1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Rozbudź swoją energię seksualną

Rozbudź swoją energię seksualną

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości, gdy wracamy po całym dniu spięci i usztywnieni? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? I jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Jak się rozluźnić i przestawić na tryb bliskości i czułości? Czy gra wstępna zawsze musi prowadzić do orgazmu? Jakie pieszczoty przynoszą najwięcej rozkoszy? Doktor Andrzej Depko, seksuolog i neurolog, opowiada o sposobach na rozbudzanie energii seksualnej.

Seks to nie tylko stosunek. Dzięki różnym technikom możemy go cudownie rozbudowywać, czerpiąc ze wszystkich możliwości, które w naszym ciele są zaklęte. Jest to o tyle ważne, że jeśli wyrobimy w sobie takie nawyki, będą nam służyły przez całe życie. Bo po latach bycia razem ze sobą zaczynają się pojawiać problemy w sferze seksualnej. Rozbudowana gra wstępna jest w stanie doprowadzić do orgazmu, ale nie skupia się na imperatywie odbycia stosunku.

Tradycja seksualna Dalekiego Wschodu uczy nas tego, że długie pieszczoty potęgują napięcie i powodują zwiększone wydzielanie endorfin, fenyloetyloaminy oraz oksytocyny, które odpowiednio wywołują poczucie szczęścia, przywiązania i błogostanu. Kamasutra oferuje nam mnóstwo propozycji, wyróżniając osiem rodzajów objęć, dotyków, pocałunków, ukąszeń, zadrapań, siedzeń, ułożeń, kontaktów oralno-genitalnych. W następstwie ośmiu rodzajów kombinacji różnorodnych pieszczot powstają 64 możliwości erotycznej gry wstępnej. W Kamasutrze nazwane to zostało nauką „sześćdziesiąt cztery”. Jest to doskonałe źródło wiedzy o tym, gdzie pieścić, jak pieścić i jak zmieniać natężenie pieszczot.

Poznajemy nie tylko różne rodzaje dotyku, którymi można wyrażać swoje pragnienia erotyczne, lub pocałunków, ale także typologię kobiet – gazela, kobyła, słonica, i mężczyzn – zając, byk, ogier. Przy połączeniu różnych typów mężczyzn i kobiet powstają różne typy rozkoszy. Każdemu typowi kochanki czy kochanka przypisane są określone formy pieszczot i rodzaje pozycji seksualnych w zależności od ich budowy anatomicznej, a zwłaszcza wielkości narządów płciowych. Jeżeli partnerzy dobiorą się według przypisanej im typologii (zając i gazela, byk i kobyła oraz ogier i słonica), powstają trzy rodzaje rozkoszy.

Ugryzienia i głaski

Aby gra wstępna stała się drogą do rozkoszy, powinna prowadzić od bodźców łagodnych do coraz silniejszych. Na początku ugryzienie, wbicie paznokci czy pociągnięcie za włosy będzie bolało. Ale jeżeli nastąpi to po godzinnych pieszczotach, ilość wydzielonych endorfin spowoduje, że będzie to źródłem dodatkowej rozkoszy. Musimy być uważni i patrzeć, jak druga osoba reaguje. Dla kogoś głaskanie może nie mieć erotycznego charakteru, raczej da uczucie relaksu. Wtedy należy wzmocnić bodźce. A jeżeli głaskanie intensyfikuje czyjeś doznania erotyczne, utrzymać je. Obserwując reakcje ciała partnera, będziemy mogli dostosować się do jego oczekiwań.

W czasie gry wstępnej próbujmy różnych bodźców, gwarantuje to różnorodność doznań. Na przykład po zasłonięciu oczu możemy w stymulowane wcześniej palcami czy językiem miejsce położyć kostkę lodu albo przyjemnie ciepłą łyżkę. Pamiętajmy, że całe nasze ciała usłane są receptorami zarówno dotykowymi, jak i bólu i temperatury. W związku z tym skupienie się tylko na genitaliach powoduje zubożenie pożycia. Idea udanego seksu to idea intensywnych poszukiwań. Bo po pierwsze, możemy nie wiedzieć, w jakich miejscach na co jesteśmy wrażliwi. Po drugie, pewne pieszczoty mogą z czasem przestać działać, a nowe miejsca się uruchomić w wyniku naszych wzajemnych interakcji.

Sztuka czułości

Seks to szansa na stymulację wszystkich naszych zmysłów. Na jakie sposoby będziemy to robili, zależy od naszej wyobraźni. A jeżeli nam jej brakuje, szukajmy inspiracji w filmach, książkach, poradnikach. Największy problem, z którym się mierzymy, to czas. Bo na misteria seksualne potrzebujemy przynajmniej 2–3 godzin. Gdy w domu są dzieci, jest to bardzo trudne. Ale nawet to nie zwalnia nas ze starań. I pamiętajmy, że seks to jest też czułość, którą sobie okazujemy. Czasami możemy po prostu leżeć i się gładzić. Stymulujemy wtedy okolice erogenne i szukamy nowych źródeł przyjemności.

Poprzez seksualność budujemy też bliskość. Specyficzna budowa układu nerwowego pozwala organizmowi na stałą kontrolę tego, co się dzieje w jego wnętrzu oraz kontaktowanie się ze światem zewnętrznym, czyli też z najbliższą osobą. Liczba bodźców, którą sobie nawzajem dostarczamy, może zintensyfikować nasze przywiązanie do siebie poprzez wydzielanie oksytocyny, nazywanej hormonem przywiązania, i endorfin odpowiadających za błogostan czy fenyloetyloaminy odpowiadającej za intensywność przeżyć. Jeżeli często fundujemy sobie przyjemność, wówczas wzrasta czułość we wzajemnych kontaktach i pogłębiają się uczucia. Ale działa to również w drugą stronę – układ nerwowy zbiera też informacje negatywne. Jeżeli nie umiemy dotykać i zadajemy ból, to za trzecim razem partner lub partnerka nie będą już chcieli takiej bliskości i obniży to mocno ich motywację do kolejnych kontaktów seksualnych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.

  1. Seks

Ćwiczenia Tao na rozbudzenie energii seksualnej

Gdy energia seksualna swobodnie płynie przez nasze ciało, głębiej kochamy, lepiej się komunikujemy, stajemy się istotami twórczymi. (fot. iStock)
Gdy energia seksualna swobodnie płynie przez nasze ciało, głębiej kochamy, lepiej się komunikujemy, stajemy się istotami twórczymi. (fot. iStock)
Taoizm to starożytny chiński system filozoficzny. Taoiści uznają seksualność za integralną sferę życia i część stanu zdrowia człowieka. Energia seksualna, która przejawia się w ciele jako pożądanie, namiętność, jest aspektem energii życiowej, nazywanej chi (qi). Niski poziom energii życiowej objawia się również obniżonym popędem płciowym. Takie ćwiczenia jak wewnętrzny uśmiech, masaż piersi czy oddychanie do jajników mogą pomóc ci ją obudzić.

Taoizm to starożytny chiński system filozoficzny. Taoiści uznają seksualność za integralną sferę życia i stanu zdrowia człowieka. Energia seksualna, która przejawia się w ciele jako pożądanie, namiętność, jest aspektem energii życiowej, nazywanej chi (qi).

Niski poziom energii życiowej objawia się również obniżonym popędem płciowym. Takie ćwiczenia jak wewnętrzny uśmiech, masaż piersi czy oddychanie do jajników mogą pomóc ci ją obudzić.

Wewnętrzny uśmiech

1. Usiądź wygodnie i weź kilka oddechów.

2. Poczuj, jak twoje stopy opierają się mocno o podłoże.

3. Skieruj uwagę do klatki piersiowej i połóż jedną dłoń pośrodku. Poczuj, jak ciepło dłoni wpływa do twojego serca. Pomyśl o nim z czułością i wdzięcznością. Uśmiechnij się wewnętrznie do serca.

4. Wyobraź sobie, że z serca wypływa przyjemne ciepło w kierunku miednicy. Przenieś tam uwagę i połóż jedną dłoń na podbrzuszu. Przez chwilę pozwól sobie odczuwać połączenie między sercem a obszarem miednicy. Teraz uświadom sobie twoje narządy płciowe. Oddychaj brzusznie (wraz z wdechem twoja jama brzuszna zwiększa się, na wydechu zmniejsza, wydychasz w stronę kręgosłupa) i po kolei uśmiechaj się do wszystkich organów związanych z seksualnością: jajników, macicy, szyjki macicy, waginy, łechtaczki. Obdarzaj je czułością i miłością.

5. W trakcie wykonywania tej części ćwiczenia być może poczujesz delikatny lub silniejszy ruch, wibrację energii seksualnej, która obudzi się w twojej miednicy. Bądź w tym odczuciu, obserwuj, jak reagujesz na obudzenie tej energii. Pozwól jej po prostu być. Taki rodzaj kontaktu z narządami seksualnymi może wywołać w tobie różne emocje, być może poczujesz potrzebę płaczu. Pozwól sobie na uwolnienie uśpionych uczuć, emocji z obszaru podbrzusza. To część procesu poznawania siebie, kontaktowania się z potężną energią twórczą, jaką jest energia seksualna.

Jajniki – siła kobiety

1. Usiądź wygodnie i weź kilka długich wdechów i wydechów.

2. Przenieś uwagę do swojego podbrzusza i zlokalizuj jajniki. Połóż dłonie na podbrzuszu w taki sposób, aby kciuki stykały się na pępku, a palce dłoni skierowane były w dół; kciuki i palce wskazujące tworzą trójkąt. Kiedy rozsuniesz trochę małe palce, zlokalizujesz jajniki.

3. Połóż prawą dłoń nad prawym jajnikiem, a lewą nad lewym. Zacznij oddychać brzusznie – wraz z wdechem twoje podbrzusze unosi się, zaś na wydechu wciągasz brzuch. Ten rodzaj oddechu lepiej dotlenia organy miednicy. Oddychaj tak przez minutę lub dwie.

4. Oddychaj przez chwilę tylko do prawego jajnika, a potem tylko do lewego, na zakończenie znów do obydwu. Wyobraź sobie, że wypełniasz się życiodajną energią, którą możesz wizualizować jako białe światło.

Twoje piękne piersi

Wiele kobiet ma kompleksy na punkcie swoich piersi. Myślimy o nich, że są zbyt małe, zbyt duże albo niesymetryczne. Akceptacja piersi ma dużo wspólnego z akceptacją siebie jako kobiety. Piersi to symbol naszej kobiecości, piękna, zmysłowości i miłości, którą obdarzamy innych.

1. Stań przed lustrem, mając na sobie tylko biustonosz (możesz pozostać w spódnicy lub spodniach). Umów się ze sobą, że nie będziesz stosowała żadnych krytycznych uwag pod swoim adresem. Spójrz na siebie i swoje piersi z czułością oraz troską.

2. Delikatnie dotykaj obie piersi opuszkami palców, okrężnymi ruchami. Po pewnym czasie delikatnie dotknij brodawek. Cały czas oddychaj swobodnie i spokojnie.

3. Zamknij oczy i dotykaj swoich piersi intuicyjnie, wczuwając się w doznania. Sprawdzaj, jaki rodzaj dotyku jest dla ciebie najbardziej relaksujący, a jaki najbardziej pobudzający seksualnie. Powtarzaj to ćwiczenie, zawsze kiedy poczujesz potrzebę obdarzenia czułością swoich piersi oraz rozbudzenia energii seksualnej.

Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolożka, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.

  1. Psychologia

Bliskość - czy można się bać czegoś, czego wszyscy pragniemy?

Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy. (Ilustracja Marianna Sztyma)
Ludzie unikający bliskości powtarzają ten sam życiowy refren, który powoduje, że tak naprawdę dążą do rozpadu związku, a nie do jego spojenia – mówi psychoterapeutka Sylwia Sitkowska.

Czy to nie paradoks, że boimy się czegoś, czego wszyscy pragniemy?
To rzeczywiście paradoks, ale lęk przed bliskością nie bierze się znikąd. Jednym ze sposobów jego zrozumienia jest teoria więzi Johna Bowlby’ego, lekarza psychoanalityka. Otóż doszedł on do wniosku, na podstawie badań, że jeżeli pierwsza nasza relacja z najważniejszą osobą była bezpieczna, przewidywalna, pełna miłości, szacunku, to najprawdopodobniej bliskie relacje w dorosłości będą podobne.

Lęk przed bliskością się wtedy nie pojawi?
Będzie adekwatny do sytuacji. Bo każdy z nas czasami się boi, że zostanie skrzywdzony przez drugą osobę. A to dlatego, że oddając się w pełni drugiemu człowiekowi, odsłaniamy „miękki brzuszek”, a związek może nas uszczęśliwić, ale też zranić. Według Bowlby’ego, ludzie z doświadczeniem pierwszej bezpiecznej relacji są w stanie zaakceptować ewentualne trudności, wliczyć w koszty to, że czasami będzie nudno, czasami wesoło, a czasami zwyczajnie. Ale mimo to będziemy się wspierać.

A jeżeli pierwsza więź była pozabezpieczna?
Wtedy nawet mały kryzys może być interpretowany jako koniec świata, może spowodować olbrzymie cierpienie. Lęk przed bliskością, przed porzuceniem może się przejawiać w bardzo wielu różnych, czasami dziwnych zachowaniach.

Na przykład?
Możemy na przykład być bardzo zaangażowani w relację, czuć, że nam na niej zależy, ale przez to, że boimy się porzucenia, nie okazywać naszych prawdziwych emocji. Czyli z jednej strony deklarować, że chcemy tworzyć dobry związek, ale jednocześnie swoim zachowaniem tego nie potwierdzać. Jest coś takiego jak pakiet zachowań, które tworzą dobry związek, na przykład: okazywanie sobie czułości, przytulanie się, robienie czegoś dla drugiej osoby, wyciąganie ręki na zgodę, przebaczanie. Wiele par rozbija się o to, że jedna strona myśli: „Potrzebuję więcej czułości”, a druga: „Jak mu okażę czułość, to mnie skrzywdzi i porzuci”.

Jak rozpoznać, że boimy się bliskości? Czy rozkochiwanie i porzucanie to jeden z syndromów?
Takie zachowanie, o jakim pani mówi, może oczywiście wynikać z lęku przed bliskością, ale może być też przejawem osobowości chwiejnej czy seksoholizmu. W lęku przed bliskością jest dużo obaw przed zranieniem, myślenia, że trzeba uważać na partnera, budować mur nas oddzielający albo specjalnie zabiegać o niego, zasłużyć na jego miłość. Jeżeli złapiemy się na budowaniu tego muru, na postawie ucieczkowej z relacji, to warto zastanowić się, czy nie cierpimy na lęk przed bliskością. Najważniejsza jest tu motywacja. Boję się, że ktoś mnie skrzywdzi, porzuci? Więc ja pierwsza go sobie obrzydzę, porzucę – to może być przejaw lęku przed bliskością.

A obawa kobiet przed odsłonięciem się, bo uważają się za niewystarczająco godne miłości?
Takie przekonanie żywią też mężczyźni, jest ono mocno związane z poczuciem własnej wartości. Miałam kiedyś w terapii utytułowanego profesora, który uważał się za głupiego i przez całe życie bał się, że prawda wyjdzie na jaw. Te wyimaginowane braki kompensował sobie zdobywaniem kolejnych tytułów, a mimo to miał poczucie, że swoje osiągnięcia zawdzięcza szczęściu, a nie pracy.

Skąd bierze się takie poczucie?
Na przykład z tego, w jaki sposób byliśmy traktowani jako dzieci. Bo dzieci przyjmują opinie matki, ojca, ciotki czy nauczyciela na swój temat jako fakt i potem wkraczają w dorosłość, patrząc na siebie ich oczami. Kiedyś dość powszechnie uważano, że dzieci i ryby głosu nie mają. Jeżeli dziecko wyrażało swoją opinię, było sobą, to uznawano je za niegrzeczne. I oto wyrasta piękna kobieta, która myśli o sobie, że jest niegodna miłości i nie wie dlaczego. Czuje, że w związku nie może pozwolić sobie na bycie sobą, bo to kojarzy jej się z etykietką niegrzecznej dziewczynki, a takiej – uważa – nikt nie pokocha. Partner nie musi formułować żadnych oczekiwań, to ona tkwi w gorsecie swoich własnych wyobrażeń, jaka powinna być, żeby zasłużyć na miłość. A jeżeli myśli o sobie, że jest niefajna, to nic dziwnego, że inni też mogą tak o niej myśleć.

Jest pani współautorką książki „Niekochalni”? Co to znaczy „niekochalny”? Ten, kto nie daje się kochać, czy ten, kto tego nie potrafi?
I jeden, i drugi. Jeżeli ktoś nie da się pokochać, to też może oznaczać, że nie umie kochać, te wektory działają w dwie strony. Niekochalność to dla mnie taka powtarzająca się melodia, którą nazywam refrenem życiowym. Zmienia się zwrotka – partner, a ja znowu śpiewam ten sam refren, który powoduje, że związek okazuje się niesatysfakcjonujący, że tak naprawdę dążę do jego rozpadu, a nie do jego sklejenia. Jestem niekochalna, bo nawet jeżeli bardzo chcę pokochać i być kochaną, to pakiet zachowań, który noszę, powoduje, że nie potrafię utrzymać uczucia. Trudno kochać, jeżeli nie było się kochanym w mądry sposób przez najbliższe osoby. Czasami powtarzam moim klientkom, że zmiana męża nic nie zmieni, jeśli w kolejny związek wniesiemy swoje nieprzepracowane problemy.

Dlatego pracę nad lękiem przed bliskością trzeba zacząć od siebie?
Tak, trzeba zacząć od pracy nad swoim poczuciem wartości, nad miłością własną, choć może brzmi to jak wyświechtany frazes. Głęboko jednak wierzę, że jeżeli jesteśmy dobrzy dla siebie, to czujemy się lepiej ze sobą i możemy dać dużo więcej dobrego osobom dookoła nas. Proponuję zacząć od uszczęśliwiania siebie – i nie myślę tu o płytkim pojmowaniu szczęścia, konsumpcjonizmie, zaspokajaniu własnych zachcianek bez względu na potrzeby bliskich czy o takiej postawie, że moje zdanie ma być na wierzchu i mam dbać tylko o siebie. Ludzie czasem mają takie wyobrażenie, że dbać o siebie to znaczy nie myśleć o świecie. Nie, cały świat jest też szalenie ważny, człowiek nie jest samotną wyspą, jest istotą stadną, więc warto dbać o innych. Tylko trudno dbać o innych, jeżeli sami o siebie nie zadbamy.

A może pomocne okaże się związanie z partnerem o bezpiecznym stylu przywiązania?
Na ogół osoby o bezpiecznym stylu przywiązania wybierają ludzi podobnych do siebie. Badania pokazują jednak, że jeżeli wiążę się z osobą o innym stylu, to jest szansa, że mogę przejąć jej styl przywiązania, a ona – mój. Na przykład ktoś o stylu unikającym może przejąć styl bezpieczny, ale może też być odwrotnie. Tak więc jest szansa, że życie nam trochę pomoże lub trochę zaszkodzi. Ale myślę, że dużo bardziej budujące będzie uświadomienie sobie problemu i wzięcie sprawy w swoje ręce. Czyli zmierzenie się z tym, że co prawda chcę mieć dobry związek, ale jednocześnie siedzę w telefonie, nie poświęcam uwagi mojemu partnerowi, robię sceny zazdrości, nie celebruję okazji do świętowania czy jestem ciągle zajęta pracą i nie mam dla niego czasu. W pracy nad sobą można się wesprzeć moją nową książką „Dzieciństwo do poprawki”, w której opisuję, w jaki sposób popracować nad swoim dzieciństwem, żeby zmodyfikować wtłoczone nam wtedy schematy.

Czy nie uważa pani, że pandemia pogarsza sytuację ludzi bojących się bliskości? Mają teraz świetne alibi, żeby się do nikogo nie zbliżać.
Dla osób, które nie mają partnera i boją się nawiązywania relacji, zamknięcie w domu to rzeczywiście dobra wymówka. Ale co z tymi, którzy zostali zamknięci w domu razem ze swoimi partnerami? Oni mogą unikać bliskości w sposób niebezpośredni: poprzez siedzenie przy komputerze, telewizorze, w telefonie. Unikać się można, nawet mieszkając w kawalerce z dzieckiem i psem, bo unikanie się nie musi być jedynie fizyczne, dużo trudniejsze jest to emocjonalne. Najbardziej dojmującą samotność odczuwa się wśród ludzi. Słyszę często w terapii: „Mam męża, żonę, ale czuję się samotny”, i to jest najgorsza samotność.

Jak powszechny jest lęk przed bliskością?
Badania mówią, że dwie trzecie z nas ma bezpieczny styl przywiązania, czyli nie jest źle. Chociaż gdy uświadomimy sobie, że co trzeci z nas prezentuje styl pozabezpieczny, to już przejmuje trwogą. Natomiast patrzyłabym na ten problem szerzej. Każdy z nas czasami, nawet jeżeli ma bezpieczny styl przywiązania, z obawy przed odrzuceniem, zranieniem może przejawiać zachowania, które oddalają go od drugiej osoby. Pamiętajmy, że związek i emocje z nim związane to kontinuum. Mało osób pozostaje gdzieś na krańcach krzywej Gaussa, czyli albo w ogóle nie nawiązuje bliskich relacji, albo ma jednego partnera emocjonalnego oraz fizycznego przez całe życie. Raczej jesteśmy gdzieś pomiędzy, z różnym natężeniem lęku przed bliskością i różnymi zachowaniami ten lęk przejawiającymi.

Coraz więcej jednak ludzi, szacuje się, że w Polsce to już około jednej czwartej dorosłych, wybiera życie w pojedynkę. Czy za takimi wyborami stoi lęk przed bliskością?
Nie stawiałabym tutaj znaku równości, ale jestem przekonana, że bardzo duża grupa singli ma problem z lękiem przed bliskością. Miałam w terapii osoby, które deklarowały, że jako single czują się świetnie, ale prędzej czy później dochodziliśmy do takiego momentu, kiedy ujawniał się lęk przed byciem samemu, ale też lęk przed byciem w związku. Dlatego zawsze proponuję, żeby zdejmować z siebie te „łuski”, którymi się przykryliśmy, i sprawdzać, co tak naprawdę motywuje nas do takiego czy innego zachowania. Bo proszę mi wierzyć, przez lata prowadzenia psychoterapii widzę, jak duże i dobre zmiany można dzięki niej wprowadzić w swoje relacje z innymi. Pamiętam pana, który przyszedł do mnie, bo cierpiał na trudną, widoczną chorobę i chciał się pozbyć wstydu i lęku z nią związanego. Twierdził, że związek jest poza jego zasięgiem i on się z tym pogodził. Ale gdy zaczęliśmy pracować, to okazało się, że ów pan bardzo potrzebował bliskości. Po półtora roku terapii poznał panią, mają dzieci, tworzą fajny związek.

A wracając do singli. Myślę, że ogromna rzesza świadomie podejmuje taką decyzję. Wiedzą, co tracą, a co zyskują. Część z nich ma za sobą trudne doświadczenia w relacjach, więc dochodzą do wniosku, że nie chcą się wiązać, bo to jest trudne, a do tego czasami boli, wolą spotkać się z kimś raz na jakiś czas w miłych okolicznościach niż decydować się na codzienność z drugą osobą. Bo przecież życie razem to nie sielanka. Bywa, że jest pięknie, ale też bywa bardzo trudno. Jeżeli więc jestem singlem i jest mi z tym okej – to nic na siłę. Ale jeżeli jestem singlem, bo boję się, że mi znów nie wyjdzie, więc chciałabym i boję się, to może warto nad tym popracować.

Lęk w relacji to jednak nie wyrok.
Zgadzam się. Nikt nie jest ideałem, każdy czasem zachowuje się niefajnie czy nawet krzywdząco dla drugiej strony. Coś odburknie, wkurzy się. Takie jest życie, warto to zaakceptować, jeśli nasza relacja ma też dobre strony. Nawet w dobrym związku przeplatają się zażyłość i separacja, zależność i wolność, bycie blisko i daleko, gorsze i lepsze dni. I wszyscy od czasu do czasu odczuwamy lęk przed odrzuceniem. I to nie musi być lęk przed bliskością, który na ogół przejawia się zachowaniami rujnującymi związek. Ale nawet wtedy można go przepracować. Pod warunkiem że tego chcemy. 

Sylwia Sitkowska, psycholożka i psychoterapeutka z Przystani Psychologicznej, współautorka książki „Niekochalni”, autorka „Dzieciństwa do poprawki”, prezeska Fundacji „Terapeutyczna”.

  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...