1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czego mężczyzna najbardziej boi się przed ślubem?

Czego mężczyzna najbardziej boi się przed ślubem?

123rf.com
123rf.com
Związek z tą samą kobietą przez resztę życia wcale nie jest największym zmartwieniem mężczyzny. Większe obawy budzi u niego m.in. bycie odtrąconym lub to, że po ślubie zamienisz się w jego matkę. Czego jeszcze boją się przyszli mężowie?

Związek z tą samą kobietą przez resztę życia wcale nie jest największym zmartwieniem mężczyzny. Większe obawy budzi u niego m.in. bycie odtrąconym lub to, że po ślubie zamienisz się w jego matkę. Czego jeszcze boją się przyszli mężowie? Najgorsze scenariusze przewidują, że:

 1. Będzie odsunięty na bok

Mężczyźni obawiają się odrzucenia. Mogą czuć się zagrożeni, kiedy pojawi się dziecko, które zaczyna zajmować pierwsze miejsce w sercu żony i często miejsce w małżeńskim łożu. Wówczas panowie zazwyczaj na kilka miesięcy lądują na tapczanie i mogą zapomnieć o chwilach spędzanych tylko z ukochaną kobietą. Innym powodem odrzucenia mężczyzny może być kariera żony, której poświęca ona bardzo wiele czasu.

Żeby pokazać mężowi, że nadal jest ważny w twoim życiu, poświęć mu każdego dnia przynajmniej 30 minut i nie rozmawiaj z nim wtedy o dzieciach czy swojej pracy.

2. Zmienisz się w swoją (jego!) matkę

On uwielbia twoje umiejętności, które przypominają mu o jego mamie, na przykład to, że jesteś superrodzicem dla waszych dzieci czy dobrze gotujesz – ale nie chce i  nie potrzebuje dwóch matek. Może też obawiać się tego, że przejmiesz akurat te kilka cech po swojej matce, które szczególnie grają mu na nerwach.

Aby zaoszczędzić tego mężowi, możesz mu powiedzieć: „Wiem, że niektóre zachowania mojej mamy nieco cię denerwują. Dlatego daj mi znać, jeśli zauważysz, że robię coś podobnie.”

3. Będziesz się skarżyła na niego w czasie rozmów z przyjaciółkami

Mężczyzna nie lubi, kiedy dzielisz się problemami małżeńskimi ze swoimi koleżankami, przedstawiając go w złym świetle. Przyjaciółki, chcąc być pomocne i widząc, że szukasz wsparcia, będą utwierdzały cię w tym, że twój mąż jest zły.

Staraj się tego nie robić. Spróbuj rozwiązywać problemy małżeńskie ze swoim mężem. A jeśli już musisz usłyszeć opinię innych, to przedstawiaj problem obiektywnie. Inaczej mąż nie będzie czuł się komfortowo w towarzystwie twoich przyjaciółek.

 4. Będziesz korzystała z toalety przy otwartych drzwiach

Brzmi niepoważnie, ale naprawdę jest to spore zmartwienie dla niektórych panów. Dlaczego? Ponieważ pokazując mu się na „porcelanowym tronie” możesz wywołać jego niechęć do siebie. Taki widok jest krępujący bez względu na to, jak jesteście blisko. Pamiętaj więc, żeby zamykać drzwi, kiedy idziesz do toalety.

 5. Nie będziesz chciała uprawiać z nim seksu

„Chcesz, aby twoja kobieta przestała się z tobą kochać? Ożeń się z nią” – żartują panowie. Z jednej strony małżeństwo oferuje bezpieczeństwo, zaufanie i głęboką więź, z drugiej strony – może cię rozleniwić. I tego obawia się mężczyzna. Oczywiście możesz to tłumaczyć zmęczeniem – co często jest prawdą, ale musisz też wiedzieć, że seks jest jednym z czynników, które utrzymują małżeństwo.

Jeśli więc jesteś zmęczona po całym dniu pracy i nie masz ochoty na zbliżenie, to powiedz mężowi, że jeżeli będzie ci pomagał w domowych obowiązkach, będziesz miała więcej czasu na seks.

6. Nie będziecie mieć już wspólnych zainteresowań

Znasz powiedzenie: „Kobieta wychodzi za mąż mając nadzieję, że jej mąż się zmieni. Mąż się żeni mając nadzieję, że jego żona nie zmieni się po ślubie.”? Teraz zastanów się, jakie są różnice między tobą przed ślubem a tobą po ślubie. Jeśli lubiłaś biegać ze swoim partnerem, to dlaczego tego już nie robisz? Bo inne zobowiązania nie pozwalają ci na to? Bo nie nadążasz już za nim? Przypomnij sobie, jak bardzo lubiłaś wasze wspólne zainteresowania i postaraj się do nich wrócić. Dzięki temu ponownie zbliżysz się do męża.

 7. Będziesz chciała go zmienić

Wiele kobiet myśli, że są w stanie zmienić swoich mężczyzn, natomiast mężczyźni tego nie lubią. Są oczywiście kwestie, nad którymi trzeba pracować dla dobra związku albo dla zdrowia, ale staraj się to zrobić bardzo delikatnie. Jeśli będziesz go atakowała ze złością, to przyniesie to odwrotny skutek. I nie zawahaj się poszukać fachowej pomocy dla tych większych problemów.

 8. Nie będzie miał wolnego czasu dla siebie

Mężczyzna boi się, że po ślubie nie będzie miał wolnego czasu dla siebie. Dlatego pozwól mu od czasu do czasu na spotkania z kolegami czy wyjście na siłownię. Jeśli będzie zrelaksowany i zadowolony, to będzie to tylko z korzyścią dla waszego związku. Oczywiście, jeśli jego wyjścia będą częste i to się odbije na obowiązkach rodzinnych, to powinnaś mu o tym powiedzieć. Ustalcie rozsądne rozwiązanie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy dzisiejsi mężczyźni są niedojrzali?

Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. (Fot. iStock)
Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść – mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Mężczyźni są niedojrzali, ale zawsze tacy byli i… tacy już pozostaną. – Ta ich nieodpowiedzialność czasem pcha świat do przodu, choć bywa, że i w przepaść - mówi psycholog Paweł Droździak w rozmowie z Renatą Mazurowską.

Obecnie powszechnie mówi się o kryzysie męskości. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie podobnej dyskusji o „kryzysie kobiecości”… i żeby to mężczyźni skarżyli się, jakie to my, kobiety, jesteśmy beznadziejne. Każda płeć ma o drugiej jakąś część myśli krytycznych i jeśli to nie przekracza pewnej granicy, nie jest to nic strasznego. Są jednak mężczyźni, którzy naprawdę nienawidzą kobiet, tak samo jak są kobiety, które naprawdę nienawidzą mężczyzn. Czasem ta nienawiść bywa obsesyjna i szalona. Czemu tak się dzieje? To już złożona kwestia kliniczna, ale kobiety i mężczyźni nienawidzący drugiej płci potrafią być bardzo destrukcyjni. Natomiast co do kryzysu męskości, można spróbować umiejscowić jego początek, cofając się w czasie do Wielkiego Kryzysu, drugiej wojny światowej i do jej finału. Wielki Kryzys to był moment, kiedy mężczyźni z dnia na dzień musieli skonfrontować się z tym, że nie będą w stanie utrzymać swoich rodzin. Pierwszą masową reakcją na to doświadczenie była fascynacja totalitaryzmem. Wielu mężczyzn zapragnęło dokonać nadludzkich czynów i wywołali wojnę, w wyniku której zostało wiele rodzin, gdzie to kobieta była jedynym wychowawcą i głową rodziny.

Dzieci wojny wychowywały się bez ojców. To tak zwane rodziny matryfokalne. W latach 50. i 60., gdy chłopcy wychowani w tych rodzinach stali się mężczyznami, byli już inni niż mężczyźni z lat 20. – prezentowali postawę pokojową, bardziej otwartą, tolerującą odmienności. Z drugiej strony poszukiwali różnych doznań seksualnych, słabo tolerowali monogamię. To są mężczyźni, którzy dorastali bez aktywnego udziału ojca jako męskiego przewodnika, co skutkuje – według rozmaitych badań – wyborem jednej z dwóch dróg: albo reprodukuje się najbardziej prymitywne wzorce, tworząc stereotypową agresywną męskość, albo idzie się drugą drogą – negując typowo męskie cechy charakteru, jak rywalizację, agresywność, aktywność, obronę swojego terytorium czy własności. Więc albo skinhead albo hipis. W tym samym czasie wydarzyło się coś jeszcze – doświadczenie drugiej wojny światowej pokazało, że stereotypowo męska, heroiczna i narodowa ideologia posunięta do skrajności może prowadzić do masowych zbrodni. Holocaust stał się wyrazistym znakiem ostrzegawczym z napisem „nie idź w tę stronę, tam się czai diabeł”. Wcześniej, przed drugą wojną światową, organizowano publiczne defilady wojskowe i ludność cieszyła się tym w sposób zupełnie bezwstydny. Dziś już wiemy, co jest na końcu takiej drogi, i obserwujemy podobne zgromadzenia z mieszanymi uczuciami.

Mężczyźni przestraszyli się własnej agresywności? To, co najbardziej stereotypowo łączy się z męskością, np. wojowniczość, ma już w tej chwili inny wymiar etyczny niż dawniej. Przed pierwszą wojną światową kobiety z ruchu kobiecego, np. w Anglii, mężczyznom, którzy nie poszli na wojnę, przypinały białe piórko – miało ich zawstydzać: „nie idziesz na wojnę, znaczy jesteś tchórzem”. Po Holocauście nastąpiła kolosalna zmiana – i niewyobrażalna jest teraz sytuacja, żeby feministki chodziły z białymi piórkami i zawstydzały mężczyzn, którzy nie chcą iść na wojnę. Dlaczego? Bo po Holocauście inaczej już postrzegana jest agresywność mężczyzn. Współcześnie mężczyzna nie pozwala sobie na nią, bo przeciętny, ale świadomy Europejczyk wie, że bycie agresywnym to zawód (jest armia zawodowa), a nie atrybut męskości. To powoduje, że wartości pojmowane wcześniej jako typowo męskie znajdują się na indeksie zakazanych.

Ale kobiety nie mają żalu do mężczyzn, że ci nie idą na wojnę, raczej o to, że i tak nie ma ich w domu. Dziś kobiety mają do mężczyzn w zasadzie trzy pretensje: po pierwsze, że panowie są niedojrzali i muszą dojrzeć, po drugie – nie ma już prawdziwych mężczyzn, po trzecie – mężczyźni mają lepiej. Pierwsze dwie są absolutnie prawdziwe, zawsze takie były i takie zostaną. Trzecie przekonanie jest jednak fałszywe. Mężczyźni wyśmiewani publicznie za chodzenie w podkoszulku i klapkach Kubota czują to samo, co by czuły kobiety czytające szyderstwa z nieatrakcyjnych kobiet. Hejt boli wszystkich tak samo. Ale mężczyźni się do tego nie przyznają.

Kobiety też się zmieniły – nasz obraz społeczny jest zupełnie inny niż naszych babek czy matek. Przejęłyśmy część męskich zachowań, często: bo musiałyśmy, czasem: bo chcemy. Zmiany odnoszą się do obu płci, bo dotyczą też całego świata. Ostatnio wydarzyło się kilka rzeczy, które muszą zmienić naszą świadomość. Choćby to, że mamy broń masowego rażenia, która potrafi zniszczyć cały świat. Nie możemy doprowadzić konfliktu poza pewną granicę, bo zginie każdy bez wyjątku. Taka świadomość zmienia wszystko. W obrazie własnej osoby u kobiet też zaszła ważna zmiana choćby dlatego, że technologia umożliwiła rozdzielenie seksualności i prokreacji. Dawniej to było niemożliwe: kto uprawiał seks, musiał przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później będą z tego dzieci. Dziś można o tym nie myśleć. To zupełnie zmienia optykę. Sprawia, że wygląd stał się ważny jak nigdy, bo rywalizacja o partnera się nie kończy. W dzisiejszym świecie nic nie jest gwarantowane, więc współczesna kobieta czuje o wiele większą presję bycia atrakcyjną niż jej prababka. Mężczyzna natomiast może dowolnie długo, nawet do pięćdziesiątki, pozostawać w stanie niedookreślenia. Matrymonialnego.

A współczesne czasy mu sprzyjają. I to dlatego my jesteśmy tak na was wkurzone? Może… Ale kobiety zawsze narzekały na mężczyzn. I co gorsza, miały i mają w tym narzekaniu sto procent racji. Tak było 500 lat temu i dwa tysiące, i w wiosce afrykańskiej, i w Nowym Jorku. W polskich wioskach jest dokładnie jak w afrykańskich: kobiety trzęsą domem, a mężczyźni siedzą z piwem pod sklepem – u nas, lub w kucki paląc różne zioła – tam. No i one tak pomstują cały dzień na tych wałkoni, na których nie da się patrzeć, albo na tych obsesyjnych, którzy poszli gdzieś tam za czymś i ich nie ma. To jest odwieczne, niestety.

To jaki jest współczesny mężczyzna? Znajduje się teraz w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony cały czas ma te same tendencje w sobie, te same marzenia i pragnienia, ale realizuje je nie na wojnie, a oglądając filmy sensacyjne czy grając w gry komputerowe – jednocześnie ma świadomość, że czasy, kiedy można było się wprost do swojej wojowniczości odnosić, bezpowrotnie minęły. I to też sprawia, że on się wycofuje w fantazje. Albo za kierownicę.

Z relacji z kobietą też się wycofuje. To częsty przypadek w dynamice par. Mężczyzna, czasem od początku wycofany, spotyka dodatkowe wymagania oraz irytację, i cofa się do swojego świata. Znika. Im więcej wymagań i irytacji, tym znika jeszcze bardziej. Błędne koło.

Więc zgadzasz się z poglądem, że mężczyźni są niedojrzali? Oczywiście – nie są i nigdy nie byli. Bo co to znaczy „dojrzały”? Mężczyzna dojrzały to całkowicie przystosowany do funkcji społecznych: jest dobrym ojcem, wierny jednej partnerce, konstruktywny w sprawach domowych, dba o przyszłość…

Ironizujesz? Trochę. Nie pije nadmiernie, odgaduje myśli partnerki, pamięta o urodzinach, cechuje go odpowiedzialność, jest przewidywalny, ma poważne zamiary… Oczywiście, mężczyźni spełniają pewne wymagania z tej listy, ale jeśli traktować je jako całość, to mówimy chyba o jakiejś postaci mitologicznej. Taki mężczyzna, który nie miałby w sobie odrobiny pewnego nieprzystosowania do tego, czego kobieta się od niego domaga, i nie poszedłby od czasu do czasu do lasu, nie wypłynął w rejs albo choćby nie poszedł upić się do baru…

…czy nie zamknął się z samochodem w garażu… …no taki mężczyzna byłby pozbawiony elementu, który pcha świat do przodu, czyli pewnego rodzaju wariactwa. To mężczyźni wsiedli na drewniany statek szukać nowych lądów, nie mając kompletnie wiedzy, dokąd naprawdę płyną i co się kryje za horyzontem.

I odkryli Amerykę. Płynęli na konstrukcji z desek, nie mając GPS-a ani pojęcia, jak długo będzie ta podróż trwała. Przeszli granicę, za którą nie starczyłoby prowiantu na powrót, ale płynęli dalej. Z perspektywy dorosłego zrobili coś całkowicie nieodpowiedzialnego. Czy dojrzały mężczyzna dopuściłby się czegoś takiego? To może zrobić tylko kompletny wariat, z którym nie da się żyć! Ale kobieta i tak będzie na niego czekała, narzekając na to, że go nie ma.

I że ze wszystkim jest sama. Niewiele się zmieniło… Zobacz, co Budda zrobił swojej kobiecie. Wyszedł w nocy, tuż po urodzeniu się własnego syna! Swojemu dziecku dał na imię Przeszkoda (Rahula)! Co ona musiała wtedy czuć? A czy jakaś kobieta chciałaby mieć dzieci z Jezusem? Przychodzi taki pewnego dnia i mówi: „Wiesz, fajnie, że jesteś w ciąży, ale właśnie miałem wizję i jutro tu przyjdą, zabiorą mnie i do krzyża przybiją. A później będziecie musieli chyba gdzieś wyjechać, bo tu nie będziecie mile widziani. Rozumiem, że jesteś zła, ale to dla mnie ważne. Mam misję”. No przecież ona by go chyba na miejscu zabiła. Dojrzały mężczyzna nie tworzy religii, bo jest odpowiedzialny za rodzinę. Jednak w świecie bez religii nie ma gdzie wziąć ślubu, bo nie ma na co przysięgać.

Czyli z jednej strony mężczyzna się zamracza, ale z drugiej odkrywa nowe lądy? Albo w ogóle nic nie robi. To najbardziej współczesny model. Siedzi w pokoju i klika. W Japonii mają na to już nawet nazwę – hikikomori. Facet, który odmówił wszystkiego w ogóle.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”.

  1. Styl Życia

Randki w pandemii

Olga Kamińska (Fot. materiały prasowe)
Olga Kamińska (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Gdzie spotykają się teraz pary? Czego tak na prawdę szukamy w miłości? Czy potrafimy budować relacje? Zastanawia się dr Olga Kamińska psycholog eksperymentalny, badaczka autorka książki „#Love. Jak kochać w XXI wieku?”.

Gdzie spotykają się teraz pary? Czego tak na prawdę szukamy w miłości? Czy potrafimy budować relacje? Zastanawia się dr Olga Kamińska psycholog eksperymentalny, badaczka, autorka książki „#Love. Jak kochać w XXI wieku?”.

Dla singli to wyjątkowo trudny czas, tylko w sieci mogą kogoś poznać. Tinder, Sympatia, Badu i inne aplikacje są coraz bardziej popularne. Ale nawet, ci którzy mają wprawę w poznawaniu tam kandydatów do randkowania, mają problem. Przed pandemią po etapie rozmów na aplikacjach, pierwsze spotkania w realu odbywały się choćby w kawiarni, czy w klubie. No a teraz? Są dwa scenariusze, pierwszy, że od razu po zapoznaniu się na aplikacji dla singli dochodzi do bardzo intensywnego kontaktu w realu, czyli do spotkania w mieszkaniu jednego z nowych znajomych. Ale nie jest to bezpieczne, radziłabym zachować ostrożność. Internet, to przestrzeń, w której nie możemy zweryfikować tego, kim jest ta druga osoba. Zwłaszcza, że choć mamy tak skąpe przesłanki, jak zdjęcie i krótki opis, to i tak na tej podstawie, tworzymy w umyśle reprezentacje tej drugiej osoby, czyli wyobrażamy sobie, jaki ten człowiek jest! A to jaki jego obraz w naszym umyśle powstanie, zależy również od naszych oczekiwań. W covidowej rzeczywistości nasza tęsknota za bliskością jest tak silna, że umysł może ten obraz idealizować. Przekładać swoje marzenia, swoje intencje na to, co widzimy. Może nie potraktować poważnie sygnałów ostrzegawczych. Samotność, silne dążenie do spotkania się z kimś, do seksu, może sprawić, że mechanizm, który pomaga nam dostrzegać sygnały zagrożenia, zostaje osłabiony.

Tęsknota za bliskością jest jak różowy zniekształcający filtr? Nie ma co zaprzeczać temu, że czujemy się samotni, czy pragniemy bliskości, a nawet, że nasze libido krzyczy o seks. Trzeba uznać, że tak jest, bo to naturalne. I po prostu pamiętać, że te potrzeby będą kierować naszą uwagę na to, co potwierdzi to czego byśmy chcieli od tego człowieka. Przed pierwszą randką w realu weźmy więc pod uwagę, że możemy mieć wyidealizowany obraz osoby, z którą się mamy spotkać. Warto też wiedzieć, że możemy działać irracjonalnie. Teoria dysonansu mówi, że kiedy nie ma spójności w naszych zachowania i myślach będziemy odczuwać dyskomfort z tym związany i często będziemy dążyć do jego rozładowania – na przykład uzasadniając racjonalnie całkiem bezsensowne zachowania. No bo myślący rozsądnie człowiek, któremu powiemy, żeby poszedł do mieszkania obcego człowieka na pierwszą randkę, powie, że to nie jest w pełni bezpieczne. Ale kiedy jest w emocjach, na głodzie bliskości, to znajdzie jakiś powód, aby to zrobić.

Warto więc mówić o tym otwarcie – mamy libido, potrzebę bliskości mogą być one być po tylu miesiącach kompletnie niezaspokojone. Przed pandemią single odwiedzały kluby, miały „one night stans”, czyli przygody tylko na jedną noc, co nie było obarczone tak dużym ryzykiem jak dziś. Było łatwiej choć na chwilę poczuć bliskość z drugą osobą. Teraz sytuacja wymaga wejścia na aplikacje i umówienia się z kimś, kogo nie znamy.

Jest pani naukowcem. Jak z tej perspektywy podeszła by pani do problemu pierwszej randki w realu? Właśnie od strony dążenia do bliskości i zaufania. Z moich poprzednich badań wynika, że aktywność mózgu, która odpowiada za przetwarzanie twarzy (N-170), jest wrażliwa na kontekst. Jeśli więc mężczyzna na portalu napisze do nas coś miłego, a potem zobaczymy jego zdjęcie, to są duże szanse, że dostrzeżemy w nim pozytywne cechy.   

Co możemy zrobić, żeby nasz mózg zauważył, jeśli coś z tym mężczyzną będzie nie, tak? Zanim zdecydujemy się na randkę w domu, porozmawiajmy z nowym znajomym przez kamerkę. Widząc się na żywo, mamy znacznie więcej możliwości, by rozeznać, kim ten człowiek jest niż wtedy, gdy tylko piszemy i patrzymy na zdjęcia. Bo nawet gdy ktoś umie kłamać, to na ułamek sekundy na jego twarzy będzie widać prawdziwe emocje, które znacznie łatwiej będzie nam wyłapać niż w okienku czatu. I przy spotkaniu face to face nawet na poziomie intuicji i przeczucia (nie zawsze w pełni świadomego), mózg te prawdę wychwyci, gdyż jest wyczulony na sygnały społeczne.

Robin Durbar, amerykański antropolog, uważa, że mózg człowieka ewoluował właśnie ze względu na relacje społeczne, na potrzebę komunikacji w grupie. Patrząc więc z tej perspektywy- jesteśmy stworzeni do tego, aby budować relacje, komunikować się, odczytywać sygnały płynące od innych ludzi.

To bardzo ciekawe, bo Bóg w chrześcijaństwie jest w trzech postaciach jak się pisze - właśnie po to, aby podkreślić relacyjny charakter duchowości. Dodam jeszcze od siebie, komentując Durbara, że ludzka miłość także kształtuje się w relacji, w spotkaniu, w rozmowie. Ale my współcześnie jak sugeruje Eva Illouz mamy problem z głębszą relacją, która będzie prawdziwym spotkaniem z drugim człowiekiem. Chciałam bardzo, żeby wybrzmiało w mojej książce, że powodem naszych problemów jest to, że zaczynamy traktować miłość zbyt indywidualistycznie, jak café latte, modny ciuch czy półmaraton. Zamykamy się w swojej bańce doświadczania dopaminowej przyjemności. Ma nam być dobrze, mamy szybko zaspokajać swoje pragnienia i potrzeby, doświadczać przyjemności, ekstazy, a kiedy pojawią się trudności, odpuścić i się wycofać. Mamy trudności w seksie? To znaczy, że miłość się skończyła i trzeba poszukać tej prawdziwej”. No nie! Karmieni takimi hedonistycznymi mitami samorealizacji, jednocześnie zostajemy sami z naturalnymi ludzkimi potrzebami: relacyjności i bliskości, do realizacji których potrzebny jest nam drugi człowiek! Odczuwamy więc wewnętrzną pustkę, którą staramy się wypełnić - zgodnie z instrukcją konsumpcją dóbr, między którymi jest seks - oderwany od miłości, a nawet od relacji… Co oczywiście nie znaczy, że samo szukanie przyjemności w seksie jest ryzykowne. Bardziej chodzi o wzorzec budowania relacji.

Dziś jesteśmy bardzo hedonistycznie nastawione do związków. Czyli dopóki my coś z tych związków dostajemy, dopóki one nam przynoszą przyjemność, dopóty nich trwamy. Prowadzimy wiec wciąż kalkulacje zysków i strat Ale z drugiej strony coraz więcej jest takich głosów ze przechodzenie przez trudne momenty jesteśmy w stanie wytrzymać tylko w rodzinie. W relacjach intymnych mamy tendencje do wycofywania się, w tych bardziej wymagających momentach.  Powodem jest to skoncentrowanie na sobie, na swoim zadowoleniu oraz konsumpcjonizm. Fromm o tym pisał w „Mieć czy być”. Moim zdaniem niezwykle ważne jest przywrócenie roli trudności w związku, nie cierpienia, ale właśnie wspólnego pokonywania trudności

No więc zanim seks, pogadajmy przez kamerkę, idźmy na spacer? Najpierw zdzwońmy się, spotkajmy przed kamerką, a potem można iść na spacer. Dajmy sobie szanse na stopniowe poznanie tego człowieka. Rozmowa choćby przez telefon jest bardzo ważna, bo dzięki ewolucji naszego mózgu, która jak już mówiłam, odbywała się w interakcjach społecznych, bardzo dobrze odczytujemy emocje drugiego człowieka na poziomie samego dźwięku. Z tonu głosu, tembru, wysokości, jesteśmy w stanie odczytać niezwykłą ilość informacji o tym, co czuje ten drugi człowiek. Umiemy odróżnić nawet rozdrażnienie od złości i wiele innych bardzo dyskretnych stanów. No, ale niestety, sprawa nie jest taka łatwa jak mogłoby się wydawać, bo współcześni 20., 30. latkowie odczuwają wręcz lęk przed rozmową. Zazwyczaj więc po poznaniu się na aplikacji randkowej długo czatują, a skaczą od razu na głęboką wodę i na przykład spotykają się w mieszkaniu. Rekomenduje jednak przełamać się i porozmawiać. A potem spotkać przed kamerką, w dynamicznej interakcji z żywą osobą możemy zaobserwować mowę ciała, styl rozmowy, mimikę twarzy oraz bezpośrednią reakcję na nasze słowa. To wszystko daje nam mnóstwo informacji o tym drugim człowieku.

Przykład nieudanych randek, po szybkim „tak” na aplikacji, pokazuje choćby serial „Facet na święta”. Bohaterka umawia się na randki przez aplikacje, na siłowni (spinning rowerkowy), w saunie – gdzie spotyka rodziców! A co gorsza żaden z tych mężczyzna nie jest zainteresowany tym, czego ona chce. Kiedy się umawiamy z nowopoznanym na imprezie u znajomych chłopakiem to zazwyczaj przeszedł on już przez pewne sito weryfikacji i jest większa szansa, że będziemy do siebie podobnie. A w związkach to ważne. A jak poznajemy kogoś z Tindera to ten proces nie zachodzi. Nawet jeśli skorzystamy z portali wyspecjalizowanych dla konkretnych grup, których pojawia się na coraz więcej, na przykład, portal dla osób religijnych czy poszukujących męża, to też różnice między tymi którzy szukają męża, czy są wierzący naprawdę mogą być ogromne. Zdajemy się na aplikacje, a one mogą nas bardzo zawieść, choć wydaje się, że algorytmy w komputerze tyle o nas wiedzą, obserwując nasze ruchy i wybory w sieci. Nie oznacza to, że odradzam aplikacje randkowe. Raczej sugerowałabym, żeby więcej znajomości szybko weryfikować a nie spędzać kolejnych dni na klawiaturze.

No i na koniec porozmawiajmy o seksie w stałych związkach w czasach pandemii, czy jest inny? Czy będzie dużo tzw. covidowych dzieci, poczętych z nudów i izolacji? To tak nie działa, nie zaobserwowaliśmy wzrostu liczby urodzeń w porównaniu z zeszłym rokiem. Mamy najniższą ich liczbę od kilkunastu lat. Dlaczego? Lęk obniża libido, te dwa systemy, są przeciwstawne. Przewlekły stres sprawia, że czujemy się mniej wydolni oraz odczuwamy mniejszą ochotę na seks. Znaczenie ma też fakt, że niemal przez cały czas jesteśmy razem. Pożądamy tego co nas ekscytuje, co jest nieoczywiste, świeże. No a jak mamy sobie dostarczyć ekscytacji chodząc cały dzień w dresach? Trudniej się nam zmobilizować do seksu leżąc drugą godzinę na kanapie przed Netfiksem niż wtedy, gdy wracamy z pracy, gdzie było wiele pobudzających bodźców, ale też, gdzie mogliśmy odczuć tęsknotę za partnerem. A w kwarantannie nie mamy przestrzeni, żeby od siebie odpocząć, a co dopiero zatęsknić. Warto sobie zdać z tego sprawę i iść samemu na spacer...Często też kumulują się w nas trudne emocje względem partnera, czy naszej sytuacji w obliczu pandemii. Dobrze ilustruje to model turbulencji w związku, w którym poziom satysfakcji ze związku spada w obliczu trudności (w naszym przypadku jest to doświadczenie zbiorowe - pandemia), i wiele par się rozstanie, ale te, które przez te trudy przejdą będą miały szanse na pogłębienie swojej bliskości, co przekłada się na wyższy poziom satysfakcji ze związku.. I to kolejna teoria, która potwierdza, że warto zadawać sobie trud w budowanie prawdziwych, głębokich relacji z drugim człowiekiem.

Dr Olga Kamińska, '#Love. Jak kochać w XXI wieku?” Dr Olga Kamińska, "#Love. Jak kochać w XXI wieku?”

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.