Nicole Kidman: Outsiderka

fot. BewPhoto

Grała z największymi i u największych, zdobyła Oscara. Była dziewczyną Batmana, kusiła w legendarnym kabarecie Moulin Rouge, wcieliła się w księżną Monako. Nicole Kidman – jedna z najbardziej cenionych i zapracowanych aktorek na świecie – rozmawia z nami w Mediolanie. W sposób niespieszny i nienapuszony. Rzadko się zdarza, by od gwiazdy tego formatu bił tak naturalny blask.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 02/2016)

Temu spotkaniu patronuje Omega, prestiżowa marka zegarków, której jest pani twarzą.
To pytanie musi zatem paść: czym jest dla pani czas?

Jest dla mnie bardzo cenny. Myślę, że im jestem starsza, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ulotne jest życie. Wciąż istnieje na świecie tak wiele rzeczy, których jestem ciekawa; tak wiele rzeczy, które chciałabym zrobić; przygód, które chciałabym przeżyć; języków, których chciałabym się nauczyć, i książek, które chciałabym przeczytać. A jednocześnie uwielbiam po prostu marzyć. Błogo wyciągnąć się na kanapie. Taka równowaga w życiu – pomiędzy pracą a relaksem – jest niezbędna. Pozwala opiekować się dziećmi i mężem, spędzać wspólnie czas, a jednocześnie daje możliwość rozwijania intelektu i osobistych, kreatywnych pragnień. Ja nadal się tego uczę. Nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek dojść do miejsca, w którym będę mogła powiedzieć: „Tak, a może teraz zrobię to”. Bo w życiu także chodzi o ciągłe pokonywanie kryzysów. Gdy stracisz równowagę, musisz wracać na wcześniej obraną drogę. Mam szczęście, że moja rodzina jest bardzo silna. Mam wspaniałego męża, który zawsze wsiądzie w samolot i przyleci, gdziekolwiek jestem, nawet w środku nocy. Jakiś czas temu odbyła się premiera mojej sztuki w Londynie [„Photograph 51” – przyp. red.], a on był w samym środku tournée po Stanach. Powiedziałam mu: „To dla ciebie zbyt wiele lecieć w tę i z powrotem, nie martw się o mnie”, ale nie dał się zbyć, odpowiedział: „Przylecę!”. Leciał dziesięć godzin, aby pobyć ze mną w wieczór premiery, i zaraz potem wsiadł w samolot i wrócił do pracy. Dla mnie to dowód prawdziwej miłości. To coś wyjątkowego. Zrobiłabym dla niego to samo, ponieważ jesteśmy bardzo oddaną sobie parą. W naszym życiu wspólnie z dziećmi bardzo dużo podróżujemy. Żyjemy jak cyganie. Gdy tylko dzieci powiedzą: „Nie chcemy się więcej przenosić”, to zostaniemy na stałe w Nashville.

Często brakuje nam czasu. Zerka pani na zegarek po to, by sprawdzić godzinę czy raczej by rozkoszować się danym momentem? W myśl deklaracji: chwilo, trwaj jak najdłużej…

Korzystam z zegarka cały czas. Robię to, by się nie spóźniać. Właśnie wraz z mężem uczymy nasze córki odczytywać czas i obie, choć są jeszcze małe, mają już swoje zegarki. One też chcą być na czas, to forma wyrażania szacunku i wymagają tego dobre maniery. Taka nauka to część naszego zadania jako rodziców. Dla mojej matki czas miał zawsze bardzo istotne znaczenie. Potem, gdy zaczęłam pracować w wieku 14 lat, nauczono mnie, żeby się nie spóźniać na plan, bo ściągnę na siebie kłopoty. Dziś też staram się tego nie robić, ponieważ to nie jest dobre. Wyobraża pani sobie przyjść do kogoś na przyjęcie o dziesięć minut za wcześnie?

Powiedziała pani, że uczy córki dobrych manier. Co prócz tego jest dla pani ważne w ich wychowaniu?

W mojej rodzinie jest wiele kobiet godnych naśladowania, wspaniałych wzorów dla moich dziewczynek. Ja czułam się bardzo związana z babciami, obie były dość mocno zaangażowane w moje wychowanie. Dlatego tak cenna jest dla mnie międzypokoleniowa wieź i na pewno staram się ją przekazać dzieciom. Z kolei moja mama kładła zawsze duży nacisk na naukę i samodoskonalenie. To ważne również dla mnie. Efekty są takie, że jak na razie żadna z moich córek nie chce zostać aktorką. Według nich wiąże się z tym zawodem zbyt dużo pracy. Uwielbiają gotować, jedna z nich chciałaby zostać organizatorką przyjęć.

Często pani podkreśla, że w Hollywood czuje się outsiderką. Dlaczego?

Tu nawet nie chodzi o Hollywood. Dorastając, zawsze miałam poczucie, że jestem tym dzieckiem, które ma za jasną skórę i dlatego nie może chodzić z innymi na plażę. Siedziałam w domu i czytałam książki. Wychowałam się w domu matki feministki i ojca polityka, w którym nie było zbyt dużo pieniędzy. Chcieli zaszczepić we mnie poczucie własnej wartości i aspiracje intelektualne. Udało im się je zbudować. Gdy miałam 12 lat, podsuwali mi do czytania dzieła Guy de Maupassanta i Dostojewskiego. Zamiast iść na plażę ze znajomymi, wolałam zostać w domu i czytać, a moja mama siadała potem ze mną i dyskutowałyśmy o książkach. Dziś cieszę się, że to robiła, że oboje to robili, ponieważ to wtedy poczułam, że chcę zostać aktorką. Wtedy też stałam się outsiderką. Myślałam inaczej niż pozostali. Wstawałam o szóstej rano w soboty, aby zdążyć dojechać dwoma autobusami do miasta na warsztaty teatralne, które zaczynały się o dziewiątej. Wszyscy moi znajomi wciąż spali. Nie wychodziłam z nimi w piątkowe wieczory, bo zależało mi na tych lekcjach. Myślę, że mama i tata byli tym zaskoczeni. Tata nie woził mnie do miasta. „Jeśli chcesz tam chodzić, musisz się tam dostać sama” – mawiał. Uważam, że to było dobre. Mój mąż często powtarza, że patrzę na świat z boku. Mówi tak, ponieważ zostałam wychowana tak, jak zostałam wychowana. To pewnie łączy mnie z graną przeze mnie postacią Rosalind Franklin.

W Rosalind Franklin wciela się pani w sztuce „Photograph 51”, która niedawno miała premierę w jednym z londyńskich teatrów – prasa pisze o pani wielkim powrocie na scenę.

Chciałam zagrać Rosalind, odkąd przeczytałam jej historię. Spodobało mi się to, że była bardzo złośliwa i gwałtowna, ale jednocześnie zaangażowana i pełna altruizmu. Nie chodziło jej o sławę. Była jedną z tych osób, które urodziły się, by po cichu zajmować się swoją pasją. W jej przypadku nauką. Chciałam, aby jej historia stała się powszechnie znana, by każdy wiedział, że to Rosalind była jedną z czterech osób, które przyczyniły się do odkrycia DNA. Dlatego odczuwam wielką satysfakcję na myśl o tym, że świat sobie o niej przypomniał. Jej nie ma już na świecie, zmarła na raka jajnika w wieku 37 lat [w 1958 roku – przyp. red.], ale my o niej rozmawiamy i oddajemy jej hołd.

A co tak naprawdę dla pani oznacza powrót do teatru po tylu latach?

W teatrze trzeba uruchomić kompletnie inny warsztat aktorski niż ten, który przydaje się na planie filmowym. Używa się – i to dosłownie – innych mięśni. Chodzi o inne gesty, mimikę, intonację, motorykę ciała. Nie grałam w teatrze 17 lat. Chyba chciałam sprawdzić, czy podołam, czy wciąż to w sobie mam. Okazało się, że można przypomnieć sobie nabyte kiedyś umiejętności. Wprowadzić maszynerię ponownie w ruch.

Ma pani w swoim dorobku wspaniałą, nagrodzoną Oscarem rolę angielskiej pisarki i feministki Virginii Woolf. Wcieliła się pani także w amerykańską korespondentkę wojenną, reportażystkę i dziennikarkę Marthę Gellhorn. Myślała pani o tym, by zacząć pisać?

Cały czas o tym myślę, ale zaraz sobie przypominam, że przecież nie miałabym na to czasu [śmiech]. Przez moment myślałam, że podczas pracy nad sztuką będę prowadziła coś na kształt dziennika, ale przecież nie na tym polega prawdziwe pisanie. Ono pochłania całe życie, nie można mu się oddać w przerwie między zajęciami. Coś o tym wiem, mój mąż zawodowo zajmuje się pisaniem piosenek [Keith Urban jest gitarzystą i piosenkarzem country – przyp. red.].

Wrócę raz jeszcze do pojęcia czasu. „Godziny” – czas w tym filmie jest niemal jednym z bohaterów. Czas nie ma celu, czas się wręcz nudzi. To on doprowadza ludzi do obłędu. Odczuwa pani jego obecność lub upływ na co dzień?

Gdy zostaje się mamą, po buziach dzieci widzi się upływ czasu. Odczuwa się to niemal namacalnie. Niedawno moja córka miała trzy lata i uczyła się czytać. Dzisiaj ma lat siedem. Kiedy to minęło?! Niestety, im jest się starszą, tym ma się większe wrażenie, że czas przyspiesza. Może dzieje się tak dlatego, że zaczynamy wolniej się ruszać, spokojniej żyć, uczymy się nie spieszyć, celebrować każdy moment. Życie w takim tempie bardzo mi odpowiada. W tym sensie jestem pogodzona z upływem czasu, potrafię docenić inne wartości niż 10, 15 lat temu i jestem za to wdzięczna. To według mnie naturalna kolej rzeczy, nie ma we mnie sprzeciwu. Z mężem staramy się przed każdym posiłkiem zmówić krótką modlitwę także po to, by zatrzymać się na chwilę, docenić, że tak pięknie trwa.

Bierze pani udział w wielu projektach, potrafi pani zagrać w czterech produkcjach rocznie. Co zrobiłaby pani z jedną wolną minutą, jedną godziną i jednym wolnym dniem?

Jedną minutę poświęciłabym na marzenia lub medytację. Uwielbiam się wyciszyć i medytować. Wolna godzina? To zależy. Lubię usiąść na podłodze i pobawić się z dziećmi. Czytałam, że to bardzo ważne, by zejść do ich poziomu i bawić się z nimi przez godzinę dziennie. Wolny dzień? Uwielbiam śniadanie. To mój ulubiony posiłek dnia. Potem czytanie gazet i pływanie. Gdybym była w Sydney, poszłabym na plażę, którą kocham. Mimo że przez wyjątkowo jasną karnację musiałabym założyć obszerny strój z długimi rękawami i wszyscy pewnie by się ze mnie śmiali. Własne dzieci się ze mnie śmieją, ale właśnie to bym zrobiła.

Używa pani Internetu i mediów społecznościowych?

Czuję, że w dzisiejszej rzeczywistości muszę być ich częścią. Mam czworo dzieci i to niezbędne w kontaktach z nimi. Przestrzegam jednak pewnych zasad. Na przykład nie loguję się do sieci tuż przed pójściem spać. Ogólnie spędzam dużo czasu online. Czytam w ten sposób gazety, mam dostęp do informacji, uczę się i komunikuję w szybki sposób. Mogę tym samym oszczędzić sporo czasu. Jednocześnie staram się nie przekraczać pewnych granic. Nigdy z mężem nie wysyłamy sobie SMS-ów. No, prawie nigdy, tylko sporadycznie. Na ogół po prostu chcemy usłyszeć swój głos. Może to nietypowe, bo jesteśmy ze sobą już dziesięć lat, ale tak to się zaczęło i się nie zmienia. Nie piszemy także do siebie mejli. Zawsze staram się zachować tak wiele miejsca dla intymności i prywatności, jak to tylko możliwe.

Co jest dzisiaj najważniejsze dla pani?

Ostatnie słowa mojej babci, która dożyła 90. urodzin, brzmiały: „Niki, miłość jest najważniejsza”. Nic się nie zmieniło, to wciąż moim zdaniem najistotniejszy i najtrudniejszy wybór.

Nicole kidman australijska aktorka urodzona w USA w 1967 r. Laureatka Oscara za rolę Virginii Woolf w „Godzinach”. Żona piosenkarza country Keitha Urbana, mama czwórki dzieci. Ambasadorka prestiżowej szwajcarskiej marki zegarków Omega.