1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Co mężczyźni lubią w łóżku? Czy powinnam nauczyć się technik seksualnych?

Co mężczyźni lubią w łóżku? Czy powinnam nauczyć się technik seksualnych?

Chcesz być
Chcesz być "dobra w łóżku"? Naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi partner. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Edukacja seksualna zawsze się przyda, żeby seks nie stał się wraz z czasem monotonny i nudny. Co mężczyźni lubią w łóżku? Między innymi dominację kobiet. Jeżeli zatem chcesz być "dobra w łóżku", to naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi facet. 

Edukacja seksualna zawsze się przyda, żeby seks nie stał się wraz z czasem monotonny i nudny. Co mężczyźni lubią w łóżku? Między innymi dominację kobiet. Jeżeli zatem chcesz być "dobra w łóżku", to naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi facet. 

  • Po pierwsze, dla facetów jest ważne, co czują do kobiety i tak jak dla nas, seks z uczuciami jest dla nich najważniejszy (chyba, że spotkasz seksoholika). Budowanie związku z facetem na seksie jest dość słabe, gdyż dla mężczyzny seks sam w sobie nie oznacza uczucia, a dla wielu kobiet to, że był seks oznacza, że coś czują i są związane z partnerem.
  • Faceci lubią w łóżku kobiety, które akceptują swoje ciało. Nie jest tak ważne, ile masz kilogramów i jak wyglądasz. Faceci postrzegają kobietę jako sexy, jeżeli ta dobrze się ze sobą czuje i jest otwarta. Są oczywiście faceci, którzy lecą na modną w danym stuleciu sylwetkę (czyli w naszym chudą), ale zazwyczaj świadczy to tylko o facecie. Sam jest sztuczny i szuka laski, która podniesie jego status, który on sam postrzega jako zbyt niski, żeby mógł sobie pozwolić na własny gust.
  • Warto zapytać, jaki ty lubisz seks? Czy delikatny, czy pełen uczucia, czy chcesz się w nim wyżyć, czy poczuć drugą osobę, jej ciepło i obecność? Czy chcesz patrzeć sobie w oczy i poruszać się powoli, czy nie musisz patrzeć w ogóle, ale chcesz poddać się instynktowi i żądzy? Możesz też mieć ochotę na każdy rodzaj po trochu.
  • To kobiety uczą facetów seksu. Jeżeli mężczyzna miał dojrzałą partnerkę, która nauczyła go świadomego seksu, biorącego pod uwagę potrzeby kobiety, to będziesz miała gotowego kochanka. Ale czasami facet kocha się tak jakby był na wyścigu konnym i wtedy będzie pędził aż do mety, byle tylko był na mecie pierwszy. Będziesz musiała mu wtedy powiedzieć: "Kochanie nie tak...".
  • Faceci lubią w łóżku być dominowani przez kobiety i lubią też dominować. Taki miks jest najlepszy. Czasami kobiety nie przejmują inicjatywy i wtedy facet tęskni do kobiety, która to potrafi.
  • Jeżeli chcesz się nauczyć sztuki kochania, to jest to dobry pomysł. Nie zaszkodzi poczytać o technikach kobiecych w zaspokajaniu mężczyzn. Pamiętaj tylko, że facet jest zadowolony wtedy, jak kobieta jest zadowolona, nawet jak o tym nie mówi.
  • Udawanie orgazmu nie ma sensu. Facet może się nabrać, ale wtedy niczego go nie uczysz i on gdzieś tam w środku czuje, że coś jest nie tak. Warto podejść do sprawy uczciwie i po prostu zgodzić się na to, że na razie nie masz orgazmu i poprosić go, żeby zaspokoił cię inaczej.
  • Faceci lubią pieszczoty jak mali chłopcy. Lubią, jak się ich głaszcze po głowie, po plecach, lubią, gdy mogą  przy tobie odpocząć. Mężczyźni lubią w seksie również swobodę. Jeżeli masz pomysł, żeby na randkę iść w przyczepianych włosach, rzęsach, paznokciach i w makijażu wodoodpornym, to możesz go rozczarować. On nie będzie wiedział, co zrobić z taką choinką i jeżeli coś odpadnie, jemu też może coś opaść.
  • Dobrze jest nauczyć się technik masażu głowy i ciała. To bardzo się spodoba facetowi po gorącym seksie. Ale nie natychmiast!
  • Możesz też pozwolić sobie na dzikość i zaproponować mu kilka odważnych i nowych rzeczy - to im się spodoba na pewno! Rób to tylko wtedy, gdy sama tego chcesz.
Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, (Wydawnictwo Zwierciadło).

Instrukcja obsługi faceta Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Seks

Kobiecość jak orchidea – 5 pytań do Sylwii Jędrzejewskiej, autorki książki „Kobiety, które pragną więcej”

– Mam wrażenie, że kwiat orchidei jest niemal anatomicznie podobny do kobiecej waginy. Jest niezliczona ilość odmian tego gatunku i nawet kwiaty w tej samej odmianie bardzo się między sobą różnią. Podobnie jest z kobietami, naszymi mózgami i waginami – mówi Sylwia Jędrzejewska, autorka książki „Kobiety, które pragną więcej”. (Fot. iStock)
– Mam wrażenie, że kwiat orchidei jest niemal anatomicznie podobny do kobiecej waginy. Jest niezliczona ilość odmian tego gatunku i nawet kwiaty w tej samej odmianie bardzo się między sobą różnią. Podobnie jest z kobietami, naszymi mózgami i waginami – mówi Sylwia Jędrzejewska, autorka książki „Kobiety, które pragną więcej”. (Fot. iStock)
Z Sylwią Jędrzejewską, autorką książki "Kobiety, które pragną więcej. Życie seksualne Polek - historie prawdziwe" rozmawia Monika Stachura.

Wszystkie historie opisane w książce są prawdziwe, a nasze rozmówczynie są realnymi kobietami z krwi i kości. (...) W większości przypadków żyją w stałych związkach. Są w różnym wieku, w przedziale od 25 do 45 lat. Większość z nich wychowuje dzieci. Satysfakcja z życia prywatnego przekłada się na ich sukcesy zawodowe – czytamy w posłowiu książki „Kobiety, które pragną więcej” autorstwa Sylwii Jędrzejewskiej i Andrzeja Depko.

Wspomnianą satysfakcję daje im udane życie seksualne zaspokajane w nienormatywny sposób. Z perspektywy seksuologicznej żadne z opisanych zachowań nie narusza kryteriów normy partnerskiej, ale – jak puentują autorzy: „receptę każdy musi napisać sobie sam, zgodnie z własnym sumieniem i potrzebami. Cudze metody niekoniecznie zagwarantują nam optymistyczne bajkowe zakończenie”.

Polecamy książkę: 'Kobiety, które pragną więcej. Życie seksualne Polek - historie prawdziwe', Sylwia Jędrzejewska, Andrzej Depko, wyd. Czarna Owca.Polecamy książkę: "Kobiety, które pragną więcej. Życie seksualne Polek - historie prawdziwe", Sylwia Jędrzejewska, Andrzej Depko, wyd. Czarna Owca.

We wstępie do książki czytamy, że neuroobrazowanie pozwala poznać i zrozumieć tajemnice kobiecej erotyki oraz dostrzec, czym różni się ona od męskiej. Na czym polegają podstawowe odmienności?
Sylwia Jędrzejewska:
Rozwinięte pod względem technologicznym rozwiązania, takie jak pozytonowa tomografia emisyjna (PET) czy funkcjonalny rezonans magnetyczny (fMNR) zrewolucjonizowały badania nad odbieraniem określonych bodźców erotycznych, podnieceniem i orgazmem u ludzi. Umożliwiają one śledzenie zmiany aktywności mózgu w zależności od pobudzenia i przeżywania doznań seksualnych, rejestrują, jak zmienia się aktywność mózgu osób, które same doprowadzały się do szczytowania.

Podczas wyobrażeń erotycznych, stymulacji seksualnej i orgazmu u mężczyzn uaktywniają się nieliczne ośrodki w mózgu, a u kobiet natomiast niemal cały mózg świeci od jego niezwykle wzmożonej aktywności. W najnowszych badaniach nad orgazmem u kobiet przy użyciu nowoczesnych technik obrazowania mózgu udowodniono, że jest to jedna z najbardziej złożonych reakcji zachodzących w organizmie kobiety. Podczas pobudzenia seksualnego kobiety zostaje uaktywnione wiele obszarów mózgowych. Istotną rolę odgrywają takie ośrodki jak kora zakrętu obręczy, jądro półleżące, wyspa, jądro okołokomorowe. Metaforycznie można by powiedzieć, że u kobiety ten zapis wygląda, jakby w ciemnym pokoju zapalały się kolejno lampki, aż cały pokój rozświetla się rażąco jasnym światłem – mózg w wielu obszarach dosłownie płonie, podczas gdy u mężczyzn włączane są zaledwie pojedyncze światełka.

W książce znalazły się historie kobiet w różnym wieku, wykonujących różne zawody, będących w różnej sytuacji życiowej; wiele z nich żyje w stałych związkach, ma dzieci. W jaki sposób świadoma seksualność zwiększa ich komfort w różnych obszarach życia?
Nasze rozmówczynie mówią o tym, że zaspokojenie seksualne przynosi spokój i komfort życia, zadowolenie, dobry nastrój, uśmiech, radość, cierpliwość i zdrowie, a to pomaga w ogólnym lepszym funkcjonowaniu. Mijają migreny, bóle głowy, frustracje, złość, rozterki, żale i pretensje. Spełnione seksualnie kobiety zyskują odwagę w pracy, podejmują wyzwania zawodowe, skutecznie pną się po szczeblach kariery. Poczucie bycia atrakcyjną i spełnioną seksualnie kobietą podwyższa samoocenę, dodaje animuszu i pozwala na różne sukcesy, staje się siłą do działania, do tego, żeby się chciało przenosić góry.

Bohaterki odkrywają, że będąc w związkach, mogą rozwijać swoją seksualność i jeśli żyją z odpowiednim partnerem, to z tego korzystają obydwoje. Inne decydują się na zmianę i odnalezienie partnera, który nie będzie pacyfikować ich naturalnej siły seksualnej, ale raczej pomoże stworzyć optymalne warunki do jej wspólnego eksplorowania. Jeszcze inne doceniają swobodę i przestrzeń w życiu bez mężczyzny. Większość naszych bohaterek posiada dzieci, niektóre z nich już odchowane. Każda z nich udowadnia, że rola kobiety matki i kobiety kochanki nie musi się wykluczać, ale może pozytywnie wzajemnie przenikać i wzmacniać.

Imiona bohaterek zostały ukryte pod nazwami kwiatów. Dlaczego akurat kwiatów?
Podstawą była zmiana imienia, obiecałam naszym bohaterkom skrupulatne zatuszowanie ich tożsamości. Kobiety i ich seksualność są jak kwiaty, piękne, wonne, delikatne, różnorodne, kwitnące, jeśli otoczenie im sprzyja. Tak jak do rozkwitu kwiatu potrzebny jest podatny grunt, słońce, ciepło, woda, czyli sprzyjające środowisko. Jeśli jest odpowiednio pielęgnowany, staje się jeszcze piękniejszy i długo zachowuje swoją świeżość. Jeśli jest zaniedbany – po prostu więdnie, obumiera tak jak obumrze zapomniana kobiecość. Pracując w gabinecie seksuologa, często proszę o skojarzenie waginy z kwiatem. Odpowiedzi jest wiele. Róża, storczyk, tulipan… Nasze bohaterki od samego początku tego przedsięwzięcia stanowią mocno przemyślaną kompozycję. Każda historia jest inna, odrębna, ale stanowią swego rodzaju wiązankę.

Kwiat trafił również na okładkę. To orchidea.
To ja jestem autorką grafiki z okładki. Ta historia łączy się z malarzem, Edwardem Dwurnikiem, który na urodziny dostawał ode mnie grafiki przedstawiające seksualny smak kobiet. Miałam poważny wypadek i nie mogłam podarować Edwardowi tej grafiki, oprawiona i zapakowana przestała u mnie wiele lat. Postanowiłam jej dać drugie życie na okładce książki odkrywającej kobiecą seksualność. Mam wrażenie, że kwiat orchidei jest niemal anatomicznie podobny do kobiecej waginy. Jest niezliczona ilość odmian tego gatunku i nawet kwiaty w tej samej odmianie bardzo się między sobą różnią. Podobnie jest z kobietami, naszymi mózgami i waginami.

Ma pani doświadczenie jako seksuolog kliniczny, terapeuta, autorka prac o zachowaniach seksualnych. Czy w czasie rozmów coś panią szczególnie zaskoczyło?
Nie ma we mnie wiele zaskoczenia, ale jest poczucie dumy z postawy Polek odważnie eksplorujących swoją seksualność. Jeszcze niedawno nie były gotowe na zmianę mentalną, raczej poszukiwały wyciszania swoich potrzeb seksualnych, które pozostawały w sprzeczności z poglądami obyczajowymi i przekonaniami społeczno-kulturowymi, a dziś coraz częściej porzucają dostosowywanie się do upodobań i życzeń mężczyzn. Jako terapeutka podkreślam, że cieszy mnie ta umiejętność kierowania przez kobiety swoim życiem, tak aby móc czerpać z niego spełnienie i radość.

Sylwia Jędrzejewska, dr nauk o zdrowiu, seksuolog kliniczny, zajmuje się terapią seksualną kobiet i mężczyzn oraz partnerskimi zaburzeniami seksualnymi. Autorka książek i publikacji o zachowaniach seksualnych www.seksuolog.tv.

  1. Psychologia

Samotni i zamknięci w sobie – dlaczego wielu mężczyzn nie potrafi otworzyć się na bliskie relacje?

Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Rywalizują z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. A przecież głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi, otwartość, wzajemne zrozumienie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Dłużej nie mogę tak żyć – mówi kobieta do mężczyzny. – Nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchasz. Nie patrzysz mi w oczy. Nie wiem, co czujesz. Gdzie jesteś? Przy mnie cię nie ma”.
On jest zaskoczony, zraniony: „O co ci chodzi?!”. Nie może pojąć tak jawnej niesprawiedliwości. Przecież się stara, tyle robi dla niej i dla dzieci. Kobieta nie powiedziała jeszcze „odchodzę”. Jeszcze nie jest za późno. Ten kryzys może być ratunkiem dla mężczyzny.

On jest samotny. Nie nawiązuje bliskich więzi. Nie ma przyjaciół. Nie potrafi opowiedzieć o tym, co przeżywa. Surfuje po Internecie. Ogląda telewizję. Czyta gazety. Reperuje samochód. Pracuje. Tak kobiety widzą swoich mężczyzn. Większość mężczyzn cierpi i przedwcześnie umiera na wielkie S, czyli na samotność – tak opisują kondycję mężczyzn psychologowie i socjologowie. Steve Biddulph, autor „Męskości”, posuwa się najdalej: „Bałagan w rodzinach, narodach i na całym świecie jest wynikiem długotrwałego kryzysu mężczyzn, osamotnienia, lęku, tego, że nie znają siebie. Problemy mężczyzn wynikają z izolacji. Mężczyźni muszą się wydostać z więzienia samotności”. Przedłużająca się samotność staje się w końcu nie do wytrzymania: mężczyźni i chłopcy trzy razy częściej popełniają samobójstwo niż kobiety. Męska samotność budzi nasze kobiece współczucie. Ale i wściekłość. Czy mężczyźni chcą się wydostać z tego więzienia?
Wolność wydaje się bardziej przerażająca niż więzienie.

Wolność to bycie z ludźmi, słuchanie ich i rozumienie bez osądzania. Tymczasem mężczyzna walczy. Drugi człowiek jest po to, by się z nim zmierzyć. I wygrać. Pokonać przeciwnika.
Tak właśnie wychowujemy chłopców. Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Jak wypadam w oczach innych? Czy się sprawdziłem?

Chłopiec często słyszy: „bądź mężczyzną”, w sytuacji, gdy na przykład ma zostać sam w domu i pokazuje, że się boi, albo płacze, bo mu się coś nie udało. Nikt mu nie mówi wprost, co to znaczy „być mężczyzną”. Ale uczy się z kontekstu. Widzi, że ważne dla niego osoby oczekują, iż będzie sobie radził, to znaczy nie ulegał, wygrywał. Uczy się, że być mężczyzną to nie czuć. Zatrzaskuje swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Zostaje zamknięty w środku siebie, zaczyna żyć oddzielony od świata. Kontaktuje się z ludźmi, ale to są relacje płytkie, zadaniowe. Rywalizuje z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. Mówienie o tym, co porusza, co powoduje cierpienie, a co zachwyt, wydaje się niestosowne i niemożliwe. Nie ma miejsca na otwartość, ciepło i serdeczność. Trzeba się bić o pozycję, o wizerunek. Trzeba się bić, żeby nie zostać pobitym. Najlepszą obroną jest atak. Muszę być silny, wytrzymały, muszę mieć samochód z największą mocą silnika…

…dopiero wtedy będę najlepszy i odetchnę z ulgą? Ale mężczyźni się bronią, mówiąc, że tak urządzony jest ten świat; taki jest los wszystkich samców w świecie przyrody.
Problem w tym, że rywalizując z innymi mężczyznami, nie mogę poczuć się dobrze, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś lepszy, wyższy, bardziej wysportowany, przystojniejszy, bogatszy, młodszy. W byciu lepszym tak naprawdę chodzi o wewnętrzny komfort, poczucie szczęścia. Walka i rywalizacja opierają się na przekonaniu, że będę szczęśliwy dopiero wtedy, gdy będę lepszy od innych. To się nigdy nie udaje.

W okresie dojrzewania chłopcy walczą o swoją pozycję i wizerunek, aby odpowiednio zaprezentować się wobec dziewczyn. Tak też jest w świecie zwierząt: moje poroże ma najwięcej rozgałęzień, mój ryk jest najdonioślejszy, a ja mam najwięcej kolorowych piór i wybieram najlepsze samiczki. W okresie dojrzewania takie zachowania są jak najbardziej w porządku. Jednak w dorosłym życiu są nieporozumieniem, prowadzą do samotności. Świat zwierząt rządzi się innymi prawami niż świat ludzi. Głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi. Potrzebujemy głębokich, bezpiecznych relacji, otwartości, wzajemnego zrozumienia. Potrzebujemy być akceptowani w pełni takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli muszę cały czas maskować słabe strony, a podkreślać mocne, prezentuję nie siebie prawdziwego, ale swój idealny wizerunek.

To jest właśnie to pęknięcie, o którym mówią kobiety: „Inni się nim zachwycają, bo taki silny i ambitny, tylko ja widzę go z bliska. Dotykam jego samotności, wewnętrznego smutku”.
Mężczyzna nie czuje się dobrze – nawet wtedy, gdy zewsząd słyszy zachwyty: „O tak, jesteś super, świetny! Chciałbym być taki jak ty!”. To oczywiście daje mu satysfakcję, ale głęboka tęsknota nie zostaje zaspokojona, ponieważ wie, że to nie on został przyjęty, tylko miraż, który tworzy na swój temat. Spotykałem mężczyzn, którzy tak zrośli się ze swoim wizerunkiem, że twardą żelazną zbroję uważali za swoją delikatną skórę.

Wojownik, rycerz ubrany w zbroję, gotowy do walki – ten męski wizerunek ma długą tradycję. Mężczyzna walczy, także o kobietę, pokonuje przeszkody, zwycięża smoka. Życie to walka – to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, mężczyźni traktują ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem. Z takiej metafory możemy mieć pożytek tylko wtedy, gdy znajdziemy w sobie dostęp do wszystkich postaci tego mitu, legendy czy baśni, a więc do rycerza, smoka i wybranki, ponieważ wszystkie są częściami nas samych.

Mam wrażenie, że mężczyźni zastygli w jednej pozie – siedzą na pancernym koniu, z kopią w ręku.
Z czasów, gdy prowadziłem tygodniowe treningi terapeutyczne, pamiętam mężczyzn, którzy przyjeżdżali na nie wielokrotnie. Gdy pytałem po co, mówili, że fundują sobie takie wczasy, mają regularne posiłki, mogą pobiegać po lesie. Ale przecież jedzenie i bieganie można mieć wszędzie. Na treningach dostawali o wiele więcej. Mogli pobyć w miejscu, w którym nie musieli udawać, grać, mogli mówić o swoich słabościach, emocjach, zranieniach, lękach, obawach, zawiedzionych nadziejach, przerażeniu i trwodze. Mogli zdjąć maski, pokazać prawdziwą twarz innym mężczyznom i kobietom. Nikt ich za to nie potępiał, nie wyśmiewał ich z tego powodu, ponieważ wszyscy przyjechali z tym samym i po to samo. Przyjechali, aby normalnie pobyć z ludźmi. Na koniec mówili: „Szkoda, że trzeba wracać do rzeczywistości”. A więc z normą kojarzyło się to, co na zewnątrz, walka, maska, rywalizacja, zamknięcie, samotność. Mówili, że trudno im będzie przenieść do swojego życia nowe doświadczenia i umiejętności. Obawiali się, że ich otwartość i bezpośredniość zostaną wykorzystane przeciwko nim, i to przez najbliższe, kochane osoby.

Wiele kobiet tęskni za chwilą, gdy mężczyzna zdejmie zbroję i wreszcie się odpręży. Niechby ta zbroja zaczęła się choć trochę kruszyć.
Tak się zwykle dzieje w momentach życiowych kryzysów. Mężczyzna zaczyna co nieco czuć, zbroja się luzuje. Przerażające doświadczenie. Przypomina mi się opowieść o japońskich samurajach, którzy spędzali tyle czasu na polach bitew, że przez długie okresy nie schodzili z konia. Gdy kończyła się wojna, nie byli w stanie zdjąć zbroi, ponieważ w tych miejscach, w których zostali zranieni, zbroja przywierała im do ciała. W końcu ją zdejmowali, bo inaczej nie mogliby żyć, ale odbywało się to w mękach, w ogromnym bólu.

Oczywiście, zbroja czasem się przydaje. Pożądana byłaby tu elastyczność – możemy ją zakładać, ale nie musimy, to zależy od kontekstu, okoliczności.

Z jakim bólem potrzebuje zmierzyć się mężczyzna?
Nierzadko z bólem zmarnowanego czasu, życia. To może być kryzys wieku średniego, czterdziestka, pięćdziesiątka. Mężczyzna pracuje ciągle na najwyższych obrotach, ale już czają się pytania: Po co? Jaki to ma sens?

Jak pytał Robert Bly, autor kultowej książki o mężczyznach „Żelazny Jan”: „Czy jesteś już wystarczająco przygnębiony?”
Zauważyłem, że wystarczająco przygnębieni bywają już 35-latkowie. To znak naszych czasów. Tempo życia, które jest wynikiem wolnego rynku napędzającego rywalizację, i samotność sprawiają, że już młodzi ludzie czują niepokój. Szczególnie gdy pojawiają się trudności. To może być kryzys w relacji z partnerką, załamanie zdrowia, krach w pracy, plajta firmy, zwolnienie, śmierć znajomej osoby, a w skali społecznej na przykład atak na World Trade Center 11 września 2001 roku. Domek z kart, który tak mozolnie budowaliśmy, rozsypuje się.

Może być też tak, że mężczyzna nie zauważa kryzysu, broni się przed konfrontacją, na przykład w relacji z kobietą. Może nawet widzieć, że partnerka wycofała się z relacji, że już nie ma do niej dostępu, ale podejrzewa, że to raczej z nią jest coś nie tak. Dociera do niego, jak daleko sprawy zaszły, gdy kobieta ogłasza: „rozstajemy się”. „Co ci się stało?” – pyta wstrząśnięty. „Masz kogoś? Jest jakiś mężczyzna?”. To jest dramatyczny moment, bo jeśli partnerka mówi: „odchodzę”, to znaczy, że kryzys przybrał postać finalną i jest już za późno na negocjacje. Przychodzi załamanie, odpada kawałek zbroi. Mężczyzna czuje się zraniony, cierpi. Jeśli przypisywać wartość cierpieniu, to stwarza ono szansę na dokonanie zmiany. Ale nie wszyscy mężczyźni skorzystają z tej szansy. Wielu ucieknie w racjonalizację: „nie była mnie warta”, „kobiety takie są”. Wielu dojdzie do wniosku, że miłości nie ma. Ale są koledzy, jest walka, są inne kobiety gotowe na przelotne związki, da się żyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

W łóżku bez fajerwerków. O tym, jak zapracować na udany seks, mówi Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna

Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Jak dbać o swoją seksualność, żeby pozbyć się erotycznych rozczarowań? (Fot. iStock)
Udany seks jest ziemski, nie z kosmosu. I szczery, ale w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie „ja“. Fajerwerki nie są regułą, ale jak fajnie, że się czasem zdarzają. Nasze życie nie musi kręcić się wokół seksu, ale warto, by był jego częścią – tłumaczy edukatorka seksualna Alicja Długołęcka.

Według wschodniej tradycji seks to świętość, wręcz duchowe przeżycie. Ale też radość, czerpanie i dawanie przyjemności. Im bardziej na zachód, tym różniej jest postrzegany – jako obowiązek małżeński, droga do posiadania potomstwa, element dbania o siebie, a także dodawania sobie wartości. Czy seks jest tak wielowymiarowy, czy może o wiele prostszy niż myślimy? A może jest wszystkim tym po trochu? Czy nasz stosunek do niego mówi więcej o naszych potrzebach czy brakach ? – Przez lata byliśmy uczeni, że seks to coś, co przypływa do nas wraz z miłością, pierwszym zakochaniem, coś cudownego, co dzieje się samo, taka wspólnota dusz i ciał – tłumaczy dr Alicja Długołecka.

– Taką ideę wdrukowała nam kultura, wychowanie, religia, ale też sposób opisywania swojej seksualności przez poprzednie pokolenia. Tyle że zwykle towarzyszył im brak wiedzy na temat seksu oraz słabe kompetencje komunikacyjne. Jeśli dodamy do tego sporą domieszkę wstydu, poczucia winy i stereotyp, który głosi, że kobieta ma być wierna bez względu na to, co się dzieje w relacji, i jest skazana na to, co zainicjuje partner – to trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia, by coś dobrego w sferze seksualnej się wydarzyło. W konsekwencji osoby w średnim wieku, do których i ja się zaliczam, zderzają się dzisiaj z efektem swoistego rozdwojenia. Nauczono nas oczekiwać seksu kosmicznego, a dostajemy seks ziemski. Ale cóż, taki właśnie jest. Na szczęście wiele zależy od tego, co z nim zrobimy.

Alicja Długołęcka przyznaje, że ma dużo pacjentek, które są zawiedzione tym, jak potoczyło się ich życie seksualne. – Często przychodzą do mnie wtedy, gdy mają kochanka, i są rozdarte. Chciałyby mieć więcej przyjemności i kompetencji, rozleglejszą wiedzę – uważają, że dużo im w życiu umknęło. Coraz częściej pojawiają się kobiety, które są w trakcie rozwodu i właśnie zdały sobie sprawę z tego, że przez lata uprawiały seks, z którego nie były zadowolone - mówi Długołęcka.

- Z drugiej strony sporą grupę stanowią kobiety, które nie chcą odejść od swoich mężów czy partnerów. Często byli swoimi pierwszymi i jedynymi kochankami. Czasem partner już je zdradza, a one jego nie. Nieraz nie wiedzą, czy ten związek da się jeszcze rewitalizować, czy może trzeba się pogodzić, że seksu już nie będzie i lepiej postawić na przyjaźń. To, co mnie bardzo boli, to grupa młodych kobiet, koło 30., po jednym lub dwóch porodach, które na poziomie psychosomatycznym mają ogromną niechęć do seksu. Czyli było fajnie, ale od czasu ciąży coś się popsuło. Coraz bardziej zamykają się fizycznie na seks, mają dolegliwości typu wulwodynia (bolesność narządów płciowych), pochwica (niemożność odbycia stosunku) czy obniżenie libido. Zderzenie nierealnych oczekiwań z rzeczywistością i przekonanie, że jeśli jest uczucie, "to wszystko się ułoży" - daje właśnie taki efekt - tłumaczy ekspertka.

Sprowadzeni na ziemię

Jaki zatem powinien być seks, żeby nas satysfakcjonował? – To trochę jak ze zjawiskiem zakochania. Czujemy się wspaniale, kiedy się zakochamy, i to naturalne, że idealizujemy wtedy drugą osobę, ale taki stan nie może trwać wiecznie. Prawdziwa miłość jest inna. Podobnie z seksem - porównuje dr Długołęcka. - Fajnie zaznać komunii ciał i dusz, jednak prawdziwy seks to nie wieczna erupcja wulkanu. Żyjemy z realnymi ludźmi, którzy są cudowni, lecz mają też wiele cech czy zachowań, które niekoniecznie są wadami, ale też nie wprowadzają nas w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w stan totalnego zachwytu. Zachwyt jest efektem trafienia w nasze potrzeby, czyli: najbardziej podoba nam się to, co jest z nami zgodne. Zakochanie takie właśnie jest, dość egoistyczne, trzeba przyznać. Tymczasem kiedy kochamy, bierzemy człowieka takim, jaki jest, a nie takim, jaki chcielibyśmy by był.

Jeśli wyobrażasz sobie, że seks to trzęsienie ziemi, i tak zawsze ma być - to się rozczarujesz. Super, jeśli ziemia kilka razy się zatrzęsie, w dodatku doświadczysz tego z człowiekiem, który ma być na całe życie, ale to jest coś, co bywa, a nie jest na stałe. Takie doświadczenia graniczne powodują, że otwieramy się psychicznie i fizycznie na drugiego człowieka, ale nie ma sensu oczekiwać, że tak będzie non stop.

Błędne wyobrażenia na temat seksu dotyczą tylko tego, że zawsze ma być kosmicznie, ale też tego, że kobieta ma czekać na rozkosz, a mężczyzna ma wiedzieć, jak ją wywołać. Do tego dochodzi brak dobrego kontaktu z własnym ciałem, czego też nie jesteśmy uczeni. A jak zauważa ekspertka, nie ma pracy z seksualnością bez pracy z ciałem. Ona sprowadza nas na ziemię. - Seks jest wielką wartością, ale ta wartość wynika z nas, jest naszą częścią, dlatego dobrze, żeby była pozbawiona poczucia wstydu czy winy - tłumaczy dr Długołęcka. - Na pewnym etapie otwarcia się na siebie możemy powiedzieć: "Tak, jestem istotą seksualną i odczuwam podniecenie. To mi się w seksie podoba, a to nie. Mogę czegoś chcieć lub nie, i to jest całkowicie OK. Zmieniam się i moje potrzeby się zmieniają. Umiem o tym opowiedzieć sobie samej, ale też ludziom, z którymi wchodzę w intymne relacje".

Ciało nie kłamie

W seksie często wszystko zaczyna się psuć od pierwszego zaniechania, przemilczenia, ukrycia prawdy o swoich odczuciach. Od tego pierwszego razu, kiedy udasz, że jest ci dobrze. - W ten sposób oszukujesz siebie i partnera, bo on nie wie, że nie sprawia ci przyjemności. A skoro już raz powiedziałaś, że coś jest OK, to nie możesz nagle stwierdzić, że jednak nie jest OK, więc brniesz dalej, wzmacniając i utrwalając błędne zachowanie u partnera. I nie wiadomo właściwie, kiedy się z tego wycofać - wyjaśnia dr Długołęcka.

-Mówimy tu o kobiecej perspektywie, ale tak samo wygląda to z męskiej. Jedno myśli, co drugie myśli, ale tak naprawdę nie wie. To niedomówienie się powiększa, ludzie się od siebie oddalają. Poza tym zmuszając się do niechcianych zachowań, powodujemy napięcia w ciele, które prowadzą do unikania bliskości w ogóle. Tak się tworzą zaburzenia seksualne i dysfunkcje. Seks, w którym zamieszkało zaniechani, jest tym rodzajem seksu, który może prowadzić do rozpadu całkiem fajnych relacji. Nie chodzi mi nawet o kłamstwo intencjonalne, przecież najczęściej nie mówimy prawdy, bo się wstydzimy, lub nie chcemy zrobić przykrości drugiej osobie.

Czyli udany seks jest ziemski, nie z kosmosu, i szczery. Ale szczery w sposób życzliwy, ciepły, oparty na komunikacie "ja". Nie: "ty czegoś nie robisz albo coś robisz", tylko "uwielbiam to, pragnę tego, potrzebuję" czy: "ja mam problem, ja się wstydzę, ja czuję się skrępowana". - Szczerość to powiedzenie komuś, że mamy jakąś tęsknotę, pragnienie albo że jest we mnie jakaś bariera, ale nie umiem jej jeszcze nazwać - mówi Alicja Długołęcka. - Że jest jakaś część mnie, z którą muszę dojść do porozumienia, ale sama, i nie chcę o tym nikomu na razie opowiadać. Jak już się z tym uporam, to wyjaśnię, ale byłabym wdzięczna gdybyś ty, jako partner mi w tym pomógł i gdybyśmy etapami nad tym pracowali.

Taka praca nie tylko zbliża partnerów, lecz bardzo często uzdrawia także inne obszary naszego życia. - Seks to relacja intymna, czyli wyjątkowa i bardzo terapeutyczna. Ciało wysyła wiele ważnych sygnałów, dlatego lubię z nim pracować - mówi ekspertka. - Seks jest oparty na bliskości i zaufaniu, dlatego jeśli ich brak między ludźmi, w tej sferze od razu będzie to zauważalne. Ale w seksie ujawniają się też nasze lęki i napięcia, i tu również mogą być ukojone.

Bezcenna wiedza o sobie

Nawet jeśli kobieta odkrywa przyjemność w relacji przypadkowej, której nie chce kontynuować, i nawet jeśli jej żałuje, to dzięki temu doświadczeniu może odkryć wiele rzeczy o sobie. - Wyobraźmy sobie, że kobieta jest w stałym związku i nagle ląduje w łóżku z kimś, o kim wie, że nigdy nie będzie chciała z nim być, ale w sensie erotycznym wydarza się między nimi coś niesamowitego, coś, czego oboje nie rozumieją - podaje przykład ekspertka. - To wcale nie oznacza, że ona ma od razu pakować walizkę i iść w świat, bo ani z jednym, ani z drugim nie jest w stanie być szczęśliwa - to jedynie informacja o niej samej. Otóż ten człowiek dotknął w niej jakiejś ważnej potrzeby i może - jeśli chciałaby pozostać w związku z partnerem, z którym jest i którego kocha - należałoby żyć w prawdzie i powiedzieć mu o tym, co odkryła. Nie o zdradzie, ale o tym, czego o sobie się dowiedziała. Chciałabym być dobrze zrozumiana: do takich odkryć nie dochodzi jedynie w trakcie romansu, często jest to rezultat wejrzenia w siebie, zmiany w życiu, emocjonalnego impulsu, skontaktowania się ze swoimi potrzebami, własnym erotyzmem.

Bo w związku, czyli także w seksie, trzeba co jakiś czas aktualizować informacje o sobie - wszyscy się przecież zmieniamy. I im bardziej od serca powiemy, na czym polega ta zmiana, to tym bardziej będzie to wartościowe dla związku i dla relacji seksualnej. I na odwrót, zmiany w innych sferach też przekładają się na jakość seksu. To, że on się od ciebie oddala, wcale nie musi oznaczać, że go już nie pociągasz, tylko że na przykład obawia się utraty pracy, ma spadek nastroju albo czuje się gorzej fizycznie.

Jak pracować nad seksualnością?

-Pierwszym krokiem, zwłaszcza dla kobiety, jest to, by pomyśleć tylko o sobie, dać sobie odrobinę przestrzeni w ciągu dnia, kiedy własna seksualność będzie ważna - mówi dr Alicja Długołęcka. - Nie jest tak, że mamy czuć się pożądane wyłącznie wtedy, kiedy partner nas skomplementuje albo ktoś na ulicy się za nami odwróci i popatrzy z uznaniem, nie - seksualność jest wewnątrz nas. Warto to źródło znaleźć i nauczyć się je karmić.

Co to znaczy? Że robimy kolejny krok - w stronę własnej wyobraźni. Każdego co innego rozbudza, ale to nasza jednostkowa i niepowtarzalna wyobraźnia porusza ciało - w ten sposób możemy się z nim skontaktować i dopiero wtedy poprzez ciało pracować nad seksualnością. Trzeci krok to podarowanie sobie realnego czasu na to, co zmysłowe i pobudzające. Praca nad swoją seksualnością to tak naprawdę praca nad odbieraniem życia wszystkimi zmysłami. Nie tylko dawaniem i obdarzaniem, ale też przyjmowaniem, chłonięciem.

-Bądźmy wdzięczni naszemu ciału za to, że jest sensualne, czyli seksualne, bo dzięki niemu, ale i poprzez nie przeżywamy najcudowniejsze momenty, które wiążą się z przeżywanie świata, a więc także relacji z innymi ludźmi - mówi dr Alicja Długołęcka.

Dr n. hum. ALicja Długołęcka: pedagożka i edukatorka seksualna. Wykładowca na Wydziale Rehabilitacji w Warszawie, gdzie prowadzi zajęcia z psychosomatyki i rehabilitacji seksualnej. Wykładowca na Podyplomowych Studiach Wychowania Seksualnego na Uniwersytecie Warszawskim.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Jedyną drogą do spełnienia w seksie i w życiu jest uzdrowienie dawnych traum

Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Gdyby dało się prześwietlić sferę erotyki, gdzie tyle rzeczy jest w ukryciu i mroku, ujrzelibyśmy jasno wszystkie nasze problemy psychiczne, urazy, lęki... Jedyną drogą do spełnienia w seksie, ale też w życiu, jest uzdrowienie własnych dawnych dziecięcych traum – przekonuje terapeutka Olga Haller.

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, jak bezbronne są dzieci wobec dorosłych.
Dzieciństwo to przede wszystkim bezbronność, a więc zależność od dorosłych. Od nich uczymy się, jak traktować siebie, swoje ciało, płeć. Uczymy się bliskości i intymności w związkach od urodzenia! Dom rodzinny powinien być azylem, w którym dziecko dowiaduje się, jak chronić siebie i jak odważać się na samodzielność. Gdy w świecie spotyka je krzywda, przychodzi do rodziców po pomoc, a ich wsparcie pomaga mu uleczyć zranienie. To idealny obraz. Niestety zbyt często dziecko zostaje samo ze swoim przeżyciem. I coraz więcej wiemy o tym, że dzieci najczęściej są krzywdzone wewnątrz rodziny (uwiedzenie emocjonalne lub fizyczne przez matkę lub ojca; seksualne molestowanie – przez rodziców, dziadków, wujków, starsze rodzeństwo) lub w jej najbliższym otoczeniu. Narażone są szczególnie te dzieci, których rodzice nie potrafią uleczyć własnych zranień emocjonalnych. Bezradność i delikatność dziecka boleśnie im o nich przypominają. Jego zależność daje zaś toksyczne poczucie władzy – bezradni rodzice, sami zagubieni w rolach dorosłego życia, używają dziecka, by zagłuszyć swój ból.

Co za nędzna pociecha, że ci, którzy krzywdzą dzieci, na pewno zostali jakoś pokaleczeni w dzieciństwie.
Dlatego tak ważne jest świadome uleczenie dawnych dziecięcych zranień. Dzieciństwo to czas rozwiązywania naprawdę trudnych dylematów w drodze do dorosłej niezależności. Miłość rodziców jest niezbędna – dzieci potrzebują ich kochać i być przez nich kochane. By na tę miłość zasłużyć, wielu z nas wyrzeka się siebie, zaprzecza własnym uczuciom i potrzebom; a żeby móc rodziców kochać, idealizujemy ich obraz, przypisując winę sobie. Ten proces zakłóca rozwój, pogłębia zależność, a dziecko, choć coraz starsze, nie umie się obronić lub prosić o pomoc w sytuacji zagrożenia lub nadużycia.

W naszej kulturze, gdy ofiarą jest może już nie dziecko, lecz dorastająca dziewczyna, uważa się, że sama się o to prosiła.
O tak, zwiększa to lęk przed wołaniem o pomoc. A stereotyp na temat chłopców i mężczyzn? Im się to nie powinno w ogóle zdarzyć! Dziecko jako ofiara seksualnych nadużyć najczęściej zostaje samo i choć czuje, że stało się coś złego, nic nie mówi. Powoduje nim właśnie poczucie winy, ale także lojalność wobec sprawcy, jeśli to ktoś bliski.

Ufność wobec dorosłych jest podstawą bytu, więc dziecko musi ją utrzymać. Zależne i potrzebujące jest wtedy uwikłane w obezwładniający związek, tym bardziej toksyczny, im dłużej trwa. Dziecko nie ufa sobie, nie wie, czy to, co czuje, jest właściwe. Zwykle daje jakieś sygnały, że coś się dzieje: zmienia się jego zachowanie, usposobienie, tematyka zabaw, rysunki, zainteresowania, lecz często przekonuje się, że rodzice nie chcą tego usłyszeć i odczytać. Zostaje wstyd, poczucie winy i bezradność.

Wstyd chyba zawsze łączy się z obarczaniem siebie winą. To jedno z najbardziej dotkliwych i toksycznych uczuć. Iluż ludzi zabiło siebie lub innych ze wstydu!
To ciężar, który musimy wlec przez życie. Ile potrzeba energii psychicznej, żeby z tym żyć! Żeby to ukrywać, przed sobą i innymi. To ogromny psychiczny koszt – zapomnieć, znieczulić się, zabić dziecięcą wrażliwość, odciąć się od traumatycznego zdarzenia. Taka trauma z dzieciństwa może być skrywana przez wiele lat.

Podczas pracy z kobietami przekonałam się, że często bagatelizują one swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, naturalne jest, że chcą uniknąć bólu, wolą się nie konfrontować z przeszłością. Szukają przyczyn w bieżącym życiu. Próbują jakoś się dostosować. Znajdują stereotypy, które wyjaśniają ich problemy. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku albo kiedy ono dorośnie, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo znajdą kochanka… Liczą na partnera – obwiniają go, wymagają lub czekają, aż on coś zrobi, żeby było lepiej.

A on zwykle głupi i bezradny.
Nie, nie głupi! Bezradny, owszem. To nie w jego mocy jest wybawienie kobiety. To ona musi się odważyć. Znaleźć sprzymierzeńca. Najpierw ujawnić, by „dostać potwierdzenie” doznanej krzywdy, a potem wyrazić zadawnione uczucia, ból... To zawsze przynosi ulgę i daje szanse na zmianę w aktualnych relacjach. Skutki nieleczonych urazów zatruwają nasze życie. Nasze wysiłki unikania cierpienia, aczkolwiek zrozumiałe z dziecięcej perspektywy, w dorosłym życiu tracą swój przystosowawczy sens.

Czyli wstydliwe i bolesne zdarzenia z przeszłości są jak szczury w studni, rozkładają się i nas zatruwają, także erotykę, która jest wrażliwa na toksyny. Ale to czyszczenie studni po latach bardzo boli. Nie przypadkiem coś ukrywamy – robimy to, by nie bolało...
Zawsze boli, ale to się opłaca. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które było molestowane, ukryło swoje doświadczenie, gdyż nie mogło z tym nic innego zrobić. Nie jest winne zaniechania. Wtedy to była jedyna metoda, by przetrwać. Teraz, gdy jesteśmy już dorośli, czas, by się z tym zmierzyć. Możemy znaleźć wsparcie, którego wtedy zabrakło. Zdobyć wiedzę, która pozwoli nam zrozumieć, co się stało. Skutki nadużyć seksualnych z dzieciństwa mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Lękowość, skłonność do depresji, zachowania autodestrukcyjne, toksyczne związki, alkohol, narkotyki to przejawy dawnych, zapomnianych krzywd. Ale też niezadowalający seks – brak orgazmu, bolesność lub całkowita niemożność współżycia. I częste zmiany partnerów, seks bez zahamowań albo odwrotnie – wycofanie z aktywności seksualnej. Może też się zdarzyć nagły wybuch nerwicy lękowej, kiedy jakieś wydarzenie w życiu uaktywnia wyparte lub stłumione treści. Bywa, że gwałtownie reaguje ciało – ból lub skurcz mięśni uniemożliwia współżycie mimo świadomego przyzwolenia. To są ważne sygnały. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie.

Kobiety często bagatelizują swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, jego przyczyn szukają w bieżącym życiu. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo kiedy znajdą kochanka… Liczą na partnera, czekają, aż on coś zrobi. Ale to nie w jego mocy jest wybawienie kobiety.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Przypomina mi się sprawa molestowania kobiet przez prezydenta Olsztyna – szokujące, że broniły go właśnie kobiety. To są te „najemnice patriarchatu” – przerażająco ich dużo...
Uwierzyłyśmy kiedyś, że jesteśmy mniej ważne, że mamy być uległe, czuć wstyd, niewiarę i winę. W sytuacjach społecznych mechanizm jest ten sam jak na planie indywidualnym między sprawcą a ofiarą. Kobiety, ofiary patriarchatu, bronią mężczyzny, pana i władcy tego porządku. Są w stanie poświęcić jedną ze swoich, żeby zachować jego względy i potwierdzić sens swojego wielowiekowego wyrzeczenia, ofiary. „Patriarchalna kobieta” jest w jakimś stopniu w każdej z nas i nie pozwala na stworzenie wspólnoty dla poparcia i obrony krzywdzonej siostry. Nie bójmy się rozpoznawać jej w sobie, jeśli chcemy ten porządek zmieniać.