1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Co mężczyźni lubią w łóżku? Czy powinnam nauczyć się technik seksualnych?

Co mężczyźni lubią w łóżku? Czy powinnam nauczyć się technik seksualnych?

Chcesz być
Chcesz być "dobra w łóżku"? Naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi partner. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Edukacja seksualna zawsze się przyda, żeby seks nie stał się wraz z czasem monotonny i nudny. Co mężczyźni lubią w łóżku? Między innymi dominację kobiet. Jeżeli zatem chcesz być "dobra w łóżku", to naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi facet. 

Edukacja seksualna zawsze się przyda, żeby seks nie stał się wraz z czasem monotonny i nudny. Co mężczyźni lubią w łóżku? Między innymi dominację kobiet. Jeżeli zatem chcesz być "dobra w łóżku", to naucz się przejmować inicjatywę i przewodzić w seksie na przemian z poddaniem się temu, co robi facet. 

  • Po pierwsze, dla facetów jest ważne, co czują do kobiety i tak jak dla nas, seks z uczuciami jest dla nich najważniejszy (chyba, że spotkasz seksoholika). Budowanie związku z facetem na seksie jest dość słabe, gdyż dla mężczyzny seks sam w sobie nie oznacza uczucia, a dla wielu kobiet to, że był seks oznacza, że coś czują i są związane z partnerem.
  • Faceci lubią w łóżku kobiety, które akceptują swoje ciało. Nie jest tak ważne, ile masz kilogramów i jak wyglądasz. Faceci postrzegają kobietę jako sexy, jeżeli ta dobrze się ze sobą czuje i jest otwarta. Są oczywiście faceci, którzy lecą na modną w danym stuleciu sylwetkę (czyli w naszym chudą), ale zazwyczaj świadczy to tylko o facecie. Sam jest sztuczny i szuka laski, która podniesie jego status, który on sam postrzega jako zbyt niski, żeby mógł sobie pozwolić na własny gust.
  • Warto zapytać, jaki ty lubisz seks? Czy delikatny, czy pełen uczucia, czy chcesz się w nim wyżyć, czy poczuć drugą osobę, jej ciepło i obecność? Czy chcesz patrzeć sobie w oczy i poruszać się powoli, czy nie musisz patrzeć w ogóle, ale chcesz poddać się instynktowi i żądzy? Możesz też mieć ochotę na każdy rodzaj po trochu.
  • To kobiety uczą facetów seksu. Jeżeli mężczyzna miał dojrzałą partnerkę, która nauczyła go świadomego seksu, biorącego pod uwagę potrzeby kobiety, to będziesz miała gotowego kochanka. Ale czasami facet kocha się tak jakby był na wyścigu konnym i wtedy będzie pędził aż do mety, byle tylko był na mecie pierwszy. Będziesz musiała mu wtedy powiedzieć: "Kochanie nie tak...".
  • Faceci lubią w łóżku być dominowani przez kobiety i lubią też dominować. Taki miks jest najlepszy. Czasami kobiety nie przejmują inicjatywy i wtedy facet tęskni do kobiety, która to potrafi.
  • Jeżeli chcesz się nauczyć sztuki kochania, to jest to dobry pomysł. Nie zaszkodzi poczytać o technikach kobiecych w zaspokajaniu mężczyzn. Pamiętaj tylko, że facet jest zadowolony wtedy, jak kobieta jest zadowolona, nawet jak o tym nie mówi.
  • Udawanie orgazmu nie ma sensu. Facet może się nabrać, ale wtedy niczego go nie uczysz i on gdzieś tam w środku czuje, że coś jest nie tak. Warto podejść do sprawy uczciwie i po prostu zgodzić się na to, że na razie nie masz orgazmu i poprosić go, żeby zaspokoił cię inaczej.
  • Faceci lubią pieszczoty jak mali chłopcy. Lubią, jak się ich głaszcze po głowie, po plecach, lubią, gdy mogą  przy tobie odpocząć. Mężczyźni lubią w seksie również swobodę. Jeżeli masz pomysł, żeby na randkę iść w przyczepianych włosach, rzęsach, paznokciach i w makijażu wodoodpornym, to możesz go rozczarować. On nie będzie wiedział, co zrobić z taką choinką i jeżeli coś odpadnie, jemu też może coś opaść.
  • Dobrze jest nauczyć się technik masażu głowy i ciała. To bardzo się spodoba facetowi po gorącym seksie. Ale nie natychmiast!
  • Możesz też pozwolić sobie na dzikość i zaproponować mu kilka odważnych i nowych rzeczy - to im się spodoba na pewno! Rób to tylko wtedy, gdy sama tego chcesz.
Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, (Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak pokonać rutynę w seksie?

Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na początku. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali – mówią edukatorka seksualna dr Izabela Fornalik i psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Patrycja i Rafał są małżeństwem od ośmiu lat, zanim się pobrali, spotykali się przez trzy lata. Przyjaciele żartują, że są jak papużki nierozłączki. – Rzeczywiście, bardzo lubimy ze sobą przebywać – potwierdza Patrycja. Kochamy się i świetnie rozumiemy, podobne rzeczy nas interesują i podobne bawią. W seksie też jesteśmy dobrani, po 11 latach znamy swoje ciała doskonale i bardzo szybko potrafimy się wzajemnie zaspokoić. To może dziwne, bo choć czuję się spełniona i szczęśliwa, to z drugiej strony bywam trochę znużona tym, że nasza bliskość jest tak przewidywalna. Jest w niej rozkosz, ale brakuje ekscytacji i niespodzianki. Wszystko jest takie oczywiste i powtarzalne, że pomału wkrada się do naszego łóżka nuda. Kocham męża i chciałabym coś zrobić, żeby znowu poczuć motyle w brzuchu, jak kiedyś…

Izabela Fornalik: Nawet najsmaczniejsze lody, często jedzone, przestają smakować tak jak za pierwszym razem. Bez wątpienia warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań, ale w różnych wymiarach życia seksualnego. Są pary, które potrzebują pogłębienia doznań w sferze stricte fizycznej, począwszy od prostych rozwiązań, jak użycie różnego rodzaju gadżetów typu prezerwatywy z wypustkami czy wypróbowanie nowej pozycji seksualnej, aż po zapisanie się na zajęcia, np. warsztaty waginalne lub te dla par, które chcą czerpać większą radość z seksu. Ciekawym pomysłem jest też coaching seksualny. Jest on uzupełnieniem, a czasem alternatywą dla terapii, która diagnozuje i zajmuje się konkretnym problemem. Nasza para mogłaby skorzystać z oferty coachingu, który umożliwi rozszerzenie palety technik seksualnych. Zajęcia tego typu pozwalają odkryć potrzeby i możliwości własnej seksualności. Uczą też mówienia o intymnych potrzebach i przeżyciach. Takie pary jak Patrycja i Rafał nie potrzebują terapii, ale rozwinięcia i odkrycia nowych przestrzeni w swoim życiu seksualnym.

Może temu służyć również poznanie tao seksu albo jogi, która dzięki uaktywnieniu ciała poprawi oddech, a ten ma przecież związek z osiąganiem przyjemności. Różnego rodzaju nowe doznania w obszarze fizyczno-psychicznym, jak chociażby medytacja według Osho, przekładają się na większą świadomość ciała i jego otwarcie na zmysłowe doznania.

Bianca-Beata Kotoro: Dobrym pomysłem będzie pójście na kurs masażu. Potem można zacząć wypróbowywać na sobie to, czego się nauczyło. Jeśli związek ma długi staż, ludzie przestają rozmawiać ze sobą o pewnych rzeczach, bo one stają się oczywiste. Wiele osób błędnie myśli: „skoro wiem, jaki rodzaj dotyku lubi mój partner i potrafię go uszczęśliwić, to nie ma potrzeby pytać go, jak sprawić mu przyjemność”. I tak seks staje się obszarem bez słów, bo uważamy, że już wszystko o sobie wiemy. Warto wrócić do rozmowy, do pytań o doznania i do mówienia o odczuciach. Można nawet się umówić, że ta osoba, która jest pieszczona, opowiada o tym, co czuje. Dzięki temu tworzy się nowy obszar intymnej relacji. A słowo staje się na powrót afrodyzjakiem. To naturalne, że para, która jest już ze sobą 11 lat, potrafi porozumiewać się bez słów, ale naprawdę warto odkryć na nowo magiczną moc słowa.

I.F.: Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na samym początku, czyli przysłowiowych motyli w brzuchu. Początkowa fascynacja i ekscytacja jest czymś wspaniałym, wyjątkowym, lecz nie liczmy na to, że jakimiś sztuczkami ten stan przywrócimy. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali.

B.B.K.: W miarę trwania związku dojrzewamy, nie tylko przybywa nam lat, mamy inne doświadczenie, ale też zmieniają się nasze upodobania, fascynacje i zainteresowania w każdym względzie. I jeśli ktoś lubi pieszczoty pleców, a ma np. obiekcje wobec stosunków oralnych, to nie znaczy, że po 10 latach będzie preferował dokładnie to samo. Dlatego tak ważna jest wymiana myśli – werbalnie, bo nikt z nas nie jest jasnowidzem. Nie łudźmy się, że wiemy o partnerze wszystko – to po prostu niemożliwe. Jednak, żeby rozmawiać o seksie, trzeba umieć rozmawiać o innych rzeczach, a to oznacza, że trzeba razem spędzać czas. Zadbać o to, żeby bliskość zaistniała przy wspólnym działaniu w innych niż tylko sypialnia obszarach. Nie traktujmy też tego, że mamy orgazm, jako ostatecznej wyroczni, że wszystko jest wspaniale i nic nie trzeba zmieniać.

I.F.: Bywa, że partnerzy z czasem w różnych sferach życia zaczynają się rozmijać, tracąc ze sobą kontakt, a w sypialni jeszcze odnajdują porozumienie, z tym że na zasadzie wyrobionych nawyków. Wtedy warto zainwestować w czas poświęcony nowym doświadczeniom. Cenne mogą się okazać oferty różnych warsztatów ogólnorozwojowych. Dzięki takim doświadczeniom dajemy sobie wspólny czas, otwieramy się na nowe przeżycia i odnajdujemy w sobie inne możliwości.

B.B.K.: Często kobiety fantazjują o romantycznym kochanku, bo ich orgazmy z mężem nabrały mechanicznego charakteru. Udany seks to nie taki, w którym za każdym razem dochodzi do ekstazy, ale ten, który ma satysfakcjonującą aurę, spełniający nas we wszystkich wymiarach.

I.F.: Polecam bardzo ciekawą publikację Dagmar O’Connor „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić”.

B.B.K.: To lekka lektura, a przy tym bardzo praktyczna, bo przedstawia liczne, łatwe do zastosowania pomysły. Przy czym mając wieloletnie doświadczenie pracy w gabinecie, domyślam się, że na takie lektury czy warsztaty dotyczące seksualności znacznie częściej gotowe są kobiety, mężczyźni chyba lepiej zareagują na konkretne propozycje, np. kurs tańca czy masażu, a mniej odnoszące się do seksualności, które mogą odebrać jako aluzyjną krytykę swoich możliwości.

Mężczyzn, którzy przychodzą do mojego gabinetu, ale mają wyraźny problem z mówieniem o swojej seksualności, pytam zazwyczaj, czy lubią tańczyć i w jaki sposób. I nie chodzi mi bynajmniej o umiejętności techniczne, ale o przyjemność płynącą z ruchu w rytm muzyki, nawet jeśli ten ruch sprowadza się do kilku kroków i nie jest oczywiście pod wpływem alkoholu ani innych substancji. Jest to ważny wskaźnik tego, jak dana osoba zachowuje się w obrębie życia seksualnego i jej otwartości na cielesne doznania. Ci, którzy nie mają problemów z poddaniem ciała rytmowi, o wiele łatwiej poddają się poszukiwaniom seksualnych doznań. Dlatego polecam parom kurs tańca, żeby odkryły w nim nowy rodzaj fizycznej bliskości.

I.F.: Warto też wspomnieć o tym, że pogłębienie doznań w obszarze duchowym wpływa na jakość bliskości fizycznej między partnerami. Głębszy, filozoficzny namysł nad istotą związku, siebie i partnera pozwala uzmysłowić sobie, jak unikalne jest to, że się spotkaliśmy, że możemy sobie coś nawzajem dać, przeżyć wspólnie ważne dla nas obojga chwile. Jeśli przestaniemy patrzeć na partnera jak na dobrze znany i przewidywalny obiekt codziennego obcowania, mamy szansę odkryć w nim tajemnicę i wyjątkową niepowtarzalność, a w ślad za tym jego ciało, reakcje, uczucia nie będą już tak oczywiste. Seksualność często kojarzy się jedynie z fizjologią, a to jest doświadczenie obejmujące wszystkie aspekty ludzkiego istnienia, a więc też emocjonalny i duchowy. Nie wolno o tym zapominać.

Dr Izabela Fornalik, pedagog specjalny, edukatorka seksualna, nauczycielka akademicka, autorka pierwszych w Polsce praktycznych poradników na temat seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną.

Bianca-Beata Kotoro, psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeutka, prowadzi terapię w Instytucie BEATA VITA, jest prezesem Stowarzyszenia Europacolon Polska oraz Fundacji Edukacji Seksualnej PO PROSTU.

  1. Psychologia

Droga do męskości. Gdzie jest granica między światem chłopca a mężczyzny?

Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca, a jego wyrazem może być męska wyprawa i świadome wprowadzenie syna w męski, dorosły świat. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedyś ojciec przeprowadzał przez nią syna, a przejście uświęcał rytuał inicjacji, ważny dla obydwu z nich. Jak jest dzisiaj? 

Artykuł archiwalny.

Wojciech Eichelberger, w książce „Zdradzony przez ojca”, zwraca uwagę na fakt, że dziewczynki przechodzą inicjację w sposób naturalny. Zaczynają miesiączkować, pojawia się krew, ból menstruacyjny – i towarzyszące mu przekonanie: „Jestem kobietą”. Niepodważalne. „Mężczyznom nic tak dramatycznego i potężnego samo z siebie się nie przydarza” – zauważa psychoterapeuta i przytacza opis inicjacji odbywającej się w prymitywnych plemionach po dziś dzień.

Od dzieciństwa chłopcom powtarza się historię, jakoby gdzieś w lesie ukrywał się okrutny potwór, który czyha tylko na okazję, by ich porwać z rodzinnego domu i zabić. I pewnego dnia rzeczywiście: nastoletni chłopcy są uprowadzani przez grupę odzianych w straszne maski, wymalowanych postaci. Nie wiedzą, że to dorośli mężczyźni z plemienia, przebrani, odgrywający tylko rolę potworów. Przez kilka dni naprawdę się boją. Ten strach, samotność, konieczność współpracy w grupie rówieśników przeciwko wspólnemu wrogowi – sprawiają, że wracają do wioski odmienieni. To już nie dzieci pod opieką matki, ale młodzi mężczyźni.

Taka inicjacja z chłopca w mężczyznę wymaga, by opiekun – np. ojciec – pozwolił synowi oderwać się od ciepłego domu, objęć mamy, by dał mu szansę spróbowania swoich sił. Czy w dzisiejszych czasach można tego dokonać? I czym zastąpić dawny rytuał inicjacji? Może dobrym pomysłem jest...

…męska wyprawa

Nordkapp. Przylądek Północny, kilkaset kilometrów za kołem podbiegunowym. Stromy klif wcinający się w wody Morza Norweskiego. Skały, wiatr, przeraźliwe zimno... I metalowy glob – kula ziemska, do której pielgrzymują turyści z całego świata. Bo Nordkapp to miejsce szczególne – koniec międzynarodowej trasy E69 i symboliczny kraniec Europy.

Połowa sierpnia, nocą temperatura spadała do minus siedmiu stopni Celsjusza. W powietrzu wirowały ogromne płatki śniegu, a oni, we trzech, trzęśli się w land roverze. Wichura biła w samochód, momentami mieli wrażenie, że po prostu przesuwa go po płycie parkingu jak drewnianą zabaweczkę.

To była prawdziwie męska wyprawa… Jarosława Kawczyńskiego, jego syna Bartka (15 lat) i przyjaciela Bartka – Michała. Pojechali na Daleką Północ, na Nordkapp. Dlaczego? Bo czasem trzeba pojechać bardzo daleko, żeby odnaleźć… bliskość.

Gdy między ojcem i synem iskrzy

Kawczyńscy mieszkają pod Warszawą – Jarek z żoną Agatą prowadzi kancelarię notarialną. Mają czwórkę dzieci, psa, dwa warany i dwa węże. Lubią wycieczki – zjeździli całą Turcję, kawał Chorwacji, włóczą się też czasami po Polsce. Starają się spędzać czas aktywnie. Pływają na canoe, jeżdżą konno, chodzą po górach.

– Mam świetny kontakt z dzieciakami. Zawsze mi się wydawało, że dobry ojciec to fajny kumpel, który proponuje synom ciekawe zajęcia – tłumaczy Jarek.

Więc proponował latanie na motolotni, ale najstarszy syn, Bartek, wolał pilotowanie małej awionetki. Tata wymyślił Aikido – Bartek wolał boksować. W rodzinie zapanowała więc konsternacja. Gdzie tu boksować? W salonie stoi pianino, a boks to sport brutalny. I tak dalej…

– Jarek chciał spełnić chłopięce marzenie. Gdyby jego ojciec dawniej zaproponował mu coś takiego, to góry przenosiłby ze szczęścia – mówi Agata i dodaje, że pomysł wyprawy dojrzał, kiedy zaczęły się napięcia między Jarkiem a Bartkiem. Kłócili się o wszystko. Wtedy Agata pomyślała, że trzeba ich wysłać na jakaś wyprawa, podczas której sami musieliby zadbać o jedzenie, nocleg..., żadne tam łóżka z czystą pościelą. Chodziło o prawdziwą przygodę, zew natury. I o to, żeby pobyli razem. Zdani tylko na swoje towarzystwo.

Wybór padł na Laponię. Jarek mieszkał tam dwa lata po zakończeniu studiów. Zapamiętał ją jako dzikie miejsce: bezkresne przestrzenie, puste drogi, które przecinają stada reniferów, lokalne knajpki z piwem i rybami, prowadzone przez rosłych właścicieli o wyglądzie Wikingów. I przyroda. Nieujarzmiona, niedostępna, piękna. Zapragnął pokazać ten świat Bartkowi.

– To miał być rodzaj sprawdzianu. Chciałem, żeby Jarek kupił bilety na prom, zrobił zakupy… coś sam załatwił. W dodatku sam by się przekonał, na ile jest odpowiedzialny, samodzielny – przyznaje Jarek.

W niedzielę zapadła decyzja, w poniedziałek siedzieli już w samochodzie, w drodze w kierunku wschodniej granicy. We trzech, z przyjacielem i rówieśnikiem Bartka, Michałem Macutkiewiczem.

Inicjacja to nie jest łatwa sprawa

Jarek nie ingerował w żadną decyzję syna. Powstrzymał się, choć język go świerzbił, gdy zobaczył, że Bartek wrzuca do plecaka… jedynie bawełniane bluzy. To prawda – w Warszawie było ponad trzydzieści stopni, ale tam daleko… Nic nie powiedział. Oczywiście, znając tereny, na które się wybierali, wiedział, że kupienie ciepłych ubrań nie będzie stanowiło problemu. Nie chciał, żeby syn drżał z zimna – chciał natomiast, żeby zrozumiał… że czas pakowania walizek przez rodziców się skończył.

Pierwszego dnia przejechali Litwę. Na nocleg chcieli zatrzymać się w Tallinie. Ale złapała ich potworna nawałnica. Droga wiodła nad samym Bałtykiem. Czasami, spomiędzy kurtyn deszczu, błyskała im jego powierzchnia: spienione fale, czarna kipiel… Woda lała się strugami po przedniej szybie. Jarek zdecydował, że będzie lepiej, gdy zatrzymają się na nocleg na pierwszym dogodnym parkingu, i prześpią w aucie.

– Ten parking był około stu metrów od morza. Fale podchodziły czasami prawie pod sam asfalt! A jaki był łoskot! W środku nocy gdzieś blisko uderzył piorun. Rankiem dopiero okazało się, że uderzył ledwie kilkadziesiąt metrów od nas – opowiada Bartek.

Chłopcy mieli niespecjalne miny, szykując się do snu – do pierwszej nocy bez prysznica i wygodnego łóżka. Dopiero wtedy zrozumieli, że to nie przelewki, a naprawdę poważna wyprawa. Może – przełomowa w ich życiu?

Jarek jeden jedyny raz pożałował tego, że tak zaufał synowi. Zatrzymali się w Finlandii – jeszcze przed kołem podbiegunowym – bo Jarek chciał pokazać chłopakom, jak wygląda przejście lasu liściastego, mieszanego w tundrę. Stanęli na poboczu, a Bartek z Michałem pobiegli w głąb lasu. I… przepadli.

– Odchodziłem od zmysłów. Plułem sobie w brodę za to bajanie o odpowiedzialności, i w ogóle. Jak ja ich znajdę? Jak spojrzę w oczy Agacie? – opowiada.

Miotał się przy aucie przez godzinę. Planował dzwonić na policję, do Polski… A tymczasem chłopcy znaleźli się sami. Przez cały ten czas doskonale wiedzieli, gdzie są – bawili się z dala od szosy, skacząc z kilkumetrowych głazów w gruby, sprężysty mech. Tak jak poprzednio podczas pakowania, Jarek znowu zagryzł zęby. Obyło się bez awantury.

Podróż po szacunek

Nocowali na Nordkapp.

– Rano chłopcy postanowili wykąpać się w Morzu Norweskim, u podnóża klifu. Temperatura oscylowała w okolicach zera… Kąpiel trwała trzydzieści dwie sekundy. Rozebrali się, wbiegli do morza i jeszcze szybciej z niego wybiegli – śmieje się Jarek.

Zwiedzili jeszcze Helsinki i Wilno, z którego przywieźli cały bagażnik chlebów (pół piekarni wzruszyło się, patrząc, jak Polacy ładują samochód po dach chlebem wileńskim).

Cała podróż trwała sześć dni, ale to wystarczyło, żeby wrócili odmienieni.

Opowiada Bartek: – Lepiej się z tatą poznałem. Spędziliśmy razem tyle dni i nocy na malutkiej przestrzeni… Czuję, że on mnie teraz traktuje inaczej niż wcześniej. Chyba ma mnie za doroślejszego. Z  jednej strony jestem szczęśliwy, z drugiej – wiem, że teraz tata oczekuje ode mnie większej odpowiedzialności. Czuję na sobie ten ciężar.

Dzięki tej podróży Jarek uzmysłowił sobie kilka spraw: – Dotarło do mnie przede wszystkim, że Bartek to zupełnie nowe pokolenie. Jak kiedyś jeździłem za granicę, zawsze miałem kompleksy: że nie znam dobrze języka kraju, w którym przebywałem, mało wiem o świecie… A to nie zawsze była prawda. Takie typowe dla Polaka poczucie niższości. Tymczasem młodzi są inni: nawiązują kontakt na równorzędnym poziomie – z Niemcem, Duńczykiem, Finem… O każdej porze dnia, nawet o północy, zalogują się do internetu, poprzełączają się między tymi serwerami i wszystko wiedzą: o której prom, ile kosztuje bilet. W tym sensie radzą sobie lepiej ode mnie – dodaje.

Dotarło do niego coś jeszcze. – W te wakacje zrozumiałem, że Bartek to już nie dziecko. Widziałem, jak patrzyły na niego dziewczyny na promie, słuchałem rozmów chłopaków… To są młodzi, jeszcze niedojrzali, ale już… mężczyźni. Dla ojca to powód do dumy!

Jarek przyznaje też, że dopiero podczas wspólnej wyprawy zrozumiał, że jego syn jest zupełnie odrębnym bytem. Że może chcieć, marzyć inaczej niż on. I że ma prawo do tej odrębności. Dla wielu to oczywistość, dla niego to było olśnienie.

Zdaniem Roberta Bly, amerykańskiego poety i autora książki „Żelazny Jan” – wielu mężczyzn żyje w przekonaniu, że nie sprawdzili się jako ludzie – a dzieje się tak dlatego, że nie czują się szanowani przez tych, których kochali, którzy byli im bliscy. W tym sensie oddanie szacunku synowi może być najwspanialszym darem od ojca – po który warto jechać setki kilometrów. Nawet na kraniec Europy.

Ojciec i syn jak alpiniści

Bardzo podoba mi się historia tej wyprawy. Pewnie też dlatego, że coraz rzadziej słyszy się o ojcach, którzy świadomie wprowadzają synów w męski, dorosły świat. A szkoda – bo to piękne opowieści. Jako terapeuta zastanawiam się: jakie korzyści może mieć młody chłopak z takiej podróży?

Na pewno cenne jest modelowanie zachowań w trakcie wspólnej wyprawy. Ojciec i syn konfrontują się z sytuacjami trudnymi, niezwykłymi, a czasem nawet nieco niebezpiecznymi, jak noclegi na parkingach czy na samym Nordkapp, w bardzo niskiej temperaturze. To jest okazja, żeby młody chłopak mógł się sprawdzić. I wygrać – świadomość, że sobie poradził, choć nie było łatwo. Ważne jest to, że podróż dzieje się jednak w warunkach kontrolowanych. Na przykład ojciec pozwala synowi popełnić błąd podczas pakowania plecaka. Bartek nie bierze ciepłych ubrań, ale Jarek wie, że te ubrania kupi się po drodze. Nie naraża syna na ryzyko, jednocześnie – pozwala mu się pomylić, nie przewidzieć czegoś. Nie wypomina mu tego, nie wytyka. To bardzo ważne, idzie za tym komunikat: „Masz prawo do błędu, ale nie przejmuj się, jestem obok”. Ja mógłbym dodać tu tylko tyle: warto następnym razem wspólnie przygotowywać listę rzeczy do zabrania, to buduje partnerstwo, poczucie wspólnoty.

Ojciec i syn – to obraz dwóch alpinistów wspinających się w górę grani. Są połączeni liną, jeden zależny od drugiego. W takim układzie trzeba ufać temu drugiemu – ale jednocześnie mieć świadomość, że i ja nie mogę się potknąć, a w razie czego muszę poświęcić zdrowie, nieraz życie, by partnera ratować. W dobrej relacji ojciec i syn też tak powinno być. Ta podróż na Daleką Północ zbudowała poczucie: międzypokoleniowej wspólnoty, wzajemnego zaufania. Z takich chłopaków jak Bartek – dzięki ojcom jak Jarek – wyrastają silni i fajni mężczyźni. Nie boją się wziąć odpowiedzialności za innych, potrafią dać bliskim poczucie bezpieczeństwa. Ale potrafią się też świetnie bawić… skacząc w tundrze z głazów w miękki mech. 

Wojciech Tomaszewski psycholog, terapeuta. 

  1. Seks

Jak puścić się w seksie? - pytamy trenerkę seksualności Joannę Keszkę

 Polecamy książkę Joanny Keszki
Polecamy książkę Joanny Keszki "Potęga zabawnego seksu".
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Seks nie ma w sobie nic poważnego, a wręcz stanowi dość śmieszny widok. Przestańmy zatem traktować go z doniosłością godną przełomów historycznych. Jak puścić się w seksie – pytamy trenerkę seksualności Joannę Keszkę.

W niedawno wydanej książce „Potęga zabawnego seksu” namawiasz do tego, żeby puścić się w seksie. To świetna propozycja, ale trudno to sobie wyobrazić w naszych pełnych dzieci, pracy zdalnej i nas samych mieszkaniach. Rzeczywiście tej przestrzeni dla nas jest ostatnio niewiele. Ale może do łask wrócą szybkie numerki w kuchni? Nie żartuję, to warte wzięcia pod uwagę rozwiązanie. Lepsze niż rezygnowanie z relaksu i zabawy, które może dać nam seks.

Mówisz o potrzebie seksu i zachęcasz do seksualnych zabaw. Ale mam wrażenie, że czasem jest krępujące powiedzieć, na co się ma ochotę, zwłaszcza jeśli wydaje nam się to szalone albo myślimy, że się nie uda. Uda się. O ile oczywiście mamy partnera z otwartą głową, który woli spróbować z nami czegoś nowego w łóżku niż dopieszczać swoje rozdęte czy zbyt kruche ego, odmawiając udziału we wspólnych igraszkach. Jedno z moich ulubionych haseł to: „ciało raz puszczone w ruch, samo puszcza się dalej”. I to działa. Najważniejsze to zacząć. Ludzie boją się bawić seksem, bo właśnie myślą: „to nie dla mnie”, „partner mnie wyśmieje”, „jestem poważnym facetem czy poważną kobietą, nie będę się w to bawić”. A potem się okazuje, że raz spróbują jednej nowej rzeczy i doświadczają takich doznań oraz emocji, jakich wcześniej nie mieli. W każdej nowej dziedzinie zamknięcie rodzi frustrację, a odpowiedzi uzyskujemy wtedy, gdy zdecydujemy się na otwartość. To jak z jedzeniem.

Czyli jak? Wyobraźmy sobie, że lubisz tylko kotlety mielone i pomidorową, możesz je cały czas jeść, niczego więcej nie potrzebujesz. Nie ma nic złego w tej zupie i mielonych, ale jeśli tylko to będziesz jadła, ominie cię masa przygód kulinarnych, nie będziesz sobie nawet zdawać sprawy z tego, ile straciłaś. Tak samo jest z seksem. Gdy próbujemy nowych rzeczy, odkrywamy nowe emocje i przeżycia.

A masz na to dowody? Mnóstwo! Dostaję masę pozytywnych maili, że ktoś spróbował bawić się jedzeniem i seksem. Jedna pani skorzystała z podpowiedzi z mojej książki, usiadła na kuchennym stole, zadarła koszulkę do góry, sutki posmarowała bitą śmietaną i zaprosiła męża do zabawy, mówiąc: „deser podano”. To sprawiło im obojgu wiele radości. Ludzie są zaskoczeni, że trochę sprośności może sprawiać taką radość. Łączmy ze sobą te rzeczy, które nie pasują do siebie na pierwszy rzut oka, na przykład oswojony kuchenny fartuszek z kręceniem gołą pupą, pozwólmy sobie też na słowne świntuszenie, mówmy sprośne komplementy do ucha. Seks lubi różnorodność.

Wydaje mi się, że wiele par myśli, że seks to coś dla dorosłych, a zabawa jest dla dzieci. Ale seks od początku nie jest poważny! Dwoje ludzi bez majtek w dziwnych pozycjach – to przecież wcale nie jest poważny widok. Zachęcam do tego, żeby sobie od razu odpuścić myślenie, że seks jest poważny, i zacząć patrzeć na niego jak na zabawę dla dorosłych. Nie jest tak, że jak dorośniemy, to natychmiast mamy już przestać się bawić. Nie, po prostu w dorosłym życiu zmienia się rodzaj zabawy oraz zmieniają się zabawki (śmiech).

A jak to powiesz komuś nieprzekonanemu? Nasza seksualność ma służyć do zabawy, bo dobry seks nas relaksuje, wprawia w dobry nastrój, powoduje, że czujemy się swobodnie. I w ogóle przestańmy myśleć o seksie w kategoriach tego, czy coś robimy dobrze albo właściwie, trzeba o tym zapomnieć. Uważam, że dobry seks odkrywamy za pomocą wpadek. To chyba Madonna powiedziała, że kto boi się wygłupić, ten nigdy nie będzie wielki. Jeśli zapragniemy być w seksie idealni, eleganccy albo zaczniemy wykorzystywać seks do udowodnienia czegoś sobie czy komuś, to wylądujemy w łóżku spięci. A jeśli idziemy do łóżka, dopuszczając, że możemy zaliczyć jakąś wpadkę, to zaręczam, że będziemy się dobrze bawić.

Zanim ktoś zacznie wdrażać scenariusze seksualnych zabaw, które proponujesz w książce, chyba musi nastąpić faza pierwsza, czyli gotowość do ryzyka, do eksperymentu, zmiana nastawienia. Jak sądzisz? Myślę, że dobrym pomysłem na zrobienie pierwszego kroku jest już samo przeczytanie pomysłów i scenariuszy zabaw erotycznych. Po pierwsze, mamy okazję zapoznać się z tym, co nowego możemy spróbować w łóżku. Po drugie, jest sposobność, żeby porozmawiać o tym, czy to nas kręci. A potem z różnych propozycji wybrać tę, która wydaje nam się najciekawsza, najprzyjemniejsza. Jeśli chcemy coś dostać, tak samo w życiu, jak i w seksie, dobrze wiedzieć, czego się szuka. Czy chcemy więcej dotyku, frywolności, swobody, luzu, dopieszczania łechtaczki, a może ostrzejszej zabawy w łóżku? Zwykle my, kobiety, wiemy, czego nie lubimy w seksie, ale trudniej nam odpowiedzieć na pytanie, czego w nim chcemy.

Czyli co robimy? Czytajmy dużo na temat seksu, rozmawiajmy w parze o tym, co wydaje nam się ciekawe czy ekscytujące. Ciekawość w seksie jest bardzo cenna. Jeżeli coś wydaje nam się ciekawe, podniecające, to jest wystarczająco dobry powód, żeby tego spróbować. Polecam też poświęcić odrobinę czasu na to, by obejrzeć i poznać swoją cipkę. Spotykam wiele kobiet, które prowadzą aktywne życie seksualne, a nigdy w życiu nie widziały swoich części intymnych. Bez tego liczenie na przyjemność z seksu jest dość karkołomne.

W książce opisałam zabawę „Tańcząca bez majtek”. Polega na tym, żeby stanąć w pięknej sukni, ale bez majtek nad głową swojego partnera. To prosta, lecz niezwykle wyzwalająca zabawa. Ale ma sens i daje radość, kiedy najpierw same obejrzymy i zaprzyjaźnimy się ze swoją cipką przed lustrem. Zazwyczaj potrzeba dwa, trzy razy obejrzeć swoje części intymne, żeby odkryć, jakie są piękne, delikatne i wyjątkowe. Warto podarować sobie ten czas. Matka natura stworzyła nas do rzeczy wielkich, w końcu tylko my mamy łechtaczkę, jedyny organ ludzkiego ciała wyłącznie dla przyjemności!

Joanna Keszka, edukatorka seksualna, trenerka kreatywnego seksu. Autorka książek i programów edukacyjnych. Prowadzi kursy online i warsztaty seksualności.

Zmysłowe zabawy dla dwojga

  • Miłosne wersety na skórze Weź zlizywalny marker do pisania na skórze, najlepiej w kolorze czerwonym o zapachu wiśniowym (do kupienia na www.loverstore.barbarella.pl). Wymyśl erotyczne wyznania i wypisuj je bardzo powoli na nagim ciele kochanka lub kochanki. To zmysłowa zabawa, która pobudza skórę i mózg (nasze najbardziej erogenne organy), więc postaw na kreatywność, otwartość i bezwstydność. Napisz np.: jesteś mój/moja, tylko ja cię tu dotykam – wskazując strzałką intymne sfery albo otaczając je kółkiem; maluj serduszka na pośladkach, plecach; opisz w punktach, co będziecie robić po kolei – mówiąc to na głos; wypisz i odczytaj na głos najbardziej seksowne dla ciebie cechy partnera czy partnerki.
  • Potęga słodkiego smaku Zanurz palce w płynnej czekoladzie, bitej śmietanie albo innym słodkim sosie, „pomaluj” wszystkie te miejsca na ciele, które chcesz zlizywać, albo które chcesz dać do zlizywania. Możesz zacząć od twarzy, okolic szyi, karku. Pozwól kochankowi lub kochance zlizywać słodycze z palców.
  • Rozmówki dla początkujących Ćwicz mówienie sprośności, wybieraj to, co do ciebie pasuje, na początek możesz mówić do lustra albo pisać liściki. Oto kilka propozycji, z czasem stworzycie własny język: Zgadnij, jaki mam kolor majtek. Na myśl o tobie sterczą mi sutki. Nie mogę się na niczym skoncentrować, myślę tylko o tym, żeby się z tobą kochać. Gdybyśmy nie byli w publicznym miejscu, rzuciłabym/rzuciłbym się na ciebie.
  • W ciuciubabkę Zabawa z opaską na oczach wzmaga wrażliwość na bodźce inne niż wzrok – osoba „niewidząca” nie może obserwować, jaki będzie kolejny krok jej partnera czy partnerki, więc jej pozostałe zmysły będą bardziej wyczulone, żeby skompensować brak możliwości widzenia. Na początku zdecydujcie, która osoba przewiązuje oczy, to ona będzie w tej sytuacji biorcą, a do tej z otwartymi oczami należy, żeby tamta poczuła się swobodna i rozluźniona. Jeśli to ty „rozgrywasz”, nie śpiesz się z rozbieraniem partnera lub partnerki, szepcz do ucha komplementy, sprośności, mów, na co masz ochotę, całuj i pieść jego lub jej ciało dłońmi, piórkiem, przyjaźnie drocz się i zaskakuj.
Więcej scenariuszy w książce "Potęga zabawnego seksu" Joanny Keszki.

Polecamy książkę Joanny Keszki 'Potęga zabawnego seksu'. Polecamy książkę Joanny Keszki \"Potęga zabawnego seksu\".

  1. Psychologia

Czy mężczyznę można zmienić?

Dla mężczyzn istota sprawy i cel są na zewnątrz, dla kobiet - wewnątrz. Co innego decyduje o ich poczuciu godności i wartości. Dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. (Fot. iStock)
Dla mężczyzn istota sprawy i cel są na zewnątrz, dla kobiet - wewnątrz. Co innego decyduje o ich poczuciu godności i wartości. Dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Utarło się, że kobiety chcą wciąż zmieniać mężczyzn, a oni – pozostać sobą. Tylko co właściwie znaczy „być sobą”, a co „zmienić się”? Psycholog Paweł Droździak twierdzi, że to, co jest w nas naprawdę istotne, pozostaje poza zasięgiem świadomego o tym decydowania.

Statystyki mówią, że mężczyźni rzadziej niż kobiety chodzą na warsztaty czy terapię. Dlaczego? Nie czują potrzeby zmiany? Dowiedzenia się czegoś o sobie? Rzeczywiście kobiety i mężczyźni myślą o sobie inaczej, i to dotyczy zarówno ich ciała, jak i psychiki. Kobieta częściej i dłużej będzie się zastanawiać nad tym, jaką jest osobą. Trochę tak jakby przymierzała różne ubrania przed lustrem. Stąd popularność psychozabaw, astrologii czy numerologii, które są w czasopismach dla kobiet. Ale nie dlatego, że panowie nie wierzą w astrologię. Chodzi po prostu o to, że mężczyzn tak bardzo nie interesuje, jakimi są osobami...

A przecież najważniejsze jest właśnie to, żeby wiedzieć, kim jestem i co chcę z tym swoim życiem zrobić. Zależy, jakie pytanie mamy na myśli: „kim jestem?” czy „jaki jestem?”. To zasadnicza różnica. Mężczyzna odpowiada tak: „jestem dyrektorem banku, jestem uczciwy, grzeczny lub niemiły”. Mężczyźni częściej zastanawiają się nad tym, kim są, ale w sensie społecznym, tzn. jaką zajmują pozycję w hierarchii lub jaką mają pozycję zawodową. Albo kim są w sensie etycznym, tzn. porządnym człowiekiem czy nieporządnym. Taka typologia najczęściej interesuje mężczyznę: funkcjonalna i etyczna.

A co z kobietami? Kobieta częściej zadaje sobie pytanie: „jaka jestem?”. I dostaje cały wachlarz określeń: jestem wrażliwa, wysokowrażliwa, zalotna, skryta etc. Do tego kobieta jest gotowa na to, żeby w każdej chwili zakwestionować siebie, jeśli tylko zostanie jej podsunięty nowy samoopis. To trochę jak z tym dobieraniem stroju: kobieta stoi przed lustrem i zakłada apaszkę, podchodzi koleżanka i mówi: „wiesz, do twoich oczu lepiej by pasowała ta turkusowa” i ona ją bierze i sprawdza. A później bierze kolejną. Tymczasem mężczyzna jeżeli raz dostanie turkusową koszulę, to już zawsze będzie chodził do sklepu i mówił: „poproszę turkusową”. Podobnie jest z męskim opisem siebie i swojej psychiki.

I jak to się przekłada na korzystanie z różnego rodzaju usług psychologicznych czy terapeutycznych? Kiedy mężczyźni trafiają na terapię, to przychodzą w konkretnej sytuacji kryzysowej, np. z brakiem możliwości porozumienia się z kobietą, bo nie rozumieją, o co jej chodzi. Albo też przychodzą z problemem własnej nieskuteczności, np. w zakresie funkcjonowania seksualnego. Albo z tym, że nie są w stanie napisać pracy magisterskiej, nie mogą się zmotywować ani zebrać do kupy. Lub mają załamanie depresyjne, piją i nie mogą przestać. Niestety, często jest też tak, że mężczyzna mówi mi: „gram w gry, przysłała mnie tu żona”. I szybko okazuje się, że bycie hazardzistą nie jest dla niego żadnym tematem tabu. Problemem do rozwiązania jest według niego to, żeby żona się wreszcie odczepiła.

No i dlaczego tak jest? Mężczyzna nie lubi się zmieniać? Po prostu dla mężczyzn najczęściej istota sprawy i cel są na zewnątrz. A dla kobiety – wewnątrz. Jeżeli wejdziesz do księgarni i popatrzysz na półkę z książkami psychologicznymi, to oprócz fachowej literatury psychologicznej będą dwa rodzaje książek z zakresu poradnictwa psychologicznego. Te zorientowane na autoeksplorację, czyli: jaką jesteś osobą, jak nawiązywać relacje, jak mieć dla siebie czas itd. To książki skierowane do kobiet, pisane przez kobiety. Druga grupa dotyczy tego, jak: osiągać pewne cele, zmotywować się, manipulować, rozmawiać, negocjować, zarządzać lub nie dać zarządzać sobą, jak nie dać się oszukać, jak oszukać, jak sprzedać itd. To książki, które pokazują inny sposób użycia wiedzy – do osiągania pewnych celów. Najczęściej pisane są przez mężczyzn i do nich kierowane.

Mężczyznom trudniej jest zajrzeć w siebie? Powiem tak – jeżeli którąś z cech stereotypowo męskich lub kobiecych doprowadzimy do skrajności, to w obu przypadkach uzyskamy obraz zaburzenia klinicznego. Obraz kobiety, która jest zainteresowana wyłącznie autoeksploracją i nie jest w stanie funkcjonować na zewnątrz i realizować cele. Albo obraz mężczyzny socjopaty, z którym da się porozumiewać jak z automatem do kawy. Jeśli wrzucisz monetę, to dostajesz kawę i tyle. Ale najczęściej faktycznie dla mężczyzn bardziej liczy się to, żeby wziąć się w garść niż coś poczuć. Bo właśnie z tego są rozliczani.

Wyobraźmy sobie sytuację: mężczyzna jest oceniany przez kobietę jako atrakcyjny dlatego, że osiąga coś w życiu i jest sprawczy. Jednak w pewnym momencie partnerka odkrywa, że z tym mężczyzną nie można żyć, bo on nic tylko osiąga i osiąga. Kobieta czuje się sfrustrowana, chciałaby, żeby on się uwrażliwił. A on mówi: „ale jeśli stanę się bardziej wrażliwy, to nie będę już nic osiągał”. No i mamy paradoks, który próbuje się rozwiązać kompromisem, zwykle bez sukcesu.

Dlaczego się nie udaje? Może się udać, ale częściowo. Z jakiegoś powodu psychoterapia poszła dzisiaj w stronę głębokiej autoeksploracji, dosłownie „badania tego, co czujesz w kontekście konkretnego uczucia, którego doświadczasz”. Zaczęła być domeną kobiet. Wystarczy stanąć przed jakąś uczelnią wyższą, żeby zobaczyć przewagę studentek psychologii albo popatrzeć na dowolną ofertę psychologiczną, w większości tworzoną przez terapeutki. A wśród klientek znajdziemy głównie kobiety.

W związku z tym, kiedy do gabinetu terapeutki trafia mężczyzna, celem terapii, oczywiście nie oficjalnym, tylko tym nieuświadamianym przez żadną ze stron, często jest to, żeby rozwinąć w nim żeńską stronę i spróbować otworzyć jego percepcję do wewnątrz. Z kolei proces leczenia kobiety przez terapeutę mężczyznę polega częściej na uświadomieniu jej sprawstwa, odpowiedzialności za to, co robi, i kierowaniu jej w stronę działania; mamy tu także próby uczynienia jej narracji bardziej racjonalną, rzeczową, możliwą do pojęcia przez mężczyznę. Terapeuta często jakby leczy kobietę z kobiecości, a terapeutka – mężczyznę z męskości. Oczywiście terapeuci starają się być świadomi tych odchyleń, ale to nie jest proste.

To, że mamy niewielu terapeutów, jest dla mężczyzn hamulcem, żeby zacząć terapię? To jest hamulec dla jednej i drugiej strony. Terapeutki czasem obawiają się zetknąć z męskim punktem widzenia, dostrzegają, że ich punkt widzenia się wyczerpał, a problem nadal istnieje. Być może dlatego, że inaczej rozumieją zmianę. Dla kobiety terapeutki zmiana to coś, co przepracowałam, poczułam, skontaktowałam się z tą czy inną prawdą. Dla mężczyzny to znaczy: nauczyłem się, opanowałem pewną umiejętność, dokonałem czegoś, udało mi się.

Dlatego powstał coaching, który był typowo męskim pomysłem, po to, żeby skupić się na osiąganiu celów. Na przyszłości, a nie przeszłości. Czy też nurt terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach, w której rozumiemy człowieka jako istotę  mającą pewne cele. A nie uczucia czy kompleksy związane z wyparciem. W zależności od tego, jak rozumiesz i widzisz człowieka, inaczej będziesz budować proces terapeutyczny.

Uważasz, że terapia dla mężczyzny prowadzona „do wewnątrz” albo ta prowadzona przez kobietę, są mniej skuteczne? To nie tak, że to jest nieskuteczna terapia. Jednak mężczyzna będzie miał większe problemy i opór, żeby w to wejść. Faceci mają mniej rozbudowany świat emocji. Dlatego musimy mieć świadomość tego, że mężczyźni i kobiety jednak żyją w innym świecie, bo co innego decyduje o ich poczuciu godności i poczuciu wartości.

Jeśliby to do czegoś porównać, to mamy sport typu crossfit albo hatha jogę. Jaka jest różnica? Ten pierwszy jest skierowany na funkcjonalność zewnętrzną ciała i wynik, którym można się pochwalić: coś podniosłem, wygląd mojego ciała się zmienił. Natomiast w jodze wykonujemy ćwiczenia po to, żeby pełniej doświadczyć swojego ciała. Ilu mężczyzn trenuje crossfit, a ilu jogę?

Skoro więc mamy więcej terapeutek niż terapeutów, do tego zmienia się świat, mówię o czasie pandemii, w którym osiąganie i sięganie na zewnątrz jest ograniczone, plus kryzys męskości – jak to wszystko wpływa na mężczyznę? Nadal wiadomo, co stanowi o wartości mężczyzny, to się nie zmieniło. Widzimy, jacy mężczyźni zajmują wyższą pozycję w hierarchii i którzy są preferowani przez kobiety. Mężczyzna nadal ma mieć skuteczność, wysoką pozycję, ma być konkretny i wzbudzać poczucie bezpieczeństwa, tylko nie może się do tego absolutnie przyznawać. Bo jeśli się z tym afiszuje, to automatycznie staje się prostakiem. Myślę, że nie ma kryzysu męskości. Jest tylko kryzys dyskursu publicznego. Nowa zasada jest taka, że kluczową umiejętnością męską i warunkiem skuteczności społecznej jest umiejętność zaprzeczania temu, że skuteczność i sprawczość są ważne. Jeśli mężczyzna potrafi temu sprawnie zaprzeczać, a jednocześnie jest skuteczny i sprawczy – osiągnie bardzo wiele. Jeśli jednak wypowie głośno, że sprawczość jest ceniona, jego postać stanie się synonimem porażki, ponieważ stanie się elementem pastiszu. Współczesny mężczyzna robi to, co robił, tylko tego głośno nie nazywa. O ile jest mądry. Ot, i cały kryzys.

Mówimy teraz o zmianach, o różnicy między mężczyznami a kobietami i o tym, w którą stronę to wszystko idzie, ale myślę, że ważniejsze jest to, czy ludzie w ogóle mogą się zmienić. Czy to się udaje? My jednocześnie możemy i nie możemy się zmienić. Bo patrząc na to od strony genetyki, co psychologowie robią niechętnie, to na olbrzymią część naszych cech i osobowości nie mamy wpływu. Każdy człowiek, który miał dwójkę dzieci albo chociaż dwa koty, dostrzega te różnice. Jedna osoba jest wrażliwa, druga odważna, inna błyskotliwa, dłużej bądź krócej trzyma w sobie afekt, jedna jest wysoko-, a druga niskoreaktywna. Są osoby, które wszystko przyjmują do siebie, są też takie, po których wszystko spływa. Niektórzy szukają adrenaliny i skaczą ze spadochronem, inni nawet by nie wsiedli do tego samolotu, bo od samego patrzenia dostaliby zawału.

Tego w sobie nie zmienimy. Dlatego, że to jest nasza cecha stała, która zawsze dojdzie do głosu. Weźmy taką sytuację: jadę samochodem, aż nagle z bocznej ulicy wyskakuje pies. Szybko naciskam hamulec, pies przebiega, no i jadę dalej. Teraz pytanie: jak długo będę miał w sobie to pobudzenie? To istotne, bo jeśli później pójdę do pracy, gdzie pokłócę się z szefem, to gdy wrócę do domu, przyniosę tę awanturę czy nie? To zależy od czasu zalegania afektu, jeśli go nie trzymam w sobie, to awantura skończy się w pracy i tam zostanie.

Ale jesteśmy w stanie nauczyć się, jak sobie z tym radzić. Co mężczyzna jest w stanie zmienić? To prawda, niektórych rzeczy można się nauczyć. Można zmieniać własne postawy i przekonania. Generalnie przy wystarczająco dobrym środowisku rodzinnym rozwijamy swój naturalny potencjał genetyczny. Jeśli środowisko rozwojowe wywołało traumę, tego potencjału rozwijać nie możemy, to znaczy on działa tak czy siak, ale na naszą szkodę, zamiast na naszą korzyść i wtedy w terapii jesteśmy w stanie do tej złej przeszłości wrócić i spróbować to przerobić. W ten sposób powstaje zmiana postaw. Ten sam człowiek, a jednak trochę się zmienia.

W jakim stopniu jesteśmy w stanie się zmienić? W jednym procencie czy jednak więcej? Załóżmy, że jestem człowiekiem, który ma wysoki próg pobudzenia, czyli szukam przygód. W dodatku jestem inteligentny, ale mam wysokie zaleganie afektu, czyli długo we mnie pozostają wzbudzone emocje. Do tego pochodzę z domu, w którym zawsze powtarzano mi, że jestem kretynem i nic w życiu nie osiągnę. W końcu trafiłem do zakładu karnego, w którym miałem fajnego terapeutę i usłyszałem: „Stary, przecież ty masz zdolności”. Nagle się okazało, że mężczyzna z tymi samymi cechami osobowości, tyle że zachęcony do działania, robi maturę, zaczyna czytać książki i kończy studia. Wchodzi w inny rozdział życia, wykorzystuje swoje cechy w konstruktywny sposób. O to chodzi w terapii.

A co z postanowieniami noworocznymi? Czego powinien sobie życzyć mężczyzna w 2021 roku, żeby żyło mu się lepiej? Ja na ubiegły rok miałem zaplanowanych siedem różnych rejsów jachtem – głównie szkoleniowych – i jeden ciekawy projekt proekologiczny. Z tego wszystkiego odbyła się połowa i to nie w tym terminie, jaki był planowany. Mamy, jak nam się zdaje, doskonale dopracowane plany, a los robi z tym, co sam chce. Projekt eko upadł całkiem z powodu pandemii. Co będzie w 2021? Pusta kartka. Nikt nie wie. Warto się skonfrontować z tą stroną życia. Z tym, że nie możemy zaplanować wszystkiego, bo przyszłość jest nieznana.

A może te postanowienia powinny iść do wewnątrz, wtedy można coś zaplanować, np.: będę lepszym ojcem albo mężem… Nie można zmieniać siebie drogą postanowień. To tak nie działa. To, co jest w nas naprawdę istotne, pozostaje poza zasięgiem świadomego decydowania o tym. Oczywiście pewne decyzje możesz podejmować, ale na pewno nie dotyczy to twojego życia wewnętrznego. Bo nie możesz powiedzieć, że będziesz pewne rzeczy czuła lub nagle w coś uwierzysz.

„Będę lepszym ojcem”– jest na tyle ogólnikowe, że każdy może zrozumieć to inaczej. Bo co, będę się więcej uśmiechał? Odrabiał z synem lekcje? Myślę, że do postanowień, które działają, musimy dojrzeć. Po prostu w pewnym momencie coś w nas się dopełnia i mówimy sobie: „kurcze, no muszę z nim te lekcje odrabiać, zależy mi na tym”.

Jaka zmiana w myśleniu, odczuwaniu i zachowaniu jest z twojej perspektywy najbardziej potrzebna  współczesnemu mężczyźnie? Wysłałbym w prezencie każdemu mężczyźnie ojca. A jeśli nie, to chociaż dziadka czy wujka. Jakiś rodzaj ciągłości męskiej linii i opowieści o mężczyznach. I nie chodzi o to, żeby byli dla nas wzorami, ale żeby można było ich życie poddać pewnej refleksji i próbować wyciągnąć z nich tyle dobrego, ile się tylko da.

Paweł Droździak, psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi praktykę prywatną. Pracuje z osobami dorosłymi i parami. Współautor książek: „Zawsze bezpieczna” (2003), Blisko, nie za blisko” (2012).

  1. Zdrowie

Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
W krajach rozwiniętych rak prostaty przewodzi w niechlubnym rankingu zagrożeń nowotworowych wśród mężczyzn. Dobra informacja jest taka, że prawidłowo zdiagnozowany ma bardzo wysoką wyleczalność. O nowoczesne metody leczenia pytamy urologa dr Pawła Salwę. 

Dzięki rozwojowi nauk medycznych wszyscy żyjemy dłużej. To jednak stawia przed medycyną kolejne wyzwania, ponieważ pojawia się więcej przypadków chorób związanych ze starszym wiekiem. Wiek wskazywany jest jako jeden z czynników ryzyka m.in. raka prostaty. Dopiero od niedawna głośno o nim mówimy, a jak się okazuje, to bardzo powszechna choroba.

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. To może wynikać z tego, że Polacy mniej się badają, co zmienia statystyki, ale niekoniecznie oznacza, że zachorowań jest rzeczywiście mniej niż na Zachodzie.

Rak prostaty to bardzo niejednolita choroba, bo choć wszystkie postacie są złośliwe, to na bardzo różnym poziomie. Pojawiają się więc opinie, że z tą chorobą można żyć. I rzeczywiście dla mocno starszego pacjenta, który skarży się na wiele innych poważnych problemów zdrowotnych, niewielki rak prostaty może mieć mniejsze znaczenie. Ale zupełnie w innej sytuacji jest na przykład sześćdziesięcioletni mężczyzna, przed którym jeszcze wiele lat życia. Ważne jest więc, żeby wykryć raka na etapie, gdy możemy go skutecznie leczyć, i to w najmniej inwazyjny sposób, a dziś mamy metody, które gwarantują zachowanie dobrej jakości życia na długo po leczeniu. Jeżeli chodzi o czynniki ryzyka wystąpienia raka prostaty to naukowo udowodnione są dwa: wiek oraz występowanie tej choroby w rodzinie.

Dlaczego ryzyko zachorowania wzrasta z wiekiem? Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wystąpienie choroby wiąże się z funkcjonowaniem gruczołów płciowych, które są stworzone do współdziałania przy reprodukcji. Kiedy okres reprodukcyjny się kończy, załóżmy około 40. roku życia, to te narządy nie są używane w pełni zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W efekcie może dojść do zmian nowotworowych, ale jako lekarze nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnej przyczyny zachorowania. Oczywiście do tego prowadzą pewne mutacje genetyczne, ale nie wiemy, dlaczego w pewnym wieku do nich dochodzi. Pojawia się wiele hipotez, na przykład ta związana z liczbą wytrysków (bo z wiekiem mężczyzna ma mniej wytrysków) i wydzieliną, która zalega w narządzie, co ma wywoływać nieprawidłowy profil substancji chemicznych. Ale to bardzo skomplikowane zagadnienia, jeszcze niesprawdzone naukowo... Wiemy tylko, że z wiekiem ryzyko rośnie i nie mamy metod skutecznej profilaktyki.

Jako drugi czynnik ryzyka zachorowania na raka prostaty wskazał pan przyczyny genetyczne. Czy możemy powiedzieć, na ile zwiększa on ryzyko zachorowania? Choroba w rodzinie kilkakrotnie zwiększa ryzyko zachorowania u męskiego potomka. Współczynnik zmienia się w zależności od stopnia pokrewieństwa, ale ryzyko jest znaczne. Choroba może też pojawić się wcześniej. Sam mam pacjentów poniżej 40. roku życia. Przypadki zachorowań w młodym wieku są zresztą bardziej agresywne.

W ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania genetyczne. Można dzięki takim badaniom wykryć skłonność do zachorowania na raka prostaty? Faktycznie, te badania idą do przodu. To może być przydatna wiedza, ale trzeba być ostrożnym w interpretacji, ponieważ za zachorowanie nie odpowiada jeden gen – jak BRCA 1 i 2 w przypadku raka jajnika czy raka piersi, który notabene również podwyższa ryzyko zachorowania na raka prostaty – lecz pewien zespół genów. A z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci, którzy dowiadują się o podobnych predyspozycjach, żyją od tego momentu z pewnego rodzaju piętnem. Skutki psychologiczne takiej wiedzy są dość ciężkie. Osobiście uważam, że ważne jest to, co dzieje się tu i teraz.

Skoro mówimy o psychologii, to na ile pańskim zdaniem diagnoza raka prostaty wpływa na psychikę mężczyzn? Na pewno zależy to od typu człowieka, ale sądzę, że generalnie dotyka ich dużo mocniej niż inne choroby, i to bardziej niż chcieliby się przyznawać, bo to choroba w obszarze narządów płciowych, co dodaje jej w opinii publicznej element tabu. Jako lekarze pracujemy nad zmianą tego odbioru, bo bardzo przeszkadza w leczeniu. Mężczyźni wstydzą się mówić o raku prostaty, a dodatkowo wizja powikłań funkcjonalnych, czyli nietrzymania moczu i braku erekcji, wywołuje dużą presję i lęk u pacjentów. Ten lęk jest uzasadniony o tyle, że starsze metody leczenia, takie jak operacja otwarta czy laparoskopowa, rzeczywiście często prowadziły do takich zaburzeń. A one bardzo dotykają mężczyzn – i fizycznie, i psychicznie.

Jacy mężczyźni zgłaszają się do pana po diagnozę? Najczęściej ci, którzy dowiedzieli się o raku prostaty od innych mężczyzn z podobnym problemem i leczyli się u mnie lub u innych kolegów. Oni są już odpowiednio uświadomieni i działają trochę jak ambasadorowie. Zawsze proszę pacjentów, żeby zachęcali do badań kolegów. Niech to nie będzie temat tabu ani wstydliwy. Dziś mamy już możliwość dobrej diagnostyki, świat nie kończy się na badaniu PSA ani badaniu palcem. Metodą, która nam najbardziej pomaga, jest rezonans magnetyczny prostaty. To pozwala lepiej wykryć nowotwór, a potem lepiej go zoperować.

Na czym polega profilaktyka? Nie ma udowodnionych metod skutecznej profilaktyki raka prostaty. Na pewno na zdrowie, a więc i na mniejszą zachorowalność na tę chorobę, dobrze wpływa zdrowy styl życia, czyli choćby odżywianie i ruch, ale nie da się jeszcze tego skwantyfikować i w sposób odpowiedzialny stwierdzić, jakie konkretnie działanie i w ilu procentach zmniejsza ryzyko zachorowania.

Dużą popularnością cieszą się pewne szwedzkie badania, z których wynika, że pięć wytrysków tygodniowo zmniejsza ryzyko zachorowania o 20 proc. Pięć wytrysków w prawdziwym życiu to więcej niż średnia, a jeszcze każdy tydzień z gorszym wynikiem załamuje statystykę, a z drugiej strony – redukcja o 20 proc. nadal oznacza wysokie ryzyko.

Znalazłam informacje w „The Journal of Epidemiology” z 2001 roku o badaniach przeprowadzonych w Waszyngtonie na grupie mężczyzn ze zdiagnozowanym nowotworem prostaty w wieku od 40 do 64 lat, których pytano o liczbę dotychczasowych partnerek seksualnych. Ci, którzy deklarowali współżycie z ponad 30 partnerkami, mieli bardziej agresywną formę raka. Badania epidemiologiczne są bardzo trudne do interpretacji. W przytoczonym przypadku można by doszukiwać się przyczyny zachorowania w zakażeniu wirusowym, bo choć przy prostacie nie udowodniono dotychczas istnienia takiego czynnika, to jest on wyobrażalny, a przy takiej liczbie partnerek ryzyko jest wyższe... Jeszcze inny trop – skoro pacjenci mieli wiele partnerek, to mieli duży popęd, czyli wysoki testosteron, a o raku prostaty mówimy, że karmi się testosteronem... Być może określone zachowanie przyczynia się do wystąpienia choroby, ale związek przyczynowo-skutkowy nie został udowodniony, więc traktowałbym taką wiedzę w kategoriach ciekawostki, zwłaszcza że przy dzisiejszym rozwoju nauk medycznych 2001 rok to zamierzchła przeszłość. Najważniejsze jest wczesne wykrycie, bo to pozwala na skuteczne leczenie, gwarantujące dobrą jakość życia później.

Kiedy najlepiej zgłosić się do lekarza na badania kontrolne? Jeśli w rodzinie były zachorowania, to dobrze jest zbadać się w wieku 45, a nawet 40 lat, a w każdym przypadku nie później niż w wieku 50 lat. Badanie jest wskazane także wtedy, gdy pojawią się jakieś dolegliwości ze strony układu moczowego, takie jak np. problemy z oddawaniem moczu, które same w sobie mogą być efektem łagodnego rozrostu prostaty, a nie raka. Jednak jedno drugiego nie wyklucza, więc dobrze wykorzystać wizytę u urologa, żeby się przebadać.

Jak często należy powtarzać badania? To zależy od wyniku. Jeżeli jest rewelacyjny, to można kontrolować stan prostaty raz na pięć lat, ale generalnie warto badać poziom PSA częściej, na przykład przy okazji innych badań kontrolnych albo okresowych. Norma różni się w zależności od wieku, ale ogólnie mówi się, że wynik powyżej 4 nanogramów na mililitr jest patologiczny i wymaga, żeby zająć się problemem.

A co powinno być sygnałem alarmowym? Rak prostaty nie daje spektakularnych objawów, w przypadku 90 proc. diagnoz pacjenci czuli się doskonale... Jeżeli ktoś ma objawy, to może mówić o szczęściu, bo choroba nie rozwija się w sposób ukryty. Do lekarza powinny zawsze skierować nas ostre objawy urologiczne, ślady krwi w moczu lub nasieniu, które mogą świadczyć też o raku pęcherza. Badanie PSA i wizyta u urologa pozwalają wykryć chorobę na wiele lat przed objawami. Dobrze zdiagnozowany rak prostaty ma wysoką wyleczalność, nawet jeśli jest to postać agresywna.

Na czym polegają obecne metody leczenia raka prostaty? Obowiązują dwie główne metody: leczenie operacyjne i radioterapia. Jako urolog wolę wypowiadać się na temat metod operacyjnych. Operacyjne usunięcie nowotworu polega na usunięciu całej prostaty wraz z nowotworem. Przy okazji usuwa się również pęcherzyki nasienne, a niekiedy także węzły chłonne odpowiedzialne za prostatę. To zależy od stopnia agresywności nowotworu. Prostatektomia otwarta, czyli operacja skalpelem, jest znana od ponad 100 lat. Metoda została oczywiście przez lata ulepszona, ale idea pozostała bez zmian. Jej rozwinięciem jest laparoskopia, stosowana od około 30 lat. To technika mniej inwazyjna, ale trudna. Opiera się na zastosowaniu prostych zminiaturyzowanych narzędzi na długich wysięgnikach. Najnowszą metodą, która święci triumfy od kilkunastu lat, jest metoda robotyczna da Vinci. To doskonałe narzędzie, które pozwala na przeprowadzenie operacji pod powiększeniem dziesięcio- czy dwudziestokrotnym, gdy usuwa się chorą tkankę, a zostawia tę pożądaną, odpowiedzialną za trzymanie moczu i erekcję. Jednak trzeba podkreślić, a dowodzą tego wyniki badań, że to nie robot gwarantuje sukces, tylko doświadczony operator, czyli taki, który przeprowadził ponad 500 operacji. Tak zwana krzywa uczenia jest bardzo długa i te 500 operacji oznacza wiele lat nauki pod opieką mentora, który wprowadza w tajniki metody.

Jak przebiega rehabilitacja? W przypadku zastosowania metody da Vinci pacjent wychodzi ze szpitala po trzech, czterech dniach po operacji i może już normalnie funkcjonować: prowadzić samochód, chodzić, prowadzić aktywność fizyczną. Zalecamy jednak sześć tygodni „oszczędzania się”, co oznacza m.in. powstrzymanie się od jazdy na rowerze, na nartach, gry w tenisa, chodzenia do sauny czy dźwigania ciężarów przekraczających 10 kg. Prawidłowe leczenie pozwala w większości przypadków przeżyć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat od diagnozy, czyli tyle, ile wynosi oczekiwana długość życia, tak jak gdyby raka nie było.

Jak wykryć nowotwór prostaty?

  • Badanie PSA (ang. prostate specific antigen): proste badanie polegające na pobraniu krwi i oznaczeniu w nim stężenia PSA.
  • Badanie per rectum: jest wykonywane na leżąco przez odbyt, lekarz delikatnie bada palcem okolicę, w której znajduje się prostata.
  • Rezonans magnetyczny: urządzenie przypomina wyglądem tomograf komputerowy. Pacjent leży na ruchomym stoliku, który wjeżdża i wyjeżdza z „tuby” rezonansu. Badanie trwa ok. 40 minut, w jego trakcie podawany jest kontrast przez dostęp do żyły.
Dr Paweł Salwa ekspert urologii robotycznej, ordynator Kliniki Urologii w Medicover Warszawa.