Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką

Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką
fot.123rf

„Gdzie twoja godność, córko? Kim jest kobieta bez dziecka?” – pytała moja matka. Czułam, że ją zawiodłam – opowiada 42-letnia Sylwia, malarka.
Byłam szczęśliwą dziewczyną. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem, cieszyliśmy się sobą, życiem i naturą. Dużo podróżowaliśmy, poszukując inspiracji – mąż do architektonicznych projektów, ja do swoich obrazów. Rozstawiałam sztalugi, gdzie to tylko było możliwe, i malowałam. Tak beztrosko płynęliśmy przez pierwsze lata małżeństwa.

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, zaczęliśmy się starać o dziecko. Choć regularnie miesiączkowałam i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, nie mogłam zajść w ciążę. Oboje poddaliśmy się szczegółowym badaniom, ale nie wykryto żadnej przyczyny – z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mieli dziecko. Nie pomogła też terapia hormonalna. Zaczęłam próbować różnych form psychoterapeutycznych, uczęszczałam do laboratorium psychoedukacji, jeździłam na warsztaty rozwoju. A mój zegar biologiczny nieubłaganie wskazywał lat 36, 37, 38…

Ostatni dzwonek!

Rodziła się we mnie gotowość do wejścia w terapię indywidualną. Czułam potrzebę spotkań z terapeutą, który zajmie się wyłącznie mną i problemem mojej bezpłodności. Chciałam zobaczyć swój cień, nazwać wszelkie mroki w sobie, choć zdawałam sobie sprawę, że to może być droga długa i bardzo trudna.

Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Pomogła mojej przyjaciółce, słyszałam o niej dużo dobrego. Zastanawiałam się, czy to jest osoba, którą potrafiłabym prywatnie polubić? Nie cenić, bo nie chodziło mi tylko o profesjonalizm, ale właśnie polubić. To było dla mnie ważne, wiedziałam, że inaczej szybko wezmę nogi za pas.

Ale polubiłam tę kobietę już podczas pierwszej sesji: serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru… nie jakaś guru, tylko taka z krwi i kości. Matka trójki dzieci.

Terapia trwała dwa lata i była bardzo intensywna: jedna lub dwie sesje w tygodniu, każda po prawie dwie godziny. Nie miałam pojęcia, jaką metodą mnie prowadzi, ale to nie było dla mnie istotne. Dziś wiem, że korzystała z bardzo wielu różnych metod terapeutycznych, m.in. technik NLP, metody ericsonowskiej i behawioralno-poznawczej. Ta ostatnia okazała się dla mnie kluczowa.

Jedna wielka ściema

Weszłam do gabinetu, usiadłam i powiedziałam, że przyszłam z problemem braku dziecka. Bardzo chciałabym je mieć i nie wiem, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Zbliżam się do 40., słyszę ostatni dzwonek…

Pierwsze zdanie terapeutki brzmiało: „Nie będziemy, Sylwio, pracować nad dzieckiem. Będziemy pracować nad tym, żebyś – bez względu na to, czy będziesz je miała, czy nie – była szczęśliwa. Czy to ci odpowiada?”. Poczułam ogromną ulgę. Boże, czy to znaczy, że wcale nie muszę mieć dziecka, by poczuć się szczęśliwa?

To był bardzo dobry trop. Terapeutka chciała się najpierw przekonać, czy moja rozpacz jest na pewno związana z tym, że nie mam dziecka. Badała, dlaczego tak strasznie chcę je mieć. Jaka energia za tym stoi. Bo mnie nie rozpierała zazdrość, że inne kobiety mają potomstwo, a ja nie. Nie ściskało w gardle na widok czyjegoś maleństwa, kompletnie nie…

Terapeutka pytała o sprawy bieżące, ale powoli wydobywała ze mnie to, co działo się w moim życiu wcześniej, sięgała coraz dalej w przeszłość. Dużo pracowałyśmy w wizualizacji. Wprowadzała mnie w stan relaksu, rozluźnienia, bym mogła łatwiej przywołać sytuacje, które działy się w przeszłości. Prosiła: „Wyobraź sobie, że w twoim sercu jest pokój, a w nim ty jako mała dziewczynka. Wchodzisz do tego pokoju i kontaktujesz się z nią. W jakim jest nastroju?”.

Moja wewnętrzna dziewczynka siedziała zawsze w ciemności, smutna, zalękniona… Wtedy obejmowałam świadomością to zrozpaczone, opuszczone dziecko, które nosiłam w sobie. Wzbudzało we mnie współczucie i zrozumienie, więc przygarniałam je do siebie – tę zaniedbaną część mnie.

Terapeutka badała, w jakich sytuacjach czułam się mocna, wolna, otwarta, zdolna się kimś zaopiekować, kreatywna, spełniona – bo taki aspekt też przecież we mnie był. Za pomocą technik NLP kontaktowałam się ze swoim potencjałem, a odwołując się do wspomnień, wzmacniałam go
– jak gdyby kotwiczyłam życiowe zasoby, zdolności i umiejętności. Chodziło o wydobycie, a następnie połączenie dwu części mnie – tej zaniedbanej i tej silnej – po to, by wzajemnie mogły się sobą zaopiekować. Dlaczego? Bo okazało się, że tak naprawdę to ja płaczę nie nad brakiem własnego potomka, ale nad sobą – kondycją swojego wewnętrznego dziecka. Moja rozpacz wynikała z potrzeby zatroszczenia się o siebie. Reszta to była jedna wielka ściema. Wcześniej wydawało mi się, że mam potężny potencjał: troski, czułości, uwagi, którym jako matka pragnę obdarować dziecko. A już po kilku sesjach wiedziałam, że ja tych uczuć nie mam dla samej siebie. Przez dwa lata terapii uczyłam się przede wszystkim opiekować swoją wewnętrzną dziewczynką.

Zawiodłaś mnie

Było we mnie dziecko – zranione, upokorzone, które przeszło w dzieciństwie przez prawdziwe piekło: ojciec alkoholik, przemoc fizyczna w domu, rozwód rodziców. A kluczowa w terapii okazała się relacja z matką.

Kiedy byłam dziewczynką, matka zajmowała się głównie mężem alkoholikiem, a ja czułam się samotna, opuszczona, wystraszona – nie wiedziałam, co się naprawdę dzieje. Dlaczego wciąż są w domu awantury, słychać krzyki matki, ojciec bije i ją, i mnie. Siedziałam skulona w ciemnym pokoju, przerażona. Na sesjach powracałam do sytuacji, które wbiły się w moją pamięć jako tragiczne. Terapeutka inscenizowała rodzaj psychodram, podczas których wydobywałam z pamięci najważniejsze osoby w swoim życiu. To były dla mnie bardzo trudne chwile, łzy lały się strumieniami. Ale mówiła, że muszę te traumy przepracować, by się od nich uwolnić.

Moje relacje z matką nie poprawiły się, kiedy wyszłam za mąż. Zaczęła napierać na mnie i powtarzać: „Kobieta musi mieć dziecko, bez niego nie jest kobietą”. Była bardzo religijna, więc wymyślała cuda, co muszę zrobić: „Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy i prosić Matkę Boską o dziecko. Albo przez pół roku przyjmować codziennie komunię świętą. To był swoisty mobbing. Mówiła: „Nie jesteś taka, jakbym chciała! Zawiodłaś mnie, haniebnie! Nie mogę pochwalić się wnukami, nie mam rodziny i jestem nieszczęśliwa”. Kiedy pytałam: „Mamo, dlaczego ty mi tak mówisz, przecież to mnie bardzo boli!? Nie mów tak”, odpowiadała: „Mogę ci powiedzieć wszystko, bo jestem twoją matką!”. A już kompletnie mnie ścięło, kiedy usłyszałam, że wybaczy mojemu ojcu całe zło, jeśli zajdę w ciążę.

Mój stan umysłu był taki: „Haniebnie zawiodłaś własną matkę, najbliższą osobę, tę która cię stworzyła. Przez ciebie nie może w pełni cieszyć się życiem”. To była motywacja do posiadania dziecka, dźwigałam ciężki bagaż.

To nie był mój dramat

Alice Miller – francuska psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej – pisze, że dziecko, które doznało w dzieciństwie przemocy, jest w gorszej sytuacji niż więzień obozu koncentracyjnego. Bo więzień miał towarzyszy, a dziecko, które doświadcza przemocy od obojga rodziców, jest kompletnie samo. Ja podczas terapii dogrzebałam się, dokopałam do tego swojego obozu koncentracyjnego, wyciągnęłam z niego tę zrozpaczoną, zranioną dziewczynkę i… mocno ją ukochałam.

Dopóki tego nie zrobiłam, nie mogłam stać się dojrzałą kobietą. Dopiero teraz patrzę na stan świadomości swojej matki jako na stan odrębny: ona taka jest, tak ją ukształtowała religia, kultura… Szanuję to, rozumiem i… potrafię współczuć, bo wiem, że ona nadal cierpi, patrząc na córkę, która nie ma dziecka, i nadal uważa mnie za kobietę ułomną. Patrzę na nią jak na osobę cierpiącą i… kocham ją. Ale ja jestem Sylwia, dojrzała kobieta, mam swoje życie i to, jakie ono będzie, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego zadałam sobie pytanie: „Czy ja chcę mieć dziecko na pewno dla samej siebie? Terapia uświadomiła mi, że to, iż go nie mam, nie jest moim dramatem, lecz mojej matki.

Zeszyty pełne myśli i uczuć

Kiedy ktoś w dzieciństwie przebył tak trudną drogę, to jego wyzwolenie się ze wszystkich traum wymaga czasu, uwagi i miłości. Dlatego poza sesjami zapisywałam swoje myśli, emocje i potrzeby w formie rozmów ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Robię to do dziś, już jako dojrzała kobieta, która potrafi się o nie zatroszczyć. To bardzo ważne narzędzie terapeutyczne. Mam grube zeszyty takich rozmów.

Kiedy moja wewnętrzna dziewczynka wpada w gorszy nastrój, gdy czuje się opuszczona, samotna, pocieszam ją: „Dziewczynko, wiem, znowu jesteś zrozpaczona, znowu coś niedobrego się stało, ale poradzimy z tym sobie, jestem przy tobie, przytulam cię, już nie jesteś sama, będzie dobrze”. Pytam: „co by ci pomogło?”. Czasami idziemy sobie do lasku brzozowego, bo ona bardzo lubi drzewa, ptaki – przyroda ją uspokaja, wycisza. Oczywiście, zdarza się, że mówię: „No jak ja mogę teraz pójść do lasu i leżeć pod brzozą, kiedy mam tyle pracy”. Wtedy dziewczynka: „Poleżymy sobie tylko pół godziny i wykonasz potem tę pracę szybciej i lepiej”. Ma rację. Kiedy damy sobie czas, żeby negatywne uczucia przepłynęły, wszystko idzie dużo sprawniej. Czasem trzeba zatrzymać i wsłuchać w swoje uczucia, emocje, potrzeby, których – jak podkreślała terapeutka – nie słyszą dzieci traktowane w dzieciństwie przemocowo.

Jestem matką

Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz mocniejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza. Uświadomiłam sobie, że bycie matką to potencjał – energia troski, miłości, opieki, oddania, czułości, który we mnie jest. Tę matczyną energię mogę wnosić w życie innych ludzi – swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. I ich dzieci – świat potrzebuje dobrych, mądrych ciotek. Mogę też być matką dla własnych pomysłów, projektów, twórczości, obrazów, które kocham malować. Dla swoich domowych zwierzaków. A przede wszystkim dla siebie i mojej wewnętrznej dziewczynki. Kiedy troszczysz się o coś, jesteś matką.

Dziś nie ma we mnie odrobiny żalu o to, że nie posiadam własnego dziecka. Akceptuję to, co mi się przydarza. Przyjmuję i cenię dary, jakie otrzymuję od życia. Jestem dojrzałą, spełnioną i szczęśliwą kobietą. To efekt indywidualnej terapii i pracy nad sobą.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze