Jodie Foster: Po drugiej stronie lustra

fot. BewPhoto

Zabawna sytuacja: jako aktorka się starzeję, jako reżyserka jestem młoda – mówi i dodaje: – wśród rzeczy, którymi chcę się podzielić ze światem, większość wybrzmi lepiej w ustach Jodie reżyserki.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 1/2018)

Biała, zamożna, znana, wykształcona. Przedstawicielka mniejszości seksualnej, matka. Aktorka, reżyserka. A jak pani sama o sobie myśli? Jak określiłaby pani swoją tożsamość?

Żyjemy w epoce, która podkreśla wagę poszukiwania tożsamości. Pomysł, że należy się zidentyfikować z jakąś jedną, wydaje mi się przebrzmiały. Mam wiele tożsamości. Jestem matką, jestem córką. Dorastałam we Francji i w USA, stworzyły mnie zatem dwie kultury. Czasami w snach wrzeszczę na ludzi po francusku, i to tak na całe gardło, ze świństwami włącznie. Nie wiem, co to o mnie mówi… Moją amerykańskość potwierdza niewątpliwie sympatia do hokeja, ale lubię także narciarstwo. Pochodzę z Los Angeles, ale świetnie umiem wyobrazić sobie, jak czuje się ktoś żyjący w małym miasteczku. Chciałabym, żebyśmy jako ludzie tworzący kulturę byli coraz bardziej zróżnicowani.

Pięknie to brzmi, ale zdaje się, że aktualna sytuacja polityczna w USA nie bardzo wspiera taką wizję świata.

Nigdy nie czułam się komfortowo, mówiąc o polityce, bo znam się na niej jedynie jako obywatel. Ale niewątpliwie żyjemy w interesujących czasach. Nasza świadomość jest wyższa niż kiedykolwiek, mamy taką wiedzę na temat ludzkiej natury, zachowań, relacji, jaką nie dysponowały poprzednie pokolenia. A jednocześnie społeczna ignorancja osiąga niespotykany do tej pory poziom. I te dwie tendencje występują w tej samej erze, dekadzie, ba, one mieszkają na tej samej ulicy! Tymi dwiema odnogami świadomości manipuluje się tak, by napuszczać na siebie ludzi. Ta taktyka zbiera żniwo. Według mnie jej efektem musi być kolejny konflikt, to tylko kwestia czasu.

Mroczna wizja… Podobnie jak w serialu s.f. „Czarne lustro”, który pani właśnie promuje. Jak doszło do współpracy z Netflixem?

Nie znałam wcześniej „Czarnego lustra”. Spotkałam się na lunchu z producentami z platformy. Gadaliśmy o branży, marudziłam na temat mojej niespełnionej potrzeby robienia kina opartego na historii, zamkniętego w ramach półtoragodzinnej projekcji. Bo przecież są opowieści, których nie starcza na dziesięcioodcinkową serię, i nie każda historia może posłużyć jako materiał dla dziesięciu sezonów serialu, prawda? Niektóre mają początek, środek i koniec, nie da się ich rozciągnąć. Uwielbiam takie ograniczenia. W odpowiedzi na te narzekania Cindy Holland uśmiechnęła się i powiedziała: „No, to mamy coś w sam raz dla ciebie”. To, o czym opowiadała, od razu skojarzyło mi się ze „Strefą mroku” [kultowym serialem telewizyjnym z przełomu lat 50. i 60., łączącym dramat, horror i s.f.], który pochłaniałam jako dziecko. Połknęłam haczyk. A potem poznałam scenarzystę „Czarnego lustra” Charliego Brookera. To magnetyczna osobowość i wielki talent. Zaproponował mi jeden konkretny odcinek i to był strzał w dziesiątkę. Mogłam wnieść kilka poprawek, dodać od siebie parę pomysłów. Powstała produkcja łącząca horror i s.f. z satyrą społeczną. A tak naprawdę to kino w stylu Bergmana – skromne, pełne detali, skupione, mające korzenie we wrażliwości amerykańskiego kina niezależnego.

Czy miało dla pani znaczenie, że ekranowa historia jest bliska pani sercu?

Oczywiście. Tak jak bohaterka ja także dorastałam w domu bez ojca. Z mamą, która wychowała samodzielnie mnie i trójkę mojego rodzeństwa, mam relację bliższą niż z większością ludzi, których spotkałam potem na swojej drodze. Drogę od narodzin po rozstanie znam z obu stron – córki i matki.

To droga, której towarzyszy nieustanny lęk?

Lęk to jedna z podstawowych emocji z rodzicielskiego repertuaru, a potrzeba chronienia potomstwa zapisana jest w kodzie DNA. Tego m.in. dotyczyły „Plan lotu” czy „Azyl”, w których występowałam. Moje doświadczenia wytworzyły we mnie przekonanie, że strach jest sercem każdej podejmowanej przez nas decyzji. Być może pani wie, że moja mama Evelyn ma demencję. Od lat obserwuję, jak choroba powoli odziera ją z kolejnych warstw, które wytworzyło wokół niej doświadczenie życia w społeczeństwie, socjalizacja. To, co wygląda spod tej nadbudowy, to zbudowany z lęku rdzeń. Wszystko, co zostało, jest jednym wielkim lękiem. Dla mnie to doświadczenie konfrontacji z czymś tak pierwotnym, zwierzęcym w kochanym człowieku było wstrząsające.

„Czarne lustro” pokazuje, co dzieje się, kiedy lęk rodzica napotyka największego sprzymierzeńca – lub wroga – technologię. To w dzisiejszych czasach częsta sytuacja.

Pamiętajmy, że technologia obecna dziś w naszym domu, sypialni, kieszeni i samochodzie nie jest czymś namacalnym. Nie ma emocji, pasji, opinii. Spełnia jedynie nasze rozkazy i pragnienia, tym samym stając się naszym odbiciem. Takim właśnie czarnym lustrem, bo odbicie naszej duszy, które tworzy, przeważnie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jestem głęboko przekonana, że nasza psychika nie jest przygotowana, by z etycznego punktu widzenia pojmować wagę i naturę tych składanych technologii próśb. Często dociera do nas, co robimy, gdy jest już za późno.

Myśli pani, że świadomość ciągłej obserwacji kaleczy naszą psychikę?

Permanentna inwigilacja, odebranie prywatności – w tym wszystkim chodzi o kontrolę nad ludzkimi doświadczeniami, zdobycie możliwości ich kształtowania. To ma ogromny wpływ na naszą kulturę, codziennie jesteśmy tego świadkami.

Bohaterką filmu jest dziewczynka. Czy ta opowieść wyglądałaby inaczej, gdyby w jej centrum był chłopiec?

Myślę, że zestaw rodzicielskich obaw i paranoi różni się ze względu na płeć dziecka, bo w zależności od niej społeczeństwo inaczej traktuje dzieci. Miłość łącząca matkę z synem ma w sobie coś z partnerskiej relacji, podczas gdy relacja z córką to raczej symbioza. Mówię to jako mama dwóch chłopców. W wychowywaniu syna jest coś niemal… romantycznego. Towarzyszymy we wzrastaniu dziecku, które kiedyś wstąpi w szereg najbardziej wpływowych ludzi na świecie – mężczyzn. A my odpowiadamy za to, kim będzie, i to od pierwszego dnia. Naszym zadaniem jest z zachwytem odkrywać ich wyjątkowość, która wyraża się na wielu rozmaitych polach.

Wychowując naszych synów inaczej, niż wychowywano naszych ojców, zmieniamy świat, którego współczesny kształt tak bardzo nas rozczarowuje?

Dokładnie o tym opowiadałam w moim fabularnym debiucie reżyserskim „Tate, mały geniusz”. O wychowywaniu herolda następnego pokolenia. Bo kim jest geniusz, jeśli nie nowym posłańcem dla przyszłości? Wychowywanie dziecka to kształtowanie kogoś powstałego z naszego kobiecego cierpienia, skonfundowania, przynajmniej czasowego poświęcenia własnego egoizmu. To owoc tego wszystkiego. Jeśli jest chłopcem, naszym zadaniem powinno być takie działanie, by jako przedstawiciel uprzywilejowanej płci nigdy, przenigdy tej pozycji nie wykorzystywał źle.

Ostatnie wydarzenia w Hollywood ujawniły cały zastęp takich mężczyzn. Harvey Weinstein i jemu podobni przez kilka dekad byli chronieni przez siłę strachu.

Nie mogę wypowiadać się o Harveyu Weinsteinie, bo nigdy z nim nie pracowałam ani nie miałam z nim w ogóle żadnej styczności. Jeśli chodzi o strach w branży filmowej, to nie jestem przekonana, czy jest on większy niż ten, który odczuwają ludzie pracujący na giełdzie, sędziowie Sądu Najwyższego, prezydent… albo nawet pracownik sklepu z obuwiem. Przemysł filmowy nie wymyślił przecież zjawiska molestowania seksualnego i nadużywania swojej pozycji w celu zdobycia korzyści. Ale akurat w naszej branży zmieniło się coś, co być może w tych innych jeszcze nie zaszło. Pojawiła się przestrzeń do komunikowania takich sytuacji i dyskutowania o nich.

Jedną z najsilniejszych platform tej komunikacji jest Internet. Myśli pani, że akcje takie jak #metoo mogą mieć rzeczywisty wpływ na nasze życie?

Facebook zapoczątkował rewolucję w Tunezji, więc… Mówiłyśmy wiele o mrocznych stronach technologii. Jednak bądźmy uczciwi i przyznajmy, że ma w sobie również wspaniały potencjał i piękno. Nie chodzi tylko o tę konkretną platformę, mówię ogólnie. Dzięki niej ktoś, kto mieszka na Alasce w miasteczku z 200 mieszkańcami, wie, że LGBTQ to nie jest jakiś wymysł, tylko określenie dla grupy ludzi z krwi, kości i serca. Albo że istnieje coś takiego jak telefoniczna linia alarmowa, na którą może zadzwonić ofiara gwałtu. Prawnik z Arkansas ma moc, żeby poważnie nabruździć prezydentowi USA. To nie są drobiazgi. Pojawiło się sporo głosów w stylu „Dlaczego tyle czekali, żeby to ujawnić”… To nie przypadek, że ludzie – na całym świecie – którym odmawiano sprawiedliwości, decydują się zabrać głos właśnie teraz. Jeszcze dziesięć lat temu nie było takiej możliwości. Nigdy wcześniej w historii ludzkości jej nie było! Podkreślam raz jeszcze: technologia bywa koszmarem. Sama jestem w stanie z biegu wymienić co najmniej kilka przykładów na to, że negatywnie wpływa ona na moje życie… Ale ma także moc niesienia światła i społecznej sprawiedliwości.

Na pani życie rzeczywiście wpływa głównie negatywnie?

Niestety. Jedyne plusy wynikają z tego, że jestem uprzywilejowaną ekonomicznie osobą, a takim ludziom technologia przyniosła wiele codziennych udogodnień i ułatwień. Tylko czy moje życie było o wiele gorsze, kiedy musiałam otwierać okno rękami, a nie pilotem? Pikające co pięć minut na komórce przypomnienia to wątpliwe źródło komfortu… Moje życie jest szybsze, ale czy lepsze niż w latach 80. czy 70.? Mam 55 lat i takie rozważania naprawdę są u mnie na porządku dziennym. Nie sądzę, żebyśmy my, ludzie, byli dzięki technologii szczęśliwsi.

Mam wrażenie, że gra pani coraz mniej. Dwa Oscary wystarczą? Aktorstwo przestało panią uszczęśliwiać?

Akurat niedawno skończyłam zdjęcia do thrillera „Hotel Artemis”. Ale docelowo będę grać coraz mniej, tak to widzę. Jestem aktorką od 52 lat! To naprawdę długo jak na robienie jednej rzeczy. Chwilowo aktorstwo nie wydaje mi się zbytnio atrakcyjne, tym bardziej że – nie boję się tego powiedzieć – dziś dostaję znacznie słabsze propozycje, niż kiedy byłam młodsza. Nie ma w obiegu zbyt wielu porywających historii o 55-latkach. Co innego za 15 lat! Jestem ciekawa 70-letniej siebie w oku kamery. Inna sprawa to poczucie spełnienia. Poprzez filmy wyrzuciłam już z siebie wiele historii, do których nie mam potrzeby wracać. Pewien rodzaj ról już mnie nie interesuje. Na przykład taka jak w „Oskarżonych” [gdzie Judie Foster grała ofiarę zbiorowego gwałtu] – raz wystarczy. Aktorzy pokonują w swojej pracy pewne kamienie milowe. Potem muszą się zastanowić: „Co dalej? Co teraz chcę powiedzieć?”. I wreszcie – naprawdę nie tęsknię za życiem skoncentrowanym na staraniu się o to, by nie spaść ze szczytu. To tryb, w którym człowiek skazany jest na wypalenie, pytanie nie brzmi „czy?”, ale „kiedy?”.

Wypisała się pani z tej gonitwy już jakiś czas temu, choć akurat bez strat dla swojej pozycji w branży.

Przez ostatnie 20 lat priorytetem było dla mnie macierzyństwo. Wszystko inne utykałam gdzieś pomiędzy chwile z synami. Może dlatego mimo miłości dla reżyserii dziś jestem w zabawnej sytuacji: jako aktorka się starzeję, ale jako reżyserka jestem młoda. Mam na koncie dopiero cztery produkcje. Czuję, że jeszcze wiele mogę się nauczyć, i cieszy mnie to. Jestem przekonana, że spośród rzeczy, którymi ja chciałabym się dzielić jeszcze ze światem, większość wybrzmi lepiej w ustach Jodie reżyserki niż aktorki.

***

Jodie Foster ma 55 lat, gra od 52. Debiutowała jako trzyletnie dziecko, w wieku 14 lat dostała pierwszą nominację do Oscara za rolę w „Taksówkarzu” Martina Scorsesego. Reżyseruje, ma własną firmę producencką.