1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. 10 powodów do ślubu

10 powodów do ślubu

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Liczba zawieranych małżeństw w Polsce od kilku lat systematycznie spada. Wśród przyczyn tego spadku wymienia się z jednej strony tendencje: tj. odkładanie zobowiązań „na potem” po zakończeniu kształcenia i znalezieniu dobrej pracy, a z drugiej – niepewność związaną z kryzysem gospodarczym w Europie. Małżeństwo ma jednak swoje zalety.

Liczba zawieranych małżeństw w Polsce od kilku lat systematycznie spada. Wśród przyczyn tego spadku wymienia się z jednej strony tendencje: tj. odkładanie zobowiązań „na potem” po zakończeniu kształcenia i znalezieniu dobrej pracy, a z drugiej – niepewność związaną z kryzysem gospodarczym w Europie. Małżeństwo ma jednak swoje zalety.

Oto 10 powodów,  które przemawiają za wzięciem ślubu:

 

  1. Miłość. Kochacie się ponad wszystko na świecie! Po co szukać innych powodów?
  2. Lęk przed samotnością. Dobrze jest móc liczyć na kogoś bliskiego.
  3. Oszczędności na ogrzewaniu. Gdy można się wtulić w ciepłe ramiona, po co dogrzewać się piecykiem?
  4. Najpiękniejsze marzenie. Wszystkie małe dziewczynki marzą, żeby przynajmniej raz w życiu wyglądać jak księżniczka.
  5. Pięniądze. 2 osoby = 2 pensje. Co prawda, tez większe koszty utrzymania…
  6. Koniec z koszmarem randek. Ciągłe motyle w brzuchu to najlepsza droga, żeby nabawić się wrzodów.
  7. Snobizm. „Lepsze” nazwisko po mężu.
  8. Małżonkowie żyją dłużej. Fakt dowiedziony naukowo.
  9. Zemsta. Żeby doprowadzić do wściekłości „byłego/byłą” i wreszcie sprzeciwić się rodzicom.
  10. “Złota rączka” pod ręką. Mój „miś” zajmuje się teraz wszystkimi naprawami w domu
 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Upewnij się, że wasz związek funkcjonuje w równowadze

Wiele osób, dla rzekomego
Wiele osób, dla rzekomego "wspólnego dobra", rezygnuje w związku z dbania o własną przestrzeń i własne granice. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Czy masz wrażenie, że twoje potrzeby i plany są spychane na dalszy plan? Czy towarzyszy ci poczucie winy w sytuacji, kiedy chcesz zrobić coś dla siebie? Jak często zdarza ci się usprawiedliwiać swojego partnera, choć masz poczucie, że nie zachował się w porządku? 

Jeśli masz nieodparte wrażenie, że na każde z tych pytań odpowiedź brzmi twierdząco, to istnieje duże ryzyko, że znajdujesz się w "matni" usprawiedliwiania swojego partnera kosztem realizacji własnych pomysłów i planów.

On na pewno tego nie chciał, miał gorszy dzień... Na pewno nie chciał mnie zranić… Z pewnością miał dobre intencje…

Spójrz uczciwie na swoją relację i zrób bilans zysków i strat. Brzmi dość przedmiotowo? Związek to nie firma? Nikt nie wymaga żadnych bilansów, wzajemnych rozrachunków?

Z pewnością związek to relacja z założenia oparta na równości, miłości, wzajemnym szacunku i zaufaniu, w której partnerzy wspierają siebie nawzajem w rozwoju każdego z nich, jednocześnie realizując cele wspólne. Warto więc czasem sprawdzić, czy ten nasz trzeci żywy organizm, jakim nie jestem ani ja, ani on, tylko "my", funkcjonuje prawidłowo. Kontynuując ten sposób myślenia: czy wyobrażacie sobie robić wszystko jedną ręką, gdy obydwie są tak samo sprawne? Co się będzie działo z prawą, jeśli zacznę jeść, pisać, czesać się tylko lewą…? Mówi się kolokwialnie, że nieużywany organ zanika.

Wracając na grunt związku: druga osoba - ta, którą się ciągle usprawiedliwia, której się ustępuje, dla której rezygnuje się ze swoich granic - może się szybko przyzwyczaić do takiej sytuacji. Człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja… Rozleniwia, traci poczucie wspólnoty. Gubi w swej wygodzie odpowiedzialność za wspólne dobro… Gdy partner jednak obudzi się i dokona bilansu emocjonalnego, oceni swój fizyczny wkład w związek - jest w stanie szybko zareagować, aby przerwać ten niezdrowy układ i na nowo przedyskutować role w związku i wzajemne obowiązki. Ważnym elementem przywrócenia równowagi w związku będzie rozmowa: o tym co było, co jest i co będzie, jeśli nic się nie zmieni, a także o tym, co zrobić, aby na nowo przywrócić stan pożądany. Uzdrawiającą moc ma poruszenie tematu wzajemnych potrzeb. Zanim zatem podejmiesz próbę rozmowy, zadaj sobie pytania:

  • Czego potrzebuję, aby czuć się w tym związku dobrze?
  • Kiedy czuję, że mam podcinane skrzydła?
  • Jakie słowa lub zachowanie partnera wpływają na obniżenie mojego nastroju?
  • Jakie obowiązki mogłabym dzielić z partnerem?
  • Ile jest mnie samej w tym jak żyję?
To bardzo ważne pytanie, które można mnożyć, by zdiagnozować wasze potrzeby i te, które będą służyły wspólnemu dobru.

Otwartość i przekonanie, że obydwoje chcecie oddychać pełną piersią i być blisko siebie jest założeniem niezbędnym do tego, aby rozpocząć oczyszczanie atmosfery i wyrównywania gruntu, po którym wspólnie stąpacie. Obydwoje odpowiadacie za atmosferę w związku. Uważność na to, czy tej atmosfery nic nie zatruwa jest waszą wspólną odpowiedzialnością. Nie bój się rozmawiać i wyjaśniać na bieżąco. Nie musisz wszystkiego brać na siebie i usprawiedliwiać, bo to tylko pogorszy twoją kondycję psychiczną rosnącym poczuciem winy.

Niech będzie 100 % Ciebie w Tobie! Nie rezygnuj z siebie, bo finalnie zaszkodzisz Wam.

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Uważność w związku - o dostrzeganiu partnera i budowaniu relacji

Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy doświadczamy uważności, czujemy że jesteśmy rozumiani i akceptowani takimi, jakimi jesteśmy w swojej różnorodności. Przede wszystkim jesteśmy przez partnera widziani. Uważność jest dla człowieka czymś naturalnym. Tak powinno być. To cecha oznaczająca dostrzeganie rzeczywistości. Niestety, często ją tracimy.

Z psychoterapeutą Jarosławem Józefowiczem rozmawia Aleksandra Nowakowska.

W sanskrycie słowo „uważność” oznacza uwagę i trwanie. Jak praktykować uważność w związku? Uważność jest nastawieniem wewnętrznym, rodzajem skupienia, stanem ducha. Jeśli jest intencja budowania relacji tak, żeby stawała się coraz bliższa, mocniejsza, głębsza, wtedy uważność będzie oznaczała rodzaj uwagi uwzględniającej wiele. Potrzeby, chęci, trudności, przeżycia tej drugiej osoby.

To usłyszenie i wysłuchanie uczuć, słów i doświadczeń. Takie wczucie się w czyjeś położenie, „wejście w buty” kogoś bliskiego.

Uważność to czujność, ale rozumiana nie jako stanie z boku, a także nie analizowanie i lustrowanie. Raczej dostrzeganie bez oceniania i obwiniania. To świadoma obecność bez interpretowania.

Uważność może być mylona z nadopiekuńczością, która tak naprawdę jest odrzucaniem, zabieraniem komuś mocy i przestrzeni. W tym przypadku w ogóle nie ma uważności, a jest deficyt wewnętrzny. U osoby nadopiekuńczej może on oznaczać lęk przed odrzuceniem. Ktoś taki ma zazwyczaj skłonność do bycia ofiarnym, pomocnym, nadmiernie troszczącym się. Może mieć przekonanie, że przecież cały czas myśli o partnerze, tak dużo daje, że o sobie zapomina, i że to właśnie jest uważność. Tymczasem jest to postawa kompensująca, kryjąca obawę „muszę się starać, żeby mnie nie zostawił, żeby mnie chciał.” Taka osoba wyobraża sobie, że jak podejmie nadopiekuńcze starania, uzyska pożądany efekt. Nie ma refleksji, że lepiej byłoby coś w sobie zmienić. Tak naprawdę jest skupiona jedynie na sobie i na swoim lęku przed odrzuceniem.

Ten lęk objawia się też nadmierną otwartością, zachowaniami dążącymi do zatracenia zdrowego dystansu, ale także z bezradnością wobec dominacji, lękliwością, tolerowaniem krzywdy. Takie osoby często łączą się z partnerami, którzy mają lęk przed pochłonięciem. Kiedy mamy ten drugi lęk, często reagujemy w sposób nadmiernie obronny. Stawiamy sztywne granice, by nikt się do nas zanadto nie zbliżył, bo boimy się wyimaginowanego zagarnięcia. Ktoś taki może unikać dłuższego przebywania razem, racjonalizować, zamieniać uczucia na logikę, zmuszać, okazywać złość, zachowywać się wrogo, by zachować dystans, mieć trudności z dawaniem, nie tolerować niedoskonałości, czuć się przytłoczony uwagą drugiej strony, sprawiać wrażenie kogoś oziębłego. Takie zachowania stoją na przeszkodzie do bliskości.

Uważność to zaciekawienie drugą osobą. Chcemy poczuć kim ten człowiek jest naprawdę. Jeśli jesteśmy uważni na niego tu i teraz, dostrzegamy co się w nim dzieje. Odkrywamy nie listę cech, tylko potencjał. Nie przyjmujemy stałych poglądów na jego temat a podążamy za jego rozwojem. Warto nie mieć stałych założeń na temat drugiego człowieka, bo każdego dnia może się odsłonić jakaś jego nowa twarz. Mówimy teraz o miejscu, gdzie występuje zdolność do widzenia człowieka takim, jakim on jest w swojej zmienności, w tym mnóstwie przejawów.

Będąc w związku, mamy do czynienia również z trudnymi emocjami partnera. Gdy ktoś jest uważny, umie się z nimi skonfrontować. Wtedy widzimy, że partner jest zdolny do przeżywania na przykład złości czy zazdrości. Uważność pozwala mi tego nie oceniać, nie działać z wcześniej przyjętym jego obrazem, tylko reagować zgodnie z tym, co czuję naprawdę. Jeśli złość jest skierowana do jego szefa, mogę tego wysłuchać, towarzyszyć temu. Kiedy partner w naszej wizji jest kimś jednostronnie łagodnym i opanowanym, w momencie gdy się złości, zaczynamy czuć się niepewnie i odnosimy tą emocję do naszej relacji, chociaż w istocie ona jej wcale nie dotyczy.

Uważność polega na tym, żeby na przykład pod agresją zauważyć niepewność, pod powściągliwością - niepokój? Potrzeba bardzo dużo uważności, by pod złością skierowaną w moją stronę dostrzec zranienie, lęk czy niepewność. Z drugiej strony pułapką może być sytuacja, kiedy jest nakładane nadmierne uwielbienie. Dzięki uważności czujemy, że ten zachwyt płynie z wewnętrznego deficytu partnera. W tym momencie ta osoba nie do końca widzi mnie, tylko na przykład mój sukces przynależny do roli, którą wypełniam w życiu zawodowym. Dzieje się tak dlatego, bo sama potrzebuje na przykład być bardziej ambitna w tej sferze życia.

W związkach często odgrywamy role. Mężczyzna może podziwiać partnerkę, mówiąc jej „jaką jesteś wspaniałą matką dla naszych dzieci”, nie widząc w niej kobiety. Bo jest w roli syna stęsknionego za mamusią i nie widzi jej rzeczywiście. Inny przykład - mężczyzna wiąże się z szefową, która zarządza firmą i która zawsze ma odpowiedź, zawsze wie jak działać. Tymczasem na gruncie prywatnym okazuje się, że bywa słaba, bezbronna i od czasu do czasu chciałaby się oddać w opiekę. Dla niego może to być totalnym zaskoczeniem, może mieć trudności, żeby to przyjąć, może ujawnić się rozczarowanie. Jeśli ona przyciągnęła go swoją siłą, on może mieć deficyt w tym punkcie. Oznacza to, że nie umie być twardym, jeśli kobieta jest miękka, bo swoją siłę projektuje na nią.

Gdy nie jesteśmy uważni, pojawiają się: ignorowanie, odmowa słuchania, bycie nieosiągalnym i strach przed prawdą. Jak nie jesteśmy uważni, skupiamy się wyłącznie na sobie. A później są przejawy, o których mówisz.

Trudno nam być uważnym na kogoś, kiedy nie mamy uważności na siebie, bo sami jesteśmy spętani przez przeszłość, tkwimy w rolach. Łatwiej o uważność, gdy nie boimy się uczuć, które przychodzą, jesteśmy zrównoważeni, wewnętrznie spójni. Uważność to dojrzałość, bycie przebudzonym, świadomym. Uważność to wyzwanie, ale nie tylko Budda mógł jej doświadczyć. Jest ona do osiągnięcia dla każdego. Jednak gdy postawimy sobie ją za cel i będziemy wykonywać różnego rodzaju zabiegi, nasz plan intelektualny zaprowadzi nas na manowce. Chodzi raczej o to, żeby się zająć wewnętrznymi lękami, ocenami, niepewnościami. Wtedy uważność jako zdolność naturalnie przynależna do natury człowieka, zyska przestrzeń żeby znowu się pojawić. Ona zawsze w nas jest, tylko często dostęp do niej jest odcięty lub utrudniony.

Z uważnością wiąże się prostota, szczere zachowania. Jeśli jest uważność, strefa poczucia bezpieczeństwa rozszerza się jako naturalny efekt. Tak, pojawia się zaufanie, otwartość, wzajemność. Nie wchodzimy w role, nie nakładamy perspektyw, jesteśmy autentyczni. Dochodzimy do bazowych poziomów bezpieczeństwa, nie trzeba już udawać, jest ciepło.

Uważności towarzyszy zwykle uznanie i wdzięczność. Dla mnie wiąże się to z zachwytem. Odczuwa się takie głębokie zadowolenie, poczucie spełnienia, połączenie tych uczuć. Mogę cieszyć się, że jestem w tej relacji, z taką właśnie osobą i że coś fajnego się między nami wydarza, obojętnie czy trwa chwilę czy 20 lat. Uznanie i wdzięczność połączone są z otwieraniem się na pewien poziom bycia. Na nim nie ma już poczucia braku ani raniącego krytycyzmu. To jest rozgoszczenie się w czymś dobrym.

  1. Psychologia

Matematyka miłości - czy można obliczyć szansę na udany związek?

To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
To, jakie jest prawdopodobieństwoznalezienia odpowiedniego partnera, można obliczyć matematycznie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wydaje się, że nie ma dwóch bardziej odmiennych dziedzin. Jedna jest królową nauk, druga – serc, a przecież każdy powie, że emocje nie mają nic wspólnego z logiką. Okazuje się jednak, że miłość może zadziwiająco wiele zawdzięczać matematyce.

Matematyka otacza nas niewidzialnym kokonem. Pewnie o tym nie wiesz, ale gdy patrzysz na Drogę Mleczną, liście paproci albo muszlę ślimaka czy własne odbicie w lustrze, widzisz proporcje liczbowe, wyrażone odkrytą już przez starożytnych Greków złotą liczbą – fi (1,618). A jeśli matematyczny porządek można odkryć zarówno w budowie płatków śniegu, jak i gigantycznych galaktyk, dlaczego nie miałby istnieć także w naszych uczuciach?

Ciekawość, pierwszy stopień do wiedzy

Matematyka to wspaniała dziedzina, ale nawet gdy ją kochasz, po sześciu godzinach wykładu możesz mieć serdecznie dosyć. Jak więc zainteresować studentów równaniami różniczkowymi? Kazać im policzyć, jakie szanse na przetrwanie miłosnych zmagań mieli Romeo i Julia! Na ten genialny pomysł wpadł w latach 80. XX wieku amerykański matematyk Steven Strogatz. Zachwyceni studenci zaprzęgli do opisu relacji między najsłynniejszymi kochankami świata układy dynamiczne (struktury matematyczne pozwalające przewidzieć stan układu w przyszłości, jeśli znamy jego stan w bieżącej chwili, oraz jego – chwilowe – tendencje zmian). Badali, jak na trwałość związku wpływają nastroje partnerów. – Romeo kocha Julię, ale Julia jest kapryśna. Im bardziej on okazuje miłość, tym bardziej ona usiłuje od niego uciec. Wtedy zniechęcony Romeo wycofuje się, a Julia zaczyna dostrzegać jego atrakcyjność. Romeo działa jak echo Julii: pozytywne emocje rosną, gdy Julia go kocha, a kiedy nienawidzi, narastają negatywne – wyjaśnia model tego układu dynamicznego dr Urszula Foryś z Instytutu Matematyki Stosowanej i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Miłosnomatematyczne zmagania tak spodobały się studentom, że zaczęli liczyć szanse przetrwania związków kolejnych ikonicznych par, od Pięknej i Bestii po Cyrana de Bergerac i jego umiłowaną kuzynkę. Do zabawy dołączyli wkrótce kolejni naukowcy (m.in. profesor teorii systemów Sergio Rinaldi, który pisał o równaniach miłosnej dynamiki u Petrarki, i fizyk Clint Sprott, zajmujący się matematycznymi modelami miłości i szczęścia). Bo choć nie da się wyczuć, kogo, gdzie i kiedy porazi strzałą ten mały drań Amor, skutki jego działań są już dużo łatwiejsze do przewidzenia. Zakochanie, miłość, ślub, rodzicielstwo – to jeden z kilku schematów, według których przebiega nasze miłosne życie. A matematycy kochają schematy. I potrafią zrobić z nimi prawdziwe cuda.

Mózg elektronowy

– Matematyka może zaproponować nowy sposób spojrzenia na niemal wszystko – przekonywała uczestników konferencji TED na Binghamton University w Nowym Jorku Hannah Fry. Płomiennie rudowłosa i uroczo zaróżowiona przypominała bardziej irlandzkiego elfa z ciętym poczuciem humoru niż poważną brytyjską matematyczkę: – Chyba wszyscy się zgodzimy, że matematycy są znani z trafnego doboru partnerów. Nie tylko dzięki naszym wspaniałym osobowościom, wyjątkowym umiejętnościom konwersacji oraz schludnym piórnikom. Zawdzięczamy to również ogromnej ilości obliczeń wykonanych w poszukiwaniu sposobu na znalezienie idealnego partnera. W brawurowym wykładzie (ponad 5 mln wyświetleń) Fry zaprezentowała matematyczne wskazówki mogące ułatwić XXI-wieczne poszukiwania drugiej połówki, statystycznie najczęściej odbywające się przez Internet. Bazowała m.in. na badaniach twórców kultowego portalu randkowego OkCupid (założonego przez… matematyków, którzy przez blisko dekadę szukali schematów, według jakich działali randkowicze w sieci). Fry przekonywała, że szansę na wymarzoną miłosną interakcję ma każdy, bo najbardziej popularni nie są wcale ci superatrakcyjni (co udowodniła stosownym działaniem). Wyjaśniła też, że z matematycznego punktu widzenia nie powinniśmy wiązać się z pierwszą osobą, która się nami zainteresuje, ale też lepiej nie zwlekać zbyt długo z wyborem partnera. Posługując się metodą optymalnego punktowania: jeśli zaczynamy randkować w wieku 15 lat i chcemy wziąć ślub około 35. roku życia, przez pierwszy okres (stanowiący 37 proc. czasu randkowania) powinniśmy odrzucić wszystkich kandydatów, a potem wybrać pierwszą osobę, która wydaje się lepsza od poprzedników. – Matematyka udowadnia, że takie postępowanie maksymalizuje szanse na znalezienie idealnego partnera – twierdzi Hannah Fry. I zaraz dodaje, że całe wyliczenie bierze w łeb, jeśli trafimy na Pana Idealnego podczas pierwszych 37 proc. czasu. Nie jest to więc stuprocentowo pewna, ale za to statystycznie dająca najlepsze rezultaty metoda. Najważniejsze jednak, że stosujemy się do niej nieświadomie, randkując ostro koło dwudziestki, a szukając życiowego partnera, gdy zbliżamy się do trzydziestki. To według Fry, która jest również autorką książki „Matematyka miłości”, potwierdza zasadność użycia równań i algorytmów w służbie uczuć. – To dowód, że nasze mózgi są zawczasu skonstruowane tak, by działać według matematycznych schematów.

https://www.ted.com/talks/hannah_fry_the_mathematics_of_love?utm_campaign=tedspread&utm_medium=referral&utm_source=tedcomshare

Komputerowy model miłości

Dr Urszula Foryś zajmuje się głównie zastosowaniami matematyki w biologii i medycynie. I podobnie jak Hannah Fry uważa, że matematyka to wszechstronne narzędzie, które może pomóc nam niemal w każdej dziedzinie życia. Od leczenia nowotworów po miłość. – Nauki przyrodnicze i społeczne są wciąż empiryczne. Jeśli czegoś nie zobaczymy w doświadczeniu, to nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy może się zdarzyć. Gdy pracujemy nad modelowaniem dynamiki terapii nowotworów, sprawdzamy m.in., jak łączyć terapie, kiedy i jak wprowadzać leczenie niestandardowe. Eksperymentalista nie jest w stanie sprawdzić wszystkich możliwych kombinacji, a co dopiero zbadać ich w praktyce, bo przecież musiałby eksperymentować na ludziach. My robimy to w komputerach – tłumaczy.  Kilka lat temu, zainspirowana m.in. pracami Stevena Strogatza, postanowiła również swoim studentom zadać miłosne równania. Wybór padł na stworzenie matematycznego modelu związku romantycznego, który pozwoli prognozować, czy dana relacja przetrwa, czy się rozpadnie – z uwzględnieniem tego, jak rzutują przeżycia jednego z partnerów na reakcje drugiego, czyli tzw. zjawisko opóźnienia. Okazało się, że może mieć ono spore znaczenie dla przyszłości kochanków. – Poprzez modelowanie matematyczne możemy opisać każdy proces, który nas interesuje. Na przykład relację między dwojgiem ludzi i jej możliwe wyniki – tłumaczy dr Foryś. – W modelu możemy jednemu partnerowi zmienić jakąś cechę – uznając, że popracuje z psychologiem nad jej zmianą – i zobaczyć, jaki będzie miało to wpływ na cały związek. Wyliczymy, czy warto pracować nad zmianą tej cechy, bo co, jeśli lepiej skupić się na innej? Możemy zbadać efekty wszystkich możliwych zmian i wybrać najlepszą strategię. Polskim matematykom przyszło do głowy stworzenie serwisu internetowego, w którym na podstawie badania zachowań partnerów można oszacować, jakie reakcje będą dla związku optymalne: – Moglibyśmy informować partnerów, które z nich powinno być bardziej refleksyjne, a które musi reagować szybciej. Serwis miałby służyć tym związkom, którym grozi rozpad. Niestety, pozostaje tylko bytem teoretycznym, bo nie udało się zdobyć grantu na dalsze prace. Na razie polscy zakochani nie będą więc mieli osobistego pożytku z prac matematyków. – Jeśli chcemy przekładać wyniki modelowania matematycznego na rzeczywistość konkretnej pary, zmienne używane w równaniach muszą być zmierzone. I tu matematyk potrzebuje psychologa, który pomoże mu zmierzyć i usystematyzować ludzkie reakcje – mówi dr Foryś.

Równania przeciw rozwodom

Jak dotąd jedynym psychologiem, który przeprowadził badania ilościowe i we współpracy z matematykiem przełożył równania na konkretne porady dla par, jest amerykański terapeuta John Gottman. Od ponad 30 lat prowadzi Instytut Badania Związków, instytucję, która zaprzęgła matematykę do walki z plagą rozwodów (w USA rozstaje się co drugie małżeństwo). Jak wspomina w książce „Principia Amoris. The New Science of Love”, opisującej matematyczne reguły życia uczuciowego, Gottman w młodości sam nie miał szczęścia w miłości. Zaczął więc badać małżeństwa w nadziei, że znajdzie w ich zachowaniach złoty wzór na to, jak żyć długo i szczęśliwie (chyba mu się udało, bo dr Julie Schwartz Gottman, którą poślubił ponad 30 lat temu, nazywa „swoim klejnotem, genialną i przepiękną żoną”. Trzecią, jeśli mamy być skrupulatni). Wraz z Robertem Levensonem, najlepszym przyjacielem i podobnym miłosnym nieudacznikiem, przebadał setki par, nie tylko przysłuchując się ich rozmowom, lecz także nagrywając je, monitorując badanym tętno, ciśnienie krwi, przewodnictwo skóry, mimikę. Odkryli, że najważniejszym wskaźnikiem rozwodu jest nastawienie partnerów w rozmowie: negatywne – zwiększało ryzyko rozstania aż o 90 proc. Ale w odkryciu, jak i dlaczego pary wpadają w spiralę negatywnej energii, pomógł im dopiero matematyk James Murray. Stworzył równania rozpisujące szanse na to, jakie nastawienie w następnej rozmowie będą mieli małżonkowie, biorąc pod uwagę takie zmienne, jak ich nastrój (gdy są sami i kiedy przebywają z partnerem) i to, jak wpływa na nich osoba współmałżonka.

Dziś pary stojące na krawędzi są w instytucie Gottmana badane jak kosmonauci przed startem. Ich emocje, kodowane za pomocą systemu liczb, są przepuszczane przez skomplikowany wzór matematyczny, w wyniku czego powstaje unikalny wzorzec interakcji pary, „DNA małżeństwa”. Wystawiana na jego podstawie prognoza trwałości związku sprawdza się z dokładnością do 94 procent! Gottman chwali się oszałamiającymi wynikami – aż 70 procent par, które wprowadziły w życie otrzymane w jego instytucie zalecenia, zawraca znad rozwodowej przepaści i żyje dalej długo i szczęśliwie. Okazuje się więc, że matematyka może naprawdę pomóc miłości. Jak mówiła Hannah Fry: – Równania i symbole mają głos, który wyraża ogromny urodzaj natury i oszałamiającą prostotę w schematach, które kręcą się, zaginają i ewoluują wokół nas. I opisują wszystko, od sposobu, w jaki działa świat, po nasze zachowanie. Już Galileusz uważał matematykę za alfabet, za pomocą którego Bóg opisał wszechświat. Być może, by miłość trwała, nie wystarczy kochać, ale trzeba też jasno i logicznie myśleć. I dostrzegać schematy i równania nie tylko w książkach, lecz także we wszystkim, co nas otacza. Zwłaszcza w naszych związkach.

  1. Psychologia

Jak się kłócić w związku? Do czego potrzebne są nam kłótnie?

Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Kłótnie są ważne dla relacji. Trzeba tylko wiedziej, jak je przeprowadzać (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pary często narzekają, że ciągle się kłócą. I że z tych kłótni nic dobrego nie wynika. „Gdybyśmy tylko mogli raz na zawsze skończyć z tymi konfliktami, to by było dobrze”. Ale czy na pewno?

Jak się kłócić, żeby wygrać?

Kłótnie i konflikty są ważne dla relacji, bo pokazują, że nam zależy, że jesteśmy zaangażowani, że chcemy zmian. Stanowią również cenne źródło informacji o nas i partnerze. Kłótnia, która jest „wygrana”, może naprawdę coś zmienić w związku.  Ale ważne jest to, jak rozumiemy słowo „wygrana”.

Długotrwałe związki opierają się na pewnej równowadze – zwycięstwo jednej strony staje się początkiem kolejnej „rozgrywki”, choć może na innym polu czy adresowanej mniej wprost. Wiele par tkwi w ten sposób w permanentnym konflikcie, nawet jeśli tematy kłótni wydają się zmieniać.

W tym sensie wygrana jednej ze stron konfliktu jest przegraną całej relacji. Jeśli rozwiązanie konfliktu ma przynieść więcej niż chwilową jednostronną satysfakcję, powinno odpowiadać na potrzeby obu stron, ale też związku jako całości. I chodzi tu zarówno o te potrzeby, które już znaliśmy, jak i te, które odkrywamy podczas kłótni. Jest to zatem okazja, żeby poszukać kierunku zmiany nie tylko dla siebie, ale i dla całej relacji.

Dobra kłótnia nie polega tylko na tłuczeniu talerzy

Pary, które unikają kłótni, zwykle wikłają się w konflikty zawoalowane i trudne do zaadresowania. Z drugiej strony samo ekspresyjne wyrażanie emocji może być zarówno niebezpieczne, jak i jałowe. Konstruktywne rozwiązanie konfliktu wymaga, żeby pozostać w kontakcie ze sobą i z drugą stroną. Oznacza to, że próbujemy rozumieć i siebie, i partnera/partnerkę.

Jeśli wiemy, co czujemy, to nie dajemy się ponieść emocjom bez opamiętania – widzimy drugą stronę, jej reakcje na nasze działania, dostrzegamy momenty, kiedy coś się zmienia w rozmowie i wnosi nową perspektywę. Dzięki temu dialog może się rozwijać, a nie wciąż zapętlać. W trakcie gorącej kłótni często obie osoby równocześnie czują się słabszą stroną. Niesie to ryzyko mocnych działań, które wykraczają poza ramy obrony. Jeśli zachowasz świadomość hierarchii rzeczy, które są dla ciebie ważne, będzie ci łatwiej brać odpowiedzialność za to, co w czasie kłótni mówisz i jak.

Jak i kiedy się kłócić?

Konflikty pojawiają się w każdej relacji. Są rzeczą normalną i zwykle nie odbywają się w idealnych warunkach. Ich długotrwałe powstrzymywanie, wyczekiwanie, łagodzenie do niczego nie prowadzi – konflikt i tak się rozgrywa, tyle że poza uwagą i świadomością pary. Warto pamiętać, że kłótnie mają charakter intymny – mówimy delikatne i trudne rzeczy o sobie i drugiej stronie – więc lepiej nie prowadzić ich przy świadkach.

Czego nie mówić w kłótni?

Szczerość pozwala budować głęboką relację. Nie znaczy to jednak, żeby podczas kłótni mówić wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Jest szereg krzywdzących zachowań (poniżanie, porównywanie itp), mających długotrwałe konsekwencje, które nie ustają wraz z wyciszeniem konfliktu. Destrukcyjne jest też odnoszenie się do delikatnych tematów, które nie są związane z obszarem aktualnej kłótni. Kiedy jesteśmy z kimś blisko znamy jego/jej najbardziej bolesne miejsca i wykorzystywanie tego podczas kłótni bardzo obniża poczucie zaufania w relacji i wyrządza wam obojgu wiele krzywdy.

Czy powstrzymywać emocje czy nie?

Dobrze jest wiedzieć, co się czuje. Kiedy już to wiem, mogę decydować, w jaki sposób chcę to zakomunikować drugiej stronie. Im lepiej siebie znam, tym lepiej mogę tę wiedzę wykorzystać dla dobra związku. Warto poświęcić trochę czasu i uwagi, by zastanowić się, które emocje stanowią dla mnie szczególnie duże wyzwanie (lęk, złość, smutek, bezradność itp), i uczyć się tego, w jaki sposób je adresować podczas konfliktów.

Czy można planować kłótnie?

W przypadku tematów, które się powtarzają w kłótniach, można zaplanować rozmowę, stworzyć dla niej odpowiednie warunki i wyznaczyć jej ramy. Przygotowując się do niej, zastanów się, o co ci chodzi i o co może chodzić drugiej stronie? Jakie potrzeby za tym stoją? Pomocna jest też próba docenienia sytuacji: w jaki sposób rozwiązanie tego konfliktu może być rozwojowe dla waszej relacji? Co byłoby zwycięstwem dla was oboja i początkiem czegoś dobrego?

A jeśli naprawdę boisz się konfliktów...

Jeśli sama myśl o konfliktach wywołuje w tobie silne emocje, to warto zastanowić się, skąd bierze się taka postawa? Może nie chodzi o twój obecny związek, a wydarzenia z przeszłości. W takiej sytuacji warto najpierw zająć się sobą i swoją historią, aby wzmocnić siebie i uwierzyć, że konflikty - odpowiednio adresowane - mogą stanowić szansę na rozwój i bliskość dla obu stron.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.