1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. „Ten wysoki, rudy to mój brat“

„Ten wysoki, rudy to mój brat“

Jacek pisze scenariusze i reżyseruje, Daniel komponuje muzykę. Nie chwalą się, że są braćmi. Każdy ma swoją pasję, ale inspirują się nawzajem, motywują i kłócą do upadłego, bo jeden i drugi chce postawić na swoim. Nie mają tajemnic, zawsze mówią sobie prawdę.– I na tym polega nasza siła– uważają Jacek Borcuch i Daniel Bloom.

 

Hel, lato 2008 roku, zdjęcia do filmu „Wszystko co kocham”. Jacek na planie, Daniel obok komponuje muzykę i jeszcze ciepłą podrzuca bratu. – Często reżyseruję ze słuchawkami na uszach – mówi Jacek. – We „Wszystko co kocham” muzyka nie tylko dominuje, ona jest fundamentalna, jak we wszystkich moich filmach. Bywa, że powstaje wcześniej niż pomysł na scenariusz. Nie wiem więc, dlaczego mówię: „moje filmy”, skoro zawsze były nasze wspólne. Nieraz słyszałem: „widziałem »Tulipany«, fantastyczna muzyka!”. A soundtrack zrobił większą furorę niż sam film.

Mamy swój neojęzyk

Współpraca nie jest łatwa, to przyznają obydwaj. Jacek daje Danielowi scenariusz do przeczytania, a on go zwraca i mówi: „nic ciekawego”.

– To jego ulubiona sentencja – śmieje się Jacek. – Tak ocenił moją „Melancholię”. Później dowiedziałem się, że Lars von Trier przygotowuje film pod takim tytułem, wygląda na to, że mi go ukradł (śmiech). Nie mogę darować Danielowi, że mnie odwiódł od tego pomysłu. Ale doceniam, że mówi to, co myśli, ze swojej perspektywy, choć ona jest też po części moja, bo mamy wspólne korzenie, swój neojęzyk. Nie muszę mu nic tłumaczyć, on wszystko wie, pamięta rzeczy, których ja nie pamiętam, i odwrotnie. Potrafi trzeźwo i bezinteresownie ocenić, ale też nieźle wkurzyć. Jednak na robienie „Wszystko co kocham” od razu dostałem zielone światło.

Daniel: – Czasami go objeżdżam, a on mnie, bo kto będzie wobec nas tak szczery, jak my dla siebie nawzajem?! Mówię mu, że coś jest do dupy, bo tak czuję. Jestem laikiem, tak jak wielu widzów, więc Jacek słyszy głos tych, którzy stoją z boku. On też mnie nie oszczędza, daje dużo krytycznych, ale i merytorycznych uwag, bo na czym jak na czym, ale na muzyce to on się zna.

Długo ich braterstwo było zakamuflowane, bo Daniel w liceum przyjął pseudonim Daniel Bloom. Jacek szczupły, chłopięcy, trochę nonszalancki luzak. Zawsze za pan brat z modą. Przychodzi w zawadiacko przekrzywionym kaszkiecie, rozchełstanym płaszczu. Szybko i dużo mówi, łatwo nawiązuje kontakty. Nie wygląda na starszego (o dwa lata) brata. Daniel wydaje się poważniejszy, tajemniczy i powściągliwy. Mówi z namysłem, bez dygresji, krótko i na temat.

Starszy brat i gówniarz

– Jacek zawsze lubił towarzystwo starszych kolegów – mówi tata Stanisław Borcuch (emerytowany wojskowy). – Daniel natomiast dobrze czuł się wśród młodszych. Może lubił przewodzić, a z młodszymi przychodziło mu to łatwiej? Chyba jednak przede wszystkim dlatego, że był bardzo nieśmiały. Ale jak już się z kimś zakolegował, to na długo. Do dzisiaj jak przyjeżdża do Kwidzyna, pędzi zobaczyć się z kolegami z tamtych czasów.

Mama Elżbieta Borcuch (pielęgniarka): – Jacek lubił sport, był zaradny i sprytny. Daniel, typowy outsider, stał z boku i się przyglądał. Był takim małym filozofem. Wziął kamień do ręki i zastanawiał się, ilu po nim ludzi deptało. Wcześnie nauczył się czytać, uwielbiał „Pana Samochodzika”, od małego interesował się astrologią, o Koperniku wiedział wszystko. Wieczorem paciorek, potem koniecznie musiał popatrzeć w niebo i powiedzieć: „dobranoc, Koperniku”.

Od początku zaznaczali swoją odrębność. Każdy musiał mieć inne zabawki, swój pokój, radio, książki, swoich kolegów.

– Był taki okres, że nawet nie pozwalali sobie nawzajem wchodzić do pokojów – śmieje się ich mama. – Ale Daniel był zakochany w Jacku. Na pytanie, kim chciałby zostać, odpowiadał: „Jackiem”.

Daniel: – W tym czasie kontakt między nami był praktycznie zerowy. Typowy układ: starszy brat i gówniarz. Ale miałem też fajnie, bo Jacek budził respekt wśród kolegów. Na koloniach nikt mi nie fikał, bo mówiłem: „spasuj, bo ten wysoki, rudy to mój brat”. Nosiłem okulary, nie byłem atrakcyjnym gościem, a Jacek był i miał powodzenie u dziewczyn. Korzystałem z tego –  fajniej było trzymać się z przystojnymi punkami niż z małolatami. A że czasami dostałem kopniaka? Normalna rzecz.

Jacek: – Może byłem w stosunku do Daniela zbyt surowy, ale chciałem chronić go przed niebezpieczeństwami. Jak z chłopakami szliśmy na ryzykowne wyprawy, na przykład na jakąś budowę, gdzie skakaliśmy na sterty piachu, nie zabierałem go. Był słabszy fizycznie, nieco grubawy, miał wadę wzroku, więc bałem się, że nie da rady, że jak będziemy uciekać, to go złapią albo zostanie pogryziony przez psa. Tę swoją troskę wyrażałem poprzez agresję typu: spadaj na drzewo. Bywało, że Jacek kablował na Daniela, czego on do dzisiaj nie może mu darować. Daniel, zapalony harcerz i żeglarz, wyjeżdżał na obóz, a Jacek, wiedząc, że młodszy brat będzie tam konstruował bomby z saletry, donosił o tym rodzicom.

– Mogli się tymi bombami poparzyć, pozabijać. Więc kapowałem.

Daniel: – Wyolbrzymiał problem, bo to żadne bomby były, tylko takie bombki z saletry, kapsli i puszek po dezodorantach. Kapsel mógł wpaść do oka, więc była to głupota, ale w sumie nic groźnego. Oni z kolegami robili głupsze rzeczy: strzelali z procy, walczyli na kamienie. Jacek wyzbył się rozrabiactwa już w liceum, ja do dzisiaj potrafię się wydurniać.

Szalone pomysły

Lata 80., Kwidzyn, osiedle wojskowe. Daniel znajduje ukrytą w schowku paczkę nabojów (tata miał pozwolenie na broń). Postanawia przehandlować ją koledze z klasy za przedwojenną monetę. Ale szydło wychodzi z worka. I wybucha afera na całą szkołę. Na szczęście wszystkie naboje szybko się odnajdują.

Tata Stanisław: – Jak byli mali, wydawało się, że to takie dwie perełki. Dobrze się uczyli, byli grzeczni. Ale im dalej w las, tym więcej drzew. Wielkich problemów nie przysparzali, jednak w szkole byłem częstym gościem.

Święta wielkanocne 1982 roku, u dziadków (ze strony ojca) na wsi na Żuławach. Jacek i Daniel urządzają sobie zabawę: w stodole podpalają zwitki słomy, po czym gaszą małymi psikawkami w kształcie pisanek. Zabawa szybko im się nudzi. Zadeptują tlący się ogień i biegną strugać łuki. Nagle widzą wydostające się spod dachu stodoły płomienie. Pędzą do domu z krzykiem: „pali się, pali!”, ale w pierwszej chwili nikt nie chce im uwierzyć. Stara poniemiecka stodoła spłonęła doszczętnie.

W czasie innego pobytu u dziadków Jacek proponuje Danielowi: „chodź, przejedziemy się na motorze wujka”. Odpala maszynę, młodszy brat siada z tyłu i pędzą 100 na godzinę. Nagle zakręt, wywrotka, lądują w polu.

 
– Mieliśmy naprawdę szalone pomysły. Jestem szczęśliwy, że mam córki – śmieje się Daniel. Mówią o sobie: synkowie mamusi. Tata był strażnikiem dyscypliny i autorytetem, mama rozpieszczała i otwierała oczy na sztukę. Pozwalała oglądać filmy po „Dzienniku”.

Jacek: – Kiedy ojciec zasypiał, mama rozkładała koc i organizowała nielegalne projekcje. Pokazywała nam inny świat. Ona bujała w obłokach, a tata twardo stąpał po ziemi.

Jacek do dziś wspomina swoją pierwszą książkę filmową, jaką z prawdziwym nabożeństwem brał do ręki. Była to „Historia filmu” Jerzego Płażewskiego, z dedykacją napisaną maminą ręką przed laty: „Kochanemu Staszkowi w dniu urodzin, Ela”.

Tata Staszek śmieje się: – W ten sposób żona zaprojektowała życie synów. Ja nie byłem entuzjastą artystycznych zawodów.

Mama Ela: – Kierując się rozsądkiem, też wolałabym, żeby poszli w innym kierunku. Ale posłuchałam, jak Jacek recytuje, i popłakałam się. Mówię: „synku, to nie będzie łatwa droga”, a on na to: „mogę nie mieć z tego pieniędzy, ale muszę to robić”.

Szkoła muzyczna była pomysłem obojga rodziców. Chłopcy woleli biec na podwórko, niż wkuwać na pamięć kilkustronicowe partytury. Jacek podpowiedział kiedyś bratu: „nie ucz się wszystkiego, tylko jak dojdziesz do trzeciej kartki, to graj od nowa pierwsze trzy”. Ale Danielowi ten numer się nie udał i egzamin oblał.

Przyjaciele

Grali razem w zespołach rockowych. Jacek – gitara i śpiew, Daniel – perkusja i komponowanie.

Daniel: – Nasze drogi rozeszły się, kiedy Jacek zajął się sportem i poezją śpiewaną, jeździł po festiwalach. Ja uważałem to za obciach. Odszedłem wtedy od muzyki, choć w głębi duszy krzyczałem z tęsknoty za graniem. Nawet jak mówiłem pacierz, to błagałem Boga, żebym mógł zdobyć pieniądze na jakiś instrument klawiszowy.

W czwartej klasie liceum Daniel zakłada zespół (Jacek jest już w Gdyni w studiu aktorsko-wokalnym). Potem dostaje się na archeologię na uniwersytecie w Toruniu. Na drugim roku jedzie na południe Niemiec zrywać jabłka. Zarabia 800 marek, za które kupuje dwa wymarzone instrumenty klawiszowe. Trzeci dokupuje na wycieczce w Mińsku. Idzie za ciosem. Wpada na pomysł zagrania koncertu muzyki elektronicznej w toruńskim planetarium. Koncert jest rejestrowany przez profesjonalnego akustyka. Daniel wysyła płytę z nagraniami do Trójki. Jego muzyka trafia na szczyty tamtejszej listy przebojów, a on dostaje zaproszenie na festiwal muzyki elektronicznej do Pisza. Jedzie tam jako wschodząca gwiazda, choć zagrał raptem dwa koncerty.

– Tam po raz pierwszy wypaliliśmy z Jackiem jointa, przegadaliśmy i przepłakaliśmy ze śmiechu całą noc, jak przyjaciele. Jacek był wtedy mentalnym dziadkiem. I nagle zobaczył energię techno, ludzi, którzy idą za tą muzyką – mówi Daniel.

I wtedy to Jacek dał się wciągnąć w świat Daniela, wówczas założyciela Physical Love. Porzucił aktorstwo i wszedł do zespołu na trzeciego. Był jego mózgiem – menedżerem, PR-owcem, wokalistą. Teraz działali jako partnerzy. Razem grali, razem zgłębiali filozofię buddyjską, która ich zmieniła. Jacek wpadł na pomysł wspólnego spektaklu z muzyką Daniela.

– Powiedziałem mu, że nie wiem, czy jestem gotowy – wspomina Daniel. – A on się upierał, że mam talent. Być może to, gdzie dziś jestem, zawdzięczam jemu, bo we mnie wierzył. Po tym spektaklu poczułem, że Jacek traktuje mnie poważnie. Pomógł mi w znalezieniu pracy w Polskim Radiu i wkrótce przeniosłem się z rodziną (miałem już córkę) do Warszawy.

Totalni partnerzy

Daniel mówi, co myśli, i stawia kropkę. Jacek drąży, nie potrafi skończyć, argumenty rozstawia jak pionki na szachownicy. Daniel już zna tę strategię, więc powtarza swoje. Jacek nie daje za wygraną. Więc Daniel wychodzi. A Jacek dalej nawija.

Daniel: – To jedna z najgorszych jego cech: nie potrafi zastopować. A na koniec przechodzi ze swojego punktu widzenia na cudzy i robi z człowieka wariata. Wychodzi z niego malkontenctwo, ale i piekielna inteligencja. Potrafi zawalczyć o swoje. I ja mu tego zazdroszczę.

Na drugim roku studiów Jacek śpiewa w „West Side Story”, Daniela rozpiera duma. Uważa, że Jacek ma talent wokalny.

– Gdyby poszedł w tym kierunku, osiągnąłby sukces. Po „Długu” przekonałem się, że jest dobrym aktorem. Od „Kallafiorra” jest dla mnie przede wszystkim reżyserem.

Jacek: – Kiedyś Daniel był trochę w moim cieniu. Ja jestem cwaniakiem, potrafię czarować ludzi, a on jest megawrażliwcem. Długo szukał swojej drogi. Cieszę się, że ją znalazł. Jest przystojnym facetem, odnosi sukcesy, ma wspaniałą rodzinę. Pasjonuje się archeologią, żeglarstwem i astronomią. Rozmawiać z nim o gwiazdach to wielka przyjemność. Chyba jest szczęśliwy. Ale dalej muszę go dopingować.

Daniel: – Ciężko nazwać Jacka tylko bratem, to totalny partner. Mnie nie zależy na sukcesie. Robię muzykę do superfilmów, z moim bratem, więc czuję się spełniony. A Jacka wkurza, że mi za dobrze, i mnie wciąż mobilizuje: „pracuj, pracuj”. Uwielbiamy się ze sobą spotykać. Zawsze mamy o czym rozmawiać. I zawsze w końcu któryś rzuca hasło: „to co, pogramy w FIF-ę?”. Ostatnio wygrywa Jacek. Ale jeszcze się odegram!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).