1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. By ciało chciało – poznaj swoją seksualność

By ciało chciało – poznaj swoją seksualność

fot.123rf
fot.123rf
Seks pojmuje się ciągle jako czynność niezwiązaną ze zdrowiem, jakby mógł istnieć bez ciała, uczuć i emocji – pisze dr Beata Wróbel we wznowionej „Sztuce kochania” Michaliny Wisłockiej. Co udało nam się przez te 40 lat zrozumieć w kwestii naszej seksualności, a nad czym trzeba jeszcze popracować?

Dla Skandynawów seks jest podstawą dbania o siebie, wyznacznikiem jakości życia. Są kultury, w których jest mistycznym rytuałem, jak u Hindusów. Dla Azjatów to obszar tłumionych pragnień, perwersji. Czym jest seks dla Polaków?

Moim zdaniem polski seks jest głównie narzędziem prokreacji. Na takie podejście do niego wpływ ma wychowanie, ale też nauka Kościoła, która ma także ogromne znaczenie w kwestii akceptacji własnego ciała. Małżonkowie, którzy już odchowali dzieci, czyli prokreację mają załatwioną, przestają się starać o to, by być dla siebie atrakcyjnymi seksualnie. Nic dziwnego, skoro młode dziewczyny są wychowywane do macierzyństwa zamiast do czerpania radości z seksu. Gdy spełnią się w roli matki, zaczynają zajmować się dziećmi, a potem wnukami – to staje się sensem ich życia. Dlatego nadal tak ciężko w Polsce zaakceptować, że jakaś kobieta nie chce mieć dzieci.

Z jakimi problemami trafiają do pani pary? Czy z perspektywy Dąbrowy Górniczej, gdzie ma pani swój gabinet, są to problemy odmienne od tych chociażby warszawskich?

W ciągu lat pracy odbyłam, z grubsza licząc, 75 tys. rozmów z pacjentami. Moja praktyka w Dąbrowie od tej warszawskiej różni się może tym, że mam więcej czasu dla pacjentów, oni nie są w systemie. Ale problemy w relacjach są takie same w skali całego świata. Największą traumą ludzkości, powodem, dla którego powstało tyle sztuk teatralnych, filmów i utworów literackich, jest nieszczęśliwa miłość. A dramat miłości ma swoje źródło w nieprawidłowych, przykrych i smutnych relacjach między ludźmi, które są wynikiem tego, że ludzie nie potrafią się ze sobą dogadać już na poziomie samego kontaktu słownego. Fakt, że większość sztuk, filmów czy książek o miłości jest nadal aktualnych, to dowód na to, że wieki mijają, a my nie stajemy się wcale lepsi w funkcjonowaniu w relacjach. Co więcej, te problemy się pogłębiają, a co za tym idzie – pogłębiają się nasze problemy w sferze seksualnej. Bo w zdecydowanej większości damsko-męskich relacji dochodzi do użycia ciała, czyli kontaktu seksualnego. A jeżeli mamy problemy już na poziomie rozmowy o tym, co nas łączy, a co dzieli, co przeszkadza, a co pasjonuje – to otwarcie na ciało nie będzie zbyt wielkie.

Otwarcie na własne ciało czy ciało partnera?

Aby móc otworzyć się na inne ciało, trzeba być otwartym na swoje. Samo ciało musi być otwarte na moją emocję – czyli ja muszę być otwarta na siebie, muszę wiedzieć, gdzie się zaczynam, a gdzie się kończę, gdzie chcę postawić barierę, a gdzie szeroko otworzyć drzwi. A z tym mamy współcześnie największy problem. Bo mówienie o seksie nie jest już tabu. Na billboardach sprzedaje się nim rozmaite produkty. Ale co z tego, skoro nic za tym dalej nie idzie. Seks został zwulgaryzowany, ponownie sprowadzony do nieprzyzwoitości.

Mimo rewolucji seksualnej?

Mimo rewolucji nic się nie zmieniło. Dlatego musimy sobie zdać sprawę z tego, gdzie się zaczyna nasza seksualność. Ona zaczyna się w tym miejscu, w którym plemnik spotyka komórkę jajową. A gdzie się kończy? Wraz ze śmiercią. Nie wolno nam o tym zapominać. Tak jak nie możemy zapominać o tym, że podstawowym narzędziem seksualności, w które jesteśmy wyposażeni od urodzenia, jest dotyk. Czy słyszała pani jakąś medialną kampanię na temat dobrego dotyku? Za to mnóstwo jest kampanii o dotyku złym. Przecież wszystko może być złe, tak jak ta herbata, która stoi przede mną w szklance, ale równie dobrze może być dobra. Jak się dogaduje ze swoim nowo narodzonym dzieckiem matka? Dotykiem. To podstawowe narzędzie komunikacji.

W seksie wyraża więcej niż słowa.

Przychodzą do mnie pacjenci, ja im coś tłumaczę, oni mnie słuchają i na koniec zadają to samo pytanie: „No dobrze, to co my mamy robić? Co robić, żeby nasza relacja była lepsza?”. W skrócie chodzi o coś takiego, o czym jako pierwsza powiedziała amerykańska seksuolog dr Beverly Whipple, żeby przestać mówić o osiąganiu orgazmu, a zacząć mówić o doświadczaniu orgazmu. Bo doświadczanie jest ukierunkowane na bycie z kimś, z kim do tego orgazmu chcemy dojść, a nie skupianie się na celu, czyli efekcie. Doświadczamy wzrokiem, dotykiem, bliskością – dobrej energii, dobrych emocji, życzliwości – dochodzenie do orgazmu może trwać cały dzień i jego świadkiem może być nasze dziecko – tak najlepiej przebiega edukacja seksualna. Jeśli ono widzi, że rodzice na siebie warczą, zamiast być dla siebie serdeczni, jak ma potem tworzyć dobre relacje?

Dlaczego tak się w tym pogubiliśmy? Przecież od czasu wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej opublikowano tysiące innych książek, prasa, w tym SENS, pisze o tym, jak mądrze się kochać…

Sądzę, że ludzie są po prostu zmęczeni. Tak jak my siedzimy teraz w kawiarni otoczone przez milion różnych bodźców, tak też otoczony nimi jest nasz mózg. Jak spyta pani pierwszą lepszą parę, która nie może zajść w ciążę, to się okaże, że to dlatego, że on pracuje w Krakowie, ona w Warszawie, a w weekend spotykają się w Dąbrowie Górniczej, ale niekoniecznie wtedy, kiedy ma miejsce owulacja.

Dla mnie jako ginekolog i seksuolog najbardziej dotkliwy jest fakt, że z tematu seksu została całkowicie wyrugowana biologia, organizm jest pomijany w funkcji seksualnej, a przecież to tym ciałem uprawiamy seks. Lekarz ginekolog to bardzo młoda specjalizacja z punktu widzenia historii medycyny, ma dopiero 250 lat, natomiast problemy związane z seksem, czysto biologiczne, istniały znacznie wcześniej. Jako pierwszy bolesnością występującą podczas współżycia zaczął się zajmować ginekolog James Marion Sims. W 1862 roku wygłosił przed Brytyjskim Towarzystwem Położniczym wykład o pochwicy, czyli chorobie polegającej na zaciskaniu podczas stosunku mięśni pochwy przez kobietę, co prowadzi do bolesnych stosunków. I co zrobili lekarze? W ogóle się tym nie zainteresowali.

Bo był to problem kobiet?

To po pierwsze, po drugie, w tamtych czasach, kiedy ginekologia stawiała pierwsze kroki, nie miało to zbyt wielkiego znaczenia. Kobieta rodziła, a już w jaki sposób doszło do zapłodnienia, nikogo nie interesowało.

Michalina Wisłocka pisała, że przez lata wierzono, że organy płciowe kobiety są cały czas gotowe do odbycia stosunku, w przeciwieństwie do organów męskich.

Dziś wiemy, że to nie ma nic wspólnego z prawdą. Ponieważ wtedy środowisko lekarskie milczało, 50 lat później pojawił się Zygmunt Freud ze swoją psychoanalizą. I co się stało? Każda kobieta, która mówiła o seksualności, która miała marzenia seksualne i sny seksualne, która miała odwagę zwrócić się w kierunku swojej seksualności – od tego momentu była zaburzona psychicznie. Skutkiem spuścizny po Freudzie i braku reakcji środowiska lekarskiego na ból kobiet podczas stosunku było to, że aż do 2000 roku wszystkie zaburzenia seksualne kobiet były zakwalifikowywane jako zaburzenia psychiczne. Żadna inna dziedzina medycyny nie zajmowała się seksualnością kobiet, tylko psychiatria. A psychiatria nie jest biologiczna, dotyczy umysłu, emocji. Dopiero w 1998 roku Amerykańskie Towarzystwo Urologiczne jako pierwsze w świecie uznało, że kobieta może odczuwać ból w okolicy genitaliów bez kontaktu seksualnego, że jest to zwyczajny rodzaj bólu, który ma prawo występować biologicznie, a kobieta, która go czuje, nie musi być wariatką.

Myślałam, że chodziło nam o prawo do orgazmu, a tak naprawdę walczyłyśmy o to, by nasz ból był uszanowany?

I nadal walczymy. Według najnowszych danych 2 proc. małżeństw na świecie to tzw. białe małżeństwa, 18–20 proc. par ma bolesne współżycie. Walczymy z  bólem nowotworowym, bólem zatok czy bólem głowy, a z bólem seksualnym? Dopiero w roku 2013 po raz pierwszy uznano miednicę kobiety za narząd wielofunkcyjny i bardzo się cieszę, że mogłam o tym napisać w rozdziale wznowionej po 40 latach „Sztuki kochania”. Po raz pierwszy w klasyfikacji psychiatrycznej została wskazana przyczyna biologiczna.

Dlaczego to jest takie ważne?

Bo musimy iść w kierunku uznania seksualności jako części naszej fizjologii. Tak jak mamy nos i czasem doświadczamy kataru, tak mamy narząd rodny i układ moczowy (który powstał z tych samych listków zarodkowych) i one też miewają swoje dolegliwości, które można i trzeba leczyć. Dlatego uszanujmy ciało w seksie. Ono działa tak jak działa nasz umysł, jak działają nasze emocje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seks wbrew własnym chęciom to gwałt. Także w małżeństwie

Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie. (Fot. iStock)
Z lęku, dla świętego spokoju, by zapobiec zdradzie...  Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że 80 proc. zgwałconych kobiet zna sprawcę. To sąsiad, kolega, a często partner. Bo gwałt to nie tylko akt przemocy, ale także seks, na który godzisz się wbrew sobie.

Masz prawo mówić „nie”

,,Byłam z nim cztery lata, bardzo się kochaliśmy i pewnego wieczora, kiedy siedzieliśmy na kanapie, zaczął się do mnie dobierać. Lubiliśmy się ze sobą kochać, ale tego dnia byłam zmęczona i marzyłam tylko o śnie. Najpierw delikatnie dałam mu do zrozumienia, że tego nie chcę. Nie zareagował. Zaczęłam się z nim szarpać, on rzucił mnie na łóżko i zaczął ściągać mi spodnie. Wystraszyłam się, zaczęłam krzyczeć, walnęłam go w głowę książką. Jakoś się wyrwałam i uciekłam do łazienki. Choć nic mi nie zrobił, psychicznie czułam się fatalnie. Straciłam zaufanie i miłość do niego. Chciał mnie zgwałcić – tak to odebrałam. Wbrew mojej woli chciał się ze mną kochać. Potem przepraszał, mówił że stracił panowanie nad sobą. Nie umiałam mu wybaczyć. Rozstaliśmy się. Czy przesadziłam? Tak bardzo się wtedy przestraszyłam. On dzwoni i prosi, żebym dała mu szansę. Ale ja chyba już go nie kocham... ”.

To jedna z mniej drastycznych historii, zaczerpnięta z internetowego forum. Dopóki sama sobie nie przyznasz prawa do szanowania własnego ciała, odmowy na coś, na co nie masz ochoty, oddzielenia własnych potrzeb i pragnień od oczekiwań partnera – przemoc w seksie może dotknąć także ciebie.

On zawsze może, a ona zawsze chce

„Zmuszanie do seksu w małżeństwie to nie gwałt, seks małżeński jest powinnością” – takie przekonanie, zdaniem Renaty Kałuckiej – psychologa, psychoterapeuty, wciąż pojawia się w głowach wielu mężczyzn i kobiet.

– Kobiety często nie czują się nadużywane w sferze seksualnej, nie uświadamiają sobie, że mają prawo odmówić zbliżenia – tłumaczy psycholog. – Zgoda na seks wbrew sobie to także rodzaj gwałtu, to gwałcenie samej siebie – z lęku, dla świętego spokoju, żeby pohamować agresję męża czy... zapobiec zdradzie.

Seksuolodzy dodają, że jeden z częstych problemów, z jakim zwracają się do nich pacjenci, to zgoda na seks z partnerem, który jest pod wpływem alkoholu. Kobiety mówią: ,,Jak powiem: nie, to pójdzie się napić, zrobi awanturę albo znajdzie sobie inną”. Pół biedy, jeśli kobieta ma świadomość tego, co robi i dlaczego to robi, potrafi z kimś o tym porozmawiać, poprosić o pomoc i uwierzy, że można inaczej. Jednak wiele ofiar odwiedza psychoterapeutę dopiero, kiedy dzieje się coś złego, np. przemoc przybiera inną formę niż ta seksualna i partner zaczyna krzywdzić dziecko. Innym powodem bywa kolejna niechciana ciąża albo sytuacja, gdy kobieta trafia do szpitala po dramacie w sypialni.

– Niedawno przyszła do mnie pacjentka, która od wielu miesięcy szukała pomocy psychologicznej dla swojej otyłej córki – opowiada Renata Kałucka. – Po kilku spotkaniach, zupełnie przypadkiem, wyszła na jaw sprawa przemocy w jej małżeństwie. Kiedy zapytałam o relacje intymne, pacjentka z uśmiechem na ustach, jakby temat jej nie dotyczył, powiedziała, że zamyka się przed mężem w sypialni. Ale on czasami, chcąc ją zwabić, bije psa, wtedy ona wychodzi i ,,mają seks”. Po tym wyznaniu więcej się jednak u mnie nie pojawiła.

Zgoda na seks wbrew sobie to postawa, z którą wiele kobiet wchodzi w związek. Bo patriarchalne wychowanie nakazuje, by kobieta była wierna, uległa, zawsze chętna na zbliżenie, a mężczyzna, kiedy pragnie seksu, musi go dostać, zwłaszcza od żony.

Już zakochane nastolatki zgadzają się na danie ,,dowodu miłości”, choć emocjonalnie nie są na to gotowe. Doświadczenie starszych koleżanek uczy je, że seks jest dobrym towarem przetargowym. Dzięki niemu można zyskać popularność lub zdobyć kontrolę nad kochanym mężczyzną.

Trwająca latami nieumiejętność chronienia własnej intymności skutkuje brakiem satysfakcji ze zbliżenia, chorobami kobiecymi, utratą szacunku do siebie i w efekcie – wejściem w rolę ofiary.

Co nas kręci i podnieca

Gwałt to nie tylko sytuacja, w której ktoś wymusza seks, uciekając się do przemocy i agresji, ale także współżycie z partnerem wbrew wewnętrznym barierom, własnej moralności czy pomimo bólu.

– Kiedyś zgłosiła się do mnie para będąca w związku opartym na wzajemnej fascynacji seksualnej – opowiada Kałucka. – Przez lata eksperymentowali w sypialni – ku obopólnej radości. Mąż był dumny, że ona taka wyzwolona, proponował coraz bardziej śmiałe i wyrafinowane zabawy. Potem żona zachorowała, miała poważną operację ginekologiczną, co już jest symptomatyczne. Nie miała ochoty często się kochać. Prosiła partnera, by był bardziej delikatny. Wtedy on, rozczarowany, zaczął ją zmuszać do seksu.

Media zachęcają do przekraczania barier w sypialni. Na początku to może być rzeczywiście wspaniała zabawa, ale eskalacja eksperymentów prowadzi czasem do sytuacji, kiedy trudno się zatrzymać. Partner chce więcej, tak, jak jeszcze nigdy dotąd, a kobieta nie potrafi zagłuszyć lęku, wstydu, obrzydzenia. Nie chce się kochać na przykład w czasie miesiączki, ale partnera to kręci. Brzydzi ją seks oralny, boli stosunek analny, ale on grozi, że pójdzie do prostytutki. Zdaniem seksuologów, w seksie dozwolone jest wszystko, na co obydwoje partnerzy mają ochotę, z wyraźnym podkreśleniem: obydwoje.

Jedna z pacjentek, której mąż jest stałym bywalcem portali randkowych, podszyła się pod bezpruderyjną dwudziestolatkę i wysłała do niego mejla z odważną propozycją. Uprawiali coraz odważniejszą korespondencję, mąż zdradził jej swoje najbardziej wyrafinowane fantazje seksualne. Przyszła do gabinetu z pytaniem, czy jeśli spełni je w realu, to będzie miała gwarancję, że mąż jej nie zdradzi…

Do gabinetu Renaty Kałuckiej trafia więcej zdesperowanych kobiet, które dla dobra małżeństwa są w stanie zaakceptować nawet zdradę partnera. Przyszła kiedyś osoba, której mąż okazał się homoseksualistą, a ona, chcąc utrzymać małżeństwo, weszła w trójkąt z mężem i jego partnerem.

„Nie chcę tego wiedzieć!”

Pomoc osobie gwałconej w małżeństwie nie jest łatwa, ponieważ często ona sama nie dostrzega wagi swojego problemu.

– Czasami proponuję pacjentce dokonanie bilansu potrzeb, które zaspokaja jej związek – tłumaczy Kałucka. – Proszę, żeby wypisała zyski i straty. Bywa, że choć z mojego punktu widzenia starty są przerażające, to jeszcze wiele spraw musi się wydarzyć, by ona sama zrozumiała, że płaci zbyt wysoką cenę. Wskazówka: ,,Zobacz, jak naprawdę wygląda twoje życie” – to nie wszystko. Niekiedy pacjentka daje mi komunikat: ,,Nie chcę tego widzieć”, i ja, jako psychoterapeuta, muszę to uszanować. To smutne, ale czasami naprawdę musi się wydarzyć jakiś dramat, by człowiek obudził się i popatrzył na swoje życie tak, by dostrzec wszystkie jego strony – i te dobre, i te złe.

W sprawach przemocy bardzo pomocne są grupy wsparcia. Wysłuchanie historii innych kobiet, które przeszły podobną drogę, pokazały, że można wyjść ze związku, w którym jest przemoc, stanąć po swojej stronie – bywa dla wielu motorem do działania.

Każda kobieta ma swój pomysł na życie i nikt nie ma prawa w nie ingerować. Nikt nie może ci mówić, jak masz żyć. Jeśli uważasz, że granice twojej intymności bywają naruszane, a wstydzisz się o tym rozmawiać – zrób autodiagnozę. Na czym polega? Po intymnym zbliżeniu stań przed lustrem i zapytaj samą siebie: ,,Czy było mi dobrze? Czy jestem piękną kobietą, która zasługuje na szacunek?”.

Odpowiedz też sobie na kilka podstawowych pytań:

  1. Czy ,,po” miałam ochotę przytulić się do partnera, czy też zawstydzona uciekłam do łazienki?
  2. Kiedy zbliża się noc, stosuję uniki, zwlekam z pójściem do sypialni, nasłuchuję, czy partner zasnął, wykręcam się bólem głowy?
  3. Czy często zgadzam się na coś wyłącznie dla przyjemności partnera, a po fakcie czuję do siebie obrzydzenie?
Jeśli po zbliżeniu jest ci smutno, czujesz się winna, wstydzisz się, czujesz ból, to znak, że robisz coś, na co nie masz wewnętrznej zgody. Uświadomienie sobie tego faktu, to pierwszy ważny krok do uszanowania siebie i swoich potrzeb.

  1. Seks

Obalamy najczęstsze mity na temat seksu

Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Jak się kochać wzorowo, zgodnie z zaleceniami poradników? Nie słuchając zbytnio ich nakazów!

Jesteś w udanym, stałym związku, ale… Wyedukowana na medialnych wzorcach, karmiona opowieściami koleżanek, nie wiesz sama, czy brak orgazmu lub ochoty na seks mieści się w normie, czy jest już może symptomem jakiegoś zaburzenia. W prezencie dla ciebie proponujemy nasz sensowny seks-poradnik.

Czy to źle, że kochamy się krótko?

Według ostatnich badań prof. Zbigniewa Izdebskiego, statystyczny Polak kocha się około 15 minut. To krócej niż kiedyś, ale czy rzeczywiście krótko? I czy to, że kiedyś spędzaliście godziny w sypialni, a teraz wasz seks jest raczej ekspresowy, jest zmianą na gorsze?

– Nie ma długiego i krótkiego seksu, jest tylko seks satysfakcjonujący lub nie – uważa Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Jeśli partnerzy są zadowoleni, kochając się kilka minut, to wszystko w porządku. Najważniejsze, żeby żadne z nich nie czuło się do niczego przymuszane lub czegoś pozbawiane.

Jest wiele kobiet, które czerpią z seksu niewiele satysfakcji – problemy z libido ma ponad 40 proc. pań. Można śmiało przypuszczać, że te kobiety będą zadowolone, gdy stosunek będzie trwał jak najkrócej. Ale i wówczas, gdy kobieta lubi seks i chętnie go uprawia, nie musi przeznaczyć na to całej nocy, po godzinie może być już całkowicie usatysfakcjonowana.

– W tym, że kochamy się krótko nie ma nic złego – uważa Platowska. – Wieczorem wiele osób jest tak zmęczonych, że sama myśl o długiej celebracji prowadzi do rezygnacji ze zbliżenia. A jakoś niezręcznie zaproponować partnerowi szybki numerek… Tymczasem nie ma sensu trzymać się jakichkolwiek zewnętrznych norm. Możemy celebrować długie stosunki w weekendy, w tygodniu nieco szybszy seks jest jak najbardziej na miejscu.

Czy to źle, że nie zawsze mam orgazm?

Mężczyzna orgazm ma zawsze – tak stworzyła go natura. Z kobietami bywa różnie – raz dochodzą na szczyt, innym razem nie. To zupełnie normalne.

– Orgazm kobiety jest funkcją nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną – tłumaczy psycholożka. – Jeśli kobieta nie jest całkowicie odprężona i obecna tu i teraz, może mieć problemy ze szczytowaniem. Ale to nie znaczy, że seks nie dał jej satysfakcji. Samo zbliżenie może być dla niej na tyle ważne, ze względu na odczuwaną bliskość, intymność i całkowitą uwagę partnera, że uzna stosunek za bardzo udany niezależnie od braku orgazmu. Dobrze traktować szczytowanie jako miły, ale niekonieczny dodatek do emocjonalnej satysfakcji.

Jednak wielu mężczyzn wartościuje swoją seksualną wydajność tym, czy kobieta osiąga przyjemność. Gdy ich partnerki nie mają orgazmu, czują się jak łóżkowi nieudacznicy. I dochodzi do paradoksu: kiedy mężczyźnie tak bardzo zależy na rozkoszy kochanki, ona zaczyna orgazm... udawać – żeby nie robić mu przykrości, by miał poczucie, że jest najlepszym kochankiem na świecie. Albo… dla świętego spokoju.

– Nie bądźmy fanatykami: nawet jeśli kobiety są zdolne do wielokrotnych orgazmów, bywa, że nie mają żadnego. Jeśli to się czasem zdarza – w porządku. Okresowe trudności z dojściem do orgazmu nie oznaczają, że kobieta jest oziębła, a partner nieudolny. Problem jest wtedy, gdy kobieta nigdy go nie osiąga albo bardzo rzadko – konkluduje psycholożka. – Wtedy radzę udać się do seksuologa.

Czy to źle, że nie szczytujemy razem?

To dość powszechny mit na temat seksu: jednoczesny orgazm świadczy o wielkiej miłości i idealnym dopasowaniu. Owszem, dowodzi sporego porozumienia, znajomości ciała partnera i własnego oraz wiedzy, jak się posługiwać tym aparatem. Ale tak naprawdę jest… trikiem natury, ułatwiającym zapłodnienie.

– To jego podstawowa funkcja – mówi Platowska. – Podczas kobiecego orgazmu dochodzi do skurczu macicy, co wzmaga skuteczność wędrówki nasienia do jajeczka. Pod względem seksualnej satysfakcji orgazm przeżywany osobno wcale nie jest gorszy, podobnie jak łechtaczkowy nie jest gorszy od pochwowego. Kochankowie, szczytując każde w swoim czasie, mogą w pełni cieszyć się i napawać przyjemnością drugiego. Bo choć jednoczesny orgazm może być wręcz duchowym przeżyciem, to jest tak intensywnym stanem, że człowiek, chcąc nie chcąc, skupia się jedynie na swojej przyjemności.

Jeśli bardzo ci zależy na wspólnych orgazmach, głowa do góry – to się da wyćwiczyć. Jeśli nie masz nic przeciwko orgazmom jeden po drugim, twój partner powinien pamiętać o zasadzie „ladies first”. Nie ma jednak problemu, gdy zdarzy się, że to on będzie pierwszy – o ile potem zadba o ciebie.

Czy to źle, że w łóżku myślę o kimś innym?

Zdaniem większości seksuologów, odrobina fantazji, zwłaszcza u kobiety, jest jak najbardziej wskazana, bo pomaga wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Pod warunkiem oczywiście, że jeśli fantazjuje o koledze z pracy, mężowi tego nie powie. Katarzyna Platowska uważa jednak, że gdy naprawdę zależy ci na dobrych relacjach w związku, erotyczne marzenia powinny dotyczyć… twojego partnera.

– Gdy zaczynasz się bawić w wyobrażanie sobie innego mężczyzny, pojawia się kłamstwo – wyjaśnia. – To znaczy, że własny partner cię nie podnieca. Wtedy lepiej spróbować innych sposobów, np. dołączyć jakieś gadżety czy gry, które urozmaicą seks, niż wyświetlać w głowie film porno z kimś innym w roli kochanka.

Co innego fantazje seksualne, nawet najdziksze, podczas masturbacji – tu można swobodniej i z czystym sumieniem puścić wodze fantazji.

Czy to źle, że się masturbuję?

Mały erotyczny seans sam na sam ze sobą może się zdarzyć także w stałym związku, ale czy to świadczy o braku satysfakcji w relacji? Przecież skoro kochasz partnera i możesz uprawiać z nim seks, kiedy tylko macie na to chęć – chyba nie powinnaś mieć ochoty na „dodatkowe” atrakcje? Otóż, niekoniecznie.

– Zdarzają się kobiety, w których życiu erotycznym masturbacja nie odgrywa żadnej roli – uważa Platowska. – Jeśli od wieku 17 czy 18 lat cały czas są w jakiejś mniej lub bardziej stałej relacji, nie odczuwają takiej potrzeby. I odwrotnie: kobiety, które w różnych okresach bywały same, bardzo cenią sobie taki sposób zaspokojenia seksualnego. A nawet gdy wejdą w nowy, udany związek, mogą przez jakiś czas nie chcieć porzucać „starych praktyk”.

Wszystko jest tak naprawdę kwestią proporcji. Jeśli twoje życie seksualne jest satysfakcjonujące, ale od czasu do czasu zdarza ci się seans autoerotyczny, to wszystko w porządku. Gorzej, jeśli jesteś bardziej zainteresowana własnymi pieszczotami niż seksem z partnerem. Tak może się stać, gdy on nie potrafi doprowadzić cię do orgazmu – a ty zamiast go tego nauczyć, udajesz przyjemność, a potem dogadzasz sobie sama. To ślepa uliczka. W konsekwencji będziecie się tylko od siebie oddalać, aż w końcu w ogóle zaczniecie unikać współżycia.

Czy to źle, że on korzysta z pornografii?

Przyłapałaś kiedyś chłopaka lub męża, jak z wypiekami na twarzy ogląda w internecie pieprzne filmiki?

Bez paniki! Pornografia jest szkodliwa w przypadku osób poniżej 18. roku życia i takich, które jeszcze nie rozpoczęły życia seksualnego. W innych przypadkach… – …oglądanie filmów porno może być taką samą rozrywką jak napicie się piwa: wprawdzie nie z tych najbardziej intelektualnych i z górnej półki, ale służy odreagowaniu – twierdzi Platowska.

Zdarza się jednak, że mężczyźni poświęcają pornografii więcej czasu niż nakazuje zdrowy rozsądek. Jeśli zaniedbują partnerki, bo są bardziej zainteresowani onanizowaniem się przed ekranem niż seksem z kobietą, z którą kochają się od miesięcy czy lat, to pojawia się poważny problem.

– Gdy mężczyzna nabiera ochoty na zbliżenie z żoną tylko po erotycznym seansie, to sygnał, że w jego małżeństwie nie dzieje się dobrze – mówi Platowska. – No, chyba, że ma problemy z libido.

Nagłe zainteresowanie partnera filmami porno może być też sygnałem, że potrzebuje dodatkowych bodźców. Dobrze potraktować ten fakt nie jako nieszczęście, ale wskazówkę – jak wzbogacić, a kto wie – może nawet uratować związek.

Czy to źle, że nie mam ochoty na seks?

Zmęczenie, stres, stan zdrowia, w tym hormonalnego i intymnego, ogólna sytuacja życiowa – to wszystko może powodować, że apetyt na seks będzie rósł lub malał. To oczywiste, że kobieta mająca płaczące po nocach dziecko, będąca w połogu lub krążąca myślami wokół nękających ją nierozwiązanych problemów, raczej nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki. Libido spada też u kobiet w drugiej fazie cyklu, gdy rządzi nimi progesteron, gdy przyjmują tabletki antykoncepcyjne czy w okresie menopauzy.

Ale jeśli nie ma obiektywnego powodu, dla którego nie masz ochoty na seks, warto się nad tym zastanowić. – W kobiecej psychice potrzeba seksualna leży bardzo blisko potrzeby bezpieczeństwa, więc jeśli między partnerami nie ma zgody, ona nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki – dodaje Platowska.

Łóżko jest czułym miernikiem temperatury uczuć między partnerami. Jeśli do niedawna w sypialni było fajnie, a od jakiegoś czasu zaczynacie unikać zbliżeń, może przyczyny trzeba poszukać w emocjach. Bo nawet jeśli nie ma między wami awantur i kłótni, to nie znaczy, że wszystko jest w porządku. A nieuzewnętrznione i nieponazywane problemy skutecznie dzielą partnerów. Potrafią nawet zniszczyć wieloletnią i udaną relację.

Są pary, które godzą się w sypialni. – To nie jest dobry pomysł – mówi psycholożka. Zaproszenie do seksu staje się utrwaloną metodą redukcji napięcia, zamiast wypływać z potrzeby bycia razem.

Chociaż jest ziarno prawdy w stwierdzeniu, że pary, które się często kłócą, miewają z seksu większą satysfakcję… – Takie pary mają „dobrze przewietrzony” związek, brak między nimi emocjonalnych zaszłości – tłumaczy Platowska. – Cała sztuka polega na tym, by umieć się kłócić dobrze i na temat, a potem godzić.

  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Seks

Gdy w związku nie ma chemii…

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Jak utrzymać jedno i drugie? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ogień w stałym związku czasami ledwo się tli, a niekiedy nawet przygasa. Jak go podsycić na nowo? Jak przywrócić wewnętrzny płomień i poczuć pożądanie?

Zakochałam się w instruktorze jogi – opowiada Marzena. – On jest taki... charyzmatyczny, silny i delikatny, a jednocześnie tajemniczy. Wiem, że biorąc pod uwagę mój wiek, to żenujące, ale kiedy on poprawia moją pozycję w trakcie ćwiczeń, w moim brzuchu budzi się ogień. W zeszłym tygodniu, kiedy kochałam się z mężem, wstyd przyznać, ale fantazjowałam o Marku. Co się ze mną dzieje?!

Ogień w dole brzucha, trzepocące motyle pod pępkiem, ciepło w okolicy serca – to energia seksualna, zwana pożądaniem. Potężna siła, paliwo nie tylko naszych cielesnych doznań, ale także pasji, kreatywności i sił witalnych. Zwykle budzi się tylko na chwilę, pod wpływem spojrzenia, tembru głosu, dotyku czy fantazji. I tak oto kobieta wpada w ramiona mężczyzny, który jest sprawcą i adresatem jej pożądania. Jest przekonana, że gwarantuje to namiętność w sypialni. Ale mijają lata, chemia znika, a ogień w brzuchu gaśnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ona jest rozczarowana, być może obwinia partnera, że to on rozpalił jej ogień, a teraz go zgasił. A jeśli nie on, to kto? Szuka kolejnych winowajców: codzienne problemy, rutyna w sypialni, jej „oponka” na brzuchu albo jego nowa sekretarka.

Kiepska para

Seks potrzebuje namiętności, ekscytacji i przygody. Odległość, nowość, niebezpieczeństwo i władza to główni sprawcy zastrzyku dopaminy (hormonu ekscytacji) w ośrodku nagrody w mózgu. Dopóki jesteście w związku na odległość, a wasze intymne zbliżenia są prawdziwym świętem, namiętność i szaleństwo goszczą w waszej sypialni, ale... pewnego dnia pojawia się chęć bycia razem, zasypiania i budzenia się we wspólnym łóżku – i oto mamy pierwszego zabójcę pożądania.

Seksuolodzy odkryli, że techniki stosowane w terapii par, mające na celu poprawę komunikacji w związku, w dużym stopniu przyczyniają się do zaniku pożądania. Bezpieczeństwo, stałość, przewidywalność, regularność kontaktów i wygoda skutecznie zabijają namiętność. Jak sama nazwa wskazuje – bezpieczeństwo i ogień nie idą ze sobą w parze.

Monika zgłosiła się do psychologa, kiedy jej partner przestał inicjować seks. – On mnie już nie pragnie, a może ma inną? – zastanawiała się zrozpaczona. Okazało się, że najpierw to ona przestała chcieć, ale zgadzała się na seks „dla niego” i dla „dobra związku”. Niestety, mężczyźni często są świadomi prawdziwego zaangażowania kobiet w łóżku. Na początku partner próbował zadowolić Monikę, ale im bardziej się starał, tym bardziej ona traciła zainteresowanie, a on czuł się coraz bardziej odrzucony. Od miesiąca się nie kochali.

Wojtek i Iwona poznali się w pracy. Szef i sekretarka to klasyka biurowych romansów. I wiek nie odgrywa tu roli. Po prostu: on miał władzę, a ona go uwodziła. Ten namiętny romans miał swój finał przed ołtarzem, ale ich bajka nie skończyła się zdaniem: „I żyli długo i szczęśliwie”. Już miesiąc miodowy nie był tak namiętny jak seks na dyrektorskim biurku. A kiedy urodził się ich syn, miesiącami się nie kochali. I tu kłania się freudowskie tabu kazirodztwa. Jeśli para kocha się jako mąż i żona albo mama i tata – namiętność ucieka, gdzie pieprz rośnie. W seksie trzeba być mężczyzną i kobietą – kochankami, a nie przyjaciółmi, rodzicami czy małżonkami.

Dlatego jeśli w związku stawiacie przede wszystkim na stabilność, przyjaźń i zaangażowanie, zapominając o wzajemnej atrakcyjności seksualnej, chemia między wami zamieni się w ciepłe, domowe bambosze.

Ogniu płoń

Gdybym miała magiczną zapalniczkę do rozpalania ognia w sypialniach moich pacjentów, z przyjemnością bym ją podarowała tym wszystkim, którzy rozstają się z powodu braku seksu, żyją w tzw. białych związkach nie z wyboru, ale z konieczności, albo ranią się nawzajem, szukając spełnienia poza związkiem. Póki co polecam wszystkim, jako lekturę do poduszki, wiersze miłosne Pabla Nerudy, na przykład ten ze zbioru „Dwadzieścia wierszy o miłości i jedna pieśń rozpaczy”:

„Nie jesteś do nikogo podobna, od kiedy cię kocham. Pozwól, bym cię położył między wieńcami z żółtych kwiatów. Kto pisze twoje imię literami z dymu wśród gwiazd Południa? Ach, pozwól, bym cię wspominał, jaką byłaś wtedy, kiedy nie istniałaś jeszcze”.

Ten chilijski poeta erotyzował swoją żonę na wiele sposobów. Wychwalał pod niebiosa albo uprzedmiotawiał fizycznie (w poezji), a jednocześnie żarliwie kochał. Dzięki temu zapewniał sobie i swojej żonie bezpieczeństwo i namiętność w związku.

Przeciwnikom poezji polecam kilka innych rad, niby powszechnie znanych, ale rzadko stosowanych:

Weź odpowiedzialność za swoje pożądanie. To ty, a nie twój partner, trzymasz w rękach zapałkę do rozpalenia ognia w swoim brzuchu. Ty wiesz, co cię podnieca, jakie pieszczoty sprawiają ci przyjemność, a co na ciebie nie działa. Odkryj to, a potem podziel się tym z ukochanym. Mężczyzna lubi, kiedy kobieta wie, na co ma ochotę, i o to prosi. Świadomość własnych pragnień da ci siłę.

Pielęgnuj swój naturalny erotyzm. Zamiast koncentrować się na tym, aby być pożądaną, bądź atrakcyjna przede wszystkim dla samej siebie.

Pamiętaj, że satysfakcjonujący seks to o wiele więcej niż orgazm. To proces, zmysłowy taniec, dynamika między dwojgiem ludzi, magiczny rytuał zaczynający się na długo przed wejściem do sypialni. Uwodzicie się poza sypialnią? Jak zwykle zapraszacie się do łóżka? Może pora coś zmienić?

Nie zapominaj o tym, że każdy zmienia się w trakcie związku. Wiele par, które trafiają do mnie, zaczynało związek jako chłopiec i dziewczynka, albo jedno z nich było mniej dojrzałe od drugiego. Minęły lata, oboje dorośli, a ich seksualny rytuał nadal jest niezmienny. A tymczasem ona – dziś dojrzała kobieta, chce innego seksu. Albo on dość ma kochania się z dziewczynką. Choć na co dzień dobrze im razem, nie wierzą, że mogą od siebie dostać nawzajem to, czego potrzebują na obecnym etapie życia.

Dbaj o to, by wasz seks był urozmaicony. I nie chodzi tu jedynie o doskonalenie się w nowych technikach czy kupowanie erotycznych gadżetów. Inaczej chcesz być zapraszana do sypialni, kiedy miałaś zły dzień i potrzebujesz bliskości, a inaczej kiedy budzi się w tobie zwierzęcy instynkt i pragniesz ostrego seksu. Ale skąd twój partner ma o tym wiedzieć?

Przekształcanie lęku w fantazje erotyczne

Co czujesz w tej chwili na myśl o partnerze? Może boisz się, że go utracisz albo czujesz niechęć? Jakie reakcje w ciele dostrzegasz na myśl o tym? Na przykład ucisk w żołądku. Spróbuj to doznanie przekształcić w coś przyjemnego, np. wzmacniaj ucisk, aż poczujesz przyjemne ciepło rozlewające się w żołądku. Możesz dotknąć ręką tego miejsca, pomasować je, lekko ucisnąć. Teraz dodaj temu odczuciu odrobiny erotyzmu, np. wzmocnij doznanie ciepła, aż poczujesz ogień albo przyjemne dreszcze.