1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

François Ozon: „Myśl o śmierci każdego dnia”

„Nie ma w tym filmie sentymentalizmu, a wręcz jest jego mocne zaprzeczenie” – mówi o dramacie „Wszystko poszło dobrze” François Ozon. (Fot. materiały prasowe/Carole Bethuel/Mandarin Production&Foz)
Docenisz wtedy bardziej, że jesteś zdrowy i w dobrej formie, ale też intensywniej przeżyjesz każdy dzień – radzi reżyser François Ozon. W kinach zobaczyć można właśnie jego film „Wszystko poszło dobrze”, w którym ważnym wątkiem jest eutanazja.

Twoje kino jest bardzo osobiste. Często powtarzasz, że jest nawet Twoją terapią. Za każdym razem, kiedy oglądam nowy film François Ozona, zastanawiam się, co usiłuje mi powiedzieć o sobie. Nie inaczej jest z „Wszystko poszło dobrze”.
Nigdy nie opowiadam o sobie w moich filmach. One nie są autobiograficzne, choć uważny widz znajdzie sporo analogii do wydarzeń z mojego życia. Czułbym się niekomfortowo, mówiąc z ekranu wprost o własnych dylematach i rozterkach. Wolę zawsze opowiadać o doświadczeniu kogoś innego, z którego losami mogę się utożsamiać, które są mi bliskie. W przypadku filmu „Wszystko poszło dobrze” składam hołd Emmanuèle Bernheim, kobiecie, która była moją przyjaciółką i współscenarzystką wielu moich filmów, takich jak „Basen”, „Pod piaskiem”, „Ricky” czy „5x2”. Manu, bo tak ją nazywaliśmy, kilka lat temu przegrała walkę z chorobą, ale wcześniej życie postawiło ją w sytuacji, która przerasta większość ludzi. Mnie także. Musiała zmierzyć się z prośbą swojego ojca o pomoc w dokonaniu eutanazji.

Ciekawa jestem, czy ten film otworzy debatę na temat eutanazji, tak jak miało to miejsce trzy lata temu w przypadku pedofilii, o której opowiada Twój film „Dzięki Bogu”.
Być może, ale to mnie właściwie nie interesuje. To bardziej film o rodzinie niż o wspomaganym samobójstwie. Manu napisała autobiograficzną książkę „Wszystko poszło dobrze” i miała początkowo sama przenieść tę historię na ekran. Niestety nie zdążyła. Chociaż zarówno książka, jak i film dotykają tematu śmierci, to paradoksalnie nie jest to historia o umieraniu. Starałem się zrobić film opowiadający się po stronie życia. André to starszy mężczyzna, który chce umrzeć dlatego, że nie ma już szans i możliwości, by po udarze wieść takie życie, jakiego pragnie. To mnie właśnie zaintrygowało, a nie społeczny rezonans, jaki film może wywołać, czy też próba odpowiedzi na pytanie, czy mamy prawo do eutanazji, czy nie.

Nigdy nie interesowało mnie kino zaangażowane społecznie czy politycznie. Także przy okazji tematu pedofilii w „Dzięki Bogu”. Wcześniej zrobiłem wiele filmów o kobietach, tu zainteresował mnie przypadek mężczyzny – kruchego, poranionego wewnętrznie – oraz jego dojrzewania do wyjścia z roli ofiary. Bieżące wydarzenia nie są dla mnie nigdy inspiracją, Dowód: kiedy Emmanuèle zaproponowała mi nakręcenie filmu w 2013 roku, odmówiłem. Temat eutanazji był wtedy mocno dyskutowany, przerażał mnie.

To co się zmieniło?
Dziś jestem starszy, dojrzałem, częściej niż kiedyś myślę o końcu życia, wielu moich przyjaciół i bliskich odeszło. Jest coraz więcej pustych miejsc dookoła. Do pewnych tematów trzeba dojrzeć albo one muszą trafić na właściwy czas i moment w naszym życiu. Na przykład książkę „Lato 1985” przeczytałem, gdy miałem 20 lat. Jej adaptację nakręciłem dopiero 30 lat później. Wracając do „Wszystko poszło dobrze” – to film, który nie idzie na skróty. Daje różne możliwości interpretacji.

Nie opowiadasz się po żadnej ze stron. Wolisz, aby widzowie sami zastanowili się, co zrobiliby w podobnej sytuacji?
Właśnie tak. Każdy widz zinterpretuje to na własny sposób, zgodnie ze swoją wrażliwością, momentem życia, w którym się znajduje, doświadczeniami. Ważne jest dla mnie to, by dać widzom poczucie całkowitej wolności w odbiorze zachowania moich bohaterów. Sam nie wiem, jak bym się w takich okolicznościach zachował. I pewnie nikt z nas tego nie wie, dopóki taka sytuacja mu się nie przytrafi, choć nikomu jej nie życzę. Już po nakręceniu tego filmu zrozumiałem, że po takim przeżyciu traci się niewinność, że to jest traumatyczne i bardzo niszczące doświadczenie. I nie usprawiedliwia go fakt, że przywracamy naszym bliskim godność, pomagając im umrzeć na ich własnych zasadach.

Jak poznałeś Emmanuèle?
Po raz pierwszy spotkałem Manu, przystępując do realizacji filmu „Pod piaskiem”. Potrzebowałem drugiej głowy, innego punktu widzenia, lustra. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem wtedy na Manu. Już po jej pierwszych uwagach poczułem, że to jest właściwa osoba. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Odkryłem, że jest nie tylko mądrą, dojrzałą kobietą, lecz także potrafi świetnie pisać. Kiedy się bliżej poznaliśmy, zobaczyłem także, że łączy ją wyjątkowa, bliska więź z ojcem. Były w tej relacji wielka czułość i potrzeba miłości.

Dla córek ojciec jest ogromnie ważną figurą, pierwszym mężczyzną, który buduje ich wyobrażenia o innych facetach. Ta relacja rzutuje na związki kobiety z innymi mężczyznami w dorosłym życiu – i to o wiele silniej niż sądzimy.

Filmowa Emmanuèle kocha André, jest mu bardzo oddana, choć nie był on dobrym ojcem. A może jest zakładniczką swoich własnych, nieodwzajemnianych uczuć?
Emmanuèle miotały bardzo różne, skrajne emocje. Miłość, nienawiść, żal, gniew, czułość, lęk, tęsknota za bliskością. Jej relacja z André nie była więc łatwa. Dlatego, kiedy ojciec poprosił ją, a nie jej siostrę, o pomoc w zakończeniu życia, wszystko stało się jeszcze trudniejsze do zniesienia i zaakceptowania. Dramatyzmu całej sytuacji dodawał fakt, że ojciec był gejem. We francuskich burżuazyjnych domach jeszcze kilkadziesiąt lat temu odkrycie homoseksualizmu kogoś z jej członków było szokujące. Mówię o czasach młodości Manu, ale także mojej własnej. Żona André i matka Emmanuèle do końca życia nie mogła się z tym pogodzić, zapadła na depresję.

Dlaczego Manu nie opisała matki w książce? Dlaczego ją w ogóle pominęła?
Po śmierci Manu odkryłem, że jej matka, grana przez Charlotte Rampling, była kiedyś artystką, wielką rzeźbiarką. To wydawało mi się ciekawe, bo pokazywało lepiej tę rodzinę, jej napięcia, pęknięcia, rozterki. Myślę, że Manu miała na jej punkcie jakąś obsesję. Matka całe życie tkwiła w depresji. Wiedziała, że mąż miał kochanka, a mimo to nie potrafiła odejść. Ona nie tylko czuła się ofiarą, ale umacniała i celebrowała swoje cierpienie. W pokoleniu naszych rodziców rozwód nie był oczywistą ani łatwą sprawą. Dziś trudno nam zrozumieć, dlaczego kobieta w takiej sytuacji nadal mieszka i żyje z mężczyzną, który tak ją boleśnie zranił i odrzucił. To pokazuje, jak bardzo samolubny był ojciec Manu, ale jednocześnie – jak bardzo kochał wolność.

Jak udało Ci się uniknąć patosu i nie zamienić chorego ojca w karykaturę tyrana?
Starałem się precyzyjnie przełamywać napięcie scenami pełnymi humoru i czułości. Ojciec jest egotykiem, ale nie potworem. Nie ma w tym filmie łatwego sentymentalizmu, a wręcz jest jego mocne zaprzeczenie, zawarte choćby w samym tytule książki i filmu. Pozostawiam widzom decyzję co do tego, co tak naprawdę „poszło dobrze”. Poprosiłem aktorki grające córki André, czyli Sophie Marceau i Géraldine Pailhas, aby nie płakały, a w każdej scenie były na granicy łez. Czułem, jak ważne jest powstrzymywanie emocji do końca filmu. „Żadnych żałobników”, jak mówi André. On nigdy za nic nie dziękuje i z niczego się nie tłumaczy. Patrzy śmierci prosto w twarz. Bezczelnie, bez nabożeństwa i strachu. Pewnie też stąd bierze się jego poczucie humoru. Śmierć jest w naszym społeczeństwie tak silnym tematem tabu, że kiedy ktoś mówi o niej otwarcie i nie ukrywa, jak bardzo jej pragnie, to wszystkich wytrąca z równowagi.

To opowieść o człowieku, który chce umrzeć, bo właśnie kocha życie. Paradoksy wciąż Cię fascynują?
Tak! Myślę, że aby przeżyć w dzisiejszym świecie, człowiek musi być trochę samolubny. André chce po udarze żyć znów na 100 proc, ale może funkcjonować zaledwie na 10. Dociera do niego, jak wspaniałe życie wiódł do tej pory. To, którego doświadcza w szpitalu, kompletnie go nie interesuje. Ma swoją idée fixe, czyli obsesję godnej śmierci – pozostaje jej wierny do końca. Dla André Dussolliera, który zagrał ojca, a zwykle wciela się w bohaterów będących symbolami witalności, kreacja unieruchomionego w łóżku mężczyzny, zmienionego nie do poznania, była sporym wyzwaniem.

W większości swoich filmów krytykujesz instytucję rodziny. Czy to wynika z Twoich traum z dzieciństwa i młodości?
Dawniej w moich filmach ujawniałem o wiele bardziej krytyczny stosunek do instytucji rodziny niż obecnie. Z powodu braku akceptacji dla mojej orientacji seksualnej bardzo cierpiałem, rodzice przestali być dla mnie autorytetami, nie miałem z kim porozmawiać o swoich problemach. Teraz nie ma już we mnie takiej agresji. Jak mówiłem, dojrzałem, uspokoiłem się i stałem się człowiekiem szczęśliwszym. Teraz dostrzegam rodzinę jako złożoną, wielopoziomową strukturę. Z jednej strony każdy z nas bardzo jej potrzebuje, bo chce gdzieś przynależeć, z drugiej strony – ucieka z niej, kiedy narusza ona cienką granicę jego wolności i przestrzeni.

W filmie eutanazja jest po trosze gestem ocalającym godność i wolność człowieka, po trosze kaprysem i, co najciekawsze, przywilejem klasowym.
Jest coś bardzo niemoralnego w tym, że tylko bogaci ludzie mogą sobie zapewnić godną śmierć, bo stać ich, by za nią zapłacić. Wiem, że dziś wielu Francuzów chciałoby zmiany prawa i pozwolenia na eutanazję. Być może wtedy byłaby ona paradoksalnie bardziej demokratyczna i dostępna także dla mniej zamożnych obywateli.

Dlaczego wybrałeś Sophie Marceau do zagrania Emmanuèle?
Od zawsze ją bardzo lubiłem i ceniłem. Jest z mojego pokolenia. Wcześniej ze trzy razy proponowałem jej role w moich filmach, ale zawsze słyszałem „nie”. Historia Manu mocno ją poruszyła. To jest aktorka, którą rola musi całkowicie zaangażować, pochłonąć. I tak było w tym przypadku. Znakomicie pokazała, że myśl o utracie ukochanej osoby może być nie tylko bolesna, lecz także przepełniona takimi uczuciami jak uraza czy poczucie winy.

To Hanna Schygulla wypowiada tytuł „Wszystko poszło dobrze”. Zobaczymy ją w Twoim następnym filmie, nowej wersji „Gorzkich łez Petry von Kant”. Czy to ukłon w stronę ukochanego Fassbindera?
Podczas lockdownu i odosobnienia szukałem materiału na kolejny film. I pomyślałem wtedy o moim idolu. Jestem wielkim fanem Hanny Schygulli, bo właśnie dzięki niej odkryłem kino Rainera Wernera Fassbindera. Hanna zagrała w jego „Gorzkich łzach Petry von Kant” młodą kobietę, modelkę Karin Thimm. W mojej wersji filmu wcieli się w matkę bohaterki, a więc to jakby spotkanie sentymentalne z kinem Fassbindera i z jego muzą. Mam nadzieje, że premiera odbędzie się już w przyszłym roku.

A Charlotte Rampling? Jak Ci się z nią współpracowało?
Charlotte jest wspaniałą przyjaciółką i genialną, fascynującą aktorką. Znamy się od wielu lat, poznała też osobiście matkę Manu. To było dla mnie ważne. W związku z tym, że zagrała wielkie i główne role w moich różnych filmach, tym razem bez problemu zgodziła się na epizod kobiety cierpiącej na przewlekłą depresję i chorobę Parkinsona.

Rampling, Schygulla, Marceau… Robisz filmy o kobietach częściej niż o mężczyznach. Wielu twierdzi, że jesteś znawcą kobiecej duszy. Z kolei niektóre feministki mówią o Tobie, że jesteś ukrytym mizoginem i tak naprawdę nie lubisz kobiet. To jak to z Tobą jest?
Ależ ja uwielbiam kobiety! Idealizuję je. Nie jestem żadnym męskim szowinistą! Ani mizoginem! Uważam, że kobiety są nieporównywalnie ciekawsze od mężczyzn i zdecydowanie lepiej mi się z nimi pracuje. Przez całe życie muszą walczyć o wszystko, udowadniać, że są dobre w swojej profesji. Nic nie jest im dane z góry. Mają trudniej niż mężczyźni. Myślę, że dobrze je rozumiem, także dlatego, że jako osoba o odmiennej orientacji seksualnej sam bardzo długo czułem się nieakceptowany, gorszy, zawsze miałem pod górkę. Uwielbiam filmować kobiety i uważam, że je rozumiem. Słucham ich i poznaję je na nowo, bo ciągle potrafią mnie zaskakiwać.

Śmierć, akceptacja odejścia, choroba, poczucie winy – towarzyszyły twojemu kinu od początku. Dlaczego Ty, człowiek pełen życia i wciąż młody, lubisz takie mroczne tematy?
Sądzę, że dobrze jest myśleć o śmierci każdego dnia. Doceniasz wtedy bardziej to, że żyjesz, że jesteś zdrowy i w dobrej formie, ale też mocniej przeżywasz każdy dzień, cieszysz się nim w pełni. Zyskujesz szerszą perspektywę, dystans do swoich problemów. Śmierć niesie w sobie wielką tajemnicę. Nigdy nie przestanie mnie fascynować.

Fracois Ozon, scenarzysta, reżyser, producent filmowy. Nagradzamy m.in. za filmy „8 kobiet”, „Żona doskonała”, „U niej w domu” czy „Młoda i piękna”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze