1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Związek w wibracji 3 - luksusowo nam

Związek w wibracji 3 - luksusowo nam

Trójka oznacza szczęśliwy, rozwojowy związek pełen nowych pasji. (fot. iStock)
Trójka oznacza szczęśliwy, rozwojowy związek pełen nowych pasji. (fot. iStock)
To może być naprawdę bardzo fajny związek, kreatywny i płodny pod każdym względem. Ludzie go tworzący mają szansę na szczęśliwy dom pełen dzieci i obfitość finansową. W negatywie "trójka" może przynieść w tych sferach życia poważne braki.

W wibrację trzy wpisana jest dobra komunikacja, inspiracja, twórczość, pasja, radość.

Cóż więcej potrzeba do szczęścia? Związek, któremu patronuje Cesarzowa, może przynieść konkretne, wymierne owoce. Powody do radości. Takie partnerstwo jest zmysłowe, jest dobry seks, cieszenie się przyjemnościami życia. Pieniądze, luksus... Komfortowy dom, dzieci, rodzina, stabilizacja. Między ludźmi pojawia się cały czas potrzeba nowych doznań. Nie poprzestają na tym, co już mają. Przez życie prowadzi ich świadomość, że coś się zaczyna, dojrzewa i przemija. I jest zgoda na to. Partnerzy dążą do jeszcze czegoś, czegoś nowego, wyglądają tego, co ma jeszcze się zdarzyć. Taki związek jest rozwojowy.

Cesarzowa daje szczęście, mówi, że wszystko w swoim czasie się zrealizuje. Są podstawy, żeby cieszyć się życiem. Trójka zawsze oznacza plony, płodność. To może być trwałe, szczęśliwe małżeństwo, ważne ogniwo w rodzinnym łańcuchu pokoleń. Zdarza się też, że ludzie połączeni tą wibracją razem prowadzą biznes, przyciągając spore pieniądze.

Przy negatywnych wibracjach "trójki", kiedy Cesarzowa jest kartą odwróconą, pojawiają się blokady, zahamowania w sferze seksu oraz materii. Kobieta i mężczyzna mogą mieć problemy ze spłodzeniem dziecka czy karierą. Brak jest spełnienia i poczucia bezpieczeństwa. Trójka w negatywie może przynieść lenistwo, fałszywą moralność, pruderię, przyziemność, zdradę, biedę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.

  1. Psychologia

Jakie cechy, według nas, są najważniejsze w związku?

Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Kiedy przeglądam czasami profile na portalach randkowych, aby zorientować się w waszych oczekiwaniach, stwierdzam, że bardzo często jako pożądaną i ważną cechę u partnera wymieniacie poczucie humoru. To oczywiste. Poczucie humoru to umiejętność zażartowania z niezręcznej sytuacji, sympatyczny uśmiech, rozładowujący napięcie z powodu gafy lub nieoczekiwanej ciszy, dystans do własnej osoby...

Czas spędzany z osobą traktującą życie aż nazbyt serio, pozbawioną owej lekkości bytu, która pozwala obrócić wszystko w żart, to dla odmiany randkowy koszmar numer jeden. Jednak okazuje się, że gdy myślimy o poważnym związku, samo pogodne usposobienie nie wystarczy.

Poczucie humoru w nadmiarze

- Kiedy poznałam Jacka – opowiada Mirella, 34-letnia specjalistka HR – byłam nim zauroczona. Poznaliśmy się przez internet. Na pierwszą randkę poszłam z wieloma obawami, ale Jacek okazał się wesołym kompanem, bezproblemowym i miłym facetem. W dodatku całkiem przystojnym. Pierwsze lody szybko stopniały, bo żartował i sprawił, że świetnie się bawiłam. Akurat zbliżały się wakacje, dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, więc większość wieczorów spędzaliśmy wspólnie i pamiętam, że nie raz śmiałam się do łez. Kiedy zapoznałam go ze znajomymi, zrobił na nich bardzo dobre wrażenie. Pomyślałam, że z kimś takim życie jest lepsze, bo pełne pozytywnych emocji. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem i niestety, już nie jestem taka pewna, że chcę z nim być. Czy się zmienił? Nie! Jest taki, jaki był wcześniej. Przylepia zabawne liściki na lodówce, kiedy się mijamy. Nadal mnie rozśmiesza i ma zawsze dowcipny komentarz do sytuacji, które dla kogoś innego byłyby irytujące.

O co więc chodzi? O to, że poza poczuciem humoru, nie ma w nim tego wszystkiego, czego potrzebuję. Kiedy chcę porozmawiać o naszej przyszłości, Jacek mówi coś zabawnego. Kiedy potrzebuję się wyżalić, robi śmieszną minę i tym podobne. Mam wrażenie, że to jego sposób na życie. Podchodzi do życia lekko, a ja czasem potrzebuję zmienić klimat i poczuć, że jesteśmy razem na serio – kończy Mirella.

Jakie cechy są ważne w partnerstwie?

Myślę, że poczucie humoru to znakomity kapitał na pierwszą randkę, początek związku, a także na jego kontynuację. Jednak we wspólnym życiu cenimy te cechy partnera, które pozwalają nam czuć się bezpiecznie, być sobą i mieć poczucie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani.

Oto cechy, które przeważają w rozmaitych sondach na temat relacji. Ja starałam się na ten temat bardzo często rozmawiać z osobami, z którymi pracuję nad jakością związków.

Odpowiedzialność – ponieważ dzięki niej ciężar najróżniejszych życiowych obowiązków rozkłada się symetrycznie. Nie ma nic gorszego niż poczucie, że na nas spoczywa cały ciężar wspólnej egzystencji.

Opiekuńczość – miło jest wiedzieć, że jest ktoś, kto choć nie jest naszym rodzicem, chce się nami opiekować i myśli o nas.

Pracowitość – życie większości z nas wypełnione jest obowiązkami. Dbałość o wspólny dom, ogród, samochód, do tego praca zawodowa… Ta codzienność nie jest niczym uciążliwym, jeśli dbamy o nią wspólnie. Jednak partner, który zrzuca na nas prace, których nie chce mu się samemu wykonać, to niezbyt pociągająca perspektywa.

Wyrażanie uczucia – nie musi mówić „kocham" siedem razy dziennie. Szczerość uczucia objawia się wzięciem za rękę na spacerze, spojrzeniem, przytuleniem, czułym przezwiskiem… Jest też mnóstwo innych możliwości. Partner, który nie mówi i nie wyraża swojej miłości (choć niewykluczone, że kocha głęboko) pozbawia nas wielkiej, emocjonalnej przyjemności.

Zaradność życiowa – nie chodzi o nic szczególnego… ot, wyszukanie dobrej i niedrogiej oferty wakacyjnej nad morzem, aktywność w sytuacji, gdy trzeba zmienić koło w samochodzie, zrobić mały remont, zasilić rodzinny budżet. Parter, który nie załamuje rąk, tylko działa, ma dobre notowania.

Wrażliwość, empatia – chodzi nie tylko o te cechy w naszej relacji, ale także o stosunek do ludzi, zwierząt, przyrody. Tę cechę także cenimy wysoko u partnerów.

Inteligencja – co ciekawe, nie chodzi tu o wykształcenie, bo ono plasuje się na niższej pozycji, tylko o zdolność pojmowania, mądrego reagowania, właściwego oceniania oraz również o inteligencję emocjonalną.

Otwartość emocjonalna – czyli z kolei dzielenie się z partnerem rozmaitymi uczuciami. Gdy tego nie robimy, zwykle towarzysząca nam osoba czuje się odsunięta i między nami powstaje mur.

Atrakcyjność seksualna – bez tego nasz związek nie byłby przecież pełny. Nie znajduje się na najwyższej pozycji w rankingu, ale jest to bardzo ważny element relacji i warto o niego zadbać.

To cały czas dopiero początek listy. Może dopiszecie do niej cechy partnera, które wy uważacie za najważniejsze?

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Całkiem zwyczajna miłość. Czy doceniamy udany seks?

- Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Normalny, ludzki, niedoskonały i dzięki temu rozkoszny seks. Daje nam zwyczajne szczęście we dwoje. Nie ulegajmy więc modzie na poszukiwanie perwersji. Nie słuchajmy opinii tych, którzy twierdzą, że miło znaczy źle. Jeśli jest nam dobrze w łóżku, cieszmy się z tego – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Poradniki, powieści, filmy namawiają nas, żeby szukać w seksie czegoś ekstra. Szczypta sadomaso, designerskie gadżety, swingowanie albo choć ktoś trzeci. Modnie też jest, by seks sfilmować. No i jeśli do tej pory myśleliśmy, że dobrze nam razem, zaczynamy podejrzewać, że tylko tak się nam wydaje...
Wychodzi wiele powieści erotycznych dla kobiet, ale to, o czym tam piszą, to tylko marzenie, fantazja. Nie ma takiego seksu. Można, oczywiście, oszaleć na parę miesięcy, spotkać kogoś, kto nas tak nakręci, że z trudem dobiegamy do pierwszego wolnego łóżka. A tam w pięć sekund mamy taki orgazm, że tracimy przytomność. Każdemu choć raz życzę takiego doświadczenia, ale takie szaleństwo nie może trwać długo i wcale nie daje nam wszystkiego, co ważne i potrzebne w seksie.

Ale jednak jest wtedy jak w książce czy w filmie…
Często badam pary metodami porównawczymi pod kątem podobieństwa ich dyspozycji intelektualnych, fizycznych, psychicznych i wrażliwości. Zazwyczaj choć jedną z tych dyspozycji mają oboje tak samo wysoką. Czyli jeśli ona jest pełna energii i mówi: „Mam dziś chęć na górską wycieczkę”, to on na własnych plecach jej te góry przynosi i pod stopy rzuca, żeby sobie po nich razem pochodzili. Z kolei kiedy on ma dół intelektualny, to i ona będzie wolała pooglądać w łóżku serial komediowy, a nie iść na wykład o teorii strun. Do tej pory spotkałam tylko jedną parę, która we wszystkich wymienionych wyżej zakresach miała tak samo wysoki wynik. I jeśli ktoś mnie pyta, czy znam szczęśliwe małżeństwo, myślę o nich. Nie dlatego, że rzucają się na siebie jak króliki, tylko dlatego, że są zharmonizowani, czuli, kiedy oboje tego potrzebują, ale gdy jedno z nich budzi się w nocy i zaczepia drugie, to zaczynają się kochać, bo oboje mają na to ochotę.

To zwyczajne szczęście, o którym opowiadasz, jest zaskakujące.
Kiedy ludzie ze sobą żyją, chodzą do pracy, wychowują dzieci, wykonują różne zadania, to ta harmonia jest szczęściem. Zaczyna się różnie. Jedni, kiedy tylko się zobaczyli, to jakby piorun w nich strzelił. Drudzy najpierw się polubili, poczuli, że z tą osobą warto spędzić życie. A teraz sobie po prostu żyją i mają lepsze i gorsze dni. I to ich nie dziwi. Kiedy pojawi się ciąża, kobieta jest bardziej podkręcona i mają więcej seksu. Ale potem jak już jest duży brzuch, to nie szaleją w seksie. Robi się przerwa, po której czasem para zaczyna się traktować jak tatuś i mamusia. Mówią do swoich dzieci: „Idź z tym do matki”, „idź z tym do ojca”. Nie są już Krysią i Jurkiem. I ich seks wystyga, bo wstydzą się przed dziećmi, bo jak tatuś i mamusia mogą „to robić”? Warto o tym pamiętać. Ale bywa inaczej. Są dziewczyny, które po urodzeniu dzieci szybko chcą wrócić do figury i do partnera. I ci Krysia i Jurek znów mają dobre godziny w sypialni.

A ci, którzy weszli w rolę tatusia i mamusi, co mają robić?
Wysłać dzieci do babci na weekend i zrobić sobie czas na celebrowanie seksu. Mają mieć na to całą noc i dzień, a nie godzinę czy pół. I też nie muszą całą noc tego robić, ale spokojnie wejść w nastrój. Nie muszą się też natychmiast do siebie dobierać. Mogą sobie razem obejrzeć film. Niekoniecznie pornograficzny, ale taki ciepły, słodki.

Ma być tak zwyczajnie, swojsko, bez fajerwerków?
Jeśli jesteśmy sobie bliscy i się lubimy, to nasze ciała rozmawiają ze sobą same, wiedzą, jak się spleść. Jest tylko jeden drobiazg: czy on by nie chciał czasem czegoś innego niż stosunek waginalny? A ona? Może czasem wolałaby już nie w tej kolejności, nie zawsze o tej samej porze? Warto się dowiedzieć, bo w normalnych, ciepłych związkach niebezpieczeństwem jest rutyna. On zawsze, gdy chce się z nią kochać, głaszcze ją po plecach i całuje za uchem… A potem idą do łóżka i on trochę się pozajmuje jej piersiami... Ten rodzaj rutyny ma plusy, działa jak opanowanie nauki chodzenia. Seks staje się prosty i przyjemny, a to, że oni do tej rutyny razem doszli, też zbliża ich do siebie. Wiedzą, że jak się zacznie głaskanie po plecach, jak już weszli na tę ścieżkę, to na pewno dojdą do udanego końca, bo też już same ciała ich prowadzą. To plus. Ale po jakimś czasie, gdy seks staje się zbyt przewidywalny i powtarzalny, zamienia się to w minus.

Rozumiem, że ten moment, kiedy dobra rutyna staje się złą, możemy po prosu poczuć?
Właśnie. A wtedy warto wykonać kilka nieprzewidywalnych ruchów. Kochać się w kuchni, a nie w sypialni. Na kocach rozłożonych na podłodze, a nie w łóżku. Zacząć gasić światło albo zapalać, byle inaczej niż dotąd. Postawić przy łóżku różową lampkę albo zdjąć ją z szafki nocnej. Założyć satynową pościel, przynieść do łóżka pomarańcze i truskawki i wkładać je sobie w usta, przedtem się nimi pieszcząc…

Czyli jednak trochę perwersji…
Aj tam! To żadne perwersje. Chodzi o to, żeby zrobić rzeczy, które są nowe, ale nie ekstremalne. Piórko zamiast kajdanek. Truskawki zamiast pejcza czy opaska na oczy zamiast trzeciej osoby w łóżku. Zmysłowość, a nie poszukiwanie ekstremum. Najważniejsze jest to, by rozwijać w sobie ciekawość, co jemu, jej sprawia przyjemność. Może to, że ty leżysz jak królewna albo jak branka, taka cicha i nieruchoma, a on cię pobudza? Albo on chce leżeć i ty go masz pobudzać. Dobrze jest też znaleźć nieuznawane dotąd za erotyczne obszary ciała i uczynić je erotycznymi. Pieścić, całować, głaskać plecy, ramiona, przedramiona... Aż zaczną reagować dreszczem. Wtedy seks bez dopalaczy staje się ekscytujący, więcej daje. Pobudzać całe ciało to bardzo ważne. Dlatego warto pozwolić się wykąpać, umyć gąbką, a potem w łóżku dać się posmarować balsamem i nawet – zasnąć. Bez seksu. Bo tak jest miło. Ci, którzy żyją ze sobą w zwyczajny sposób, po prostu wiedzą, że raz seks jest, a raz tylko pieszczoty. I że to jest właśnie dobre. Wiedzą też, że raz orgazm jest mały, a raz ogromny. I że to też jest cudne. Jeszcze jedno – kiedy są wakacje, dzieci wyjechały, warto skorzystać ze stymulacji, jaką daje przyroda. Wiatr, woda, nagrzany piasek budzą zmysły. Unikniemy zdrady, dając sobie coś ekstra, ale w ramach naszego dobrego bycia razem. Nie napinajmy się jednak, że teraz będziemy wzbogacać nasz seks. Lepiej stworzyć warunki dla miłych chwil we dwoje i wtedy iść za impulsem z ciała.

Jednak świat lansuje perwersje! Zaczynamy więc mieć kompleksy, choć nam w łóżku dobrze.
Jeśli ktoś tak myśli, najwidoczniej sam sobie nie wierzy i potrzebuje potwierdzenia, że szalenie modne jest kochanie się zwyczajne, które daje radość. A ja jako psychoterapeutka mogę powiedzieć, że mieć fajnego człowieka, na którego masz ochotę i który ma ochotę na ciebie, z którym uprawiasz seks pomimo wspólnego długiego życia, to jedno z większych osiągnięć. Ten, kto ma dobry zwyczajny seks, doświadcza czegoś prawie idealnego. Zwyczajna radość bycia razem to ideał dla wielu nieosiągalny. Daje to, czego nie ma w żadnej perwersji, prawdziwe spełnienie. Perwersja jest eskalacją doznań, bo właśnie nie niesie spełnienia.

W modnych serialach możemy jednak usłyszeć: „Ten mój facet to chyba gej. Jeszcze nie nagrał naszego stosunku i nie chciał mnie związać”.
To tylko moda, a moda jest po to, żeby odciągnąć nas od nas samych w stronę: „Jaka, jaki powinienem być, żeby zyskać”, ale co zyskać? Sławę? Uznanie? Lepsze samopoczucie? Dobre samopoczucie daje nam właśnie zwykły, dobry związek. Każdej władzy zależy na tym, żeby ludzie nie rządzili się sami. Żeby im czegoś brakowało, żeby od nich nie zależało, czy to coś dostaną. Wtedy się nimi rządzi, obiecując im to coś, sprzedając namiastki tego czegoś. Jeśli ktoś jest szczęśliwy sam z siebie i daje sobie to zabrać, bo inni mu wmawiają, że będzie bardziej szczęśliwy, jeśli z tego, co ma, zrezygnuje, to on rezygnuje ze swojej wolności i niezależności. Warto popatrzeć, czy ci, którzy nas pouczają, jak żyć, sami są szczęśliwi. Z mojego doświadczenia wynika, że ulegać modzie, ulegać opiniom innych, to dawać się wpędzać w kompleksy i nałogi.

Trzeba być silnym, żeby zostać ze sobą.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy brakuje mu do szczęścia perwersji, niech obejrzy film „Wstyd”. Bohater jest seksoholikiem, który wciąż szuka ekstremalnych przeżyć. Musi chodzić do klubów, gdzie się przewalają nagie ciała, które nie są już ludźmi, tylko kadłubkami wystawiającymi się na jakiś rodzaj przeżyć. Tych każdy może im dostarczyć, bo chodzi tylko o mechaniczne pobudzenie i zaspokojenie. Te ciała, jak i nasz bohater, przekroczyły wstyd, przestrzeń intymną, ale w zamian doświadczają tylko zmiany świadomości, nieprzytomności – jak w każdym uzależnieniu. A seks domowy nie jest uzależniający. Jest seksem. To nasza wolność, bliskość i sympatia dla siebie i dla tej drugiej osoby. Nasza intymność jest naszą suwerennością. Człowiek, który nie jest wolny, nie ma intymności. Gra kogoś innego, pod jakiś lansowany wzór. A lansowane wzory są zawsze takie, że ich nie osiągniesz. Zobacz bohaterów ostatnio modnych powieści erotycznych dla kobiet – to faceci nieludzko piękni. Ale dla ciebie atrakcyjny facet to ten, który ma krzywy uśmiech i urwane ucho. I właśnie dlatego weźmie cię tak, że zapomnisz o całym świecie. Bo twoja historia życia zahaczała o podobnych facetów. Jest takie opowiadanie Głowackiego: chłopak mieszka koło lotniska, jego niania jest gruba i stara, ale to jedyna kobieta, którą może podglądać. Więc on ją podgląda, gdy ona się myje, przebiera, i ciągle słyszy te samoloty... Potem, kiedy był już dorosły, na ulicy zobaczył grubą, starą prostytutkę, a akurat nad miastem nisko leciał samolot. I to go tak wzięło, że musiał ją posiąść, nie mógł się opanować.

Źródła naszego erotycznego gustu mogą więc być zupełnie niezwykłe.
Dobór tego zwykłego partnera też jest spowodowany naszym życiem, a więc żadna moda czy doradca nie powie nam, kto nas doprowadzi do szaleństwa. Nikt poza nami nie będzie też wiedział, czy chcemy być do szaleństwa doprowadzeni. Bo może nie chcemy tego, kto spowoduje, że wciąż myślimy o tym, żeby się z nim splątać. Może chcemy na partnera kogoś, kto tak na nas nie działa, bo wolimy mieć bezpieczny związek i bezpieczny seks. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy ciałko dotyka do drugiego ciałka, jest ciepło i miło, a tylko czasem bywa podniecająco…