1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Hanna Krall: zapisuję

Hanna Krall: zapisuję

fot. Zosia Zija i Jacek Pióro
fot. Zosia Zija i Jacek Pióro
Najważniejsza polska reporterka w 40. rocznicę wydania swojej rozmowy z Markiem Edelmanem „Zdążyć przed Panem Bogiem” wydała „Fantom bólu…”, zbiór wszystkich reportaży o losie, Zagładzie i pamięci.

(Wywiad z numeru 6/2017)

Ładna okładka, prawda? To załamanie. Może gałązka, może szew po ranie. Trochę blizna, a trochę uschnięta gałązka.

Może to z przedwojennej mirabelki z Nalewek, o której pani pisała, tej, która nie chciała odejść.

Właśnie ścięli mirabelkę.

Dlaczego „Fantom bólu...”?

Bo jest jak ból zęba. Zagłusza się go, a on ćmi. Przypomina o sobie.

Od razu miała pani takie skojarzenie, myśląc o książkach, które się na niego składają?

12 książek włożyłam w jedną okładkę, bo to jedna książka, tylko ma bardzo dużo śródtytułów. Nie pamiętam, w której była która kobieta. Pamiętam, co opowiadała, gdzie było podwórko, gdzie z brzękiem otwierali potężną bramę, gdzie siedziały panie w białych rękawiczkach, a białe łabędzie przed nimi pływały. I gdzie był ten, który przeżył Oświęcim i tańczył całą noc, a w tańcu poznał swoją drugą żonę, bo pierwsza zginęła z córeczką w Oświęcimiu. Czytając teraz, spotykałam ich wszystkich jak dawno niewidzianych znajomych. Witałam z radością, czasem niepewnie. Kiedy wyłonił się Tomasz Blatt, który uciekł z obozu w Sobiborze, przypomniałam sobie, jak się na mnie obraził, bo napisałam, że jego rudoblond włosy są farbowane. Upierał się, że to nie farba, tylko taki amerykański płyn, w którym rano, stojąc przed lustrem, zanurza grzebień. Wyłoniła się żona Leona Feldhendlera z „Wyjątkowo długiej linii”. Był jednym z przywódców powstania w Sobiborze. Po wojnie, już w 1945 roku, w Lublinie zabili go „nieznani sprawcy”. W mieszkaniu w kamienicy przy ulicy Złotej, o której pisałam. Po wojnie łatwo się zabijało. Znalazłam w archiwum Jad Waszem w Jerozolimie relację żony Feldhendlera. Przeczytałam, że miała 20 lat, kiedy go zabili. Nic więcej o niej. Nawet imienia nie miała. Kiedy kończyłam w Lublinie research do tej książki, zeszłam po starych stromych schodach Muzeum Literackiego im. Czechowicza, gdzie mieszkałam, i stanęłam na bruku. Był wieczór, w powietrzu wisiał deszcz, jakby nie wiedział jeszcze, czy spaść. Taka mokra mgła wisiała. Nagle wyłonił się z niej Tomasz Blatt. Nie wiedziałam, że jest w Lublinie. Zapytałam: – Nie wiesz, jak miała na imię żona Feldhendlera? – Zastanowił się. – Nie pamiętam, ale była bardzo ładna. Miała czarne włosy i bardzo niebieskie oczy. Są kobiety, które przy niebieskich oczach mają śniadą cerę i ona miała taką twarz. Wyraźną, piękną…

Chciał jeszcze mówić o jej urodzie, ale stał koło mnie Robert Kuwałek, historyk, który nadzwyczajnie mi w Lublinie pomagał: – Pani Haniu, musimy jechać na dworzec. Pożegnaliśmy się z Tomkiem Blattem, który już nie żyje i którego więcej nie widziałam. Pożegnałam się z Robertem Kuwałkiem, który już nie żyje i którego więcej nie widziałam. I nigdy nie widziałam żony Feldhendlera, która nie żyje. Ale oni wszyscy żyją w mojej książce.

Zawsze widziała pani tak metafizycznie?

To była realna scena. Mogę panu pokazać to miejsce. Schody były realne, ulica była realna. Dopiero jak opowiadam, staje się to czymś innym, czymś więcej.

Od razu pomyślała pani, że to opisze?

Byłam szczęśliwa, wiedziałam, jak wyglądała żona Feldhendlera. I że wyłoniła się z tego mroku, z tej mgły. Myślałam: „Pojechałam do Lublina, żeby się tego dowiedzieć. I żeby opisać”.

Ocalić?

Zapisać. Więc zapisałam, że była niewysoka, ale ładna, z niebieskimi oczami przy smagłej cerze, a włosy starannie upinała na karku w gruby węzeł. „Wyjechała z Polski. Popadła w obłęd. Zmarła w szpitalu psychiatrycznym. Nie wiadomo, kto i dlaczego zabił Leona Feldhendlera. Jego śmierci nie wspominali w ciepłe wieczory ludzie na taboretach. Wiele lat później, ponad pół wieku później, zapewnią stanowczo: takie coś dyskutowane u nas nie było”. To ostatnie zdanie usłyszałam z ust syna Michaliny, dozorczyni domu. Wiedziałam, że całe życie mieszkał przy Złotej 2 i musi dużo wiedzieć.

Jak rozmawia się z synem dozorczyni?

Zadzwoniłam do mojej córki Kasi i zapytałam, jak mam wejść, żeby chciał ze mną rozmawiać. Dzisiaj coraz trudniej wejść do cudzego domu. Ludzie są nieufni, zwłaszcza kiedy wchodzi się bez zapowiedzi. – Kup dobrą szynkę i kawałek świeżego chleba, poradziła Kasia. Każdy lubi świeży chlebek i dobrą szyneczkę. Zapytaj: Proszę państwa, czy mogłabym u was zjeść śniadanie? Może się państwo poczęstują… Dokładnie to zrobiłam. Synowa Michaliny przyniosła talerze. Opowiedzieli mi – dom za domem. Kasia, chociaż informatyczka, miała dziwny trochę, ale dobry pomysł. Dobrze nam się przy tym śniadaniu rozmawiało.

Inni chętnie mówili?

Chciałam rozmawiać z rodziną pana Czyża, który mieszkał na parterze. Żona pana Czyża powtarzała: – Ja nic nie wiem, ja nic nie pamiętam.

I miała ochotę wypchnąć mnie z mieszkania. Wtedy weszła dziewczyna w wieku licealnym. – Miałaś już w lekturze „Zdążyć przed Panem Bogiem”? –  spytałam. Miała. – A pamiętasz, kto to napisał? Pamiętała. – To ja właśnie jestem, a babcia nie chce ze mną rozmawiać.

Była zaskoczona, jakby zobaczyła Elizę Orzeszkową, i zaprosiła do pokoju. Potem przyszła córka pana Czyża i już były trzy pokolenia. Okazało się, że przez całe życie był kierowcą karetki pogotowia, a najważniejszym wspomnieniem jego życia był cud w katedrze lubelskiej w 1949 roku. Wierni zobaczyli, że Matka Boska płacze. Miliony ludzi do katedry przyjeżdżały, ludzie mdleli z upału, z emocji. Były nawrócenia, cudowne uzdrowienia i tych, którzy mdleli, pan Czyż woził swoją karetką. Władze uznały cud za prowokację. Setki osób zamknięto w więzieniu na zamku lubelskim. Nazywano je cudakami. Codziennie był apel, ale któregoś dnia, kiedy stali przed swoimi celami, korytarzem przemaszerował mały, ciemny mężczyzna i wykrzykiwał z żydowskim akcentem: – Teraz to ona płacze, co? A jak Niemcy rozbijali głowy żydowskich dzieci o mur, to wtedy nie płakała, co? Tylko teraz, jak ojczyzna jest wolna!

Ładna scena, prawda? Więziennym korytarzem idzie żydowski ubek i robi awanturę Matce Boskiej, bo nie wiedziała, kiedy ma płakać…

Ktoś pani nie wpuścił?

Szukałam dawnych mieszkańców Złotej 2. Mieli już nowe adresy. Dawna lokatorka uchyliła drzwi przez łańcuch. – Interesuje mnie kamienica, w której pani… – Tak? A mnie w ogóle nie interesuje – i łubu-du, trzasnęła drzwiami. Pukam. Uchyla. – Bardzo przepraszam, ale gdyby chciała mi pani pomóc... – Nie chciałabym – i łubu-du. Wtedy otworzyły się sąsiednie drzwi. I dowiedziałam się, że 20 lat temu umarła matka tamtej kobiety. Biedna była, więc ludzie zafundowali pogrzeb. Zabrała na cmentarz butelki i słoiki z wodą, żeby wstawić w nie kwiaty. Jechali trolejbusem, wszyscy słyszeli, jak w torbie brzęczy szkło. I nikt nie przyniósł kwiatów. Ani jednego. Uznali, że skoro zapłacili za pogrzeb… Nigdy więcej się do nich nie odezwała. Do nikogo. Gdybym to wiedziała, może kupiłabym kwiaty, zapukała i powiedziała: Chodźmy razem na cmentarz.

Ludzie, którzy pani opowiadają historie innych, są medium? Są potrzebni pani bohaterom?

Kiedy pracowałam nad „Białą Marią”, Wojtek Tochman woził mnie samochodem po okolicznych wsiach. Jedna kobieta mówiła: – Dlaczego pani taką długą spódnicę nosi, jak to wygląda? Jak Cyganka pani wygląda. Była synową Władysława Sokoła, człowieka, który ukrywał Żydów i zginął razem z nimi – z matką i dwiema córkami. Kiedy przyszli Niemcy, siedzieli przy stole. Nie zdążyli wejść do podkopu. Była szafa, przez którą wchodziło się do podkopu, wychodziło w stodole. Bardzo chciałam, żeby jeszcze był tamten stół, żeby była tamta szafa. Zapytałam, czy mogę zobaczyć, dotknąć. – Kto by takie stare graty trzymał, spalone wszystko, spalone. A dym do nieba poszedł. Wojtek krzyknął: – Do nieba poszedł?! Jakie to piękne. Spojrzała z jeszcze większą nienawiścią, ale Wojtek miał rację, zdanie było ładne. Potem rozmawiałam z kobietą, która widziała, jak przyjechali Niemcy i prowadzili Władysława Sokoła. I jak szedł Sokół i ta Żydówka. Mówię: – Żydówki, bo były trzy. – Z jedną szedł – upierała się i zrozumiałam, że mówi prawdę. Szedł z jedną, a dwie potem znaleziono w stodole. I jeszcze widziała, że niósł szpadel, jakby do roboty szedł. Wykopał nim dół. W „Fantomie bólu...” jest zdjęcie miejsca, gdzie kopał. Pokażę panu. A to zdjęcie maszyny do szycia innego Władysława Sokoła, bo było dwóch Władysławów Sokołów, tak jak były dwie Weroniki z filmu Kieślowskiego. Jeden zginął. Drugi, krawiec spod Lwowa, przeżył.

Komu są potrzebni świadkowie. Zmarłym czy pani?

Mnie! Najlepszy wiek dla świadka to 16 lat. Jak się wtedy miało 16 lat, to się rozumiało wszystko i wszystko pamiętało. Pan Marian Raczyński, mieszkaniec Kocka, miał 16 lat, kiedy widział, jak idzie Pola Machczyńska, bohaterka reportażu „Narożny dom z wieżyczką”, która ukrywała Żydów. Była w zaawansowanej ciąży. Widział, jak sznurowadło się wlecze za Polą. Widział, jak dziewczynka siedzi na śniegu i Niemiec do niej strzela i czarne włosy tej dziewczynce, mówił, tak wiuuu, tak wiuuu, frunęły od podmuchu strzału. Wszystko zrozumiał, zapamiętał, wszędzie zdążył dobiec, wszystko zdążył zobaczyć, a ja zdążyłam zapisać.

Pani się urodziła reporterką?

Każdy prawdziwy reporter się nim rodzi.

Mówi pani często o organizmie reportera. Że musi współgrać z czyimś głosem. Czym jest?

Organizm to człowiek, a reporter jest człowiekiem, który rodzi się z ciekawością i słuchem. Z takim szczególnym słuchem.

A intuicja?

Przydaje się.

Powtarzała pani słowa swojej mamy, że zawsze pani wie, do kogo podejść.

Mama mówiła, że mam dwie zalety – umiem doprawić do smaku czerwony barszcz i znam się na ludziach.

Mama dziewczynki, którą pani tyle razy opisywała, pytała ją, kogo można poprosić o pomoc. Była wojna. Skąd dziewczynka wiedziała, kogo poprosić?

Umiała rozróżniać dobre oczy od niebezpiecznych.

Jak wyglądają niebezpieczne?

Mają przezroczystość. Mogą być przezroczyste niebieskie albo przezroczyste szare.

I dziewczynka wiedziała?

W każdym razie nie pomyliła się.

Ale to mama była dorosła.

Obie były dorosłe. Dzieci wojenne wcześnie doroślały. Wiedziały, że wszystko jest możliwe.

Kiedy pani to zrozumiała?

Zawsze.

W „Fantomie bólu...” jest dużo z pani?

Jest parę scen z mojego życia, zawsze napisane w trzeciej osobie. Myślę, że reporter powinien sam siebie traktować jak postać reportażu. W całej książce powtarzają się niektóre sceny. – Kobieta czyta dziewczynce „Lilie” Mickiewicza, a za oknem idą Żydzi do wagonów. Blisko. Parę metrów. Kobieta nie chce, żeby dziewczynka podeszła do okna. Czyta balladę, gdzie „pani zabiła pana”, a „wiatr zawiał, świece zgasły – wchodzi osoba w bieli – znany chód, znana zbroja – staje, wszyscy zadrżeli – staje, patrzy ukosem – podziemnym woła głosem”. Dziecko truchleje ze strachu, bo weszła osoba w bieli, nie dlatego, że ludzie idą za oknem. Przed domem stała figura świętego Antoniego z dzieciątkiem. Jeździłam do szkoły do Otwocka i patrzyłam przez okno, czy jeszcze stoi. Zawsze stała. Próbowałam ją niedawno odnaleźć, nie ma figury. Mam nadzieję, że ktoś ją przeniósł w inne miejsce.

Pani opowiada scenę ze swojego życia?

Z życia dziewczynki, której czytano „Lilie”.

Wśród scen, które wracają, jest i ta z komisariatu. Jest dziewczynka, którą znamy, i jej mama. Policjant każe im wybierać.

Tak, scena powraca w sposób nieco maniakalny.

Do czego jest pani potrzebna?

Do pokazania, jak wielkie bywa zło i jak wielkie dobro. Policjant, który zabawił się, każąc im wybierać, która przeżyje – jest uosobieniem zła i głupoty. A Maria, która wkracza na komisariat z krzykiem: – Jak to, moja siostra Żydówką?! O, panowie! – jest uosobieniem odwagi, szlachetności i dobroci. A to wszystko na małej przestrzeni, zasmrodzonej potem i papierosami. Dobro i zło są zawsze w pobliżu siebie. Są równoprawne. Ludzie lubią myśleć, że świat jest dobry, a zło to margines. Tak, niestety, nie jest.

Ta scena śniła się pani kiedyś?

Nie.

Powiedziała mi pani, że kiedy miała spotkanie promujące „Sublokatorkę”, nie zaprosiła mamy, choć mama pracowała w pobliżu, na Krakowskim Przedmieściu. Dlaczego?

Bo nie chciałam mamy smucić. Miała wystarczająco smutne życie, po co jeszcze dosmucać ją moimi książkami? Nie dałam jej „Sublokatorki”. Dla wszystkich byłaby czymś innym niż dla mojej mamy. Dla mojej mamy byłaby życiem.

Izolda, bohaterka książki „Król kier znów na wylocie”, chodziła do wróżki pytać o los męża. Pani też jeździła z mamą i jej przyjaciółką Amelią, której mąż był w stalinowskim więzieniu, do wróżki. Wierzyła pani we wróżby?

Oczywiście. Mieszkała w Łodzi, na Radogoszczu. Miała taki schludny robotniczy domek. Była tkaczką. Rozkładała karty i mówiła, co będzie. Raz powiedziała, że gromadzą się czarne chmury, więc mąż Amelii dostał wyrok śmierci. Innym razem chmury się rozjaśniły i zamieniono mu karę śmierci na dożywocie. Mama poznała Amelię w Krynicy na wczasach. Z każdych wczasów przywoziła kolejne przyjaciółki. Kiedyś na Jaszczurówce w Zakopanem jakaś obca pani powiedziała mi: – Do tego domu pani mamusia przyjeżdżała.

Jeździła tam do końca życia. Nie miała siły chodzić, więc siedziała sobie na tarasie i patrzyła na góry. Przedtem jeździła co tydzień nad morze. Wieczorem brała siatkę z ręcznikiem i kostiumem kąpielowym, wsiadała w pociąg i całą noc jechała na Hel. Cały dzień była na plaży, wieczorem znowu wsiadała w pociąg, rano szła do pracy. Różewicz w tomiku poezji „Matka odchodzi” pisał, że jego matka nie widziała morza. Miał poczucie winy, że jej nie zabrał. Moja mama nie czekała, aż ją zawiozę. Rano dzwoniła do mnie i mówiła: – Wiesz, byłam na Helu.

Była opalona, świeżutka, wesoła. Z zawodu była kosmetyczką i marzyła o gabinecie kosmetycznym na „Batorym”. Miała gabinet w Gdyni na Świętojańskiej, bo bliżej „Batorego”.

Napisała pani, że ci, którzy rządzą, dzielą świat, a ci, którzy go opisują, łączą go na nowo.

To prawda. Mam nadzieję, że łączę ludzi żyjących z tamtymi, których nie ma.

To są równoległe światy?

Nie wiem. Być może tamten istnieje dopóty, dopóki trwa pamięć o nim.

To tam już nie ma żadnej rzeki?

Świat, który był nad rzeką, jest w książce. Więc jest.

Po co byłoby to wszystko?

Po co świat byłby? Po to, żeby go opisywać.

Hanna Krall: polska pisarka i dziennikarka, laureatka uhonorowana wieloma nagrodami i odznaczeniami, m.in. Wielką Nagrodą Fundacji Kultury, złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, orderem Ecce Homo, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, Dziennikarskim Laurem, Nagrodą Literacką im. Juliana Tuwima i Kryształowym Zwierciadłem. Na „Fantom bólu...” Hanny Krall składają się: „Zdążyć przed Panem Bogiem”, „Sublokatorka”, „Okna”, „Hipnoza”, „Taniec na cudzym weselu”, „Dowody na istnienie”, „Tam już nie ma żadnej rzeki”, „To ty jesteś Daniel”, „Wyjątkowo długa linia”, „Król kier znów na wylocie”, „Różowe strusie pióra” i „Biała Maria” – z najnowszą częścią zatytułowaną „Podwójne życie Władysława Sokoła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).