Zasady męskich kręgów

Mężczyźni spotykają się w kręgach od niepamiętnych czasów. (fot. iStock)

Mężczyźni siadali w nich od niepamiętnych czasów. W ten sposób w gronie dziadków, ojców i wujków dorastający chłopcy odkrywali swoją tożsamość. Dziś jako dorośli mogą to zrobić w coraz bardziej popularnych grupach wsparcia, nazywanych męskimi kręgami. Jak takie spotkania zmieniają uczestników, opowiada psychoterapeuta i facylitator pracy grupowej Robert Palusiński.

O czym rozmawiają mężczyźni, kiedy spotykają się w męskim kręgu? O kobietach?
O nich też, ale głównie o sobie.

I co o sobie mówią?
Kiedy już trochę w takim kręgu się pospotykają i sobie zaufają, to mówią, że się boją.

Czego najbardziej?
Że ich strach wyjdzie na jaw. Życie mężczyzn jest w dużej mierze motywowane strachem. Przed tym, czy osiągną tak zwany sukces, a gdy już go osiągną, to przed upadkiem ze szczytu. Martwią się, czy dobrze wypadną albo czy nie mają za małego samochodu… Chodzi o porównywanie się. Ten strach jest nieuświadomiony. Najsilniej jednak dotyczy lęku przed przyznaniem się do strachu.

Z czego bierze się ta trudność w mówieniu o emocjach?
Mężczyźni nie mówią o emocjach, bo im nie wolno. To społeczny spisek polegający na tym, że mężczyźni nie płaczą, nie okazują trudnych emocji, są twardzi i cool. Okazywanie emocji i mówienie o nich jest mężczyznom kulturowo zakazane, nie wolno ich nawet doświadczać!

Męski krąg im to umożliwia?
Tak, bo tam inni faceci też to robią. Na kręgu mogą w bezpiecznej przestrzeni doświadczyć swoich emocji, przełamać ten niepisany zakaz, to tabu. Nie chodzi o to, żeby od razu zaczynali płakać, ale żeby zrozumieli, że wypieranie i tłumienie emocji jest w naszej kulturze masowo wspierane – zarówno przez innych mężczyzn, jak i przez kobiety. Przyjęło się, że tak należy robić. Mężczyzn obowiązuje tajemnica niedzielenia się tym, co mają w środku. Co więcej, nikt ich nie uczy przeżywać, wyrażać i doświadczać emocji. Po dłuższym czasie to tłumienie obraca się przeciwko nim, na poziomie organicznym w postaci schorzeń psychosomatycznych, na zewnątrz – wybuchów wściekłości, szału. W tym leży przyczyna większości wojen.

Jeśli sobie tak w kręgu pogadają, to przestaną prowadzić wojny?
Być może. Niestety, dopóki nie doświadczą bólu, cierpienia, smutku, żałoby, straty i wściekłości na tego, kto ich zranił, dopóty nie będą mogli nic z tym zranieniem zrobić. A więc tak długo, jak ten zakaz funkcjonuje, to zranienie jest nieuleczalne. Ujawnienie każdego głęboko skrywanego sekretu leczy kawałek duszy. Chociaż kręgi nie są publicznymi spowiedziami, faktycznie działają terapeutycznie, przypominają trochę grupy wsparcia.

Czego najczęściej dotyczą te zranienia?
Ważnym motywem jest brak ojca i tęsknota za nim. Ojcowie są często nieobecni w życiu chłopców, w związku z tym młody mężczyzna nie doświadcza męskiego wzorca. Brakuje mu punktu odniesienia, choćby takiego, jaki czasem pełniła starszyzna plemienna. Co gorsza, nie ma szans na znalezienie takiego ojca w wieku dorosłym. Jedyne, co może zrobić, to odnaleźć go w sobie poprzez introspekcję i pracę terapeutyczną. Nie ma co liczyć na to, że pojawi się rada starszych, która będzie wszystkim ojcować.

Jedna sprawa, to kiedy ojciec jest nieobecny, druga, kiedy jest obecny, ale krzywdzi syna. Dlaczego wielu ojców nie nawiązuje dobrych relacji z własnymi synami?
Ci, którzy tego nie robią, sami są zranionymi synami, którzy nie uleczyli swojej rany, w związku z tym ranią swoich synów. W sposób nieświadomy powielają wzorzec. Brakuje im przestrzeni na refleksję, która byłaby początkiem ewentualnej zmiany, czyli uświadomienia sobie, że robię tak samo jak mój ojciec. Albo dokładnie odwrotnie, ale nadal jest to związane z tym wypaczonym wzorcem ojca, bo nie potrafię od tego odniesienia odejść.

Taki zakleszczony emocjonalnie mężczyzna…
…ma w sobie wściekłość, która narosła w dzieciństwie w wyniku nadużyć czy zranień. Większość naszych reakcji emocjonalnych, takich jak złość, gniew i wściekłość, dotyczy naszej przeszłości, która uaktywnia się w jakiejś przypominającej ją sytuacji. Odreagowywana jest często na bogu czy bogini ducha winnych osobach. Wtedy aktywizuje się określony kompleks z reakcjami i, jak powiedzieliby jungiści, już nie człowiek reaguje, a zmieniony stan świadomości, jego kompleks.

Mężczyźni obawiają się tej własnej wściekłości. A przecież przyjęcie trudnych emocji nie oznacza, że komuś zrobimy krzywdę.

To, że czasem mam fantazje, że kogoś bym udusił, i jestem wściekły, wcale nie znaczy, że pójdę i rzeczywiście to zrobię. Wręcz przeciwnie, kiedy wiem, że mam takie mordercze instynkty, mogę je świadomie przekierować i na przykład porąbać drewno czy porozrywać kartonowe pudła, żeby poczuć i wyrazić tę energię. Dzięki temu nie zrobię nic głupiego. Większość zbrodni w afekcie bierze się właśnie ze stłumionych emocji.

U kobiet jest inaczej?
Kobiety w swoim towarzystwie pozwalają sobie na o wiele więcej niż faceci w męskim gronie. Potraficie o czymś, co was trapi, pogadać nawet na placu zabaw czy kiedy odprowadzacie dzieci do przedszkola. My tak nie mamy. Przychodzimy do przedszkola, witamy się, zmieniamy dzieciakom buty, porozmawiamy chwilę o pogodzie i ruszamy dalej. Mężczyźni, być może nawet w większym stopniu niż kobiety, są wtłaczani w pewne dość ograniczone role społeczne i związane z nimi oczekiwania. Obowiązuje ich sztywny scenariusz. Od najmłodszych lat są warunkowani do tego, żeby posiąść jakąś wiedzę albo umiejętności w celu zdobycia pracy, która będzie przynosić pieniądze. Wtedy z kolei będą w roli kogoś, kto zapewnia byt rodzinie, bo oczekuje się, że założą rodzinę, będą mieć dzieci i tak dalej. Tak to wygląda, odkąd idą do szkoły aż po emeryturę albo i dłużej. Kiedy mężczyzna orientuje się, że role, w które wszedł albo w które go mniej lub bardziej celowo jeszcze w dzieciństwie wtłoczono, już mu nie pasują, zaczyna się wielki wewnętrzny konflikt. Jeśli stwierdzi, że w zasadzie on chciałby robić coś zupełnie innego, być kim innym, jest tym ogromnie zestresowany i wkurzony, bo robi coś, czego nie chce, ale nie bardzo jeszcze wie, co innego chciałby i mógłby robić. A dodatkowo nie dzieli się z nikim takim odkryciem.

Nawet z przyjaciółmi?
Niech pani spyta dziesięciu dorosłych mężczyzn, czy mają jednego albo dwóch prawdziwie bliskich przyjaciół, z którymi mogą wypić kawę czy herbatę i naprawdę szczerze pogadać o swoich problemach osobistych. Zgodnie z moim doświadczeniem, jeśli 30 proc. odpowie twierdząco, będzie to dość optymistyczna kalkulacja. Teoretycznie, kiedy mężczyźni, którzy są ze sobą dość blisko, idą na piwo, mają szansę na omówienie głębszych tematów. Zazwyczaj jednak kończy się na opowiadaniu dowcipów, rozmowach o kobietach, sporcie czy polityce. Chodzi o to ciągłe porównywanie się i rywalizację, bo a nuż któryś okaże się słabszy czy gorszy. Z tym, że człowiek się otwiera, wiąże się obawa przed odrzuceniem, a nawet wykluczeniem. Na kręgu oczywiście nie ma reguły, że poruszamy tylko nasze najgłębsze problemy. To nie tak, że wszyscy płaczą i poklepują się po ramieniu albo odwrotnie – wykrzykują wojownicze hasła, trenują wewnętrzną moc.

Proszę zatem powiedzieć, jak to wygląda.
Zebrani mężczyźni siadają w kręgu, często wokół ognia, np. w postaci świecy. Wszyscy się widzą, nikt nie siedzi do nikogo plecami. W filmie „Avatar” tamtejsi ludzie z ogonami na powitanie zamiast: „dzień dobry” mówili: „widzę cię”. Takie widzenie kogoś jako podmiotu, dostrzeżenie jego pełnej istoty, danie mu uważności często ma w kręgu miejsce. Ideą jest dbanie o to, aby każdy mógł zabrać głos. Z tradycji Indian Ameryki Północnej zaczerpnęliśmy zasadę, że ten, kto akurat trzyma tak zwany gadający przedmiot – patyk, kamyk, muszlę, cokolwiek – ma prawo głosu, pozostali słuchają, obdarzając go uwagą. Nikt nikogo nie pospiesza i nie przerywa. Chodzi o to, abyśmy mogli się zobaczyć i usłyszeć na poziomie bezinteresownym, podmiotowym, głęboko ludzkim. To właśnie owa bezinteresowność odróżnia krąg od wielu innych spotkań, to coś innego niż biznesowy meeting czy wyjazd na ryby. Zwykły męski wypad może mieć znamiona kręgu, ale rzadko się tak dzieje, bo zazwyczaj brakuje uważnego słuchania czy poczucia bezpieczeństwa.

Siadamy, pan trzyma patyk i co dalej?
Mówię, co mam do powiedzenia w danym momencie. Nie chodzi o to, żeby mówić coś mądrego, z trzewi, to nie musi być mocne. Bo jeśli ktoś nie ma dostępu do serca, to jak ma z niego mówić? Ale takie mówienie po kolei powoduje, że każda kolejna rundka sięga coraz głębiej, buduje się poczucie zaufania i bezpieczeństwa. Ważne, żeby nie opowiadać na zewnątrz, co się w kręgu działo, o czym się rozmawiało.

fot. iStock

Wspomniał pan też o innych zasadach: nie krytykuj, nie oceniaj, nie radź, chyba że ktoś cię prosi o radę.
To takie ogólne ramy, bo jeśli osiągnęło się stan głębszego słuchania, nie przychodzi nawet do głowy pomysł, żeby to, co się słyszy, jakoś oceniać czy omawiać. Często opowiadam o tradycjach zaczerpniętych z przedagrarnych kultur, m.in. o australijskich Aborygenach, których bardzo cenię. To najdłuższa cywilizacja, która trwa w podobnej formie 70 tys. lat. Przetrwała tak długo m.in. dlatego, że Aborygeni potrafili słuchać siebie nawzajem i podkreślali równość. Z doświadczenia wiedzieli, że nie da się tworzyć grupy społecznej, w której ktoś kogoś wykorzystuje, ponieważ w dłuższej perspektywie doprowadzi to do jej rozpadu. Wykształcili coś, co nazywali głębokim słuchaniem – „pinakarri” w kulturze plemienia z Australii południowo-zachodniej, a „dadirri” u innego. Kiedy coś takiego zachodzi, nie trzeba mówić o ocenianiu. Jeśli pójdzie pani nad strumyk do lasu o zmroku, czyli kiedy mało widać, wyostrzy się pani słuch – wówczas cała będzie pani słuchaniem. To właśnie tego typu doświadczenie. Żeby naprawdę słyszeć, trzeba się otworzyć. W kręgach chodzi o to, aby uczyć się głęboko słuchać i na ile to możliwe, zmniejszać wewnętrzny głos komentujący. On komentuje na różne sposoby: krytykancko, doradczo, porównawczo.

Co jeszcze jest ważne?
Jedne kręgi mają gotowy scenariusz i ustalony z góry temat przewodni. W innych ktoś zaczyna mówić o tym, co dla niego ważne i w ten sposób zapoczątkowuje rundkę. Zazwyczaj są to cykliczne spotkania, odbywające się np. raz w miesiącu. Mogą mieć formę otwartą, to znaczy, że ogłasza się je np. w sieci i przychodzi, kto ma ochotę, albo zamkniętą, czyli zbiera się grupa mężczyzn, którzy spotykają się regularnie w tym samym składzie. Oczywiście mogą wspólnie zdecydować, że chcą przyjąć kogoś nowego. Za uczestnictwo w kręgu nie pobiera się pieniędzy, bo jeśli się to robi, to jest już raczej szkolenie czy warsztat, wówczas wyłania się jakiś lider, osoba prowadzącego, a to zaburza jedną z zasad – w kręgu wszyscy jesteśmy równi. Naturalna dynamika grupowa w kręgach też zachodzi, bo zazwyczaj jest ktoś, kto je inicjuje, ale nie ma to charakteru nauczyciel–uczniowie.

Skąd u nas ta tradycja?
Tradycja współczesnych kręgów związana jest z Indianami Ameryki Północnej. Do Polski przywędrowała w połowie lat 90. wraz z tymi, którzy sami pobierali nauki od Indian, na początku obejmowała głównie tak zwane kręgi rozwojowe. Dziś, poza tym, że w kręgach spotykają się kobiety i mężczyźni, żeby pogadać, z potrzeby zwolnienia tempa, odnalezienia poczucia zakorzenienia, wykorzystuje się je również jako metodę pracy w grupie, w różnych dziedzinach. Sam wprowadziłem metodę zarządzania projektami, nawiązującą do tradycji aborygeńskiej, opartą na niekrytycznym dzieleniu się pomysłami w kręgu.

A co przebywanie w takim kręgu daje uczestnikom?
Słuchając kogoś innego, zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy sami i odmienni z naszymi problemami i uczuciami. Polega to na uwspólnieniu pewnych doświadczeń, czego mężczyźni w niektórych sferach życia, siłą rzeczy, nie zrealizują z kobietami, bo te mają inne doświadczenia.

O tym, czym jest męskość, też tu się rozmawia?
No pewnie, i to dużo, ale odpowiedź jest bardzo indywidualna, nie ma jednego wzorca. Kiedyś byłem na europejskim zlocie męskich kręgów w Holandii. Interpretacja męskości, jaka się nam wyłoniła, polegała na tym, aby mieć kontakt z emocjami, jednocześnie będąc skonsolidowanym jak góra, zawsze gotowym do działania i mówienia swojej prawdy. Bez konformizmu i kompromisów – nie żeby coś wymuszać na otoczeniu, ale na tyle mocno być zakorzenionym w tym, co dla nas prawdziwe, by zawsze to wypowiedzieć, bez względu na okoliczności. Czyli jeśli w pracy szef zachowuje się niefajnie w stosunku do mnie i innych, to przy wszystkich wstanę i powiem: „Słuchaj, robisz chamówę. Natychmiast przestań. W innym wypadku użyję wszelkich dostępnych mi prawnie środków, żeby to ukrócić”. Nie oznacza to oczywiście, że każdy musi być prawy i sprawiedliwy, ale żeby w miarę swoich możliwości i w ramach swojego doświadczenia być autentycznym. Doświadczać emocji, ale nie pozwalać, aby nas zalały. Zresztą, kiedy jesteśmy mocno ugruntowani, to się w ogóle nie ma szansy wydarzyć.

To inny wzorzec męskości niż powszechnie obowiązujący kult macho.
Tak. W kręgu jest przestrzeń, żeby bez posądzenia o podtekst seksualny objąć się, przytulić, a nawet popłakać w ramionach innego faceta. Na początku dla kogoś, kto wcześniej nie miał takiego doświadczenia, to nie do pomyślenia. Zdarza się jednak, że uczestnicy przenoszą takie reakcje także poza krąg. I to jest wielki rozwój.

Jak do takiego kręgu trafić?
Kręgi odbywają się w różnych miastach, przede wszystkim dużych. Niestety, dość ciężko je znaleźć, bo rzadko ogłaszają się publicznie. Mimo to warto szukać w sieci. Krąg można też stworzyć samemu, nie trzeba być psychoterapeutą. Prawdziwy krąg nie potrzebuje prowadzącego, sam się animuje, jest autonomiczny. Wystarczy zwołać facetów, którzy są zainteresowani, ustalić wspólnie zasady, czas i miejsce spotkań, i po prostu gadać.