fbpx

Wszystko zostaje w rodzinie

Wszystko zostaje w rodzinie
Corbis

Dzieci, które doświadczyły miłości i które widziały, jak ich rodzice z miłością zajmowali się swoimi rodzicami, teraz opiekują się matką i ojcem niejako odruchowo. To jest dla nich coś naturalnego i oczywistego – mówi Ewa Woydyłło, mama dorosłych córek Magdaleny i Natalii.

– Powstaje coraz więcej różnego rodzaju domów spokojnej starości. To nowe zjawisko.
– A dlaczego takie miejsca powstają? Otóż dlatego, że nasze domy, nasze rodziny od pewnego czasu zaczęły się radykalnie zmieniać. Wielkie wielopokoleniowe stadła rozpadły się na malutkie komórki, w których jest mama, tata, są dzieci, ale pod jednym dachem nie ma już dziadków, cioć, wujów. Po ślubie wyprowadzamy się od rodziców, urządzamy sobie świat tak, żeby żyć wygodnie, żeby nasze potrzeby były lepiej zaspokajane, i nie ma tego co kontestować. Ale gdy nasi rodzice zaczynają niedomagać, ten wypracowany starannie układ zaczyna być niedogodny dla obu stron. Kiedyś, gdy wszyscy mieszkali razem, zawsze ktoś obok był. Teraz nawet mieszkanie razem się nie sprawdza. Bo gdy dorośli wychodzą do pracy, dzieci do szkoły lub przedszkola, babcia czy dziadek zostają bez opieki, i to dopiero może być niebezpieczne! Wiadomo, mogą odkręcić kurek z gazem, wyjść z domu i nie wrócić. W takich sytuacjach najlepszym rozwiązaniem jest więc powierzenie opieki osobom, które zaczęły się w tym specjalizować.

– Utarło się przekonanie, że do domu opieki oddają rodziców tylko wyrodne dzieci.
– A to absolutnie nie musi być prawdą. Umieszczenie matki czy ojca w takim miejscu nie oznacza wyrzucenia ich na śmietnik, tylko oddanie pod opiekę, która jest lepsza niż domowa. Trudno przecież wyobrazić sobie taki scenariusz, że kiedy mama czy tata osiągną 75 lat, to teraz syn i córka rzucą pracę i na zmianę będą siedzieć przy ich łóżku, czytać gazetę, karmić, kąpać.

– Znam i takie przypadki. Choćby Jarka, który troskliwie zajmuje się chorą na alzheimera matką, choć płaci za to wysoką cenę – jest przemęczony, rozstał się z narzeczoną, odłożył zawodowe sprawy na dalszy plan.
– To, o czym mówimy, dotyczy trzech planów, które mają jeden wspólny mianownik – moralność. Te plany to: odpowiedzialność, ale wyłącznie moralna, prawo, ale wyłącznie moralne, i obowiązek, również tylko moralny. Żaden kodeks nie nakłada obowiązku zajmowania się rodzicami.

– Ale czy to zwalnia nas z odpowiedzialności?
– Każdy rozstrzyga to w swoim sumieniu. Bardzo często osoby starsze, schorowane, niepełnosprawne cierpią z tego powodu, że ich dzieci czy wnuki nie okazują im specjalnej troski. I dzieci rzeczywiście nie biorą na siebie zadań opiekuńczych, nie odwiedzają ich, zapominają o różnych ważnych wydarzeniach z ich życia, nie mówiąc już o codziennym towarzyszeniu. Po prostu ich nie ma. Nie lubią spędzać czasu ze swoimi rodzicami. Gotowi są zapłacić, byleby tylko się nimi nie zajmować.

– Co im nie pozwala?
– Jedną z przyczyn może być to, że dawno temu relacje w ich rodzinie zostały źle ułożone. Odpowiedzialność za to zawsze ponoszą rodzice. Kiedyś po prostu nie poświęcali dzieciom uwagi, nie obdarzali ich bezwarunkową miłością, nie darzyli szacunkiem, ale też niczego od nich nie wymagali. To by było bardzo dziwne, gdyby stosunki między dziećmi i rodzicami zaczęły się psuć wtedy, gdy ci ostatni stali się starzy. Na ogół źródło kryzysu sięga odległych czasów. 

 

– Czasem sami rodzice nie pozwalają sobie pomóc. Są despotyczni i nietolerancyjni.
– Niedawno słyszałam audycję na ten temat w jednej ze stacji radiowych. Zadzwonił mężczyzna i mówi: „Mam prawie 50 lat, moja matka ponad 70, a nie możemy się dogadać. Ja nawet gotów byłbym ją odwiedzać, ale kiedy poprosiłem, żeby mnie nie indoktrynowała, nie krytykowała moich poglądów, obraziła się. Nigdy mnie nie słuchała, teraz też wszystko wie najlepiej. Kiedy tylko staję w drzwiach, zaczyna to samo od nowa. A ja naprawdę nie mam ochoty ani siły słuchać, jak mam myśleć i co sądzić. Dlatego już więcej do tej pani nie przyjdę”. Proszę pomyśleć, kto tu ma rację. Jeżeli zależy mi na dobrych relacjach z dzieckiem, to ja też muszę się starać. Nie może być tak, że starsze osoby mówią, co chcą, ranią uczucia dzieci, ale im wolno, bo są starsi. W każdym wieku potrzeba trochę taktu, kultury. 

– Miłość swoim rodzicom okazują te dzieci, które same doświadczyły miłości?
– I które widziały, jak ich rodzice z miłością zajmowali się swoimi rodzicami, a ich dziadkami. Bo dzieci nie robią tego, co im mówimy, tylko to, co sami robimy. Gdy jako malcy widzieli, że opiekujemy się swoimi rodzicami, teraz, jako dorośli, zrobią to niejako odruchowo. To jest dla nich naturalne i oczywiste. I brat dogaduje się z siostrą: Ja w tym tygodniu przyjadę do mamy, ty w następnym. Trzeba tatę gdzieś zawieźć? Nie ma problemu. Oczywiście oni też mają czasem poczucie, że mogliby więcej i częściej być z rodzicami, ale ważne, że robią, co mogą, z własnej nieprzymuszonej woli.

– Takie dzieci nie umieszczają rodziców w domach opieki?
– Powtarzam: niekiedy powierzenie opieki nad niesprawnymi rodzicami wyspecjalizowanym placówkom jest najlepszym rozwiązaniem. W swoich domach częstokroć nie mamy odpowiednich warunków ani możliwości, żeby się nimi zająć. Bardzo dobrze, że takie miejsca powstają, trzeba tylko czuwać, aby prawidłowo działały i faktycznie spełniały funkcję opiekuńczą, a nie tylko komercyjną. Oczywiście, gdyby rodzina mogła zapewnić odpowiednią opiekę w domu, byłoby to dla starszych osób najlepsze. Pod warunkiem jednak, że nie byłyby w tych domach osamotnione.

– Jak poradzić sobie z poczuciem winy, że byliśmy niewystarczająco dobrymi dziećmi?
– Nie ma takiego sposobu. Spotkanie ze śmiercią rodziców zawsze jest obciążone silnymi emocjami i wśród nich na pewno pojawi się poczucie winy. Kiedy umiera dziecko, rodzice też się obwiniają, że nie zrobili wszystkiego. Podobnie czuje lekarz, któremu umiera pacjent. Tylko ludzie bezduszni nie mają takich myśli, ale to mniejszość. Większość natomiast bardzo przeżywa ostateczne rozstania i to jest normalne.