1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Nie odpuszczę” – zapewnia Monika Horna-Cieślak, adwokatka i aktywistka na rzecz dzieci, od niedawna Rzeczniczka Praw Dziecka

Monika Horna-Cieślak (Fot. Weronika Ławniczak /PAPAYA FILMS)
Monika Horna-Cieślak (Fot. Weronika Ławniczak /PAPAYA FILMS)
Monika Horna-Cieślak ma pasję i entuzjazm zapowiadające prawdziwą zmianę. Od początku swojego urzędowania pokazuje, że głos mają osoby młode, a ona reprezentuje ich prawa i interesy. Monika Horna-Cieślak nie boi się mówić, że jej praca płynie z serca, nie ze stanowiska.

Gratuluję społecznego zastępcy. Wysyła pani sygnał do innych – dajmy głos młodym?
Pierwszy raz w historii Rzecznik Praw Dziecka powierzył rolę społecznego zastępcy osobie młodej. Janek Gawroński ma 17 lat, rozwija się w spektrum autyzmu, jest osobą z niepełnosprawnościami sprzężonymi. Mając 13 lat, występował na konferencji TED, pisał wystąpienia do dyrektorów instytucji, ministrów, stając się samorzecznikiem osób w spektrum autyzmu. Chcę zachęcać osoby podobne do Janka, by wychodziły do świata. Wszyscy potrzebujemy ich piękna, pasji, autentyczności. Patrząc na niego, od razu staram się być lepszym człowiekiem. To my musimy dostosować świat do osób takich jak Janek, otworzyć się na ich potrzeby.

Tymczasem na stronie RPO nie ma nawet pani biogramu.
Nie mam na to czasu. Wchodzę w nową funkcję z pełnym zaangażowaniem, ekscytacją i radością. Zawsze wykonywałam pracę, która była moją pasją. Mówię do męża, że jestem we właściwym miejscu. Bo od 19. roku życia pomagałam krzywdzonym dzieciom. Oczywiście na samym początku bardzo wierzyłam w swoją sprawczość, że wystarczy znajomość prawa i nic mnie nie zaskoczy, zawojuję świat. Życie i praca adwokatki nauczyły mnie, że wszystko jest nieprzewidywalne, zwłaszcza na sali sądowej. Mam dużą pokorę wobec prawa i wobec ludzi. Za zasłoną różnych emocji, także złości, bezsilności, staram się widzieć człowieka szukającego zrozumienia.

Nie przytłoczył pani początek?
Przytłoczył mnie stan, w jakim zastałam biuro. Poprzedni rzecznik kierował się światopoglądem, tworzeniem hierarchii. Takie traktowanie ludzi jest mi obce. Kiedy wchodziłam do czyjegoś pokoju, ludzie stawali jak porażeni: „Dzień dobry, pani rzecznik”. Nie potrzebuję tego. I dlaczego tak reagują, co tam się działo? Bardzo dużo myślę o pracownikach, często zatrudnionych jeszcze przez pana rzecznika Marka Michalaka, znakomitych specjalistach. Żałuję, że później, przez pięć lat kolejny rzecznik nie pokazywał, jacy tam świetni ludzie pracują, ile mają kompetencji. Bycie rzecznikiem to rezygnacja ze swojego ego, spojrzenie z perspektywy osób młodych i ich potrzeb.

Pani używa terminu „osoby młode”.
Tak. To dla mnie synonim dzieci, młodzieży. W ten sposób podkreślam, że dzieci są osobami, mają swoje potrzeby, prawa, ale również obowiązki.

Jaki wśród obszarów, którymi zajmuje się rzecznik, jest najbardziej zaniedbany?
Są to tematy mało medialne. Bezdomność dzieci i młodzieży. Bardzo mnie porusza, że dzieci śpią na ulicy, w altankach ogródków działkowych. Może nie do końca dostosowany jest system pomocowy noclegowni? Inny ważny temat to zaginięcia dzieci. Miałam niedawno spotkanie z rodzicami zaginionego dziecka i dotarło do mnie, że jak ci zaginie dziecko, to jesteś samotny, szukasz go na własną rękę, mobilizujesz ludzi. Tu jest małe wsparcie ze strony państwa. Trzeba to uregulować. Usłyszałam, że nikt nie zaoferował im wsparcia psychologicznego, nie wskazał, co robić. Z tego powodu niektóre działania rodziców i służb się dublowały. Uświadomiłam sobie, że w przestrzeni medialnej nie mówi się, jak wyglądają procedury przy zaginięciu. A każde dziecko może zaginąć. Potrzebujemy systemowo zmienić poszukiwania dzieci. Ci rodzice wypisali mi to, co jest do zmiany.

W Andrychowie zmarła dziewczynka, w śniegu, niedaleko budynku policji. Podczas gdy ojciec zeznawał w komisariacie, policja nie namierzała komórki dziecka.
Temat Andrychowa objęłam szczególnym nadzorem. Do tej pory w biurze Rzecznika Praw Dziecka nie pracowała osoba specjalizująca się w zaginięciach dzieci. Planuję zatrudnienie doświadczonej osoby. Innymi tematami szczególnej uwagi powinny być bezpieczeństwo w Internecie czy przemoc rówieśnicza.

Będzie pani wpływać na ustawodawstwo?
Zdecydowanie tak. U Rzecznika Praw Dziecka będzie pracował legislator. Bo jednym jest idea, a drugim zapisanie jej prawem. Uwielbiam tworzyć prawo, a tworzyłam je, nie tylko będąc adwokatką, ale też badaczką. Jako adwokatka byłam na sali sądowej, w policji, w prokuraturze, spotykałam się z dziećmi, z ich rodzicami. Wiem, że aby tworzyć prawo, konieczne jest spojrzenie na dany problem z wielu aspektów. Tworzenie prawa jest zmianą świata, bo ma służyć człowiekowi, chronić go, pomagać mu.

Pani znaczącym osiągnięciem sprzed objęcia urzędu jest tak zwana Ustawa Kamilka z Częstochowy, czyli Ustawa o ochronie małoletnich, która została uchwalona w 2023 roku.
Ta ustawa jest spełnieniem moich marzeń. Znalazły się w niej postulaty, które podnosiłam, pracując chociażby w Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę”, także te, z jakimi mierzyłam się na sali sądowej. Z koleżanką, sędzią Agnieszką Matysek, która przez lata była w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, stwierdziłyśmy, że chcemy przelać te wszystkie marzenia na papier. I robiłyśmy to, po pracy. Zaczęłyśmy jesienią 2022 roku. Siedziałyśmy wieczorami w domu i pisałyśmy przepisy. Miałyśmy zgodę Ministerstwa Sprawiedliwości. Konsultowałyśmy efekty swojej pracy dość szeroko, z ekspertami. Kiedy pojawiła się sprawa Kamilka z Częstochowy, wiedzieliśmy wszyscy, że ta ustawa musi ujrzeć światło dzienne. Wydarzyło się coś okrutnego i my jako obywatele musieliśmy dać odpowiedź. Na sali sądowej, w policji, prokuraturze często czułam bezsilność. Problemem nie jest materiał dowodowy, zakładam, że rzetelnie zebrany, tylko mentalność. Zeznania dzieci prokurator potrafi nazwać w postanowieniu „rewelacjami”. Nie rozumiem, jak można pomniejszać zdanie osób młodych. Więc kiedy usłyszałam historię Kamilka, dziecka polewanego przez ojczyma wrzątkiem, rzucanego na piec kaflowy, przypalanego papierosami, miałam ochotę wyjść na ulicę i krzyczeć: „Dość przemocy wobec dzieci! Ile jeszcze?!”.

Chciałyście związać Ustawę z konkretną historią, aby lepiej komunikować ją społeczeństwu?
Przede wszystkim po to, aby oddać hołd krzywdzonym dzieciom. Zaczęłam pisać o jej projekcie na Facebooku, podkreślając, że stworzyli ją eksperci, a nie politycy. Równolegle odezwała się do mnie mieszkająca we Francji Marlena Wierzbicka. Poszukiwała prawnika dla tak zwanej Społeczności Kamilka z Częstochowy [na rzecz ochrony praw najmłodszych obywateli RP]. Pisała do wielu prawników. Powiedziała mi później, że czuła się bezsilna i pisząc do mnie, pomyślała: „Niech się już w końcu ktoś odezwie”. Mówiła o różnych rozwiązaniach, które „społeczność Kamilka” chciałaby wprowadzić. Nasza ustawa w dużej mierze je zakładała. Włączyła mnie w społeczność Kamilkową. Zaprzyjaźniłyśmy się. Potem miałam kontakt z Piotrem Kucharczykiem, który był bardzo zaangażowany w sytuację Kamilka, zupełnie prywatnie. Organizował pochówek. Zaproponowałam nazwanie ustawy imieniem chłopca pod warunkiem, że rodzina wyrazi zgodę. Ojciec biologiczny i przyrodnia siostra zgodzili się. Potem wspólnie organizowaliśmy wiece poparcia dla ustawy, pokazując, że łączy, pilnując, żeby nie było tam polityków.

W niedawnej sprawie 14-latki, która została porwana i brutalnie zgwałcona, zapadły wyroki wysokie, ale nie te najwyższe, bo sędzia uznał, że są gwałty brutalniejsze, powierzchowne rany się zagoiły, a zgolone włosy odrosły. Jaka jest rola rzecznika w takich sprawach?
Co to znaczy, że są gwałty brutalniejsze?! Przy ogłoszeniu wyroku, w sprawach, jakie prowadziłam, moi klienci płakali, bo w końcu dostali sprawiedliwość. Nie miałam przegranych spraw. Ale prowadząc sprawy o wykorzystanie seksualne, miałam poczucie, że osoby pokrzywdzone zostają z tym na całe życie. Sprawa w sądzie pierwszej instancji może trwać około czterech lat. Wykorzystanie seksualne dzieci zazwyczaj zaczyna się od uwodzenia. Sprawca nawiązuje z dzieckiem bliską relację po to, żeby stopniowo przekraczać jego granice. Reprezentowałam w sądzie dziecko, które było wykorzystywane cztery lata. Proces też trwał cztery lata. Terapia, któremu poddała się dziewczyna, trwa nadal, może trwać i dziesięć lat. Czyli ta dziewczyna tkwi w dramacie 18 lat. Kara musi być adekwatna do cierpienia dziecka. Rzecznik Praw Dziecka może poruszyć opinię publiczną. Niedawno zabrałam głos w sprawie skatowania małej dziewczynki, bo sąd nie zastosował tymczasowego aresztowania. Chciałam zasygnalizować, że mnie to niepokoi i biorę tę sprawę pod nadzór. W procesach karnych musimy zacząć patrzeć bardziej z perspektywy pokrzywdzonego. Sędziowie powinni obowiązkowo podnosić swoje kompetencje, szkolić się. I to jest wpisane w „Ustawę Kamilka”. Sprawca zakatowanego trzyletniego Tomusia z Grudziądza w pierwszej instancji dostał 25 lat pozbawienia wolności, a sąd apelacyjny zmniejszył wyrok do 15. Dlaczego? Co się wydarzyło? Nie było tam nieumyślnego spowodowania śmierci. Będę interweniować.

Grudziądz to pani rodzinne miasto. Tam właściwie stała się pani samorzecznikiem.
Moi rodzice zawsze zwracali uwagę na społeczność, drugiego człowieka. Uczyli, że jak coś złego się komuś dzieje, nie odwracamy wzroku. Są różne sytuacje w życiu, warto wysłuchać, pomóc. Jeżeli do drzwi dzwonił bezdomny, prosząc o wsparcie, tata zawsze dawał mu jedzenie. Choć zdarzało się, że później znajdował je na klatce dwa piętra niżej.

Czym zajmowali się rodzice?
Mama jest nauczycielką, brat jest nauczycielem, jego partnerka jest nauczycielką. Tata pracownikiem fizycznym. Zawsze lubił poznawać ludzi. Mam to po nim, lubię słuchać innych. Nawet jak szedł tylko kupić pietruszkę, to długo nie wracał, bo spotkał sąsiada, zagadał się. Od niego nauczyłam się, jak wiele drugi człowiek może wnieść w nasze życie. Że nie jest zagrożeniem, tylko wartością. W naszym domu był trochę odwrócony model jak na tamte czasy. Nie chodziliśmy do żłobka ani do przedszkola, to tata się nami zajmował, bo mama była w pracy. Dla mnie naturalne jest, że partner wspiera.

Kiedy zaczęła pani pomagać innym?
W pierwszej klasie podstawówki zaangażowałam się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Tata chodził ze mną, zbieraliśmy do puszki. Kiedy podrosłam, chodziłam z koleżankami. Ale zdarzeniem, które zburzyło moje myślenie o świecie i pokazało kierunek, był jeden z odcinków „Rozmów w toku” Ewy Drzyzgi. Podjęła temat przemocy wobec dzieci i wykorzystania seksualnego. Dla mnie, chowanej w przekonaniu, że człowiek jest dobry, to był szok. Nie wiedziałam, że rodzice mogą robić takie rzeczy swojemu dziecku albo że ich znajomi mogą je krzywdzić. Nie rozumiałam tego. Po rozmowie pokazano reportaż o założonej przez Alinę Margolis-Edelman Fundacji „Dzieci Niczyje”, z której później wyrosła Fundacja „Dajemy Dzieciom Siłę”. Więc najpierw zobaczyłam beznadzieję, a zaraz potem, że są organizacje i ludzie, którzy dają nadzieję.

W szkole nie widziała pani tych problemów?
Widziałam przemoc rówieśniczą. Przemoc domowa nie była tematem rozmów młodzieńczych. Raczej to, że mama krzyczy, bo nie pozwala pójść na imprezę. To było tabu początku lat 2000.

Wybór prawa był oczywisty?
W klasie maturalnej wystartowałam w olimpiadzie o prawach człowieka. Czytałam książki akademickie, odkrywając, że są systemy międzynarodowe, że jest Rzecznik Praw Dziecka. To mnie zafascynowało. Dotąd nigdy nie myślałam, że mogłabym być prawniczką. W Grudziądzu pokutowało myślenie: o, prawnik, pewnie miał koneksje albo ojca prawnika. Ale moja profesor Kamila Melkowska-Lemke dała mi wiarę w siebie. Już na pierwszym roku wiedziałam, że to dobry kierunek, lubiłam się uczyć. Znalazłam anons, że Fundacja „Dzieci Niczyje” poszukuje wolontariuszy wśród studentów od III do V roku prawa. Byłam na pierwszym miesiącu I roku i choć nie spełniałam wymogów, wysłałam CV. Na spotkaniu powiedziałam, że chcę łączyć prawo z pomaganiem dzieciom. To nie było popularne myślenie. Większość koleżanek i kolegów wybierało prawo administracyjne, handlowe. Ale mnie przyjęto. Moim wielkim marzeniem było zostać prawniczką tej fundacji. Najpierw byłam wolontariuszką, potem na zastępstwie w sekretariacie, potem już byłam sekretarką. Znajomi robili kariery w wielkich kancelariach prawniczych. Byłam najlepszą studentką na roku i wszyscy pytali: „Monika, dlaczego ty siedzisz w sekretariacie?”.

A pani odbierała telefony?
Odbierałam telefony, robiłam kawę, zmieniałam papier toaletowy w toalecie. W ogóle nie wyobrażałam sobie, że mogłabym pracować w innym miejscu.

Jest pani idealistką?
Wierzę, że każdy człowiek może przyczynić się do naprawy świata. Zastanawiałam się, dlaczego robię te rzeczy. Mając 29 lat, odbierałam nagrodę Rising Stars dla najlepszej prawniczki młodego pokolenia. Potem ukazał się artykuł „Powołanie – niesłusznie zapomniane słowo”, nawiązujący do nagrody dla mnie. Zrozumiałam, że to, co robię, jest powołaniem, czyli płynie z serca. Nie jestem Rzecznikiem Praw Dziecka z powodu stanowiska, ale serce mówi mi, abym szła w tę stronę. Będę wspierać wszystkie inicjatywy młodzieżowe, które nie krzywdzą drugiego człowieka. Czy to będą tęczowe piątki, czy oazowe wyjazdy dzieci katolickich, inicjatywy dzieci żydowskich czy muzułmańskich... W czasie wysłuchania na komisji sejmowej powiedziałam, że urząd Rzecznika Praw Dziecka nie może segregować, nikogo dyskryminować. Przygotowując się, pomyślałam: „Co się wydarzyło, że muszę przypominać o tak podstawowych sprawach?”.

Szła pani z przekonaniem, że to zmienia pani życie?
O nie, taką rozmowę mieliśmy wcześniej z moim mężem, bo tak samo odpowiedzialnie chciałam podejść do mojego życia rodzinnego i zawodowego.

Z czynnej adwokatki przeszła pani do urzędu.
Nie zrezygnuję z sali sądowej. Jako rzeczniczka mam możliwość włączania się do spraw. To będzie też zmiana w urzędzie. Będę osobiście na rozprawach. Sprawę Kamilka będę prowadzić osobiście, ze wsparciem pracownika biura. Nie odpuszczę. Andrychowa też nie odpuszczę.

Wygrywając sprawy, czuła pani, że to wygrana czy przegrana?
Wygrana, ale nie moja, tylko tych dzieci. Bo gdyby nie powiedziały, co im się stało, nie byłoby sprawiedliwości. To zawsze ich odwaga. Skrzywdzone dzieci mają próby samobójcze, trafiają do szpitali psychiatrycznych i mimo wszystko chcą żyć. Jeżeli znajdują dorosłą osobę, która im uwierzy, to znaczy, że bardzo chcą żyć. Zawsze widziałam w tych sprawach nadzieję na ich lepsze życie. Zawsze czułam radość, że ich odwaga ma dobry finał. Ale czułam też smutek, wiedząc, jak długą drogę musimy przejść, żeby uwierzyć dziecku.

Mąż jest prawnikiem?
Jest adwokatem. Kiedy na studiach pracowałam w Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę”, zostałam przewodniczącą samorządu studenckiego na naszym wydziale. „Monika, poprowadź posiedzenie”. Zbladłam. Mateusz siedział koło mnie, zapytał: „Nie wiesz, jak prowadzić? Powiem ci”. Pomógł mi. Wpadł na pomysł założenia studenckiej poradni prawnej. Zaczęliśmy razem ją tworzyć. Zostaliśmy parą. Spotykaliśmy się ze studentami, żeby opowiedzieć im o planach, dać sugestie. Któregoś dnia miałam wystąpienie, wygłosiłam dwa zdania i się zacięłam. Zeszłam z mównicy. Byłam załamana. Mateusz powiedział: „Zobaczysz, ile jeszcze przed tobą dobrych rzeczy”. I teraz, jak zostałam rzeczniczką, przypomniał: „Jak na ciebie patrzyłem w tamtej stołówce na uczelni, wiedziałem, że zrobisz dużo dobrego dla świata. Już wtedy wiedziałem, że dasz radę”. 

Monika Horna-Cieślak, adwokatka, Rzeczniczka Praw Dziecka. Laureatka konkursu „Rising Stars – Liderzy Jutra 2019” oraz I wyróżnienia w konkursie „Prawnik Pro Bono 2019”. Była członkinią Komisji Praw Człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, przewodniczącą Sekcji Praw Dziecka oraz członkinią Komisji ds. Współpracy z Sądami przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie, także członkinią Zespołu ds. Przeciwdziałania Przestępczości Przeciwko Wolności Seksualnej i Obyczajności na Szkodę Osób Małoletnich przy Ministerstwie Sprawiedliwości.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze