1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak pachnie twój partner? Prawda o feromonach

Jak pachnie twój partner? Prawda o feromonach

Komórki węchowe są bezpośrednio powiązane z ośrodkiem w mózgu, który zarządza emocjami.  (Fot. Getty Images)
Komórki węchowe są bezpośrednio powiązane z ośrodkiem w mózgu, który zarządza emocjami. (Fot. Getty Images)
Przesadne perfumowanie się przed spotkaniem jest ryzykowne. Przecież nie wiemy, jaką mapę zapachową ma nasz partner. Pozwólmy spotkać się naszym feromonom. Ważne są słowa, czułość, ale to feromony rządzą – mówi psychoterapeuta Krzysztof Korona.

Węch to najbardziej pierwotny zmysł. Jeśli mówi się o chemii między ludźmi, która ich łączy lub dzieli, to istotną jej częścią jest zapach. Co nie oznacza, że ktoś nam śmierdzi, choć też się to zdarza. O wiele częściej woń działa na nas dyskretnie i nieświadomie. Nos wiele mówi o naszej świadomości, ale więcej przekazuje naszej podświadomości.
Mieć kogoś w nosie oznacza zdaniem psychologów, że obraz partnera na stałe został wprowadzony do naszej pamięci. Po wielu latach, kiedy przypadkiem odkryjemy u kogoś zapach podobny do tego, który kiedyś wywołał seksualne podniecenie, od razu go kojarzymy z tamtą osobą. Komórki węchowe są bezpośrednio powiązane z ośrodkiem w mózgu, który zarządza emocjami. Nasza reakcja sprowokowana przez zapach nie przechodzi przez system kontrolny w mózgu, dlatego zapach atakuje nasze ukryte, pierwotne wspomnienia. I ma taką siłę. Stąd potęga zapachów dzieciństwa, pierwszego erotycznego przytulenia, włosów pierwszej dziewczyny.

Od tysiącleci ludzie fascynowali się ładnymi zapachami, gromadzili te doświadczenia, ale działali intuicyjnie. Od niedawna zaczęto powonienie badać.
Master i Johnson, para seksuologów, którzy badali zachowania intymne ludzi, mają dowody no to, co mogliśmy przeczuwać: kobiety są bardziej wrażliwe na zapach niż mężczyźni.

Na wszystko jak mi się czasami zdaje...
Zapach jednak, co nie powinno być zaskoczeniem, łączy się z seksem. Około 80 proc. Amerykanek mających zaburzenia zmysłu powonienia cierpi też z powodu seksualnej oziębłości. Faceci węchowo upośledzeni są często kalekami w łóżku. Zapach kobiety jest dla mężczyzny silnie działającym bodźcem seksualnym. I na odwrót. Istnieje wiele teorii naukowych, czym jest zapach. Pewien uczony twierdzi, że woń to nic innego jak fruwające w powietrzu cząsteczki mające ściśle określony kształt geometryczny. W komórkach nerwowych w nosie są puste miejsca o takich kształtach jak fruwające cząsteczki. Całość działa na zasadzie klucza do zamka. Jak się cząsteczka w nosie dopasuje do kształtu receptora, czujemy, że była tu przed chwilą sekretarka, a innym razem – żona.

Pamiętam z dawnych czasów, że co najmniej dwa razy w moim życiu zapach był powodem rozstania. I to nie było coś konkretnie dolegliwego, ale jakieś ogólne wrażenie, takie nie do zniesienia. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi. Tłumaczyłem się, nie ma chemii, i już, co nie było przez partnerkę dobrze przyjęte. Gorzej by jednak było, gdybym powiedział: „Źle mi pachniesz”, choć taki był rzeczywisty problem. Feromony?
Naukowcy nie są tu zgodni. Część uważa, że feromony nie mają dużego wpływu na nasz seks, inni – że mają wielki. O feromonach ludzkich wiemy na pewno jedno – istnieją. Czym, jak nie działaniem feromonów wyjaśnić synchronizowanie w czasie miesiączkowania u kobiet, które są razem w celi więziennej lub w pokoju akademickim. Feromony, zdaniem naukowców, to rodzaj hormonów, ale produkowanych na zewnątrz ciała. Ich rolą jest wyłącznie seksualna prowokacja.

Co jednych odpycha, innych podnieca. Napoleon pisał do Józefiny: „Wracam za kilka dni, ukochana. Nie myj się...”.
Wiele zależy od osobistych upodobań, czasami dziwactw, ale też od kultury i zapachowej tradycji epoki, miejsca, kraju.

Problem w tym, że cały nasz układ seksualny jest tak blisko kanalizacji. Jak było kiedyś? Zapachy przeszłości zupełnie nam wywietrzały. Możemy się tylko domyślać, że ludzie niezwykle intensywnie pachnieli, mówiąc delikatnie. Musieli to więc jakoś akceptować.
Ale czy lubić? Tradycja namaszczania się olejkami (Biblia), skala produkcji perfum świadczą o tym, że różnie bywało.

W „Dzienniku” Samuela Pepysa z XVII wieku czytam, że kiedy żona poszła do łaźni, to nie wpuszczała go potem do łóżka, dopóki sam też do łaźni nie pobiegł. Nie wygląda jednak na to, żeby im ta łaźnia weszła w nawyk. Wielka kariera perfum w wieku XVII to była też walka ze smrodem, kamuflaż. Dzisiaj to tylko przynęta. Zdarza mi się iść w odurzeniu za smugą kobiecego zapachu, patrzę, a tam kobieta zupełnie nieodpowiadająca mojemu wyobrażeniu!
Ale podobno najmocniej działa kombinacja natury i perfum. Kurtyzany średniowiecznego Neapolu miały zwyczaj dodawania do perfum odrobiny własnej wydzieliny z pochwy i smarowania się nią za uchem. Twierdziły, że to sukces gwarantowany. Kawalerowie we współczesnej Grecji podczas wiejskich zabaw mają zwyczaj umieszczania pod pachami chusteczki, która po skończonym balu wręczana jest (lub po kryjomu wkładana do torebki) dziewczynie, na której kawalerowi szczególnie zależy. Są tacy, którzy twierdzą, że podnieca ich najbardziej zapach stopy. Wśród nich są głównie panowie. O kobiecej fascynacji męskimi skarpetami słyszy się raczej niewiele. Historycznie rzecz ujmując, odór nóg Ludwika XIV powodował, że stojące obok niego dwórki mdlały nie tyle z rozkoszy, co z zatrucia smrodem.

Pachniemy dziś kombinacją środków czystości, perfum i naszego zapachu naturalnego. Ten ostatni bywa zupełnie ukryty. Czasami na szczęście. Strach pomyśleć, czym pachnieli ludzie sprzed tysięcy lat?
Gdyby powąchał ich współczesny bywalec sklepów z perfumami, to pewnie musiałby hamować odruch wymiotny. Nie myto się w ogóle. Odór człowieka był problemem nawet dla starożytnych, skoro już cztery i pół tysiąca lat temu Egipcjanie zaczęli kombinować z zapachami i wonią własnego ciała.

Kiedyś wszystko intensywniej pachniało: domy, ulice. W świecie tradycji helleńskiej i rzymskiej ludzie jednak myli się! Dopiero w średniowieczu i później działo się o wiele gorzej. A my niemal wyrugowaliśmy mocne zapachy z naszego świata.
Ale feromonów nie da się oszukać. Czystość przedślubna nie jest wcale takim marginesem, jak się sądzi. Takie pary czasami trafiają do mojego gabinetu. Przy pierwszych zbliżeniach okazuje się, że przeszkadza im własny zapach. Nie mieli okazji wcześniej go odkryć. A już za późno, czasami dziecko w drodze. Są bezradni, ja też, to znowu potęga feromonów. Zapachowa głębinowa mapa wewnętrzna. Nawet przebywanie w tym samym pokoju bywa trudne, a co dopiero w łóżku.

Jak więc przygotować się do zbliżenia, kiedy spotykamy się cieleśnie po raz pierwszy? Być sterylnie czystym czy pozwolić ciału, by miało swój zapach?
Na pewno przesadne perfumowanie się przed spotkaniem jest ryzykowne. Przecież nie wiemy, jaką mapę zapachową ma nasz partner. Sam tego zwykle nie wie. Optymalną sytuacją jest czystość obojga. I niewielka ilość dezodorantu. Pozwólmy spotkać się naszym feromonom. Ważne są słowa, czułość, ale to feromony rządzą. Z rzeczy zabawnych. Zgłosił się do mnie pacjent pełen trwogi i rozpaczy. Jego żona zaczęła nagle używać pewnych perfum. Problem, że tak samo pachniała jego kochanka. Co za przypadek! Ale on już jej nie kochał, wprost przeciwnie, zaczął nienawidzić. Więc ten zapach działał na niego jak płachta na byka. I zrobił się dramat. Należy uważać. Z zapachami nigdy nic nie wiadomo.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Spotkania

Maria Czubaszek i Wojciech Karolak – kompletnie niepospolita miłość

Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. (Fot. Krzysztof Kuczyk/Forum)
Gdy 23 czerwca zmarł Wojciech Karolak, wybitny muzyk jazzowy, kompozytor i wirtuoz organów Hommonda, obok smutku, tęsknoty i wspomnień, pojawiła się mała iskierka radości. Dołączył bowiem do Marii Czubaszek, bez której przecież nie umiał żyć.

Poznali się na imieninowej prywatce u wspólnych znajomych. Ona – w trakcie rozwodu, on – żonaty. Przyznała, że zrobił na niej piorunujące wrażenie – pukle włosów do ramion, dżinsowy garnitur, cholernie przystojny. Słyszała o nim już dużo wcześniej – Andrzej Jarecki, jej kolega z radia, opowiadał, że ma wybitnie uzdolnionego muzycznie kolegę. Jednak wtedy, podczas ich pierwszej rozmowy w oknie warszawskiego mieszkania, nie wiedziała, że rozmawia właśnie z nim – Wojciechem Karolakiem. „[…] ja bardzo lubię utalentowanych ludzi. I rzeczywiście, kiedy już się poznaliśmy z Karolakiem, to fajnie się rozmawiało. Ale żebym przeżyła jakiś szał uniesień; co to, to nie. Zresztą, zachwycić to ja się mogę, na przykład, kiedy zobaczę jakiegoś małego szczeniaka. No, wtedy po prostu dostaję bzika. Człowiek jeszcze nigdy nie wywołał u mnie takich reakcji. Nawet Karolak” - pisała w książce „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka).

Z kolei jego pierwszym wrażeniem o Marii Czubaszek był zachwyt jej… nogami. A do tego niezwykłym intelektem i poczuciem humoru. Po latach Karolak wspominał, że od razu przekonał się, że „to kompletnie niepospolita dziewczyna”. Niedługo po ich poznaniu on wyjechał do Szwajcarii, ich kontakt się urwał. Jednak po powrocie do kraju szybko się do niej odezwał, umówili się na spotkanie, które skończyło się kłótnią.

„Nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę”

Wzięli ślub w 1976 roku. Początki w małżeństwie nie były łatwe. Oboje mieli wybuchowe charaktery, często się kłócili, a Maria dodatkowo była o niego nadzwyczaj zazdrosna. Podczas jednej z awantur ze złością kopnęła Karolaka i złamała mu dwa żebra. On twierdził, że czuł się wtedy wzruszony, bo zrobiła to z zazdrości o niego. Dla Marii Wojciech Karolak był „Zającem”, sama więc została „Zajęczycą”. Po imieniu wołała go tylko wtedy, gdy była na niego zła.

Po ślubie stali się niemal nierozłączni i zdali sobie sprawę z tego, że nie wyobrażają sobie życia z kimś innym. Oprócz ogromnej miłości łączyło ich przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie i do świata. „Nas połączyło bardzo dużo wspólnych upodobań. Miłość do zwierząt. […] Cały światopogląd, stosunek do życia. To, że nigdy nie musieliśmy uzgadniać, kto jest w czym najważniejszy i jak to w ogóle będzie” – mówił Wojciech Karolak w rozmowie z Krystyną Pytlakowską w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka). Oboje nie lubili podróżować, nie jeździli więc na wakacje, najchętniej w ogóle nie wyjeżdżaliby z domu. Byli również zgodni w kwestii dzieci – nie chcieli ich mieć i uzgodnili to już na początku związku.

„Marysia miała duży seksapil – kiedy wchodziła do pokoju, erotyzm otaczał ją jak niewidzialny welon. I to na mnie od razu działało. Bo to była ona”. Seks nigdy jednak nie stanowił dla niego pierwszorzędnej sprawy. I w tym także się zgadzali, bo Maria Czubaszek wielokrotnie przyznawała, że seks jest według niej przereklamowany – dużo bardziej pociąga ją rozmowa. „Kiedy mnie pytają, jak to się stało, że jesteśmy już tak długo z Karolakiem, to wyjaśniam, że między innymi dlatego, że nie wychowujemy się nawzajem, nie wchodzimy sobie na głowę. Po prostu staramy się zostawiać sobie maksymalnie dużo przestrzeni. Nie chodzę na jego koncerty, on nie czyta moich tekstów. Dzięki temu nie zawracamy sobie głowy, nie zamęczamy się wzajemnie. No i nie śpimy razem” – mówiła.

„Nigdy więcej, bo stracę moją Marysię”

Gdy się poznali, Wojciech był w okresie abstynencji. W czasach, gdy w artystycznym środowisku każdą, poważną bądź nie, rozmowę przeprowadzało się przy wódce, niepijący mężczyzna był ewenementem. Marię to niepokoiło, bo sama lubiła pogawędki przy alkoholu, jednak on od początku uczciwie mówił, że nie pije, bo jest alkoholikiem.

Niedługo po ich ślubie Karolak wrócił do swoich zwyczajów. Jego nałóg nasilał się, wraz z nim w ich związku pojawiały się coraz poważniejsze kryzysy. W jednym z wywiadów Maria stwierdziła, że picie Wojciecha było jednym z najgorszych okresów jej życia. Ciągłe kłótnie, pretensje, kolejne odwyki. I choć nigdy nie błagała go o to, by przestał pić, dopiero groźba rozwodu przyniosła pożądany skutek. „Decyzję podjąłem w ciągu kilku sekund. Miałem ze sobą wódkę, która dla mnie była artykułem pierwszej potrzeby − można nie mieć chleba, ale jeśli się pije wódkę, trzeba ją mieć. Nie wylałem jej do zlewu, tak jak to się pokazuje w filmach, tylko dopiłem to, co było w butelce, i postanowiłem, że to jest koniec picia. Nie wstanę z łóżka, dopóki zupełnie nie wytrzeźwieję. Męczyłem się przez dziesięć dni i wstałem już trzeźwy. Przyrzekłem sobie wtedy, że już nigdy więcej, bo stracę moją Marysię. I będę za to w całości odpowiedzialny” – mówił Wojciech Karolak w książce „Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz, że ja cię kocham”.

„Między nimi nic nie było na pokaz”

Byli świadomi swoich talentów, choć nigdy się z tym nie obnosili. „Wielokrotnie dawałem jej do zrozumienia, że pisze genialne teksty, zwłaszcza te dla radia. Wiedziałem też, że jest przeświadczona o moim geniuszu muzycznym. Bardzo mnie to cieszyło” – mówił Karolak. Jednocześnie nigdy nie informowali się nawzajem o tym, nad czym aktualnie pracują. Dawali sobie przestrzeń, bo oboje bardzo jej potrzebowali. I być może właśnie to najbardziej umacniało ich miłość.

Nieczęsto mówili sobie, że się kochają, choć w jednym z wywiadów Karolak przyznał, że pod koniec życia Maria potrafiła stanąć w drzwiach do jego pokoju, patrzeć na niego, jak siedzi przed komputerem i zapytać: „Czy ty wiesz, że ja cię kocham?”. On nie wiedział wówczas, co powinien odpowiedzieć, „ja ciebie też” wydawało mu się banalne, bo przecież całe ich życie świadczyło o tym, że się kochają. Świadczyły o tym również drobne, codzienne gesty. Na przykład takie, że gdy Maria wyjeżdżała, zostawiała Wojciechowi jedzenie w paczuszkach w lodówce, z dokładnymi wskazówkami, jak powinien je przyrządzić. – Było w tym dużo czułości, ale nie takiej na pokaz. Między nimi nic nie było na pokaz. Nie było czegoś takiego, że ona przyjdzie i pogłaszcze Wojtka po głowie, i pocałuje go w czółko, żeby mu pokazać, jak ona bardzo go kocha. Miała opory przed fizycznym kontaktem – mówił Artur Andrus, wieloletni przyjaciel Marii.

„Strasznie mi jej brakuje”

„Kto się zajmie Karolakiem?” – pytała z troską, gdy wiedziała, że jej organizm jest już bardzo słaby. Maria Czubaszek odeszła 12 maja 2016 roku. „Z jednej strony dziękuję opatrzności, że była łaskawa, bo obdarzyła mnie kimś tak wspaniałym, jak Marysia, ale z drugiej strony czuję, że żal za tym pięknem, które się skończyło, bywa silniejszy niż przyjemność wspominania. Wiem, że tak nie powinno być, że w ten sposób marnuję coś cennego, ale przychodzą chwile, kiedy nie potrafię sobie z tym dać rady. Po prostu strasznie mi jej brakuje” – mówił Wojciech Karolak.

Przyznał też, że po jej śmierci najbardziej brakuje mu ich rozmów. „Zauważyłem, że bez Marysi głupieję. Przede wszystkim dlatego, że nie mam z kim rozmawiać, bo skończyły się w tym domu rozmowy o niczym, które były najpiękniejsze. W ogóle skończyły się rozmowy” – mówił w wywiadzie dla magazynu „VIVA!”. On zmarł 5 lat później. Od tego dnia ich rozmowy mogą trwać bez końca.

Korzystałam z książek: Maria Czubaszek „Nienachalna z urody” (Wyd. Prószyński i S-ka), Krystyna Pytlakowska „Małżeństwo doskonałe. Czy Ty wiesz, że ja Cię kocham” (Wyd. Prószyński i S-ka), Violetta Ozminkowski „Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć” (Wyd. Prószyński i S-ka).

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.