1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Rozpalmy to na nowo, kotku!

Rozpalmy to na nowo, kotku!

123rf.com
123rf.com
Bycie w kilkuletnim związku może być nudne, a wkradająca się monotonia grozi utratą wrażliwości kochanków na wzajemne bodźce erotyczne. ALE tak być nie musi!

Rozmowy do rana i „motyle w brzuchu” – tak było po miesiącu znajomości. Nieodstępowanie na krok, radość ze wspólnie spędzonego czasu i… niesamowity seks. Codziennie, a nawet częściej – tak było po pół roku bycia razem. Pierwsze poważne zawody, żale, uprawianie seksu 3 razy w tygodniu – po 2 latach związku. Brak pobudzenia i podniecenia, wspólne wyjazdy chwilowo podtrzymujące relację, większe zainteresowanie dzieckiem niż partnerką – po 8 latach.

Co zrobić, by związek cały czas dawał  radość. Jak znów osiągnąć temperaturę zakochania? Oto moje propozycje:

  • Bądź romantyczna! Stwórz przyjazną atmosferę - kup czekoladki, szampana i odpowiednią bieliznę. Na pewno znajdziesz coś dla siebie, a twój partner oszaleje, kiedy zaczarujesz go swoim wyglądem!
  • Bądź całuśna! Obdarowywanie prawdziwymi pocałunkami może być świetną frajdą, która zachęci do posunięcia się o krok dalej! A może gra w butelkę, tylko we dwoje? W tej zabawie nie będzie przegranych!
  • Hug me - fajnie jest się przytulać! Bliski dotyk sprawia, że czujemy się bezpiecznie i wyzwalamy pozytywną energię! Poza tym od niepozornego dotyku niedaleka droga do… sypialni!
  • Bądź mistrzynią flirtu! Wodzenie wzrokiem, seksowny uśmiech i nic więcej. Wszystko owiane nutka niepewności, która na nowo obudzi pożądanie i namiętność!
  • A może nieplanowany wyjazd? Na przykład do romantycznych Włoch, gdzie czeka przepiękne słonce i zapierające dech w piersiach krajobrazy, niesamowite jedzenie i wino! Wszystko to sprawi, że niejeden długoletni związek ponownie obudzi się do życia! A jeśli długi wyjazd nie jest chwilowo możliwy, to jedźcie w miejsce, gdzie się poznaliście. Albo chociaż zróbcie sobie piknik TYLKO we dwoje tuż pod miastem. Poczujecie, jakby czas się cofnął!
Każdy związek z biegiem czasu powszednieje. To zupełnie normalne. Warto robić wszystko, by podsycać ten ogień i wciąż  podrywać siebie nawzajem!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe. 

  1. Psychologia

Nuda w związku - czy to na pewno coś złego?

- Nuda obecnie stała się rodzajem wypalenia, zniecierpliwienia, ale również ogromnej roszczeniowości, która rośnie w potęgę - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Nuda obecnie stała się rodzajem wypalenia, zniecierpliwienia, ale również ogromnej roszczeniowości, która rośnie w potęgę - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jesteś znużona swoim związkiem? Rutyną, powtarzalnością, jednowymiarowością? Tym, że on zawsze zamawia to samo w restauracji i nigdy nie ma pomysłów na wspólny wyjazd? - A może to samą sobą jesteś znudzona? - pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Wszędzie wieje straszą nudą. Wydaje się, że to także główna bolączka dzisiejszych związków. Jak spojrzę na małżeństwa z pokolenia moich dziadków czy pradziadków, to wiele rzeczy mogło doprowadzić do ich rozpadu – brak pieniędzy, zdrada, ale nie nuda. Czy XIX-wieczne żony nudziły się w swoich związkach?
Na pewno się nudziły, natomiast obecnie mamy do czynienia z nową nudą, która polega na tym, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko ma być atrakcyjne, ma być już, szybko i jedno za drugim. Kiedyś normalne było, że na coś czekasz, że najpierw coś robisz i robisz, a dopiero potem coś z tego masz. Kiedyś ludzie zwyczajnie wiedzieli, że to droga jest szczęściem, nie osiągnięcie celu. Teraz już nie chcą tego wiedzieć, bo inaczej się ich wychowuje, a właściwie w ogóle się nie wychowuje. Mają tylko przykład płynący z mediów, który mówi, że musi być kolorowo, głośno i szybko. Że to jakiś kretyn ma mnie rozśmieszać, a nie ja siebie. Nuda obecnie stała się rodzajem wypalenia, zniecierpliwienia, ale również ogromnej roszczeniowości, która rośnie w potęgę.

Na dodatek żyjemy w dyktaturze szczęścia, które ma być obezwładniające i nieskończone.
Ale to jakieś zaprzeczenie szczęścia. Bo co tak naprawdę znaczy być szczęśliwym? Cieszyć się z kolejnych kroków, etapów dochodzenia do czegoś, z samej drogi. Oczywiście na tej drodze może dopaść mnie zmęczenie – no to się położę, też miło. Poczekam. Na drodze mogę spotkać też różnych ludzi, z niektórymi przejdę się dłużej, z innymi tylko chwilę. Ale to nie będą za każdym razem jakieś niesłychane atrakcje. To ja mam dostrzec w tych zdarzeniach coś ciekawego. Powiedz, dlaczego obecnie jest coraz mniej aktorskiej piosenki, a coraz więcej panienek, które rozebrane do golasa fikają na scenie nogami? Pewnie, że można podziwiać ich piękne włosy, piękne figury, ale przecież one wszystkie są identyczne! Bo mają służyć jedynie do rozrywki. One nie są postaciami, osobowościami, nie budują z widzami relacji.

Od związku też oczekujemy rozrywki.
Ma być mi z tobą wesoło i śmiesznie, a na dodatek masz wiedzieć, czego ja chcę. No ale przepraszam bardzo, szanowna pani sama nie wie, czego chce. Siebie nie zna, nie rozumie, ma pretensję do świata i oczekiwanie, by nagle on, ten jeden jedyny wybrany, przyszedł i wybawił ją ze wszystkich kłopotów. Zawsze jak prowadzę warsztaty dla dużych grup kobiet, zadaję im jedno pytanie: „Czego chcą dziewczynki?”. Otóż: „Dziewczynki chcą więcej”. Takie podejście zwykle bierze się z tego, że rodzice nie mają czasu dla dzieci, ale też pomysłów na to, jak ten czas spędzić, gdy już go znajdą. Mało tego, nie starają się im pokazywać świata, tylko przekupują zabawkami czy słodyczami – wszystkim tym, co jest na chwilę. A żeby pojechać z dzieckiem i pokazać mu Roztocze, trzeba czasu i pomysłu.

Ostatnio doszłam do wniosku, że najfajniejszy prezent jest wtedy, gdy ktoś ci ofiarowuje czas. Ale czas intencjonalny, przeznaczony dla ciebie.
Jeśli partner pamięta o drobnych rzeczach, na przykład chce mu się pojechać rano do piekarni po dokładnie takie bułki, jakie lubisz, czy to nie porusza?! Sam rogalik w tym wszystkim jest najmniej ważny, liczy się właśnie intencja. Pamiętasz taki film z Barbrą Streisand i Jeffem Bridgesem, „Miłość ma dwie twarze”? Jest tam piękna scena, w której on w restauracji prosi kelnera, aby pamiętał, żeby podać jej osobno do sałatki sos i żeby jarzyny się nie stykały, bo ona tak właśnie lubi. I ona patrzy na niego, wzruszona, bo jeszcze nikt czegoś takiego dla niej nie zrobił. To jest miłość! Także wtedy, kiedy żona w eleganckiej restauracji pyta kelnerki: „A macie może schabowego, bo mój mąż najbardziej lubi schabowe?”, zamiast: „No nie, a ty znowu ten schabowy, zamówiłbyś coś innego, przecież to elegancka restauracja”.

Ale przecież to, że tak się dobrze znamy, to jest ta nuda, która nam przeszkadza!
A to jest właśnie bliskość. Ja na przykład uwielbiam opowiadać dowcipy, mam ich dużo w repertuarze, ale z konieczności często je powtarzam. Mój Edek zna je wszystkie, więc kiedy słyszy któryś po raz enty, marudzi: „A ty znowu opowiadasz ten sam kawał”. Więc mówię mu: „Misiu, tak samo jak ty opowiadasz ciągle o swoich odkryciach”. Poza tym ludzie powtarzają to, co dla nich ma wagę, to, co im się ładnie wyszlifowało, co jest gotowe do pokazywania. Pewnie, że za każdym razem, jak on będzie wygłaszał swoje teorie o Putinie, mogę zacząć fukać, bo przecież je znam. Z drugiej strony, gdyby on teraz nagle zaczął mówić coś innego, to byłby człowiekiem bez stałych poglądów. Trzeba mieć ciekawość drugiej osoby. I tu wracamy do rzeczy najważniejszej: jeżeli nie mam dla siebie ciekawości, to nie wykrzeszę jej dla kogoś innego.

Mało mamy dla siebie zachwytu i bezinteresownej życzliwej uwagi. Ponieważ ludziom tak brakuje poczucia własnej wartości, strasznie chcą, żeby im mówić miłe rzeczy. I boją się, że jak sami powiedzą komuś coś miłego, to stracą. A przecież to wraca. Inwestowanie polega na tym, że się wysyła pieniądze, by zarabiały, a nie trzyma je w portfeliku. Oczywiście od zbuków nic nie dostaniemy. Jeśli ty do kogoś dzwonisz i on też dzwoni, jeśli ty go gdzieś zapraszasz, ale i on ciebie zaprasza – wtedy warto. Bo będziecie razem pomnażać zyski z tej inwestycji. Natomiast jeśli nie ma odzewu, nie ma zwrotu – przestań. Dziewczyny uwielbiają się w ten sposób zakochiwać, i to je rujnuje.

A czy one się nie zakochują dlatego, że raz się zwróciło i mają nadzieję, że może jeszcze się powtórzy?
Moim zdaniem jest jeszcze jeden, o wiele gorszy, powód takiego „przeinwestowania” – one nie wiedzą, co zrobić, kiedy coś dostają. Bo są nienauczone bycia kochaną. Są nauczone tego, jak ładnie wyglądać. I idzie potem taki, jak ja to mówię, ładny zameczek w świat, tylko jak facet jej powie: „O, jaka jesteś ładna”, to ona jest w szoku: „Ojej, no coś takiego”. Na Zachodzie dziewczyna mówi: „Dziękuję, ty też jesteś całkiem niezły”. Która w Polsce tak powie?

Oj, znalazłoby się kilka.
No tak, może by się znalazło, ale żeby powiedzieć coś takiego swojemu partnerowi czy mężowi? Już niewiele. Przecież to on ma mi mówić komplementy i traktować tak samo jak wtedy, kiedy się we mnie zakochał. A to straszny błąd! Powodem do bardzo dużych cierpień i strasznie dużych rozczarowań są też nasze marzenia. Większość ludzi nie wynosi z domu przykładów dobrych związków. Dlatego postanawiają: „U mnie będzie inaczej”. Tylko skąd mają wiedzieć, co to znaczy „inaczej”?

Z literatury i filmów?
Raczej własnych wyobrażeń i marzeń. Skoro w domu rodzice się kłócili, to w moim związku nie będzie kłótni. Już nie mówię o domach, w których się poniża i krzywdzi – wychodzą z nich tak sponiewierane istoty, że jak im potem ktoś poda mały palec od lewej ręki, to one będą uważały, że to jest dawca. Z kolei z takich domów, gdzie nie było przemocy, ale była uszczypliwość czy brak życzliwości, wychodzi zwykle marzenie, żeby on mnie nigdy nie uraził.

Męczy mnie ta „urazowość” Polaków, z której też się sama wygrzebywałam. Że jak się śmieją z czegoś po drugiej stronie ulicy, to na pewno ze mnie. Jest w tym egocentryzm i zupełny brak zainteresowania innymi ludźmi. I z tego biorą się problemy w związkach. Bo jak taka dziewczyna spotka już fajnego chłopaka, to nie ma mowy, żeby on chciał bardziej niż z nią na film iść z kolegami na piłkę. Przecież on ją kocha! A kochać to znaczy robić to, co ona chce. I cały czas z nią być. Bo ona sama nie wie, jak wypełnić sobie czas bez niego. I znów wrzucę kamyczek do ogródka rodziców: w polskich domach przeważnie nie pokazuje się dzieciom świata, żeby sobie znalazły to, co chciałyby robić. Zamiast tego jest pustka wewnętrzna, taki rodzaj niedorobienia, na które składa się niedokochanie, ale też nieumiejętność korzystania z tego, co oferuje nie tyle nawet świat, co po prostu duże miasto.

Ostatnio miałam w grupie śliczną, zgrabną dziewczynę, która jest do tego zdolna i pracowita. Taka dziewczyna zawsze da sobie radę, więc ma już kupione i urządzone mieszkanie, w nim kotka albo pieska, kwiatki też. I mówi do mnie: „Przychodzę do domu i się rozjeżdżam na cztery, bo jestem sama”. Ja na to: „No dobra, a jakby on był, to co by się stało? Obydwoje byście się rozjechali na cztery?”. On na kanapie, a ona w kuchni i tylko przez ścianę płynęłaby taka nienawiść: „Znów nic nie wymyślił, nigdzie mnie nie zabierze”. Zamiast czerpania zadowolenia matki uczą nas mienia pretensji.

Nieraz słyszałam od dziewczyn, że teraz jest fajnie, ale jak wspólnie zamieszkają, to się popsuje. Nie będzie odświętności, on nie będzie się starał.
Dziewczyny mówią też: „Boję się, że on mnie zostawi po roku, bo się mną znudzi”. Czyli: „Teraz się okaże, jaka jestem mało ciekawa”. I ja wtedy mówię ten dość okrutny dowcip o pacjencie u lekarza: „Panie doktorze, nikt mnie nie zauważa”. „Następny proszę”. No więc może jesteś nieciekawa. Musimy sobie powiedzieć prawdę, bo inaczej nic z nią nie zrobimy. Jeśli ty sama sobą się nie ciekawisz, jeśli nie wiesz, co masz ze sobą zrobić, kiedy on wychodzi na mecz z kolegami czy ślęczy przy komputerze, to jak masz być dla niego ciekawa? Bardzo wiele kobiet mówi: „Po to mam faceta, by z nim i tylko z nim pójść do teatru, kina, na kolację, do sklepu czy załatwić sprawy w urzędzie”. A może jeszcze razem kupę pójdziecie zrobić?! Bo inaczej strasznie się rozdzielicie. Są pary, które tak się ze sobą dobrze czują, że wszystko robią razem, ale to nie jest żaden przepis, a poza tym to się rzadko zdarza. Najczęściej i najlepiej jest tak, że się rozstajemy, a potem znów spotykamy i znów rozstajemy. Fajnie wracać do domu, bo tego chcesz, a nie bo musisz. Jeśli kochasz siebie i życie, to nie uzależniasz swojego szczęścia od jednej osoby i nie masz pretensji, jeśli ona nie daje ci tego, co chcesz, bo sama sobie możesz to dać.

Najpierw chcesz spędzać z nim każdą chwilę, a potem zaczyna cię nudzić. Czym tak naprawdę jesteś znudzona?
Sobą.

To jest ta prawda o nudzie w związkach?
Tak, to najczęściej sobą samą się nudzimy. Chociaż czasem może nam się trafić strasznie nudny partner, tylko po co go brać? Chyba że chcesz mieć pewność, kto jest winny, jeśli się rozstaniecie.

Pomyślałam sobie, że ze związkiem jest jak z wymarzonym mieszkaniem. Kiedy już je kupisz i urządzisz, powinnaś siąść w fotelu i z zadowoleniem patrzyć na to, co masz.
Ja tak właśnie robię. Codziennie się budzę i myślę: „Ale ja mam ładnie”. Z Edkiem siedzimy w naszym domu w Kazimierzu i myślimy: „Ale mamy fajnie”. Więc jak ja mogę się znudzić czymś, co jest takie, jak chciałam.

Skoro masz fajny dom, to czy nie sprawia ci przyjemności samo przebywanie w nim?
Poleżeć sobie po śniadaniu i poprzewalać się w piżamach…? Niektórzy to potrafią. Dla innych „w domu” znaczy „nudno”. Ja najlepsze pomysły mam, gdy się wylenię. Leżę w łóżku trzy godziny, nic mi się nie chce, szczęśliwa jak prosiaczek, i raptem mam gotową piosenkę albo pomysł na książkę. To, co ludzie nazywają nudą, to często brak. Brak radości, brak umiejętności, brak uwagi. Zgaś sobie w domu wieczorem światło i staraj się poruszać bardzo cichutko, dotykając wszystkich przedmiotów, prowadząc samą siebie. Zobaczysz, ile się lęków pojawi, ile złości, niepewności. W swoim własnym domu! Cisza i ciemność – to nasi najwięksi przyjaciele, choć postrzegamy ich jako wrogów.

I jeszcze spokój.
Nie umiemy w nim wytrzymać. Z domów, w których się dzieje dużo raczej trudnych przeżyć, ludzie wynoszą lęk przed spokojem. Im się wydaje, że spokój jest pustką i obojętnością. I trzeba coś koniecznie z nim zrobić. Odpowiedzią jest zawsze: oddychać.

Nie bójmy się nudy, bójmy się pustki w sobie?
Oj, tak. Bo jeżeli facet rzeczywiście siedzi głównie przy komputerze, to zbyt wiele pożytku z niego nie będzie, ale może dla ciebie to jest OK, byle czasem się odezwał. Trudno znaleźć faceta, który ma wszystko: jest zabawny i wrażliwy, czuły i dziki.

A może coś dzięki temu komputerowi ci załatwi?
Na przykład zabukuje wyjazd z przyjaciółką. Kupi bilety, zarezerwuje hotel, ty pojedziesz, wrócisz i powiesz: „Kochanie, jesteś cudowny. Dzięki tobie świetnie się bawiłam”.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Jest autorką wielu książek i poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Seks

Związek w wibracji 5 - przygoda i wolność

Zero nudy. Związek w wibracji 5 jest jak powiew wiatru. (fot. iStock)
Zero nudy. Związek w wibracji 5 jest jak powiew wiatru. (fot. iStock)
Numerologia mówi, że jeśli dodane do siebie liczby urodzeniowe partnerów dadzą 5, nie będzie im się razem nudzić. Przyjdzie im się otworzyć na nieprzewidywalność, przygodę, na przypływy i odpływy.

Wibracja 5 daje partnerom okazję do tego, by smakowali życia wszystkimi zmysłami, szukali wciąż nowych doznań. Ważne jest to, że ludzie w takim związku wpływają na swoje wnętrze, silnie oddziałują na siebie, wzajemnie inspirują się do zmiany.

Fundamentalnym aspektem do przepracowania dla takiej pary jest kwestia wolności, braku kontroli, otwarcia się na nowości, przepływ. Ważne? Prawda? Bo my w relacjach lubimy kontrolować, mieć pewniki. Wydaje się bezpieczne, gdy ktoś jest ujęty w ramy. Jesteś taki, taka. Takim, taką cię chcę, wtedy będę cię kochać. To jednak iluzja. Kochać prawdziwie, to być przygotowanym, że codziennie rano budzisz się obok kogoś innego. Jeśli jesteśmy prawdziwi, nie jesteśmy monolitem.

Kiedy liczbą numerologiczną związku jest 5, w życiu dwojga ludzi nie za wiele jest stałości. Nudy brak, są za to przeprowadzki, podróże, nagłe zwroty akcji, niespodzianki, imprezy, szaleństwa. Zupełnie odwrotnie niż w związku 4.

Zwykle są przyjemności, sporo zmysłowego seksu, wydawanie pieniędzy i dobry standard życia. Taka relacja może się nagle i burzliwie zacząć, może się też niespodziewanie skończyć. Albo jest między partnerami cudownie, albo beznadziejnie. Nie ma miejsca na letnie uczucia, są wyznania miłosne, bywają wyzwiska. Jest uwielbienie, są awantury, bunt, nic stałego.

Istotna jest też niezależność partnerów, każdy ma swoje pasje i hobby oraz czas tylko dla siebie. Takich ludzi będzie ciągnęło w stronę rozwoju, duchowości, egzystencjalnych rozmów. Może też to być związek trochę dziwny, w jakiś sposób trudno akceptowalny społecznie, z różnicą wieku, wyznań, mezaliansem.

Ale, że kij ma zawsze dwa końce, wibracja "pięć" może dać relację bardzo rodzinną i usankcjonowaną, pobożną. Jednak nawet w takim układzie jakieś burze zaistnieją, często na poziomie emocji czy szybkiego tempa życia. Często dzieje się tak, że wibracja ta daje poczucie wyższości. Partnerzy żyją w przekonaniu, że są wyjątkowi - ładniejsi, zdolniejsi, ciekawsi niż inni. Często szokują otoczenie swoją ekscentrycznością i mają poczucie niezwykłości swojego wspólnego życia.

  1. Seks

Pierwszy raz po trzydziestce

- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest wiele pierwszych razów. Pierwszy raz po przerwie, na trzeźwo, z nowym partnerem. Pierwszy raz bez udawania. No i pierwszy raz wcale nie nastolatki – gdy czasem w seksie debiutuje trzydziestka. Co je wszystkie łączy? I jak sprawić, by były jak pierwszy bal? – mówi Katarzyna Miller

Gdy moja znajoma menedżerka zakochała się, zdała sobie sprawę, że od lat uprawia seks tylko po alkoholu. A ponieważ z tym mężczyzną chciała iść do łóżka na trzeźwo, poczuła się tak, jakby to miał być jej pierwszy raz..
. I wzruszyła się, i przestraszyła... Pierwszy raz na trzeźwo po wielu nietrzeźwych razach jest jeszcze trudniejszy niż prawdziwy pierwszy raz. Kobiecie wydaje się, że coś już wie, coś potrafi, a nic nie wie i nic nie potrafi. Tego, czego nauczymy się po pijaku, nie umiemy na trzeźwo. Gdy próbujemy, gorzej nam wychodzi. Gdyby było inaczej, już w szkole, w pierwszej klasie, stawialibyśmy przed dziećmi na ławkach po piwku i mówili: „a teraz wszystkie dzieci równiutko wypijają i już bierzemy się do tabliczki mnożenia”.

Czy więc na trzeźwo możemy mieć inne upodobania erotyczne, inny temperament?
Może tak być, bo nie tak wiele dziewczyn ma odwagę, żeby być w łóżku, w ogóle w życiu sobą. Coraz częściej robią karierę, awansują i czują, że muszą być wciąż „hej do przodu”. Z domu wyniosły najczęściej wór kompleksów i lęków, cały czas udowadniają więc, że są świetne, że nadążają za resztą lub ją wyprzedzają... Są naprawdę świetne, ale nie dowierzają temu, a mężczyznom, rywalom w pracy, wcale nie zależy na tym, żeby one się pewniej poczuły. Bywają więc zmęczone i nadwrażliwe, a w sferze intymnej brak im pewności siebie, bo tej sfery nikt ich nie uczył rozwijać. Więc drinkują, łykają proszki itp. Wtedy jednak to alkohol albo tabletki robią za nie to coś. A kiedy potem budzą się rano, czują się jeszcze gorzej, brzydsze, głupsze... No nie ma to sensu. Trzeźwość to też warunek poznania siebie. Jeśli chcę wiedzieć, czy ten mężczyzna mi się podoba, czy lubię się z nim kochać, czy lubię to tak robić, muszę wsłuchać się w swoje ciało. A do tego trzeba być z ciałem, sobą w kontakcie, trzeba być przytomną.

Jak się zabrać – i to na trzeźwo – do tego pierwszego razu, gdy mamy za sobą zły związek, bolesny rozwód i kilkuletnią abstynencję seksualną? Nie udawać kogoś, kim się nie jest, nawet jeśli ten pierwszy raz ma być przez to ułomny. Sama się o tym przekonałam dawno temu. Spotkałam mężczyznę, który już od jakiegoś czasu mi się podobał i któremu ja się podobałam. Poszliśmy do łóżka, a wtedy on spytał: „denerwujesz się?”. Gdybym powiedziała prawdę, że się denerwuję, wstydzę, że bardzo mi zależy, to połowa strachu by minęła. Ale ja zełgałam: „nie!”, a on się zdziwił i powiedział, że mi nie wierzy. Bo on się denerwuje. Gdybym poszła z nim do łóżka jeszcze raz, byłabym w tym łóżku sobą, nawet gdyby seks miał być z tego powodu gorszy. Nie wysłałabym w swoim zastępstwie jakiejś dziwnej, obcej panienki. I ta znajomość inaczej by się potoczyła.

 
Ale po co mówimy o pierwszym razie po przerwie, kiedy wciąż słyszę od koleżanek singielek, że nie ma z kim go sobie zafundować, bo brak atrakcyjnych mężczyzn.
Dla dziewczyn wykształconych, z pozycją to strasznie ważny wątek: mężczyzna musi być kimś. Więc ona go obejrzy ze wszystkich stron. A jak go obejrzy i on jej zaimponuje, to wtedy ona się przerazi, że jak on taki wspaniały, to na pewno jej nie zechce. Zacznie więc udawać lepszą, niż jest. A jak ona udaje, to on dostaje nie ją, tylko kogoś udawanego, kogo nie ma. I ona to czuje, że on nie ją chce, tylko tę drugą…

Bo ona za tym pierwszym razem tak bardzo chciała dobrze wypaść, że przesadziła i poszła w seks rodem z filmów porno.
Na przykład. Nawet w naszym katolickim kraju kobiety mają wmówione, że muszą coś umieć, być seksualnie sprawne. Wymyślają więc jakieś scenariusze i kostiumy. Chcą za dużo dawać. Tymczasem nie wolno dawać za dużo, bo się zawsze przeszarżuje. No i zdarza się robienie laski na dzień dobry. Rozumiem kobiety, czasem są wychowane na ofiary i dają się lekceważyć albo chcą być superkochankami i zdarza się im zagalopować. Ale mężczyzna, który tego chce od razu na początku, to dupek, egoista, zepsuty przez mamusię czy wszystko jedno przez kogo. On nie ma grama wiedzy na temat kobiet ani sympatii dla nich. Z nim nie warto więcej się spotykać.

No, ale co z wolnością seksualną, brakiem tabu, wyzwoleniem z kostiumu grzecznej dziewczynki, porządnej kobiety? Seksualność to nie wyczyn sportowy, a i w sporcie trzeba długo ćwiczyć, uczyć się, poznawać siebie i swoje możliwości. Żeby nasza seksualność mogła się zdrowo rozwijać, pewne dobre rzeczy muszą się wydarzyć. Kiedy dwoje ludzi się poznaje, zaczyna spotykać, chce ze sobą być, to najlepiej, gdy odbywa się między nimi miłosny taniec. Gdy powoli zbliżają się erotycznie do siebie. Najpierw pójdą do kina, wezmą się za ręce, potem na spacer, poprzytulają się, potem pocałują, potańczą, a potem pójdą do łóżka. A jeśli do tego szczerze się sobie przyznają, czego się obawiają, jeśli któreś poprosi: bądźmy dla siebie życzliwi, to już zaczęli ze sobą szczęśliwe życie. Bo seksualność powinna narastać, toczyć się. Natomiast jak coś sobie wymyślamy i chcemy, żeby się spełniło, to tak się nie dzieje.

 
W takim razie: co nam w łóżku wolno za pierwszym razem?
No to, co się uda. Co się zdarzy. Znam dziewczyny, które traciły cnotę, mając lat 12, bo nie wiedziały, kiedy powiedzieć „nie”, i znam takie, które są cnotliwe, choć mają lat 30, bo nie wiedzą do tej pory, na co, kiedy i jak facetowi i sobie pozwolić. Te drugie wyniosły z domu przekonanie, że seks to grzech albo znój dla kobiety – bo tak im go pokazała matka. No a potem, kiedy już są dorosłe, to się wstydzą, że jeszcze są dziewicami, i nie potrafią się na seks odważyć.

Ja zawsze na początek mówię im, że skoro tyle poczekały, to nie musi się to stać za tydzień. Trzeba spokojnie zastanowić się, czy nie pójść do ginekologa, nie sprawdzić, czy może ta błona dziewicza jest tak niewielka, że da się ukryć przed partnerem, że to debiut? Bo czemu tego nie zrobić, jeśli to dla kobiety wstyd? Przecież nie trzeba kłamać, wystarczy powiedzieć mężczyźnie: o swoim życiu seksualnym nie chcę mówić.

Trudno być 30-letnią dziewicą w świecie epatującym seksem?
Na każdą kobietę to, że jest nadal dziewicą, wpływa inaczej. Jeśli ma przyjaciół, dobrą pracę, w ogóle dobrze żyje, to trzeba jej tylko pomóc oddemonizować seksualność. Ona też tak bardzo nie różni się od kobiet, które sypiają z mężczyznami, ale nie mają orgazmu, albo nie lubią seksu, tylko udają, że lubią... Ona ma nawet od nich lepiej, bo przed nią jest coś nowego. Najważniejsze, żeby zaczęła o sobie dobrze myśleć: „jestem jeszcze dziewicą, to znaczy, że mam przed sobą bardzo ciekawe doświadczenia”. Moim zadaniem jest pokazać jej, jak skorzystać z tego, co potrafi w innych sferach życia, jak przenieść te umiejętności w sferę relacji damsko-męskich. Trzeba zbudować mosty między tym, co umie jako pracownica, szefowa, przyjaciółka, siostra, a tym, czego jeszcze nie umie jako kobieta kochanka, czyli np. randkować, flirtować, droczyć się, ale i otworzyć, zaufać. Odkryć związek między osobą, którą jestem, gdy robię to, co umiem, a osobą, którą jestem, gdy chcę zrobić coś, czego jeszcze nie umiem – to bardzo ważne.

Czy późne debiutantki mogą mieć satysfakcjonujące seksualnie związki?
O tak! Często mam rozkoszne poczucie, że jestem swatką, akuszerką ich seksualności. Taka dziewczyna to dla porządnego, dobrego mężczyzny bomba. Nie dlatego, że to dziewica, ale dlatego, że jest otwarta na szczere spotkanie. A jeśli ten mężczyzna okaże się przyjazny i serdeczny, będą oboje jak Jaś i Małgosia, którzy biorą się za ręce i ruszają odważnie w ciemny las. Już niejedną taką parę wyprawiłam we wspólne życie.

Czy pierwszy raz powinien decydować o tym, co będzie dalej z mężczyzną i kobietą, czy będą razem?
Czasami powinien, a czasami nie. Powinien, kiedy partner okazał się brutalny, nie liczył się z kobietą. Nie mówiąc już o takich podstawowych rzeczach jak to, że ona go nie lubi. Jak ci się zrobi niefajnie w jego towarzystwie: tu kadzi, a tu nagle ironicznie dogada, bo zachowałaś się nie tak, jak on by chciał, to się wycofaj ze znajomości. To się nie poprawi, to się może tylko pogorszyć. On może przeprosić, ale zaufaj swojej wrażliwości, jeśli ona pokazuje, że on ci nie pasuje.

A jeśli jest jako kochanek nieporadny?
Kiedy mężczyzna mówi: „strasznie się przejmuję”, albo: „tak mi na tobie zależy, że nie wiem, co mi z tego wyjdzie”, albo tak bardzo cię chciał i tak się strasznie ucieszył, że będzie cię miał, że „zwiądł mu jak lilia” – to go wcale nie skreśla. Przeciwnie. Jeśli mężczyzna pokaże, że jest czuły, szczery, uczciwy, warto go wybrać. Dziewczyny mówią czasem o takim mężczyźnie: nudny. Ale to znaczy, że jeszcze są szalenie głupie i szykują sobie niedobry los. Bo za pierwszym razem nie musi być szalona jazda, orgazm albo tak, żeby się „ziemia przewróciła”, lecz potrzebna jest przyjemność z wzajemnej obecności, dotyku, pieszczot, całowania, narastającej bliskości. Źle jest, kiedy tego nie ma, a jeszcze mężczyzna po seksie odchodzi. Takie doświadczenia wzmacniają złe przekonania kobiety na swój temat. Ona często wtedy myśli: „to dlatego, że wcale nie jestem fajna ani atrakcyjna. Nie umiem się kochać!”. A warto, żeby pomyślała: „to nie jest facet dla mnie”.

A więc jeśli początek jest czuły, choć nie porywający, warto postawić na ciąg dalszy?
Trzeba się poznawać, dopasować. Jak z kimś jedziesz na dzień, dwa, to za mało. Ale jak będzie powtórka w tym samym łóżku, może być dużo lepiej, bo jemu odpadnie strach przed oceną. Oboje już wtedy możecie być zwyczajni. Nie wymyślajmy jakichś niezwykłych scenariuszy, nie produkujmy nierealnych wyobrażeń. Nie wierzmy filmom. Bo wtedy czeka nas tylko zawód. Kierujmy się i uważnością, i intuicją. Dobrze też kobietom robi, jak się dowiedzą prawdy o innych. O tym, że na przykład ta śliczna blondynka też z nikim trzy lata nie spała, a ta fajna brunetka nie jest pewna, czy wie, co to orgazm. Bo kiedy wiemy, że inne kobiety też mają kłopoty, kompleksy, łatwiej nam pozbyć się poczucia gorszości. A z tym poczuciem trudno o udany seks, wszystko jedno: pierwszy czy tysięczny raz. Dlatego rozmawiajmy ze sobą, mówmy o problemach, o seksie, i to szczerze.