1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. François Ozon: Terapeutyczna moc kłamstwa

François Ozon: Terapeutyczna moc kłamstwa

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
W swoich filmach, „Frantz” i „Podwójny kochanek”, François Ozon porusza się w przestrzeni sekretów i tajemnic. Dlaczego ten temat tak go pociąga i czy lubi manipulować widzem.

Jesteś dość tajemniczym twórcą. Nie chcę wyciągać cię na jakieś głębokie zwierzenia, ale może zechciałbyś opowiedzieć o źródłach swoich sekretów. To chyba nie przypadek, że poświęcasz im w swoim kinie tyle miejsca.

Kłamstwa i sekrety są metaforą życia. I kina. Chcemy wierzyć we wszystkie te nieprawdopodobne historie, które widzimy na ekranie, by choć na chwilę uciec od rzeczywistości. W moim przypadku początkiem wszystkiego była rodzina. Wykształcona, a jednak bardzo mieszczańska, o dość konserwatywnych poglądach. Byłem bardzo nieśmiałym i wrażliwym dzieckiem, skrytym, nierozumianym przez dorosłych. Nie mogli zaakceptować tego, że nie interesowałem się żołnierzykami, a za to godzinami potrafiłem bawić się miniaturowym domkiem dla lalek. Wyobrażałem sobie różne historie, jakie przytrafiają się lalkom. To były początki mojego „reżyserowania”, fantazjowania, to pozwalało uciec mi od rzeczywistości.

To ci zostało do dziś?

Tak, sztuka jest dla mnie odskocznią od życia i daje mi poczucie całkowitej wolności na planie filmowym. Kiedy byłem trochę starszy, stopniowo odkrywałem moją odmienną seksualność i nie miałem o tym z kim porozmawiać. Czułem się napiętnowany. To było bardzo opresyjne dojrzewanie. Dusiłem się w domu, wstydziłem w szkole, rosły we mnie agresja, bunt i złość na cały świat. Rodzina mnie tłamsiła, rodzice dawno przestali być autorytetami. Wiele lat zabrało mi zaakceptowanie siebie, swojej odmienności, prawa do bycia innym, nauczenie się odwagi mówienia tego, co myślę, nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy są to prawdy niepopularne. Pewnie także dlatego rodzina, która przytłacza, jest w moich filmach źródłem większości problemów bohaterów. Zarazem jest moją największą tęsknotą, bo powinna dawać poczucie ładu i bezpieczeństwa.

Zamiast kozetki u psychoanalityka wolisz kamerę w ręku i podglądanie nią innych. Tak jest łatwiej?

Gdyby nie kino, prawdopodobnie w młodości zamordowałbym swoich rodziców. No, może nie posunąłbym się aż tak daleko (śmiech), ale mógłbym zrobić coś naprawdę głupiego. Teraz nie ma już we mnie agresji. Dojrzałem, uspokoiłem się, wyzwoliłem i stałem się człowiekiem szczęśliwszym. Zresztą rodziców, i owszem, zamordowałem, ale na ekranie. Uśmierciłem ich, za ich zgoda zresztą, w krótkim filmie „Portret rodzinny”, a bohater innego mojego filmu, „Sitcom”, też zabija ojca. Moje filmy nie są autobiograficzne, choć uważny widz znajdzie w nich wiele analogii do wydarzeń z mojego życia. Czułbym się niekomfortowo, mówiąc z ekranu wprost o swoich dylematach i rozterkach. Wolę zawsze opowiadać o doświadczeniu kogoś innego, z kogo losami mogę się utożsamiać.

Manipulujesz widzem?

Tak. Nie zaprzeczam. Co więcej, uwielbiam manipulować, bez tego nie ma dobrego kina. Zauważyłem też, że widzowie lubią być manipulowani, bo wiedzą, że film to tylko gra, która skończy się, gdy na ekranie pojawi się napis „koniec”. Każdy reżyser musi być manipulatorem. Poza tym chcę, by film podobał się nie tylko widzowi, ale także mnie samemu. To drugie jest nawet ważniejsze od tego, co powiedzą czy napiszą krytycy. Nie wszyscy muszą się moim kinem zachwycać. Ważne, by być uczciwym wobec siebie, choć oczywiście byłbym hipokrytą, twierdząc, że w ogóle nie zależy mi na opinii widzów. Mam odwagę mówienia rzeczy niepopularnych, niewygodnych. Dlatego moje filmy i wypowiedzi bulwersują wiele osób. Jednak to nie jest szokowanie dla samego szokowania. Ja tylko staram się nie powtarzać utrwalonych banałów, uciekam od myślenia kliszami. Zależy mi na tym, by dzięki moim filmom widz inaczej spojrzał na świat, z nowej perspektywy.

Do polskich kin wchodzi za chwilę „Frantz”, czarno-biała, kameralna, wysmakowana, ale trochę staroświecka historia z I wojną światową w tle. Dlaczego chciałeś zrealizować ten film?

Żyjemy w czasach owładniętych obsesją transparentności. Dziś dzięki Facebookowi, Twitterowi czy aplikacjom na smartfony ludzie czują się wręcz zobligowani do tego, by wszystko upubliczniać. Każdy moment z ich życia. Najbardziej nawet prozaiczny. Mój film mówi o tym, że nie wszystko jest na sprzedaż, że w życiu ważne jest także to, co ukryte – sekrety, tajemnice i w efekcie kłamstwa, które je ocalają. Zawsze chciałem zrobić film o kłamstwach, bo one wydawały mi się ekscytującym elementem filmowej narracji. Już jako student podziwiałem pod tym kątem Érica Rohmera, mistrza filmowego kłamstwa. Może nie on pierwszy odkrył, że ludzie są najprawdziwsi wtedy, kiedy kłamią, ale potrafił o tym wspaniale opowiadać.

Z tą transparentnością w mediach społecznościowych to bym nie przesadzała – ludzie upubliczniają tam nie zawsze swoje prawdziwe oblicze. Natomiast zgadzam się, że żyjemy w czasach deficytu tajemnicy.

W epoce „Frantza”, czyli w latach 20. XX wieku, sekretne życie ludzi miało się całkiem dobrze, bo nie znali Internetu, co wcale nie znaczy, że łatwiej przychodziło im kłamać. Jednak w tym filmie, w przeciwieństwie do moich innych obrazów, kłamstwo nie służy perwersji, a jest warunkiem przetrwania. Ujawnia swoją terapeutyczną moc. Francuz Adrien poznaje Annę przy grobie jej niemieckiego narzeczonego Frantza. Mówi dziewczynie, że był jego przyjacielem z czasów studiów w Paryżu. To samo opowiada rodzicom Frantza. Zostaje przyjęty w pogrążonym w żałobie domu jak…syn i narzeczony. Prawda jest jednak zupełnie inna. To Adrien w okopach zabił Frantza. Nie może z tym żyć i regularnie odwiedza grób swojej ofiary. Ostatecznie wyznaje prawdę Annie. Ta doznaje szoku, ale wie, że nie wolno jej wyjawić rodzicom Frantza tego, o czym się dowiedziała, bo to by ich zabiło.

Twój film opowiada tę historię z punktu widzenia Anny. Dlaczego?

W filmie Ernsta Lubitscha „Broken Lullaby”, a wcześniej w sztuce teatralnej Maurice'a Rostanda, które opowiadają tę samą historię, sekret Adriena poznajemy od razu w scenie spowiedzi. W ten sposób na pierwszy plan wysuwało się poczucie winy Adriena. Dla mnie od winy i grzechu ważniejsze było kłamstwo. Dlatego zależało mi na skierowaniu uwagi na kobietę. Na jej metamorfozę, dojrzewanie do świadomego kierowania swoimi wyborami i brania za nie odpowiedzialności. Nie chodziło mi o łatwy pacyfizm. Opowiedziałem tę historię 80 lat później niż Lubitsch – w odróżnieniu od niego ze świadomością, czym były obie wojny światowe. Nie mogłem zrobić więc filmu w duchu prostego pojednania. I Anna, i Adrien są ofiarami wojny, a rany nie chcą się zabliźniać po obu stronach granicy.

Ten film nie jest też melodramatem…

Adrien nie zakocha się w Annie. Nie jest do tego zdolny. Traumy wojny go zniszczyły. Jest toksyczny. Z niemożliwego do uniesienia poczucia winy stara się zastąpić rodzicom zmarłego Frantza, ich syna. Oni z radością przyjmują go do swojej rodziny. Ich szczęście go osacza, nie potrafi z tego wybrnąć. Jednak te same kłamstwa, które leczą ból rodziców i pozwalają im przetrwać – przerastają Adriena. Nie może sobie z nimi poradzić, jest zgubiony i dlatego wyznaje wszystko Annie. Dla Anny Adrien był alter ego Frantza, jego przyjacielem. Dla widza być może – także kochankiem Frantza. Anna pokochała Adriena, nie znając jego sekretu. Musiała więc sama zmierzyć się z prawdą, która zabiła to uczucie. Anna jest niewiarygodnie silna i dlatego to się jej udaje. Przezwycięża własną depresję. Przebaczenie i akceptacja pozwalają jej na nowo zdefiniować, czym jest miłość i prawda, ale i odpowiedzialność za drugiego człowieka. Jest to więc także film o emancypacji kobiety, która pokonuje własną rozpacz i żałobę, żegna się ze swoimi złudzeniami, ale za to otwiera na innych i na nowe doznania, także na związek z nowym mężczyzną.

O sekretach i kłamstwach opowiada także twój najnowszy film „Podwójny kochanek”, który miał premierę na festiwalu w Cannes.

W moim zamyśle „Podwójny kochanek” miał być seksualnym thrillerem o dużym napięciu psychologicznym. Nie chodziło o wywołanie szoku, ale raczej o próbę uchwycenia i analizę złożoności pożądania. To całkowite odejście od stylistyki „Frantza”, gdzie między dwojgiem bohaterów nie dochodzi do jakiejkolwiek relacji fizycznej, poza zwyczajowym i całkowicie aseksualnym ucałowaniem na powitanie i pożegnanie.

Powiedziałeś, że kino jest twoją terapią. W „Podwójnym kochanku” Chloé, młoda kobieta, która cierpi na bóle brzucha, ląduje na fotelu w gabinecie psychoterapeuty. Jesteś trochę nią samą?

(śmiech) Coś w tym jest, ale nie, nie jestem Chloé. Chciałem natomiast spróbować uchwycić doświadczenie psychoanalitycznej sesji. Początkowo Chloé miała siedzieć na fotelu i opowiadać, monologizować przed psychoterapeutą na temat swoich marzeń, uczuć, emocji, a widzowie mieli zanurzać się stopniowo w jej życie prywatne. Zależało mi na tym, by widzowie podążali za tokiem myślenia i odczuwania Chloé, tak jak robi to jej psychoterapeuta. Efekty wizualne i częste zmiany punktów widzenia bohaterów w czasie pierwszych sesji stoją w kontrze do dialogów, demaskując ich konwencjonalność, powierzchowność.

Psychoterapeuta, Paul, też skrywa sekret...

Chloé, która zakochuje się w Paulu, odkrywa, że ma on brata bliźniaka – Louisa, który także jest… psychoterapeutą. Ten brat bliźniak, avatar Paula, który stosuje odmienne metody leczenia, stymuluje Chloé do ujawnienia jej mrocznych pragnień i fantazji, na które nie odważyła się w relacji z Paulem. W zbliżeniach z Louisem Chloé daje się ponieść nieokiełznanej i bardziej intensywnej zmysłowości.

Erotyczne fantazje kontra rutyna w łóżku?

Moje filmy często zderzają siłę pragnień z ograniczeniami realności. W każdej miłosnej relacji, nawet jeśli jest ona szczęśliwa, pojawia się element frustracji i potrzeba wykreowania psychicznej przestrzeni dla fantazji, które mogą się realizować tylko w wyobraźni. Partner nigdy nie będzie w stanie podołać wszystkim naszym potrzebom. Dlatego trzeba sobie nawzajem pozostawić przestrzeń, tylko dla siebie, indywidualną, niedzieloną z partnerem. Uważam, że w związku każda ze stron powinna mieć prawo do własnych drobnych sekretów. Takie wzajemne przyzwolenie i uszanowanie prywatności drugiej osoby jest warunkiem zdrowej relacji. A poza tym czyni nas wzajemnie atrakcyjniejszymi, dodaje smaku i pikanterii związkowi, przeciwdziała zabójczej rutynie. Partner nie jest naszą własnością, a poza tym wszystkie związki ewoluują – gdyby ludzie pamiętali o tej prostej prawdzie, bardziej by o nie dbali.

Uważasz, że miłość jest niebezpieczna? Taką tezę stawiasz chyba w swoich filmach.

O tak, i to bardzo! Wszyscy marzymy o bezwarunkowej i dozgonnej miłości. Choć to zupełnie nierealne, nigdy nie przestaniemy tęsknić za takim uczuciem. Kiedy mówię, że miłość jest iluzją, więzieniem i narkotykiem, to słyszę, że jestem cynikiem. Myślę, że jestem realistą.

Lubisz filmować nagie ciała kobiet. Nagość Marine Vacth z „Podwójnego kochanka” ma w sobie coś eleganckiego, jest jak perfekcyjnie skrojony kostium. Widać w tym podziw dla kobiecego piękna.

Kino musi być sexy! Musi być atrakcyjne dla widza, nie tylko w sferze intelektualnej, ale także jako obraz, fantazja, magia. Kino artystyczne powinno także bawić i uwodzić. Dla mnie ciało kobiece nie jest tylko ozdobnikiem. Nigdy nie traktowałem go w sposób instrumentalny. Wydaje mi się, że cielesność z jednej strony ogranicza nas i jakoś określa, a z drugiej wyraża nasze prawdziwe, często skrywane pragnienia. Może właśnie w tym tkwi klucz do zrozumienia kobiecej psychiki? Nigdy nie miałem problemów ani z filmowaniem scen intymnych, ani z nagością aktorek. One same zawsze się na to godziły, bo rozumiały, że to jest ważne dla filmu. Choć przyznaję, nie byłem pewien, czy Charlotte Rampling zgodzi się na scenę nagiego tańca w „Basenie”, ale ona mi zaufała. Poza tym jest świadoma tego, że mimo upływu lat ciągle ma piękne ciało.

Współpracowałeś też z Emmanuelle Seigner w filmie „U niej w domu”. Zagrała w nim duszącą się w mieszczańskiej, nudnej rodzinie współczesną Panią Bovary. Czy jej mąż, Roman Polański, który w Cannes także pokazał swój nowy film, „Prawdziwa historia”, nie był dla ciebie, początkującego reżysera, inspiracją? Wasze filmy są bardzo tajemnicze.

Kiedy byłem jeszcze młody, nakręciłem krótki film „Ujrzeć morze” o skomplikowanych relacjach matki i córki. Dziewczyna, nie mogąc znieść obecności toksycznej rodzicielki, ucieka z domu. Ktoś powiedział mi potem, że przypomina mu to „Wstręt” Polańskiego, ale oczywiście w miniaturze. To był dla mnie wielki komplement. Dużo czerpałem też z innych mistrzów, takich jak Hitchcock, Chabrol, Buñuel, Rohmer, Almodóvar czy Fassbinder. Ten ostatni wywarł na mnie największy wpływ. Był tytanem pracy, realizował pięć filmów rocznie i miesiącami nie sypiał, do tego miał odwagę łamać tabu, mieszać konwencje i stylistyki, kpić z przyzwyczajeń widzów i krytyków. Jest dla mnie symbolem artysty totalnie wolnego.

Nie jesteś już enfant terrible francuskiego kina. Czy to znaczy, że stajesz się klasykiem?

Nie, nie czuję się jeszcze klasykiem. Jednak kiedy stanę się kiedyś nudny dla samego siebie, a to, niestety, jest nieuniknione, to wtedy – jak każdy klasyk – zacznę cytować samego siebie i będę się tym nakręcał…(śmiech) Tylko kto to wytrzyma?

 

FranÇois Ozon scenarzysta, reżyser, producent filmowy. Nagradzany m.in. za filmy „8 kobiet”, „Żona doskonała”, „U niej w domu” oraz „Młoda i piękna”. Jego najnowsze dzieło – „Frantz” – będzie można zobaczyć w kinach od 11 sierpnia, film „Podwójny kochanek” miał swoją premierę podczas festiwalu filmowego w Cannes

 

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru Sens 8/2017

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).