nic na to nie poradzimy. Łatwo nie będzie". Nie było...

Alicja budziła się w nocy, za dnia wymykała się z mieszkania. Znów policja, szukanie, lęk, czy nie wpadła do wody albo w ręce rabusiów. Ada odkryła, że mama ucieka zawsze w stronę parku. Dlaczego? - Idę na balet - wyjaśniła Alicja. - Mama mnie zapisała, Teresko, a ty zazdrościsz. - Ada zrozumiała, że jej matka wraca w czasy dzieciństwa i bierze ją za swoją siostrę. Powiadomiła sąsiadów, ekspedientki, gospodarza domu, że mama jest chora. Rozdała wszystkim swój numer telefonu. Wszyła w ubrania Alicji dane kontaktowe, jej imię i nazwisko. Zmieniła zamki w drzwiach, by nie dało się otworzyć ich bez klucza od środka. I ułożyła mamie plan dnia: ćwiczenia pamięci, taniec, domowe zajęcia, dużo aktywności dla rak. - Najgorsze było dla mnie to, kiedy siedziała bezmyślnie i kiwała się w fotelu. Wolałam już, jak rozrabiała - wspomina Ada. - Ale kiedy miała lepsze dni, mówiła: "Ty jesteś Ada, moja córeczka!". I na twarzy miała szczęście, jakbym się dopiero urodziła. Udzielało mi się, to były moje wschody słońca. Prawdziwe.

Teraz Alicja nie poznaje nikogo, nawet siebie w lustrze, ale Ada nie zgadza się z powszechną opinią, że najtrudniejsze jest to, że rodzic chory na Alzheimera czy demencję staje się kimś innym, obcym człowiekiem. - To nie tak - protestuje. - Ona po prostu nie pamięta, kim jest. Ale ja pamiętam.

Jesteś dorosły, nie zamierzam się wtrącać...

Socjologowie nazywają ich "Pokoleniem bumerangów". To dorosłe dzieci, które wracają do rodzinnego gniazda. Najczęściej skłaniają ich ku temu względy finansowe: trudno samemu utrzymać się z niewielkiej pensji i wynajmować mieszkanie. Ale nie zawsze o to chodzi. Czasem życie tak się układa: po rozstaniu z partnerem, w związku ze zmianą pracy, decydują się na powrót do domu - na jakiś czas, na kilka lat, na zawsze.

Anka wróciła po rozwodzie, po kilkunastu latach życia w innym województwie. Do taty wdowca, który przyjął córkę z otwartymi ramionami. Paweł z kolei powrócił zaraz po studiach, bo dostał dobrą ofertę pracy w rodzinnym mieście. Zamieszkał w domu rodziców "tymczasem", zanim znajdzie własne M.

- To było dziwne - opowiada - przecież bywałem w domu często, na wszystkie ferie, święta. A teraz, kiedy wróciłem, najbardziej przeraziła mnie wizja mieszkania w dawnym pokoju. Czułem się za duży do tej klitki i tapczanika. Postanowiłem zrobić remont, ale mama była z tego niezadowolona, więc tylko pozrywałem stare plakaty z zespołami i pomalowałem ściany. Nie byłem już Pawełkiem nastolatkiem, ale moi rodzice jakby cofnęli się w czasie. W wielu sprawach oprócz jednej: ojciec zapytał, ile będę dokładał do domowego budżetu, skoro jem, korzystam z energii elektrycznej i tak dalej. Wizja, że kupię sobie auto na raty odpłynęła w dal. Za to mogłem korzystać z samochodu ojca.

Anka po przeprowadzce odetchnęła z ulgą. Tata nie miał nic przeciwko licznym zmianom, które wprowadzała, chwalił każde dzieło kulinarne, namawiał do kontaktów towarzyskich. Za to wziął w swoje ręce jej szczęście i sam zaczął szukać jej odpowiedniego partnera, oczywiście innego niż "ten kretyn, pierwszy mąż". Finansowo radzili sobie doskonale, bo Anka zarabiała, a tata miał dobrą emeryturę, więc wysoki czynsz i zakupy nowych mebli nie były im straszne. Trudne natomiast stały się wieczory. Tata, przyzwyczajony do kolacji przy telewizorze, najlepiej przy programach informacyjnych, uznał za oczywiste, że Anka też tak lubi. Komentował wszystko, złorzeczył politykom, a prognozę pogody konfrontował na kilku kanałach i przeżywał tak, jakby co najmniej uprawiał pola bawełny.

Anka zaczęła się męczyć. - Głośność nastawiona na ful, bo tata głuchł - wspomina. - Marzyłam, by obejrzeć serial na laptopie albo pogadać ze znajomymi na fejsie. Nie mówiąc o tym, że kolacja o 21 to dla mnie zdecydowanie za późno, a tata szykował ją osobiście i suto. Ale czego się nie robi dla świętego spokoju...

Paweł także inaczej wyobrażał sobie wieczory. U niego - dla odmiany - to mama szykowała kolację i miała wielką radość z tego, że synowi dopisuje apetyt. No i miał to być czas na integrację rodzinną. Mama oczekiwała, że będzie zdawał relację z pracy: jaki szef, czy ładne koleżanki... Ojciec ze szczegółami opowiadał, co robił przez cały dzień. W końcu Paweł poprosił, żeby kolacje jedli bez niego, ale kiedy wróciła pewnego dnia po północy, nazajutrz usłyszał wykład na temat zasad mieszkania pod jednym dachem, sakramentalne: "Jesteś dorosły, nie zamierzam się wtrącać, ale chyba można poinformować... pół nocy człowiek nie śpi".

Z wygodnictwa nie protestował, kiedy mama wzięła na siebie pranie i prasowanie jego rzeczy. I nawet przed wyjściem do pracy wkładał krawat, żeby nie robić jej przykrości, po czym zdejmował go w windzie. Wreszcie zrozumiał, że zachowuje się jak dzieciak: nie zaprasza kolegów, bo hałasują w nocy, ani koleżanek, bo mama lustruje je z góry do dołu. Dotarło do niego, że też przeszkadza swoim rodzicom. Ostateczni oznajmił im, że chce się wyprowadzić i ku jego zdziwieniu nie protestowali, a nawet obiecali dołożyć się do zakupu kawalerki.

Ance puściły nerwy, kiedy tata kupił jej kostium według swojego gustu. - Usłyszał, że nie chcę tego kostiumu, tak samo jak wieczorów z telewizją i swatów. I jeśli on chce, żebym została z nim w mieszkaniu, musi to uszanować - opowiada. Tata zaskoczył ją po raz kolejny. - Czemu od razu nie powiedziałaś? - zapytał. - Już jestem okropnie zmęczony tym dbaniem o ciebie, ale nie chciałem robić ci przykrości.

Rozmowa z psychoterapeutką Iwoną Dąbrowską

Kim jest dorosły człowiek, który wraca do rodzinnego domu?

Gościem. Każdy, kto wraca po latach, zanim znów zostanie domownikiem, jest gościem. I musi poznać zasady panujące w domu, zwłaszcza jeśli zechce je zmieniać. Do tego bardzo się przydaje cecha, która wielcy myśliciele tego świata określają współodczuwaniem, i jest to coś więcej niż empatia.

Współodczuwanie oznacza zrozumienie dla tego, co ktoś czuje, i pomaganie mu w tym - przez radość. Z tym że chodzi o radość w dużo szerszym znaczeniu niż potoczne. Oznacza to dawanie nadziei, pogodę ducha, pozytywne nastawienie do świata i nade wszystko opiekę przez duże "O".

Dorosły człowiek wraca do rodzinnego domu, przekonany, że wszystko już zna... Jednak okazuje się, że nie do końca. Co się zmieniło?

Wszystko, bo przeminęło jedno pokolenie. Rodzice zostawili za sobą młodość, weszli w późną dojrzałość. Stali się ludźmi inaczej patrzącymi, inaczej funkcjonującymi. My z dzieci staliśmy się dorosłymi osobami. Wracając, trzeba mieć świadomość, że już nie będzie tak samo jak przedtem... Spotykamy się w zupełnie nowych rolach, a zachowujemy, jakbyśmy nie wyszli ze starych. Tak jakby życie było mieszkaniem z pokojami ustawionymi szeregowo i przechodząc do kolejnego pomieszczenia - i my i rodzice - zabieralibyśmy bagaż doświadczeń, swoje przekonania, a zarazem próbowaliśmy zachowywać się tak samo. Niestety, to nie wychodzi i nie wyjdzie - bo i my się zmieniliśmy i nasze otoczenie. Patrzymy na rodziców i myślimy: "Boże, to ja za 20 lat. Ja tak nie chcę: wolę się zatrzymać albo wrócić". Tymczasem to niemożliwe.

Może dlatego dorośli nie chcą mieszkać w swoich dawnych dziecinnych pokojach lub robią remonty...

To materialny wyraz tego, o czym mówimy: wracamy, ale już nie do tej dawnej roli, bo nie chcemy wrócić do zależności i relacji, w której byliśmy, kiedy mieszkaliśmy w dziecinnym pokoju. Przybywamy z innego etapu, niż wychodziliśmy - jako inne osoby. A to, co zastajemy, budzi nasz lęk, bo ludzie boją się starości i właściwie nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Naprawdę łatwiej będzie, jeśli damy przyzwolenie na starość: sobie i rodzicom, do których wróciliśmy. Zwłaszcza że im jest trudniej wprowadzić zmiany, i dlatego częściej nie odpuszczają swojej dawnej roli.

Zatem co zrobić, jeśli wspólne mieszkanie to konieczność?

Ponazywać rzeczy. Powiedzieć: "Tato, spójrz na metrykę, mam tyle lat. Fajnie, że się o mnie troszczysz, ale jak będę potrzebowała pomocy, to cię o nią poproszę". Należy swoje potrzeby komunikować, bo rodzice nie muszą wiedzieć, że one w ogóle istnieją, na przykład: "Mamo, potrzebuję wyjechać" albo: "Zapraszam gości, chce, aby byli do dwunastej. Postaramy się nie być za głośno, żeby nie przeszkadzać ci w spaniu". Bardzo ważne jest też odczytanie i zrozumienie potrzeb rodzica, bo one również się zmieniły - pewnie potrzebuje więcej ciszy, snu, ale i rozmowy, zajęcia, zaopiekowania się nim.

Powrót do domu często wiąże się z chorobą, zniedołężeniem, potrzebą opieki. Wówczas następuje odwrócenie ról i to dziecko staje się rodzicem. 

Nie odwracajmy ról. Dziecko jest dzieckiem, a rodzic rodzicem do końca, bez względu na stan świadomości czy choroby i wiek. Jeśli dziecko podejmuje się opieki nad chorym czy starym rodzicem, to staje się opiekunem, ale pozostaje synem czy córką. Należy unikać sformułować przypominających dialog z dzieckiem. Zamiast: "Musisz to zjeść, tatusiu. Włóż ciepłe kalesony...", lepiej powiedzieć: "Tato martwię się, że nie jesz, pomóż, powiedz, co lubisz. Co byś chciał zjeść?".

Kiedy dziecko wchodzi w rolę matki czy ojca, jest to dla obu stron niekorzystne - rodzica ubezwłasnowalnia, odbiera mu doświadczenie, powagę; w dziecku budzi frustrację, prowadzi do depresji. Opiekun to ktoś, kto ma przestrzeń dla siebie, dla przyjaciół, zainteresowań, kto potrafi odpocząć. Rodzic cały swój czas oddaje dziecku. Opiekun organizuje czas podopiecznemu, ale daje mu przyzwolenie na pozostanie sobą, a dla niego samego opieka to zajęcie, dzięki któremu czuje się potrzebny. Rodzic wychowuje. Relacja opiekuńcza pozwala czerpać radość i dobro z tej sytuacji.

Degradacja bliskiej osoby jest bolesna, jak czerpać z tego dobro?

Bo działa zasada: "dajesz, a otrzymujesz o wiele więcej", która faktycznie ma się nijak do praw matematyki, ale jednak obowiązuje... Będąc obok chorego, stajemy się uważni, uczymy się pokory, szacunku, budujemy nową relację. Przeformatowujemy swój system wartości, a nawet pewne cechy własnej osobowości. Jeśli - jak mówiłyśmy - współodczuwamy, zaczynamy poznawać świat oczami chorego i znajdujemy w nim coś dobrego. Oczywiście, pod warunkiem że będziemy działać, nie rozpamiętywać, radzić sobie z sytuacją, ale też pamiętać o sobie - dojrzałej osobie, która ma potrzeby, pasje, określone zwyczaje. Jeśli zrobimy z siebie pokutników narzekających na los, to, niestety, będzie tylko trudniej.

Pokonać lęk i dopuścić radość - to przepis na to, by znowu dobrze żyć pod jednym dachem?

Tak, bo w życiu, jak mówi bajka o aniołach - wszystko się dzieje po coś i nie wszystko jest takie, jak wygląda. Dlatego unikajmy oceny innych, uczmy się współodczuwać, a radość przyjdzie sama. Taka jest recepta dla tych, którzy podejmują trud opieki nad rodzicami - warto ją wykupić.

 

Iwona Dąbrowska - psycholog, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, pedagog, terapeuta integracji sensorycznej, www.poza-schematami.pl

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Toksyczni i krzywdzący czy kochający i troskliwi? Relacje rodziców z dorosłymi dziećmi

Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. (Fot. Getty Images)
Choć bywają toksyczni i krzywdzący, to większość z nas wychowali ci klasyczni: kochający, lecz popełniający błędy, troskliwi, ale czasem bezradni. O pogmatwanych relacjach dorosłych dzieci z rodzicami oraz bazie, jaką dostajemy w rodzinnym domu – z terapeutką Zuzanną Celmer rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Artykuł pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło". 

Dorastamy, zakładamy rodziny, rodzimy dzieci, ale nawet gdy mamy 30, 40 czy nawet 50 lat i wydarza się w naszym życiu coś trudnego, to często mamy silną potrzebę natychmiast pojechać do matki i położyć głowę na jej kolanach. W takich chwilach pragniemy jej opieki, jej troski. Na powrót stajemy się dzieckiem.
Nasz związek z matką jest silnie symbiotyczny, zwłaszcza w pierwszym okresie życia, ponieważ przez dziewięć miesięcy, w trakcie życia płodowego, dziecko jest z matką związane w sposób dosłowny, pępowiną, a po urodzeniu bliskość zostaje wzmocniona przez karmienie piersią i zabiegi pielęgnacyjne. W tym czasie matka wyczuwa i rozumie dziecko lepiej niż ktokolwiek inny, nic zatem dziwnego, że ten związek jest tak mocny i daje poczucie bezpieczeństwa. Jeśli więź nadal jest bliska, nawet myśl o niej jest jak powrót do bezpiecznego portu… Ta pierwotna więź stanowi fundament postawy emocjonalnej dorosłego człowieka. W trudnych chwilach możemy odwołać się do kapitału zgromadzonych we wczesnym dzieciństwie dobrych doświadczeń. Inaczej mówiąc, mamy się na czym oprzeć sami w sobie. Możemy na sobie polegać. Pozwala nam to przeżyć i znieść również negatywne doświadczenia. Dobre doświadczenia wyposażają nas w poczucie wartościowości własnego istnienia i bazową ufność wobec samego siebie.

Często już jako dorośli mamy różne pretensje do rodziców. Ja sama też je miałam, ale to, co pozwoliło mi się od żalu uwolnić, to próba ich zrozumienia: domów, z jakich sami wyszli, czasów, w których oni byli dziećmi. Może wtedy, na tamten moment, nie byli świadomi naszych potrzeb, swoich możliwości?
Na początek oddzielmy wszelkie dramatyczne, raniące, chłodne i wykorzystujące dzieci relacje z rodzicami – bo to osobny, choć bardzo ważny temat. Mówimy o relacjach z rodzicami, których jest najwięcej: kochającymi, lecz popełniającymi błędy; troskliwymi, ale czasem bezradnymi. Nawet jeśli intencje rodziców są jak najlepsze, to w trakcie wychowania napotykają szereg problemów, na które nie byli przygotowani i dlatego zdarza im się niewłaściwie reagować. W tym długim procesie uczą się dopiero swojego rodzicielstwa, dorastając wraz z dzieckiem. To scenariusz pozytywny. Bywa jednak, że nie widzą takiej potrzeby, narzucając własne reguły i wymagania, nie starając się poznać i zrozumieć swojego dziecka. To boli.

Boli, często przez całe dorosłe życie… Oczekiwania i pretensje do rodziców często przenosimy na życiowych partnerów. Może dobrze by było pozwolić zarówno rodzicom, jak i partnerom na bycie niedoskonałym…
Jak wskazuje szereg badań, rodzaj więzi, jaką mieliśmy z rodzicami, ma znaczący wpływ na rodzaj naszych uczuciowych relacji w dorosłym życiu. I tak pacjentka zgłaszająca trudne relacje z matką, a jednocześnie mająca w sobie zasoby serdeczności dla własnych dzieci i życzliwości wobec innych, musiała w początkach swojego życia dostać je od własnej matki, czasem babci lub innej osoby. Natomiast później, jeśli więź uległa osłabieniu lub zerwaniu, w życiu jej matki musiało się coś wydarzyć. Zdrada, rozwód, poważna choroba lub śmierć jej rodziców, zmiany hormonalne, utrata pracy, depresja… Doświadcza, jak każdy, różnych kolei losu, wyzwań i zawirowań, co odbija się na jej samopoczuciu, generując określone zachowania.

Nie podważając prawa dorosłych ludzi do ich wspomnień i ocen, w jaki sposób byli traktowani przez swoich rodziców, warto przyjrzeć się uważniej swoim zapisom w magazynie pamięci. Może utkwiły tam określone, przykre sytuacje, przesłaniając inne, fajne rzeczy. Przypomnieniem mogą być zdjęcia z dzieciństwa: tak się dzieje, kiedy analizujemy je podczas terapii. Oczywiście nie przekreśla to naprawdę złych rzeczy doznanych w rodzinnym domu. Chodzi tylko o to, aby ocena rodziców była wyważona.

Matka jest centralną postacią w naszym dzieciństwie i dorastaniu, w okresie buntu często „spada z piedestału”, ale jest to rozwojowo konieczne, by się od rodziców oddzielić. Te relacje nie zawsze potem są łatwe, i często gdy same stajemy się matkami, albo gdy jesteśmy już dojrzałe, umiemy spojrzeć na matkę inaczej – z większym zrozumieniem.
Matka zostaje strącona z piedestału nie tylko dlatego, że córka zaczyna myśleć w nowy sposób, ale także dlatego, że jest kobietą, a córka już dziewczyną. Oczywiście konflikty tego okresu mogą mieć łagodniejszy przebieg, niemniej zawsze pojawia się jakieś tąpnięcie we wzajemnych układach, przejściowe oddalenie czy poczucie rozmijania się. Jeśli matka rozumie, że to, co się aktualnie dzieje, jest co prawda męczącym, ale tylko kolejnym etapem dorastania, łatwiej będzie jej przyjąć, że córce zależy na przekształceniu ich wzajemnej relacji, a nie – jak mogłoby się wydawać – na jej zniszczeniu. Pomocna może tu być świadomość, że bez względu na jakość wzajemnych kontaktów jest – i będzie zawsze – znaczącą postacią w jej życiu, a bunt córki stanowi tylko część procesu prowadzącego do jej usamodzielnienia się. Przy takim nastawieniu z wielu kłopotów udaje się wybrnąć. Z badań wynika, że szybciej dochodzi do porozumienia, jeśli matka nie ustawia się na pozycji osoby wszechwiedzącej i rygorystycznej, ale stara się ufać i wierzyć córce, okazując jej miłość i – bez oceniania – zrozumieć jej świat.

Jak kochać matkę, która, pomimo że jesteśmy dorosłe, wciąż nas ocenia, krytykuje, nie ufa nam, narzuca swoją wolę…
Trauma powstała w wyniku takich doświadczeń stanowi częsty temat w terapii, a uporanie się z nią wcale nie jest łatwe. Dużą część pracy zmierzającej do uporządkowania swojego życia poświęcamy właśnie na analizę stosunków, jakie nie tyle łączą, co dzielą dorosłe już córki z ich rodzicielkami. Czy postępowałyby tak, wiedząc, jak mocno ich zachowania i słowa raniły w przeszłości wrażliwą psychikę córki i jak znacząco odbiły się na jej dalszych losach?

Z postacią matki łączy się bezinteresowną miłość, zawsze gotową do wsparcia i pomocy, nawet kosztem siebie. Taka jest utrwalona w stereotypie treść jej roli i kierowane do niej – nawet, jeśli w nieco zmodyfikowanej formie – społeczne oczekiwania. Dlatego niechęć ze strony prawdziwej matki, jej chłód uczuciowy, złe traktowanie, ośmieszanie i odrzucenie jest trudne do pojęcia. Z czasem musi budzić sprzeciw, złość, ale wcześniej doznaje się cierpienia i bólu.

Można się z odrzuceniem matki uporać?
Aby uwolnić się od tej traumy, dorosła kobieta może przy pomocy terapeuty zanalizować sytuację z przeszłości, przepracować doznane urazy i odbudować swoje poczucie własnej wartości. Często pomocny w tym procesie staje się kochający życiowy partner. Może też rozgraniczyć dwie „części” swojej matki: zachować szacunek dla tej, która dała jej życie, i odciąć się od jej złego wpływu. Nie pozwalać więcej się sprowokować i wykorzystać swoje bolesne doświadczenia dla tym lepszej relacji z własnymi dziećmi. Na szczęście większość kontaktów między matkami i córkami układa się inaczej. Po burzach i utarczkach udaje im się nie tylko znaleźć wspólny język, ale naprawdę do siebie zbliżyć. Warto pamiętać, że mądre wspieranie córki na jej drodze do dorosłości procentuje z czasem przyjaźnią dwóch kobiet połączonych szczególną i niepowtarzalną więzią.

Co same, jako matki, możemy zrobić dla naszych dzieci, by zachować bliską, ale nie za bliską relację?
Przede wszystkim zadbać o siebie. Jeśli matka czuje, że jej życie ma sens, jeśli czuje się kochana, jest w serdecznej, życzliwej relacji z przyjaciółmi i światem, otwarta na uczenie się swojego macierzyństwa – będzie wystarczająco dobrą matką. Miłość jest oczywiście ważna, ale istotne jest także, aby lubić swoje dziecko jako odrębnego człowieka. Lubić z nim przebywać, wspólnie się bawić, słuchać go, poznawać i mądrze wspierać. Przy dwojgu czy więcej dzieciach nie wyróżniać jednego kosztem pozostałych. Nie startować z pozycji wszechwiedzącej, nie starać się być idealną. Jeśli dziecko czuje się kochane, wybacza nam nieuniknione potknięcia. W jakimś sensie wspólnie dorastamy i wspólnie się siebie uczymy. Jeżeli mamy jakąś trudność w kontakcie z dzieckiem, zastanówmy się, z czego w nas wynika ta trudność. Dom powinien być zarówno dla młodego, jak i dorosłego dziecka przyjaznym, bezpiecznym miejscem, bo w nim – jak ujął to pedagog Stefan Szuman – bierze początek rzeka naszego życia.

Zuzanna Celmer (zm. 6 marca 2020 r.) była licencjonowanym terapeutą i jedną z pionierek psychoterapii w Polsce. Była autorką książek o tematyce małżeńskiej, społecznej i rodzinnej. Prowadziła terapię par oraz indywidualną, świadcząc pomoc w różnorodnych problemach życiowych.

  1. Psychologia

Toksyczni rodzice. Co zrobić, gdy nie chcą odciąć pępowiny?

Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Relacje z rodzicami bywają trudne, czasem wręcz bolesne. Towarzyszą im złość i poczucie winy. Jedyne, co możemy tutaj zmienić to własne podejście.. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak radzić sobie z pretensjami rodziców? Czy można uwolnić się od toksycznych relacji i poczucia winy? Jak reagować, gdy słyszymy zarzut: „W ogóle nie interesuje cię mój los!” – radzi dr Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta.

Mama wciąż dzwoni, dopytuje się, skarży, że już nie pamięta, jak córka wygląda, choć widziały się tydzień wcześniej. Jak się przed tym obronić?
Jeśli takie zachowanie matki wzbudza w córce złość, poczucie zagrożenia czy winy, to powinna pamiętać, że w te wszystkie uczucia wpędza się sama. Oczywiście, u podstaw tych emocji leży więź z rodzicami i pierwotne przekonania na temat świata i roli dziecka przez nich przekazane. Jedno z tych przekonań brzmi: „trzeba dbać o emocje mamy”. Cały problem tkwi w tym, że ona nadal daje tym przekonaniom „moc poruszania”, nawet jeśli twierdzi, że jest inaczej. Dlatego, jeśli córka w złości na rodziców, którzy z powrotem „wciągają ją” do dziecinnego pokoju, rzuci: „Mamo, odczep się!” i odłoży słuchawkę, zaraz potem poczuje wyrzuty sumienia. W konsekwencji od razu zadzwoni do nich i albo przeprosi, albo będzie udawać, że nic się nie stało. Ewentualnie ich odwiedzi, bo nurt poczucia odpowiedzialności za rodziców będzie tak silny, że poniesie ją dalej.

A co się dzieje w sercu kogoś, kto robi coś wbrew własnym chęciom?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie, ale łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może wtedy czuć złość, że jedzie do matki, choć nie chciał. Może mu też być smutno, że matka tak naprawdę go nie zauważa, nie szanuje jego potrzeb, uczuć. Że dostrzega tylko swoją potrzebę wypełnienia pustego gniazda. Różne emocje mogą się tutaj pojawić…

Skąd się bierze ta odpowiedzialność za rodzica? Przecież powinno być odwrotnie, przynajmniej do czasu, gdy dorośniemy?
Odpowiedzialność bierze się z niedobrego, toksycznego wychowania, które obwinia dziecko o różne rzeczy. Matka mówiąca z uśmiechem: „Gdy się urodziłaś, musiałam zrezygnować z kariery. Trzy lata siedziałam w domu. A tata się w ogóle nami nie zajmował. To był bardzo ciężki dla mnie czas”. Albo: „Byłaś bardzo trudnym dzieckiem, ciężko było cię wychować, dlatego nie zdecydowaliśmy się na drugie”. Uśmiech ma sugerować, że to jest mówione z miłości, ale jak dziecko, które to słyszy, ma nie poczuć się winne, że w ogóle istnieje? Jedna z moich pacjentek, która była pierwszym dzieckiem po wielu poronieniach, całe życie słyszała, jakie to ma szczęście, że się urodziła. W ten sposób matka – nieświadomie – wzbudzała w niej wyrzuty sumienia, że to tamte dzieci powinny żyć, a nie ona.

Jest też inna przyczyna poczucia odpowiedzialności za rodziców: chowanie dzieci, by „na starość miał mi kto podać szklankę wody”. Rodzice postępują wtedy tak, jakby chcieli, by dzieci nie nauczyły się samodzielności. Pozornie mogą okazywać radość, że córka wyszła za mąż, ale gdy ona już nie przyjeżdża co tydzień na niedzielne obiady, wyrażają swój lęk w formie agresji, czyli na przykład matka dzwoni i mówi: „Dlaczego nie przyszłaś? Nie dbasz o mnie!”. To jest typowy toksyczny komunikat: „Zaopiekuj się mną”, ale jednocześnie zarzut: „Skrzywdziłaś mnie!”. W tym, co mówi wówczas matka, jest dużo smutku i złości. A więc podobne emocje czuje dziecko.

I bardzo je to boli.
Oczywiście. Na tej emocjonalnej bazie tworzy się właśnie to coś, co nazywamy poczuciem odrzucenia. Dziecko widzi, że rodzice realizują tylko swoje własne potrzeby, i to jego kosztem. Dzieje się tak często nie z powodu złej woli rodziców, ale dlatego, że choć są dorosłymi, finansowo samodzielnymi ludźmi, to nie stanowią w pełni autonomicznych jednostek, więc podklejają się pod życie swojego dziecka.

Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock) Czasem rodzice wykorzystują poczucie odpowiedzialności dorosłych dzieci. Wymuszają na nich, aby w imię obowiązku, rezygnowały ze swoich planów i swojego życia. (fot. iStock)

Co z takim podklejonym rodzicem zrobić?
Zacząć od zadania sobie pytania: „Dlaczego na te telefony, wyrzuty i żądania reaguję złością i dlaczego są one dla mnie źródłem dyskomfortu?”. Czy nie dlatego, że czujesz się wykorzystywana, nieważna, niesłuchana? Że nie ma znaczenia, gdy mówisz: „Mamo, mam inne plany, dużo roboty na jutro, ślub kolegi w weekend”, bo matka i tak chce, żebyś do niej przyjechała? I jeszcze jedno: to tylko pozory, że robisz to dla niej! Żeby to zrozumieć, trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: „Czemu jadę do matki, skoro nie chcę?”. Ano po to, żeby zniwelować poczucie winy, bo czujesz się za matkę odpowiedzialna. Jedziesz, bo jak tego nie zrobisz, to ją skrzywdzisz. Jedziesz, żeby pokazać, że jesteś dobrą córką czy synem. Jedziesz, bo tak trzeba.

Czyli tak naprawdę robimy to dla siebie?
No tak. I cały kłopot polega na tym, że jedyna racjonalna i słuszna emocja, jaką w takiej sytuacji można odczuć, to smutek. Chodzi mi o taki smutek, który wywołuje w nas zachowanie innych, zwłaszcza bliskich, gdy zrozumiemy, czemu to robią. A więc pomyślmy: „Moja matka tak się zachowuje, bo:…”. I tutaj wyliczmy sobie przyczyny: nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami, dramatycznie boi się zostać sama, nigdy nie czuła się pewnie w roli matki, ma poczucie winy, że mi czegoś nie dała i stara się jakoś mi odpłacić swoją miłością, dobrocią…

Tak czy siak, ona robi to z egoistycznych pobudek.
Ona ma swoją motywację, a naszej nie zauważa. I to jest właśnie najczęstszy powód naszej złości, a potem poczucia winy. Kluczowe pytanie brzmi: „Co zamierzam z tym zrobić?”. Bo to, że matka ma swoją motywację i najprawdopodobniej nie będzie zainteresowana tym, by ją zmienić, jest raczej oczywiste. My też raczej jej do tego nie nakłonimy. To, co możemy zmienić, to nasz sposób reagowania na jej słowa i czyny, nawet te najbardziej toksyczne czy raniące. A więc zamiast czuć złość, gdy słyszymy w słuchawce: „bo ty mnie nie kochasz!”, wzbudźmy w sobie empatię. A więc matka dzwoni i robi mi wyrzuty, a ja mówię: „Nie mam ochoty rozmawiać” i odkładam słuchawkę. Czuję wprawdzie smutek, ale nie z tego powodu, że ona jest skupiona na sobie czy że mam poczucie winy, ale dlatego, że miała trudne życie, skoro tak się teraz zachowuje.

To, że rozumiem jej zachowanie, nie znaczy, że je akceptuję i że do niej jadę. I nie znaczy, że nie jadę. Po prostu jest mi smutno. Trzeba odróżnić empatię od działania w poczuciu winy. Ten smutek może doprowadzić do tego, że uznam: „Nie chcę się dziś widzieć z rodzicami”, ale nie dlatego, że czuję złość. Po prostu nie mam ochoty. Jeśli do nich pojadę, to dlatego, że będę tego chciał. A wtedy emocje, które będą takiej wizycie towarzyszyły, będą zupełnie inne niż te, które odczuwam, gdy kieruje mną poczucie winy, złość czy obowiązek.

Jak dojść do tego wyzwalającego smutku?
Uda się to wtedy, gdy spróbujemy pogodzić się z tym, że nie otrzymamy od matki czy ojca tego, co byśmy chcieli. Że ich motywacje są ich motywacjami i zapewne dlatego nie dadzą nam tego, czego byśmy chcieli – prawdziwej uwagi, miłości, która wspiera rozwój i samodzielność. Ale jakkolwiek by to nie było smutne – to jest nasz problem, że my tego nie otrzymamy. Jeśli jednak zamiast się z tym pogodzić, opłakać, powiemy: „Nie ma miłości i uwagi, i nie będzie? To ja takich rodziców nie chcę!” – to znaczy, że nie poradziliśmy sobie ze złością i nie pogodziliśmy się ze smutkiem. I też nic dziwnego, bo trzeba się napracować, żeby zaakceptować to, że nasza potrzeba miłości może nigdy nie zostać zaspokojona. Jak powiedzieliby psychoanalitycy, trzeba zabić w głowie idealną matkę, która może nas nasycić miłością. Nie ma jej. To oczywiście wyzwala olbrzymi smutek. On może trwać nawet bardzo długo, ale jest uzdrawiający. Dzięki smutkowi wycofujemy się z wielu rzeczy – a więc nie jedziemy do matki, bo wiemy, że to nam nic nie da. Przestajemy się szarpać. A wtedy możemy dostrzec, że nie musimy wiele robić, by ktoś zaspokoił nasze potrzeby.

No dobrze, ale co zrobić, gdy matka prosi córkę, z którą nie mieszka od kilku lat: „Jak dojedziesz do pracy, to zadzwoń”? Co odpowiadać?
Co zrobić z matką? Nic. Córka ma coś zrobić ze sobą, ze swoim zdenerwowaniem. Matka traktuje ją jak dziecko i to się pewnie nie zmieni. Pomyślmy też racjonalnie – czy jeśli matka dzwoni i pyta: „Już dojechałaś?”, to znaczy, że córka jest niedojrzała? Nie! Jeśli matka dzwoni i mówi: „Już nie pamiętam, jak wyglądasz, tydzień cię nie widziałam”, to czy to jest prawda? Nie! Jeśli myślisz, że to prawda – czas na pracę nad sobą. Jak długo będziemy tkwili w roli skrzywdzonego dziecka, tak długo nim będziemy. No, chyba że matka chce się zmienić, mówi: „Córcia, dzwonię, wiem, że to cię denerwuje, ale musiałam cię usłyszeć”. Wtedy córka może powiedzieć: „OK, ale teraz nie mam czasu, zadzwonię za trzy dni”. Bo pierwszy krok, jaki matka kieruje w stronę dziecka, to zwrócenie uwagi na jego potrzeby. Ale i tak nie zwalnia to córki z konieczności pracy nad sobą, dojrzewania i usamodzielniania się.

  1. Psychologia

Matka i córka – dajesz tyle, ile dostałaś. Jak naprawić trudne relacje między nimi?

Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
Tożsamość córki jest często zaplątana w wizerunek matki. (Fot. iStock)
- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. 

- Od matki uczymy się miłości, tego, jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba – mówi psycholożka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, wyjaśniając, gdzie mogą leżeć przyczyny trudnej relacji matki z dorosłą córką.

Obserwując współczesny świat można odnieść wrażenie, że relacja matka – córka generuje same problemy.
Bo tak właśnie jest. Oczywiście, nie można uogólniać, ale zdecydowanie więcej jest problemów emocjonalnych i relacyjnych między dziećmi a matkami niż między dziećmi a ojcami. Ojciec zawsze albo prawie zawsze zachowuje większy dystans wobec dzieci, ciężar jego zaangażowania jest przeniesiony na świat zewnętrzny. Natomiast matki, z wyjątkiem tych, które weszły w role biznesowe, są skupione przede wszystkim na rodzinie i dzieciach. Z tego powodu są z nimi w bliższych relacjach i siłą rzeczy częściej występują na tej linii nabrzmiałe i nierozwiązane konflikty. Przy czym ze względu na specyficzny rodzaj  relacji miedzy synem a matką, nawet matką nadopiekuńczą, konflikty między nimi nigdy nie osiągają takich rozmiarów jak w przypadku nadopiekuńczych matek i córek. Co ciekawe, ujawniają się zwykle wtedy, gdy syn zakłada rodzinę. I wtedy nie tyle on ma problemy z matką, co jego żona źle to zaczyna znosić.

Ta sama płeć w relacji jest w takim razie plusem czy minusem?
Ze względu na płeć w relacji matka – córka występuje utożsamienie. Dla normalnego rozwoju osobowości musi jednocześnie dojść do czegoś, co jest określane jako separacja czy indywiduacja. W potocznym rozumieniu córka najpierw „zlewa się” z matką, a potem ustawia do niej w kontrze, żeby ustalić, kim sama jest. Ponieważ to niezwykle silny związek, tożsamość córki jest zaplątana w wizerunek matki. Ze względu na utożsamienie płci często dochodzi też do podświadomej rywalizacji. Córka rywalizuje z matką, a matka z córką, i nie ma to charakteru sportowego: nie chodzi o to, która wygra, tylko o to, która psychologicznie zdominuje rywalkę.

Córkę i matkę wprawdzie łączy płeć, ale dzieli różnica pokoleń, co powoduje, że światopogląd i doświadczenia matki są zabarwione przeszłością, a córki – teraźniejszością. Chociażby to może powodować między nimi konflikty. Że podam taki banalny przykład: nasze babcie prały ręcznie, nasze matki – we Frani, a my już w automatycznym Boschu. Zasada prania co prawda się nie zmieniła, ale sposób – już tak. Najbardziej nabrzmiałe problemy nie rodzą się jednak w sferze posługiwania się sprzętami, lecz w sferze uczuć.

Co jest tego źródłem?
Najczęściej niedojrzałość matki. Bo że córka jest niedojrzała – to oczywiste i normalne. Dzieci zawsze będą młodsze od swoich matek. To, co czyni nas ludźmi dojrzałymi, zdolnymi do podejmowania przemyślanych decyzji, do kształtowania swojego zdania w oparciu o doświadczenie, to umiejętność nabywana przez całe życie. Z książek, które czytamy, z filmów, jakie oglądamy, i z tego, co mówią nam inni. Dojrzałość jest sumą praktycznych umiejętności życiowych. Samo życie nie wystarczy jednak, żeby osiągnąć tak rozumianą dojrzałość. Niekiedy człowiek wręcz blokuje się na drodze do dojrzałości wskutek traum, krzywd, uzależnień, niewłaściwych wzorów. Można mieć według metryki 48 lat, a dojrzałość na poziomie nastolatka. Dotyczy to oczywiście także niektórych matek...

Czy dlatego bywają nadopiekuńcze?
Po pierwsze, mogą tak pojmować rolę matki – kurczowo trzymając swoje dziecko pod kontrolą, niezależnie od jego wieku. A po drugie, są nadopiekuńcze, ponieważ nie mają innego życia osobistego i uczuciowego poza realizowaniem swego macierzyństwa. Takie matki, nawet jeśli żyją w małżeństwie, nie śpią ze swymi mężami, nie planują wspólnych wieczorów czy wakacji. Mąż jest meblem, wygodnym fotelem, na którym się czasem przycupnie, który wypełnia jakiś kąt w pokoju, ale to nie jest żadna relacja. Co więcej, małżonkowie mogą tak żyć latami, bogobojnie i wiernie.

A przecież człowiek jest istotą uczuciową, potrzebuje bliskości jak powietrza. Kochać kogoś, być dla kogoś – to nasza największa potrzeba. Więc jak związek z partnerem nie zaspokaja tej potrzeby, to całe swoje życie emocjonalne kobieta lokuje w dzieciach. A ponieważ synowie rzadziej dają się zawładnąć, pada na córki, a te są w rękach matek jak plastelina. Na dodatek są przez nie wpędzane w poczucie winy – oczywiście to wszystko dzieje się podświadomie. Żadna matka przecież nie obmyśla: „Zrobię ci numer, dostanę apopleksji”. Ona dostaje apopleksji na samą myśl o tym, że córka chce spędzić święta w górach, a nie w domu. Takie uzależnienie przypomina alkoholizm, narkomanię, kompulsywny hazard. Osoba uzależniona nie może się sama z tego wydostać, a gdy jej ktoś mówi: „Mamo, nie rób tak”, to się oburza: „Jak możesz tak do mnie mówić?!”. Tak samo reaguje alkoholik. Tylko że w tym wypadku mamy do czynienia z uzależnieniem od drugiej osoby. Od swojej bezradności życiowej, od tyranizującej więzi, która staje się pułapką dla obydwu stron.

Jak postępować z „uzależnioną” matką?
Dokładnie tak jak z alkoholikiem. Córka musi przestać kierować się lękiem, współuzależnieniem, poczuciem winy, tylko przejąć kontrolę nad własnym życiem. Uzyskawszy wsparcie od męża, przyjaciółki czy koleżanki z pracy, którzy powiedzą: „Nie możesz swojego życia podporządkowywać matce kosztem własnych potrzeb. Ona jest dorosła, poradzi sobie. Możesz jej pomóc, ale powinnaś być konsekwentna”. Jeśli za przykład podamy kwestię świąt, córka może zakomunikować mamie, że przyjedzie do niej dzień przed Wigilią, pobędą razem, ale na święta wyjeżdża. Czyli: asertywność, stanowczość i nieponoszenie konsekwencji cudzych słabości czy uzależnień. Choć przykład ze świętami może być dwuznaczny. Ktoś powie: „Ale cóż pani doktor wygaduje?! Przecież święta to Tradycja, Katolicyzm, Rodzina…”. Odpowiadam: „Ależ tak, pod warunkiem że z tego wynika coś dobrego”. Jeżeli przy okazji świąt mama zawsze wypomina, a tata zawsze się upija – to jest wykorzystanie, skądinąd pięknego symbolu i tradycji, do podtrzymania patologii. I to nie jest dobre. Wtedy człowiek nie ma innego sposobu, jak się uniezależnić, czyli odseparować, oddalić, zacząć funkcjonować zgodnie ze swoim systemem wartości, a nie podtrzymywać tradycję rodzinnych niesnasek.

Można w dorosłym życiu ułożyć sobie na nowo relacje z matką? Czy trudne relacje matki z dorosłą córką mogą uleć poprawie?
Oczywiście. Relacje to jest coś, na co mamy wpływ, czemu możemy nadawać nowe tory, sterować tym jak podczas nawigacji.

A jeśli matka odmawia współpracy?
Czasami pytają mnie ludzie, co robić z matką, która nie chce się zmienić mimo próśb i tłumaczenia. Odpowiadam: „Wyobraź sobie, że mama ma alzheimera. I że cokolwiek byś nie mówiła, to ona jest za szklaną szybą”. Oczywiście, ona przeważnie nie ma żadnego alzheimera, ale jej mózg już zastygł. Bo co to znaczy: przekonać kogoś, by czegoś nie robił? To znaczy poprosić, by się czegoś nauczył. Bo oduczyć się, to też się nauczyć. Niestety, niektórzy ludzie są już do tego niezdolni.

Ja mam psa i zawsze po nim sprzątam, ale czasem spotykam ludzi, którzy po swoich psach nie sprzątają. Wtedy daję woreczek i mówię: „Może pan skorzystać z mojego, mam zapasowy”. „Ja nie sprzątam po psie!” – słyszę często w odpowiedzi. Ale ktoś inny mówi za to: „Dziękuję, skorzystam”, po czym zaczynamy się umawiać na wspólne spacery z psami. Tak samo jest z matkami. Jeśli matka mówi: „Jak ty możesz czegoś ode mnie wymagać?”, to znaczy, że ona nie rozumie swojej córki i nie chce zrozumieć. Często z wiekiem przychodzi przekonanie, z gruntu fałszywe, że wie się już wszystko i zawsze ma się monopol na rację. Tymczasem inni ludzie mają swoje racje i one bywają odmienne od naszych.

Ale taka uparta matka święcie wierzy, że chodzi jej tylko o dobro córki. Powtarza: „Nikt inny nie będzie cię kochał tak jak ja. Robię dla ciebie wszystko”.
Więc skoro jesteś w stanie zrobić dla mnie wszystko, to przestań mnie kontrolować jak małe dziecko. I co mama na to? Z drugiej strony, relacja z matką jest wyjątkowa i żadna inna jej nie zastąpi.

Nawet, gdy czujemy nienawiść do matki, trzeba ją przede wszystkim kochać i szanować?
Kochać w ogóle warto, bo to wspaniałe uczucie. Chociaż w dziesięciorgu przykazań nie widnieje: „Kochaj ojca swego i matkę swoją”, tylko „czcij”, czyli szanuj. Nie ubliżaj im, nie ograbiaj, nie krzywdź. Co nie znaczy: bywaj u nich co niedziela. Możesz ich nie widywać, ale ich szanuj. Trudno kochać kogoś, kto zatruwa nam życie, ciągle poucza i krytykuje, jest wścibski, przemądrzały, wszystko wie najlepiej. Miłość w dziecku rodzic buduje, pokazując, jak się kocha – czule, ciepło, mądrze i dojrzale.

A co znaczy: mądrze kochać?
To znaczy nie uwłaczać godności dziecka, nie pozbawić go poczucia bezpieczeństwa, czyli: nie straszyć, nie bić, nie wyśmiewać i nie grozić: „bo mamusia nie będzie cię kochać”, „jak nie wrócisz do 22.00, to ja będę chora” albo: „przez ciebie mam okropne życie”. Gdy dzieci coś takiego słyszą, przestają wierzyć w miłość rodziców i stopniowo tracą poczucie własnej wartości.

Matka uczy też dziecko miłości, pokazując, jak kocha tatusia, swoich rodziców, siostrę, brata… Dzieci się uczą nie tego, co im mówimy, tylko tego, co robimy. To główna zasada wychowania.

Czego jeszcze uczymy się od matek oprócz miłości?
Jak być kobietą, jak funkcjonować w świecie, jak wypełniać rolę żony i później matki – wszystkiego. Oczywiście, możemy się źle czuć z tym, co ona nam przekazuje, bo nie zawsze własna matka ucieleśnia ideał życia. Matka nie jest jedynym wzorem. Przecież mimo pokrewieństwa to zupełnie inna osoba. Może mieć całkiem odmienne cechy, zainteresowania, potrzeby i cele. Jeżeli matka z temperamentem zacznie przejawiać niecierpliwość w stosunku do flegmatycznej czy marzycielskiej córki, to prawie na pewno zachwieje poczuciem wartości dziecka. Wtedy powinni wkroczyć inni dorośli, na przykład babcia, która będzie podkreślać mocne strony dziecka i okazywać uznanie dla tego, co ono umie, lubi i jak sobie radzi. Mama oczywiście doda: „ale bucików jeszcze nie umie zawiązać”, a babcia: „ale Ania zna tyle wierszyków i pięknie bawi się z dziećmi”. I Ania w ten sposób dowie się, że mama wolałaby, żeby ona była trochę inna, natomiast babcia akceptuje ją taką, jaka jest. Dziecko czerpie wiedzę o sobie nie tylko od mamy, dlatego powinno być otoczone różnymi ludźmi. To nie jest żadna nowa koncepcja, tylko pradawna idea wychowania plemiennego.

Mówimy dziś o problemach na osi matka – córka, matka – syn. Kiedyś w ogóle nie było takiego tematu. Po pierwsze, kobiety rodziły dużo dzieci. Same się nimi nie zajmowały – miały do pomocy krewnych, starsze dzieci, swoich rodziców. Dzieciństwo zresztą szybko się kończyło: dzieci zaczynały wcześnie pomagać w pracy dorosłym i szybko odchodziły z domu rodzinnego. Nawet arystokracja posyłała dzieci bardzo wcześnie w dorosłe życie.  Więc to, że dzisiaj rodzice poświęcają tyle czasu i uwagi swoim dzieciom, to wynalazek współczesności.

Dzisiaj też rodziców o wiele rzeczy się obwinia, a zwłaszcza matki.
Bo nie ma kogo innego winić. Inną nowością jest „wychowywanie” przez grupę rówieśniczą. Kiedyś czegoś takiego w ogóle nie było, nie było szkoły, dzieciństwo było krótkie i przebiegało wyłącznie w obrębie rodziny. To my urządziliśmy sobie świat, w którym dziecko siedzi na tronie. I albo ten tron jest na chwiejnych nóżkach, bo rodzice zapominają, że mają dziecko, albo jest piedestałem nie wiadomo jakiego wcielenia boskości i rodzice wtedy zwyczajnie bzikują.

Brytyjski psychiatra Donald Woods Winnicott jest autorem określenia: „wystarczająco dobry rodzic”. Nie idealny, nie najlepszy, ale wystarczająco dobry. Czyli taki, który czasem popełnia błędy, ale ma też prawo zadośćuczynić i przeprosić – jednak to wymaga dojrzałości. A jeżeli mam kompleksy wobec własnego dziecka i chcę udawać ideał, to tworzę fikcję. I krzywdzę własne dziecko, które też będzie chciało dążyć do jakiegoś nierealnego superwzorca. Rodzice, którzy sami mają poczucie wartości, na ogół wychowują dobrze. Rodzice, którzy wstydzą się w sobie jakichś rzeczy, nie chcą z czymś się pogodzić, zazwyczaj w swoich dzieciach coś „majstrują”. I to majstrowanie na ogół źle rokuje.

Akceptacja siebie przekłada się na akceptację dziecka? Czy to sposób, który np. naprawi trudne relacje matki z dorosłą córką?
Dziecko nie potrzebuje wielkiego mieszkania, dużego samochodu, lekcji angielskiego czy tenisa. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości i dobrych, prawdomównych wzorów.

Ostatnio odprowadzałam mojego malutkiego wnuczka do córki, a on w krzyk: „Babciu, ja chcę do was”. Ja na to: „Anker, nie możesz teraz do mnie iść, bo ja zaraz wychodzę”. Wtedy moja córka dyskretnie szepnęła: „Mamo, przecież tak naprawdę nigdzie nie wychodzisz”. Oczywiście, że ona ma rację! Po co wymyślać jakieś nieprawdziwe powody, prędzej czy później dziecko nauczy się tego samego… Ono ma przyjąć do wiadomości, że już nie mam czasu, bo to prawda. Poza tym musi sobie z chwilową frustracją poradzić. Gdy się tego nauczy w wieku dwóch lat, to przygotuje się na większe frustracje w wieku 20 czy 50 lat. W tej sprawie ja się czegoś nauczyłam od mojej córki, a nie ona ode mnie.

Prawdomówność w relacjach jest bardzo ważna, bo dziś lekko naciągnę prawdę, ale gdy za kilka lat powiem do dziecka: „nie jedź autostopem”, to ono mnie nie posłucha, bo nie będzie miało do mnie zaufania. I potem rodzice się dziwią, dlaczego. Ano dlatego, że tyle razy skłamali.

Własny rozwój to podstawa dla dobrej relacji matki i córki?
Tak, z tym że trzeba zadbać, by własny rozwój nie pozbawił wrażliwości na cudze potrzeby. Jeżeli matka jest samotna, cierpiąca, chora, to jej się co najmniej tyle należy od córki, ile ona okazywała jej troski, gdy córka tego potrzebowała. Czyli uwaga, sprowadzenie lekarza, może wynajęcie opiekunki czy umieszczenie w szpitalu czy sanatorium. Te „świadczenia” wynikają z powinności, nawet odpowiednio uregulowanych w naszym prawie. Miłość to trochę inna sprawa.

  1. Psychologia

Syndrom wiecznej córeczki - bez niezależności nie ma dorosłości

W dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
W dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcemy być niezależne i stanowiące o sobie, nie uwieszamy się na ramieniu partnera, co to, to nie! Za to na mamę i tatę zawsze możemy liczyć. Gdyby tylko przestali wtrącać się w nasze sprawy… Niestety, w dorosłym życiu zbyt bliska więź z rodzicami przekształca się w więzy. Ale można się od nich uwolnić.

Z rodzinnymi relacjami większość z nas ma jakiś problem. Niby nic wielkiego, wszystko pod kontrolą, te same „drobiazgi” od lat. Wiadomo, że mama, choć jeszcze niedawno wspierała twoją nową dietę, przy najbliższej możliwej okazji podsunie ci talerz z kolejną potrawą: „Nie spróbujesz kaczuszki z jabłkami? To dla kogo ja tyle godzin spędziłam w kuchni?”. A ojciec rzuci mimochodem: „Jak tam w pracy?”, a ty poczujesz, że czas cofa się o jakieś 20 lat, kiedy pytał: „Jak tam w szkole?”, a potem dodawał: „Tylko czwórka, nie stać cię na więcej?”.

Ach, ci rodzice, kochasz ich, bo dali ci życie, ale czasami zastanawiasz się, czy to, co cię z nimi naprawdę łączy, to na pewno więzi? A może raczej więzy: niby niewidzialne nici, a jednak krępują cię jak kajdany, cofają w czasie, zmuszają do ustępstw, robią wodę z mózgu, hamują rozwój i zniewalają.

Czasami masz ochotę przeciąć je jednym zdecydowanym ruchem, tak jak położna przecięła pępowinę w momencie twoich urodzin.
Zaraz potem budzi się poczucie winy – przecież oni chcą dla ciebie jak najlepiej. Ciągle łudzisz się, że w końcu się zmienią, zaakceptują fakt, że nie jesteś już małą dziewczynką, pozwolą ci wreszcie dorosnąć, pobłogosławią na dorosłą drogę… Stop! Skończ z tymi iluzjami. Teraz twój ruch.

Separacja od rodziców to pierwszy i najważniejszy krok na drodze do dojrzałości. To proces, który leży wyłącznie w twoich rękach. Nie licz na to, że rodzice się zmienią, to ty musisz się zmienić. Bez względu na wiek możesz to zrobić. Najważniejsze to zadać sobie pytanie, czy jesteś gotowa wziąć w pełni odpowiedzialność za swoje życie.

To wszystko przez rodziców

Kilka dni temu miałam symboliczny sen. Byłam w moim rodzinnym domu, sama. Nagle ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Przerażona zadzwoniłam do rodziców. – Tato, musisz mi pomóc, boję się – tłumaczyłam bliska łez. – Córeczko, jesteś już dorosła, musisz poradzić sobie sama – odpowiedział. Obudziłam się zlana potem. Nie rozumiałam, co się stało. Zawsze mogłam liczyć na rodziców, dlaczego tym razem nie chcieli mi pomóc? Dlaczego ojciec zostawił mnie samą, kiedy tak bardzo się bałam? Czy dorosłe dziecko nie może oczekiwać od rodziców pomocy?

Magda niedawno skończyła trzydziestkę i studia. Po drodze miała kilka falstartów: zmiana kierunku, zawalona sesja. Myśli o tym, żeby dalej się uczyć. Rodzice ją bardzo do tego zachęcają: „Stać nas, żeby cię utrzymywać. Ty tylko się ucz”. Sytuacja niezwykle komfortowa, ale…

– Mama ciągle grzebie w moich rzeczach, kontroluje moją komórkę, dopytuje, z kim się spotykam, każe wracać do domu przed północą – opowiada.

– Może powinnaś wyprowadzić się od rodziców i zacząć żyć na własny rachunek? – delikatnie sugeruję.

– Ale jak to? Albo studia, albo praca. Bez pomocy rodziców się nie utrzymam. Poza tym oni są szczęśliwi, że mogą mi pomóc.

No cóż, w życiu nic nie ma za darmo. Pomoc równa się oczekiwania i wymagania.

Rodzice Iwony, 45-letniej księgowej, zajmują się jej dziećmi. Mały jest chorowity, nie nadaje się do przedszkola, córeczka jest już w pierwszej klasie i nie lubi świetlicy. Obydwoje z mężem pracują. – Rodzice są na emeryturze i uwielbiają zajmować się wnukami. Tylko za bardzo wtrącają się w nasze życie. Mój mąż ma już tego dość – mówi Iwona na kolejnej sesji. – Może powinniście znaleźć opiekunkę do dzieci? – podpowiadam. – Mąż nie zgodzi się powierzyć dzieci obcej osobie.

No cóż, ten rządzi, kto ma (lub komu dajemy) władzę. Dziadkowie zwykle wychowują wnuki według własnego pomysłu, i mają do tego prawo.

Kasia (47 lat, kosmetyczka, tuż po rozwodzie) cierpi na kompulsywne objadanie się, od lat ma nadwagę. Diety, aktywność ruchowa, ograniczanie słodyczy – pomagają na krótko. – Do wizyty mamy – mówi Kasia. – Wpada do mnie przynajmniej raz w tygodniu i zapełnia mi lodówkę. A potem sprawdza, czy wszystko zjadłam. Jak ja mam się odchudzać? – Może powiedz jej, że sama będziesz dbać o swoje posiłki? – Żartuje pani?! Jak mam odmówić mojej mamie? Przecież ona ma chore serce.

U kobiet lęk przed opuszczeniem gniazda czy emocjonalną separacją od rodziców czasami przybiera postać anoreksji bądź właśnie kompulsywnego objadania się. W ten sposób realizują podświadome pragnienie pozostania małą dziewczynką, która może się schronić pod skrzydłami opiekuńczej mamy.

Dojrzałość to umiejętność powiedzenia rodzicom: „nie” tak, by to usłyszeli. To o wiele trudniejsze niż zwalanie całej winy na rodziców, narzekanie na ich nadopiekuńczość, despotyzm, szantaż czy manipulację chorobą, ale za to o wiele skuteczniejsze.

Syndrom zagraconego gniazda

Z badań wynika, że Polacy coraz później opuszczają rodzinne gniazdo albo po latach do niego wracają, czasami sami, innym razem z partnerem i dziećmi, bo jedno z nich traci pracę, albo mają dość wynajmowania, chcą pomieszkać kątem u rodziców i odłożyć na własne M. Nawet jeśli mieszkają osobno, to chętnie korzystają z pomocy materialnej: babcia płaci za szkołę wnuka, a dziadek dorzuca się do kredytu albo nowego samochodu. Taka pomoc tworzy zależność. Babcia ma pełne prawo, by znać efekty lokowania swoich pieniędzy, dziadek może chcieć mieć swoje zdanie w sprawie urządzenia mieszkania albo wyboru marki samochodu. W końcu za to płaci. Myślisz, że to niesprawiedliwe? Że gdyby rodzice byli mniej despotyczni, mniej nadopiekuńczy czy kontrolujący – to wasze relacje byłyby świetne? Przez lata obwiniano ojców i matki za wszystkie problemy dorosłych dzieci.

Przez mój gabinet przewinęło się całe mnóstwo pacjentów DDA, dzieci zaborczych albo odrzucających rodziców, małżeństw rozpadających się z powodu zbyt ingerujących teściów… Najgorsze było to, że pokrzywdzeni oczekiwali, że zmienię ich rodziców, ukarzę, obwinię sprawców i będę współczuć ich ofiarom. Teorie psychologiczne oscylowały od drobiazgowego analizowania urazów z dzieciństwa aż po zalecenia zerwania więzi z rodzicami. Efekty? Moim zdaniem niewielkie. Zmiana kogokolwiek bez jego zgody to iluzja. W większości przypadków rodzice moich pacjentów to cudowni ludzie, kochający i chcący dla swoich dzieci wszystkiego, co najlepsze.

Zdrowe relacje z rodzicami w dorosłym życiu oznaczają pełną samodzielność i odpowiedzialność. Jeśli nadal potrzebujesz od nich pieniędzy albo jakiejkolwiek innej pomocy, to trudniej jest ci mieć własne zdanie, kwestionować opinie i decyzje rodziców. Choć metrykalnie dorosła, nadal jesteś w jakiś sposób od nich zależna. A im bardzo często to również nie jest na rękę. Gdy dziecko opuszcza dom rodzinny po to, by założyć własną rodzinę, następuje weryfikacja jego więzi z rodzicami, a jednocześnie sprawdzian skuteczności i efektów procesu wychowawczego. Bezkonfliktowa separacja od rodziny to prawdziwe błogosławieństwo dla obydwu stron. Poza nielicznymi wyjątkami, nawet najbardziej zaborcza matka, kiedy widzi, że jej córka bądź syn świetnie sobie radzi, czuje się szczęśliwa i, po okresie buntu i cierpienia z powodu „odstawienia od piersi”, zaczyna odnajdować się w roli niezależnej matki dorosłego dziecka. W świecie ptaków pisklę samo podejmuje decyzję o wyfrunięciu z gniazda. Te bardziej oporne są na siłę wypychane przez rodziców. Na szczęście w świecie ludzi „przeterminowane dzieciaki” coraz częściej piętnowane są mianem wygodnickich leserów, którym nieśpieszno do dorosłego życia, i nikt ich nie żałuje.

Przypomnij sobie, co czułaś, kiedy pojawiłaś się w domu rodzinnym pierwszy raz po wyprowadzce i okazało się, że twój dziecięcy pokoik został całkowicie przemeblowany: zniknęły pluszaki i plakaty ze ścian, a w miejsce twojego łóżka stanął stół i komputer ojca? Zabolało?

Dorosłe córki rodziców

W momencie narodzin, kiedy położna przecięła pępowinę łączącą cię z matką, stałaś się niezależną istotą. Ale nadal łączy was pępowina emocjonalna i więź rodzinnej lojalności. Jednak więź to nie więzy, czyli emocjonalne kajdany, które sprawiają, że pomimo wieku nadal masz być dzieckiem w pełni uzależnionym od rodziców. To ty musisz dać sygnał do zmiany relacji. Może pora już popatrzeć na rodziców oczami osoby dorosłej, a nie skrzywdzonego, pełnego pretensji dziecka? Zamiast koncentrować się na „tych złych” zachowaniach rodziców, pomyśl, jaki czerpiesz zysk z tego, że dajesz im przestrzeń na to, by traktowali cię jak małe dziecko.

Jeśli chcesz zmienić wasze relacje, zacznij od ograniczenia pomocy rodziców. Pokaż im – a przede wszystkim samej sobie – że potrafisz w życiu radzić sobie sama. Rozpocznij proces zamykania drzwi do dziecięcego pokoju. Rodzice dali ci życie i byli najlepszymi rodzicami, jakimi potrafili być. Dali ci to, co byli w stanie dać, chcą dla ciebie jak najlepiej, ale ich rola już się skończyła. Zaakceptuj ich takimi, jacy są, oni prawdopodobnie już się nie zmienią. Przestań obciążać ich swoimi problemami, nie angażuj ich w swoje życie. Dziel się z nimi radościami, ale smutki i kłopoty zachowaj dla siebie.

Pamiętaj, że nie jesteś dłużnikiem swoich rodziców, swój „dług” spłacisz, wychowując własne dzieci.
Proces dojrzałego odchodzenia od rodziców wymaga czasu. Jeśli rzeczywiście jesteś gotowa, by stanąć na własnych nogach, rodzice w końcu usłyszą twoje „nie”.

  1. Psychologia

Odciąć emocjonalną pępowinę, czyli jak uwolnić się z toksycznej relacji z rodzicami?


Jednym ze sposobów wyrażenia emocji do jednego z rodziców oraz trzymanej w sercu urazy jest napisanie listu. (Fot. iStock)
Jednym ze sposobów wyrażenia emocji do jednego z rodziców oraz trzymanej w sercu urazy jest napisanie listu. (Fot. iStock)
Relacja z rodzicami jest szczególna, bo na całe życie. Zdrowa opiera się na obustronnym szacunku i wolności, a toksyczna na obustronnym uzależnieniu, które powoduje, że nie możemy żyć swoim życiem. Jak się uwolnić?

Zadaj sobie pytania

Sprawdź, czy twoja relacja z rodzicami oparta jest na zdrowych więzach, czy na toksycznym uzależnieniu. 1. Czy podejmując ważną decyzję życiową, zawsze kierujesz się zdaniem rodziców lub któregoś z nich? 2. Czy po kłótni z rodzicami nie możesz dojść do siebie przez wiele godzin, roztrząsasz każdą ich wypowiedź? 3. Czy zdarzyło ci się zerwać relację z kimś, tylko dlatego że twój partner nie był akceptowany przez rodziców? 4. Czy pozwalasz na to, aby któreś z rodziców wypytywało cię o wszystko, wpływało na wystrój twojego mieszkania, twój sposób ubierania, rodzaj jedzenia…? 5. Czy zawsze przeżywasz silne stany emocjonalne jednego z rodziców w taki sposób, że sama zaczynasz czuć się podobnie (np. bardzo smutna, zezłoszczona)? 6. Czy mówisz sama do siebie w taki sposób, jak mówi zwykle mama lub tata? 7. Czy nie wyobrażasz sobie, abyś mogła mieszkać w innym kraju z powodu rozłąki z rodzicami? 8. Czy zdarza ci się często mówić do swojego partnera: „tata zrobiłby to inaczej” albo: „poradź się mojej mamy”?

Większość odpowiedzi „tak” sugeruje, że twoja relacja z rodzicami jest bardzo silna i ogranicza twoją wolność.

Przetnij pępowinę

Usiądź wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie stojących naprzeciwko ciebie rodziców. Po lewej stronie stoi twoja mama, a po prawej tata. 1. Zadaj swojemu ciału pytania: Czy łączy mnie emocjonalna pępowina z którymś z rodziców, a może z obojgiem z nich? Spróbuj wyobrazić sobie tę pępowinę. W jakim miejscu w moim ciele łączy mnie z mamą, tatą lub z obojgiem rodziców (rozwidla się na dwie części)? W jaki sposób obecność tej pępowiny wpływa na moje życie? Czego nie mogę robić i kim nie mogę być, będąc w takim połączeniu z moimi rodzicami lub jednym z nich? I najważniejsze: Czy jestem gotowa na przecięcie pępowiny? 2. Jeśli tak, wyobraź sobie, że przez tę pępowinę wysyłasz rodzicom podziękowanie za dar życia i otwierasz się na przyjęcie swoistego błogosławieństwa na dalszą drogę. Teraz wyobraź sobie, że przecinasz pępowinę dokładnie pośrodku. W miejscu, w którym łączyła cię z rodzicami, zwizualizuj białozłote światło. Zobacz je również u swoich rodziców. 3. Powiedz do nich w myślach lub na głos: „Wybieram miłość, wolność i szacunek w naszej relacji”. Pozwól, aby obraz rodziców rozpłynął się. Powróć do „tu i teraz”.

Powiedz im to, co trudne

Urazy do rodziców zawsze odbijają się na naszych związkach uczuciowych, projektujemy bowiem na partnera obraz jednego z rodziców (w zależności od tego, do którego nasz partner jest psychologicznie podobny). Aby poprawić relację z partnerem, warto uzdrowić relację z rodzicami. W tym ćwiczeniu masz okazję do podzielenia się z rodzicami tym, czego nigdy im nie powiedziałaś (np. sekretem z dzieciństwa, słowami rozczarowania tym, jak się kiedyś wobec ciebie zachowali). Zrobisz to w bezpiecznych warunkach twórczej wizualizacji.

1. Przygotuj dwa krzesła i ustaw je naprzeciwko siebie. Usiądź na jednym z nich. Wyobraź sobie, że na drugim siada ten rodzic, z którym zdecydowałaś się teraz pracować.

2. Daj sobie czas na oswojenie się z "obecnością" rodzica. Mimo że jest to twoja praca wyobrażeniowa, twoje ciało, serce i umysł zareagują w swoisty sposób na to wyobrażenie.

3. Zapytaj siebie, co jesteś gotowa powiedzieć mamie lub tacie. Zdanie możesz rozpocząć np. od słów: "Mamo (tato), zawsze chciałam ci powiedzieć, że...", "Nigdy ci tego nie mówiłam, ale...", "Chcę ci powiedzieć, że...". Zaobserwuj, co się dzieje w twoim ciele, kiedy to wszystko mówisz.

4. Na koniec możesz powiedzieć: "Dziękuję ci za wysłuchanie". Wyobraź sobie, że wyobrażona postać znika, a na jej miejsce pojawia się drugi rodzic, jeśli również z nim chcesz pracować. Powtórz punkty: 2,3,4.

Uwaga: Może się zdarzyć, że po wykonaniu tego ćwiczenia poczujesz potrzebę powiedzenia tych słów w realu. Daj sobie jednak chwilę na asymilację pracy, jaką wykonałaś, zanim podejmiesz kroki w świecie realnym.

Pomyśl, czego dobrego nauczyłaś się od rodziców

Skieruj uwagę na wszystko, co jest konstruktywne w twojej relacji z rodzicami. Czego dobrego się od nich nauczyłaś? Skup się zarówno na poważnych cechach (np. nauczyłam się wytrwałości, uczciwości itp.), jak i detalach (np. nauczyłam się gotować, utrzymywać porządek).

1. Weź kartkę papieru i przedziel ją pionową linią.

2. W kolumnie po lewej stronie napisz: "Wszystko, co pozytywne, czego nauczyłam się od mojej mamy i dzięki relacji z nią".

3. W kolumnie po prawej stronie napisz: "Wszystko co pozytywne, czego nauczyłam się od taty i dzięki relacji z nim".

4. Pisz strumieniem świadomości, czyli bez analizy krytycznego umysłu, wszystko co ci się pojawi w pamięci.

Wyraź swoje emocje w liście

Jednym ze sposobów wyrażenia emocji do jednego z rodziców oraz trzymanej w sercu urazy jest napisanie listu.

1. Przygotuj kartkę papieru i coś do pisania, możesz również użyć papeterii i włożyć później list do koperty.

2. Przywołaj obraz rodzica, do którego kierujesz swój list. Daj sobie chwilę.

3. Następnie zacznij pisać strumieniem świadomości, czyli bez kontroli umysłu logicznego, wszystko to, co się przejawi: pisz o emocjach, o tym, co cię najbardziej zabolało, co cię nadal boli i smuci w tej relacji. Pozwól płynąć słowom, a wraz z nimi emocjom w twoim ciele.

4. Po dłuższej chwili zapytaj siebie, czy jesteś gotowa wybaczyć rodzicowi to, co zrobił bądź jak się zachowywał. Jeśli wyraźnie poczujesz gotowość do wybaczenia w ciele, umyśle i sercu - napisz te słowa do rodzica.

5. Powtórz tę samą pracę z drugim rodzicem, pisząc na osobnej kartce. Na koniec sprawdź, czy jesteś w stanie napisać, że mu wybaczasz.

6. Listy możesz przechowywać w szufladzie i przeczytać raz jeszcze za jakiś czas. Możesz je również wyrzucić, wcześniej drąc na kawałeczki, albo rzeczywiście wysłać pocztą do rodziców lub jednego z nich. Pamiętaj, że ich reakcja może być inna, niż się spodziewasz. Zrób to zatem, jeśli naprawdę ugruntujesz się w swoich emocjach i nie będziesz oczekiwała od rodziców pełnego zrozumienia.