Zdrowe podejście do pieniędzy

Zdrowe podejście do pieniędzy

W dobie niestabilnego kursu franka i niepewności zatrudnienia rewidujemy nasze podejście do finansów. Czy lepiej odkładać na czarną godzinę, aby nic w życiu nas nie zaskoczyło, czy cieszyć się chwilą, wydawać, póki mamy? Z eksperckiego punktu widzenia sytuację ocenia psycholog Agata Gąsiorowska.
Od czego zależy nasze podejście do pieniędzy?

Przede wszystkim to podejście można rozumieć dwojako. Po pierwsze jako sposób, w jaki zarządzamy pieniędzmi, czyli jak spinamy początek miesiąca z końcem, czy potrafimy oszczędzać, czy podchodzimy do wydatków w sposób planowany, czy raczej pieniądze się nas nie trzymają. Drugi aspekt to kwestia tego, jakiego rodzaju emocje budzą w nas pieniądze. Z psychologicznego punktu widzenia zarówno ci, którzy pieniądze kochają, jak i ci, którzy ich nienawidzą, niewiele się od siebie różnią. To są dwie strony tego samego medalu – obie grupy charakteryzuje silne emocjonalne podejście do pieniędzy.

Jaki wpływ na nasze postrzeganie pieniędzy ma wychowanie oraz przekonania wyniesione z domu?

W jednym z moich badań sprawdzałam, czy postawy wobec pieniędzy u młodych, 20-letnich ludzi są analogiczne do postaw ich rodziców. Okazało się, że jest silna korelacja, zwłaszcza z postawami matek. Przy czym na dzieci oddziałuje nie tylko świadomie przekazywana wiedza, ale też zachowania, które obserwują w domu. I jeżeli np. dziecko widzi, że rodzice często kłócą się o pieniądze, o to, kto za dużo wydał, a kto za mało zarabia, albo zakazuje mu się dotykania portfela, jako czegoś nie dla dzieci, to najprostszym wnioskiem jest to, że pieniądze są czymś niesamowicie ważnym. Natomiast jeżeli rodzice rozmawiają o nich jako o czymś zupełnie neutralnym, czymś, czym trzeba zarządzać, a nie czymś, co decyduje, jakimi jesteśmy ludźmi – to jest mało prawdopodobne, że dzieci przyjmą emocjonalną postawę.

A czy wydawanie pieniędzy może być sposobem na radzenie sobie z trudnymi emocjami?

ZAMÓW

E-WYDANIE

Sam akt wydawania, szczególnie jeśli posługujemy się gotówką, a nie kartą płatniczą, jest raczej źródłem trudnych emocji, a nie panaceum na nie. Jak wynika z przeprowadzonych w latach 90. badań dwóch badaczy, Preleca i Loewensteina, w momencie płacenia gotówką ludzie odczuwają tzw. ból płacenia (ang. pain of paying) wynikający z negatywnych emocji związanych z koniecznością rozstania się z pieniędzmi.

W przypadku zakupów na poprawę humoru chodzi raczej albo o sam moment nabywania nowych produktów, albo o moment tuż przed – kiedy już wiemy, że za chwilę dana rzecz będzie nasza. Osoby, które mają problemy związane z niską samooceną, wysoki poziom lęku, poczucie nieradzenia sobie w życiu, niekiedy próbują odrestaurować dobre samopoczucie za pomocą kupowania różnych rzeczy – i w tym przypadku mówimy o zjawisku kupowania kompulsywnego. Co ciekawe, nie chodzi tu o kupowanie jakichkolwiek rzeczy, ale takich, które – w mniemaniu tych osób – mają wpłynąć na polepszenie ich wizerunku w oczach innych. I tak kobiety z reguły kupują kompulsywnie ubrania i kosmetyki, związane z ich pozytywnym wizerunkiem jako młodych i atrakcyjnych, a mężczyźni sięgają po gadżety elektroniczne czy sprzęt do majsterkowania, kojarzące się z wizerunkiem mężczyzny, jako sprawnego, kompetentnego, takiego, który sobie radzi.

Dlaczego jedni, mimo że zarabiają mało, są w stanie odłożyć co miesiąc, a innym pomimo sporych dochodów pieniądze przeciekają przez palce?

Ludzie pytani o to, dlaczego nie oszczędzają, zazwyczaj odpowiadają, że dlatego, że ich na to nie stać. Z drugiej strony, jeżeli popatrzymy na to, jak te same osoby zachowują się w momencie, kiedy muszą spiąć początek miesiąca z końcem, czyli kiedy oszczędzają nie po to, żeby coś odłożyć, ale po to, żeby budżet się domknął, to nagle okazuje się, że nawet dosyć niezamożni są w stanie coś odłożyć. Czyli nie chodzi tu tak naprawdę o wysokość zarobków. Najsilniejszym czynnikiem, który definiuje to, czy będziemy w stanie oszczędzać, jest umiejętność zachowania samokontroli, a więc nieuleganie pokusom i konsekwentne trwanie w postanowieniu. I z tego punktu widzenia oszczędzanie niczym się nie różni od bycia na diecie albo rzucania papierosów.

Pomaga chyba uświadomienie sobie, szczególnie dzisiaj, w dobie umów śmieciowych i niepewności zatrudnienia, że jeżeli nie będziemy mieli żadnych oszczędności, to możemy zostać na lodzie.

No tak, z tym że na ogół bardziej myślimy w kategoriach tego, co jest tu i teraz, przyszłość wydaje nam się czymś odległym. Wolimy od razu skonsumować zarobione pieniądze niż odkładać tę konsumpcję w bliżej nieokreślonym czasie, tym bardziej że nie wiadomo, jaka czeka nas przyszłość. I z tego też płynie jeden bardzo ważny wniosek – ludziom łatwiej jest oszczędzać wtedy, gdy mają wyznaczony konkretny cel. Czyli jeżeli ja sobie powiem, że chcę do wakacji zaoszczędzić 500 zł po to, żeby móc wykupić sobie np. pobyt w lepszym hotelu, albo że zbieram na remont czy na meble, to jest to konkretny cel. Natomiast w sytuacji kiedy oszczędzamy, żeby mieć na czarną godzinę, na emeryturę, na poduszkę finansową, to jest to zbyt niedookreślone.

Jeżeli chcemy trochę odłożyć, ale nie określimy dokładnie, o jaką kwotę nam chodzi, będzie trudniej?

Zdecydowanie tak. Łatwiej jest oszczędzać, kiedy stosujemy zabiegi na wzmacnianie samokontroli. Dobrym sposobem jest wykorzystanie metody oszczędzania działającej na zasadzie świnki skarbonki – czyli założenie na swoje środki „blokady”, której przedwczesne zerwanie będzie się wiązało z poczuciem straty, jak w przypadku rozbicia świnki. To może być np. konto oszczędnościowe, z którego można wypłacić pieniądze tylko raz na miesiąc, albo z którego wypłaty są obwarowane prowizją bankową. Innym sposobem jest wykorzystanie takich form oszczędzania, gdzie podpisujemy umowę ze spółką finansową, że będziemy odkładać co miesiąc pewną określoną kwotę, i nie możemy wycofać środków np. przed upływem 5 czy 10 lat, bo jeśli to zrobimy, to zapłacimy karę.

Czego mogą nas nauczyć obecne problemy z nagłym skokiem franka szwajcarskiego?

Jakkolwiek ten skok był nagły, to nie można uznać, że zadziało się coś, co się zadziać nie mogło. Bank centralny w Szwajcarii podjął decyzję, której skutkiem było uwolnienie kursu franka, wcześniej sztucznie utrzymywanego na niskim poziomie do kursu euro i do dolara. Powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że może się zdarzyć taka sytuacja. Problem jednak, że wielu Polakom brakuje wiedzy ekonomicznej. Dodatkowo sytuacja, w której bierzemy kredyt na mieszkanie, niezależnie od tego, czy w obcej walucie, czy w złotówkach, bardzo angażuje nas emocjonalnie. Dochodzą do głosu pragnienia, włącza się mechanizm tzw. heurystyki symulacji – wyobrażamy sobie, jak super będzie się nam w tym upragnionym domu mieszkało, wizualizujemy go sobie – i to często przysłania nam racjonalne myślenie. Trzeba także pamiętać, że w przypadku kredytów walutowych nie jesteśmy w stanie oszacować, jak w przyszłości będzie się zmieniać kurs waluty. Jedyne, co możemy zrobić, to sprawdzić, jak się zmieniał do tej pory, i głęboko wierzyć, że tak będzie np. przez najbliższe 30 lat. A przecież takie myślenie jest dość naiwne. Niemniej jednak sporo osób dało się mu zwieść.

Dlaczego ludzie dali się złapać w tę pułapkę?

Jak poczyta się teraz wypowiedzi frankowiczów na forach internetowych czy w gazetach, to przewija się tam wątek doradców finansowych, którzy zapewniali, że frank jest stabilną walutą i jego kurs nie będzie się zmieniał, a przecież taka opinia to jak wróżenie z fusów. Rodzi się więc pytanie: dlaczego klienci tak bezkrytycznie ufali doradcom? Od pewnego czasu wraz z prof. Tomaszem Zaleśkiewiczem prowadzimy badania na temat tego, na jakiej podstawie ludzie oceniają doradców kredytowych jako godnych zaufania. Wyłania się z nich jeden wniosek: szukamy takiego doradcy, który powie nam to, co chcemy usłyszeć, bo nie pozwalamy, żeby nas coś hamowało na drodze do nowego pięknego domu.

Mam wrażenie, że temat pieniędzy jest dla wielu osób niewygodny. Dlaczego?

Dlatego, że żyjemy w kraju o tradycjach głęboko katolickich i jednak ma to wpływ na całą naszą kulturę. No a „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. Cytatów z Biblii, które deprecjonują pieniądze i to, że ludzie się na nich skupiają, można wynaleźć wiele. W takich krajach jak np. Holandia, które nie mają tradycji katolickich, ale protestanckie; gdzie im więcej się zarabia, tym lepiej to świadczy o człowieku – ludzie nie mają większych problemów z rozmawianiem o pieniądzach.

A co możemy robić, aby przełamać te blokujące nas schematy myślowe?

Sądzę, że najważniejsze to uświadomić sobie, że pieniądze nie są najważniejsze. Nasze życie jest po to, żebyśmy byli szczęśliwi i dawali innym szczęście. Większość badań z psychologii pozytywnej pokazuje, że to, co najbardziej cieszy, to wcale nie status materialny, tylko dobre relacje z ludźmi. Jeżeli uwierzymy, że nasze poczucie życiowej satysfakcji jest uzależnione od tego, co mamy i ile zarabiamy, to nie zaprowadzi nas to na dobrą drogę. Co więcej, z badań wynika, że wydawanie pieniędzy na rzecz innych ludzi bardziej przekłada się na nasze szczęście, niż wtedy gdy te same pieniądze wydajemy na własne potrzeby.

Dr Agata Gąsiorowska psycholog ekonomiczny z wrocławskiego wydziału SWPS. Naukowo zajmuje się zachowaniami konsumenckimi, psychologicznymi funkcjami pieniędzy i bezrefleksyjnym kupowaniem.

ZAMÓW

E-WYDANIE
?>