1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Mówili do niej „panie redaktorze”. „No bo niby kobieta, a pełni funkcję męską”. Małgorzata Szejnert o reportażu dawniej i dzisiaj

Mówili do niej „panie redaktorze”. „No bo niby kobieta, a pełni funkcję męską”. Małgorzata Szejnert o reportażu dawniej i dzisiaj

Dodaj w Google
Dodaj w Google
Małgorzata Szejnert (Fot. Krzysztof Dubiel)
Małgorzata Szejnert (Fot. Krzysztof Dubiel)
Wychowała pokolenie wybitnych reporterek i reporterów. Sama zaczynała pracę jako dziennikarka pod koniec lat 50. O przeszłość i teraźniejszość polskiego reportażu, a także o wyczekiwanie na komplet wypoczynkowy Złota Gioconda, o pękające szyby w legendarnym Supersamie i o to, w jakich okolicznościach nazywano ją „panem redaktorem”, pytamy Małgorzatę Szejnert.

Spis treści:

  1. Małgorzata Szejnert o reportażu w PRL-u: „Nie można było mówić w ogóle, to się mówiło w szczególe”
  2. Małgorzata Szejnert: „Reportaż książkowy ma się fantastycznie”
  3. Na czym polega etos reportera? „To po prostu normalny etos przyzwoitego człowieka”
  4. Jak Małgorzata Szejnert została dziennikarką? Zaczęło się od „szczekaczki”
  5. Jak pisać dobry reportaż?

  • Małgorzata Szejnert protestuje, gdy nazywa się ją „cesarzową polskiego reportażu”. „Nie jestem ani cesarzową, ani królową, ani księżniczką. Uprzejmie proszę o detronizację” – mówi i wraca do czasów, gdy drobnym szczegółem reporterzy potrafili opowiedzieć o całej rzeczywistości PRL-u.
  • Wspomina kolejkę po jugosłowiański komplet Złota Gioconda, pękające szyby warszawskiego Supersamu i mały realizm, który pozwalał pisać o tym, czego nie dało się powiedzieć wprost.
  • Jak dziś ma się polski reportaż? Zdaniem Szejnert książkowy – fantastycznie, prasowy – znacznie gorzej.
  • Jedna z prekursorek polskiej szkoły reportażu zdradza również, skąd wzięła się jej językowa dyscyplina.

Wywiad ukazał się w magazynie „Zwierciadło” 07/2026.

Zofia Fabjanowska: Nazywana jest pani cesarzową polskiego reportażu.

Małgorzata Szejnert: I za każdym razem protestuję przeciwko temu określeniu.

Jest za mocne, zbyt wyraziste?

Uważam, że jest nietaktowne. Jeżeli się traci umiar, to się traci takt. Nie jestem ani cesarzową, ani królową, ani księżniczką. Uprzejmie proszę o detronizację.

Z całą pewnością pani dorobek robi wrażenie. A wiele spośród cenionych reporterek i reporterów właśnie od pani uczyło się warsztatu, czują się pani wychowankami. Choć też słyszałam, że nie raz odradzała pani ludziom ten zawód. Kiedy jakiś młody człowiek zgłaszał się, mówiąc, że marzy mu się pisanie reportaży.

Odradzałam? Ja tego tak nie pamiętam. Być może ostrzegałam przed pewnymi problemami, które trzeba wziąć na klatę, podejmując się tej pracy. Bo przy pisaniu reportaży, jak zresztą w każdej innej pracy twórczej, należy być przygotowanym na porażki i rozczarowania.

Małgorzata Szejnert o reportażu w PRL-u: „Nie można było mówić w ogóle, to się mówiło w szczególe”

Najobszerniejszy jak dotąd wybór pani tekstów, pisanych między rokiem 1966 a 1980, ukazał się niedawno pod wspólnym tytułem „Chwilę przed podróżą”. O tyle z nich chciałabym zapytać. Jak powstawały, skąd się wziął temat. A może któryś – albo jego fragment czy nawet jedno zdanie – jest pani szczególnie bliski? Z jakichś powodów lubi go pani bardziej niż pozostałe?

Jest takie zdanie, które wygłosił pracownik socjalny wielkiej fabryki. Pisałam o fabrycznej stołówce, z której notorycznie kradziono noże. Zafrasowany pan Ogonowski poskarżył mi się: „Mentalność ludzka jest bez granic”. Z reportaży lubię „Nie dla nas uśmiech Giocondy”. Krótki, śmieszny, ale wiele mówi o PRL-u epoki Gierka.

Opisała pani kolejkę oczekującą na dostawę jugosłowiańskiego kompletu meblowego Złota Gioconda.

Spodobała mi się historia wiernego wielotygodniowego wyczekiwania, a przede wszystkim emerytowany oficer, pod którego systemową kontrolą i opieką cała kolejka się znajdowała. Zorganizował rotacyjne dyżury i mimo że był pierwszy na liście, zrezygnował ze swojego przydziału, kiedy Gioconda w końcu trafiła do sklepu, ale w mniejszej liczbie, niż oczekiwano, i część osób musiała odejść z kwitkiem. Po czym założył kolejną listę i znowu sprawiedliwie dowodził.

Był rok 1975. Jak trafiła pani na ten akurat temat?

Przechodziłam ulicą Waryńskiego i zauważyłam ludzi zgromadzonych pod sklepem. Nawet nie kolejkę, tylko grupę, bo oni urządzali sobie od czasu do czasu zebrania porządkowe. Zapytałam, co tu się dzieje, odpowiedzieli mi, że czekają na Złotą Giocondę. Ta nazwa! Gdyby to był komplet meblowy A4, pewnie bym się tym nie zainteresowała. Złota Gioconda mnie olśniła.

A tekst poświęcony warszawskiemu Supersamowi? O tym, jak ciężka była praca ekspedientek w tym pierwszym sklepie samoobsługowym w powojennej Polsce. I jaką pułapką stawał się chwilami ten piękny, modernistyczny budynek. Tłumy czekających na otwarcie napierały na szklane wejście tak mocno, że co trzy, cztery dni pękały szyby, które trzeba było wymieniać.

Na szczęście zrobiono je z hartowanego szkła: rozbijało się w drobne kawałeczki, które mogą podrapać, ale nie kaleczą. Widziałam ten przerażający moment, kiedy otwierano drzwi, a tłum wdzierał się do środka. Trzeba było pilnować, żeby nikt po drodze nie został zadeptany. Straszny widok. Bardzo mnie to zjednoczyło z personelem, zrozumiałam, przez co muszą codziennie przechodzić. Pamiętam, jak jedna z pracownic zapytała: „Czy pani kiedykolwiek o tym zapomni?”. Praca nad tym tekstem odzwyczaiła mnie od zniecierpliwienia wobec ekspedientek i innych pracownic sklepów i usług. Wyleczyłam się z tego zupełnie.

Odczuwam nostalgię za każdym razem, jak przejeżdżam koło miejsca, gdzie kiedyś stał Supersam. Szkoda, że nie udało się ochronić tego zabytku.

Wspomniane teksty wpisywały się w nurt małego realizmu w polskim reportażu, którego była pani przedstawicielką wraz z m.in. Hanną Krall czy Ewą Owsiany. Mały, bo brałyście się za drobne wydarzenia, codzienne sprawy, oddawałyście głos zwykłym ludziom. Dlaczego ten nurt stał się aż tak popularny?

Obowiązywała cenzura, ale publicystyka miała znacznie większe ograniczenia niż reportaż. Publicyści nie mogli otwarcie pisać o polityce i sytuacji ekonomicznej w kraju, chociażby o tym, jak poważne są ograniczenia w dostawach. Za to w reportażu można było opisać rozpaczliwe kolejki za mięsem. Resztę czytelnicy dopowiadali sobie w głowach – bo przecież doskonale wiedzieli, dlaczego mięsa nie ma. Drobiazgami można było dużo zobrazować. Także ironią, od której specjalistką była Barbara Łopieńska. Polecam jej tekst o otwarciu sklepu Mody Polskiej.

Wasze reportaże, nawet jeśli nie brakowało w nich humoru, często jak najgorzej świadczyły o PRL-owskich realiach i władzy. Jakim cudem cenzura to puszczała?

Puszczała dlatego, że Polska, jak wiadomo, była najweselszym barakiem w całym socjalistycznym obozie. Poza tym, żeby czajnik nie rozleciał się na kawałki, musi mieć dzióbek, by wypuścić parę. My, reporterzy, byliśmy takim dzióbkiem. To chyba napisał Daniel Passent w jakimś felietonie.

Kombinowaliśmy na wszelkie możliwe sposoby. Nie można było mówić w ogóle, to się mówiło w szczególe. Teraz, kiedy można mówić w ogóle, szczegół przestaje być już taki ważny. Uważam, że reportaż na tym cierpi.

Małgorzata Szejnert: „Reportaż książkowy ma się fantastycznie”

No właśnie, jaki to czas dla reportażu?

Dla prasowego beznadziejny. W Ameryce są ciągle takie gazety jak „Boston Globe”, która rozpracowała sprawę pedofilii w amerykańskim Kościele. Jest „New York Times” czy „Los Angeles Times”. Mają wspaniałe cykle reportażowe, badają tematy gruntownie i z rozmachem, zmieniając w ten sposób rzeczywistość.

W Polsce prasa, niestety, nie może już sobie pozwolić na stałą współpracę z najlepszymi reporterami. I też nie bardzo sobie wyobrażam, żeby mogły u nas powstać nowe koncerny prasowe, które by tę sytuację zmieniły. Reportaż przeniósł się więc do książek.

Obliczyłam, że grupa dziennikarzy, związana z działem reportażu „Gazety Wyborczej”, po rozstaniu z „Gazetą” napisała do tej pory około 100 książek. Trzymają się literatury faktu, piszą między innymi metodą reporterską książki biograficzne. Mam tu na myśli choćby Magdę Grzebałkowską i jej książkę o Marii Konopnickiej, biografie Anny Walentynowicz i Urbana autorstwa Doroty Karaś i Marka Sterlingowa, książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Magdaleny Grochowskiej, no, nie sposób wszystkich wymienić. Reportaż książkowy ma się zatem fantastycznie. Proszę zauważyć, że właściwie wszystkie konkursy literackie są obsadzone w dużym stopniu przez literaturę non fiction. Nagrodę Nike dostali Zbigniew Rokita za „Kajś”, Mariusz Szczygieł za „Nie ma”, Cezary Łazarewicz za „Żeby nie było śladów”. Z jednej strony mamy więc sukcesy wydawnicze, z drugiej – dogorywanie reportażu prasowego, który zawsze był formą społecznej interwencji. Teraz ta interwencyjna forma zanika.

Smuci to panią? Denerwuje?

To po prostu zmiana. Zresztą może nie mam racji? Prorokowano, że książka w ogóle przestanie istnieć. Jak wiadomo, tak się nie stało.

Chciałabym jeszcze wrócić do małego realizmu. Dlaczego ten nurt był zdominowany przez reporterki, a nie przez reporterów?

Szara rzeczywistość, której przyglądał się mały realizm, była w większym stopniu domeną kobiet. To była kobieca sfera – wszystkie te sprawy praktyczne: zaopatrzenie, zawożenie dzieci do przedszkola czy szkoły, walka o to, żeby coś wystać, wyczekać, zdobyć. Teraz jest większe równouprawnienie, wtedy ten podział był wyraźniejszy. Mężczyźni ze swoimi ambicjami mieli do stoczenia duże bitwy.

Zdarzało się, że pani płeć była przeszkodą w pracy?

Niczego takiego nie mogę sobie przypomnieć.

Natomiast zdarzało się, że kiedy jechałam do pracy na wieś, mówiono do mnie „panie redaktorze”. No bo niby kobieta, a pełni funkcję męską. Taki trochę dziwny bezpłciowy egzemplarz, z którym się jednak jakoś liczono.

Nie miałam żadnych strasznych przygód, choć dzisiaj, kiedy myślę o niektórych swoich wyprawach, ogarnia mnie przerażenie. Pamiętam stanie w nocy na leśnej drodze i czekanie na jakąkolwiek pomoc po tym, jak kolejny raz zepsuł mi się zdezelowany maluch, którym wtedy jeździłam. Wcześniej, kiedy nie miałam auta, bywało jeszcze gorzej. Brakowało hoteli, pensjonatów. Kiedyś biuro obsługujące przyjezdnych skierowało mnie do starszej pani, która miała tylko jedno łóżko, i kiedy kogoś u siebie nocowała, sama spała na podłodze. Kto w to dzisiaj uwierzy?

Na czym polega etos reportera? „To po prostu normalny etos przyzwoitego człowieka”

Czego, według pani, absolutnie nie powinno się w tym zawodzie robić, a co jest w nim niezbędne? Na czym polega etos pracy reportera?

Nie powinno się oszukiwać, ranić, budzić w ludziach oczekiwań, których nie możemy spełnić. W gruncie rzeczy etos pracy reportera jest po prostu normalnym etosem przyzwoitego człowieka. Warto mieć przy tym otwartość na ludzi. I ciekawość.

Od zawsze miała pani te cechy? Jeszcze zanim wybrała pani studia dziennikarskie?

Zawsze byłam ciekawska. Miałam świetną grupę koleżanek w liceum w Białej Podlaskiej. To była szkoła żeńska, imienia Emilii Plater. Trzymałyśmy się razem i miałyśmy inne pomysły na życie niż tylko pilną naukę. Zwłaszcza że w tamtym czasie [na początku lat 50. – przyp. red.] system edukacji wkroczył już mocno w stalinowską ideologię. Szczególnie źle szło nam z chemią, wobec czego napisałyśmy wspólnie poemat o otrzymywaniu wodoru.

Pamiętam, że zaczynał się on od słów: „Otrzymywanie wodoru z gazu na skalę laboratoryjną i techniczną od razu”. Miałyśmy też specjalne zeszyty, które przekazywałyśmy sobie na lekcji pod ławką, prowadząc między sobą bogatą korespondencję pod pseudonimami. Myślę, że to, czego doświadczyłam w tej grupie zwariowanych koleżanek, jakoś na mnie wpłynęło.

Poemat chemiczny się przydał?

Oczywiście, ale to już inna historia. Długo by opowiadać. Nie wiem, czy możemy na to sobie w tej rozmowie pozwolić.

Zamieniam się w słuch.

Nasza klasa była dosyć buntownicza. Raz posłano nas na wykopki do Cieleśnicy, do byłego majątku barona Rosenwertha-Rużyczki. Miałyśmy zbierać kartofle spod kopaczki, tylko że kopaczka była zdezelowana, więc ćwiartowała kartofle – i tak już podgniłe. Poza tym lało, w pewnym momencie spadł nawet lekki grad, a my wracałyśmy z wykopków odkrytą ciężarówką. Skostniałe, mokre i wściekłe. Ustaliłyśmy, że nie ma mowy, musimy dać wszystkim dookoła do zrozumienia, że nie pozwolimy się tak traktować, strajkujemy. I faktycznie następnego dnia nie przyszłyśmy do szkoły. Komitet powiatowy partii rządzącej jakoś się o tym dowiedział i zareagował czujnie. Czy to przypadkiem nie jakaś sprawa polityczna. Zaczęto wzywać matki na rozmowy, co się z nami dzieje.

Matki się naradziły i dały odpór: „Nie wy nas pytajcie, co się dzieje, tylko my będziemy was pytać. Bo jak to tak? Żeby przyszłość narodu, młode dziewczęta wysyłać do pracy w takich skandalicznych warunkach?”. Oni chyba się przestraszyli, bo dochodzenie umorzono. Odtąd w komitecie powiatowym miałyśmy opinie krnąbrnych.

Wszystko ucichło, aż do dnia naszej matury. Zdawałam ustnie historię, kiedy do klasy wszedł politruk. Taki człowiek mógł sobie pozwolić na wszystko, więc po prostu wszedł, bez pukania, i usiadł za stołem egzaminacyjnym. Odsunął historyczkę panią Lulę i nakazał mi wymienić cechy partii według Lenina. Zapadła straszliwa cisza, ale nagle uświadomiłam sobie, że przecież znam cechy partii. Jakiś czas wcześniej do księgarni w Białej Podlaskiej rzucili tom wierszy Majakowskiego. Ta poezja nie przypominała niczego, co do tej pory czytałam. Ta męska siła, ten rytm. Prawie cały tom wchłonęłam na pamięć. A więc, proszę bardzo: „Partia to ręka milionopalca w jedną miażdżącą pięść zaciśnięta. Partia to barki milionów ludzi ciasno do siebie przywartych…”. I tak dalej, i tak dalej. Ciało nauczycielskie słucha osłupiałe, bo przecież nikt nas tego nie uczył. Politruk zaskoczony i mniej pewny: „To chyba nie są cechy partii według Lenina?”. Znowu cisza, ale ja muszę zdać tę maturę, muszę coś wymyślić.

Zgadzam się więc z politrukiem: „Macie rację, to są cechy partii według wielkiego radzieckiego poety Włodzimierza Majakowskiego. Ale czy uważacie, że one się różnią od cech partii według Lenina?”. Politruk zastanawia się i rejteruje: „Piątkę jej dać”, mówi do Luli i wychodzi z sali.

Teraz mam zdawać chemię u dyrektora. Prosi mnie do tablicy, odwraca się tyłem do komisji i szepcze: „Co umiesz?”. Bo wie, że mało. Widzę, że szkoła mi się odwdzięcza. Umiem naturalnie otrzymywanie wodoru. Deklamuję starannie, oczywiście prozą. Dyrektor jest bardzo zadowolony.

Na szkolnym korytarzu czekają mamy z kakao w termosach. Moja mama pyta, jak mi poszło. „Dobrze, mamusiu”. I myślę sobie – kakao? Mnie się raczej należy kieliszek wódki.

Jak Małgorzata Szejnert została dziennikarką? Zaczęło się od „szczekaczki”

Frajda z zabawy językiem, dobra pamięć plus buntowniczość – moim zdaniem w tej historii można się doszukać przesłanek, że już w liceum nadawała się pani na dziennikarkę. Zgodzi się pani?

Bardzo wcześnie chciałam być dziennikarką. Nie miałyśmy z mamą radia, ale miałyśmy głośnik, tak zwaną szczekaczkę. Nadawała tylko pierwszy program, a w nim dużo wiadomości sportowych. Słuchałam sprawozdawców jeżdżących ze sportowcami po świecie. Marzyło mi się, żeby być takim reporterem, ale pomysł upadł już na pierwszym roku studiów. Poszłam do Studenckiego Teatru Satyryków i zawrócił mi w głowie. Zaczęłam się zajmować głównie teatrem.

W sumie marzenie o sportowych wyjazdach się spełniło. Od ponad pół wieku należy pani do Narciarskiego Klubu Dziennikarskiego, zjeździliście kawał świata. A jedna z pani książek, o historii i współczesności Zanzibaru, powstała, kiedy kilkanaście lat temu postanowiła pani pierwszy raz w życiu spróbować nurkowania. Lubi pani sportową adrenalinę?

Nurkowanie to była wakacyjna przygoda. Pojechałam do przyjaciółki, Matyldy Pniewskiej, mieszkała wtedy na Zanzibarze. Przy okazji zaczęłam zwiedzać wyspę, która okazała się źródłem niezwykle ciekawych tematów. Natomiast jeśli chodzi o narty, to tak, brakuje mi ich. Jeszcze trzy lata temu jeździłam, teraz nie mogę. Samo dźwiganie nart i butów narciarskich jest ponad moje siły.

Kiedy w Polsce pojawiła się wolna prasa, została pani współzałożycielką „Gazety Wyborczej” i kierowała latami tamtejszym działem reportażu. Trudno było się nagle przestawić na siedzenie za biurkiem, czytanie i redagowanie cudzych tekstów?

Nie, w ogóle nie. Praca redaktorska bardzo mi się przydała, bo ja się także wiele przy okazji uczyłam. Niezwykłe, że jak przychodził ktoś z dobrym tekstem, to miałam trochę wrażenie, jakbym sama go napisała. Obcując z całą masą rozmaitych autorów, z których każdy ma własną wizję, własny język i własne pomysły, człowiek ogromnie się wzbogaca. Wydaje mi się, że bez tego nie byłabym w stanie napisać na przykład „Czarnego ogrodu” [książka z 2007 roku o Śląsku i Giszowcu – przyp. red.], bo to jednak była dość skomplikowana konstrukcja. Mogłabym jej nie udźwignąć, opierając się wyłącznie na własnym reporterskim doświadczeniu.

Jak pisać dobry reportaż?

Od Mariusza Szczygła, jednego z pani wychowanków, dowiedziałam się o istnieniu „Małej książki kucharskiej reportera”, czyli o stworzonym przez panią zbiorze rad, jak pisać reportaże. Radziła pani na przykład: „Pisz prostymi zdaniami, zachowuj naturalny porządek”.

Proszę pamiętać, że to są elementarne zasady. To jak z malarstwem – trzeba najpierw umieć zagruntować płótno i nauczyć się łączyć farby. Dojrzałość w pisaniu osiąga się poprzez odrzucenie pewnych norm. Weźmy Melchiora Wańkowicza i jego bujny język.

Pani styl pisania jest dobrym przykładem umiaru i językowej dyscypliny. To się przez lata wcale nie zmieniło.

Tak, to chyba prawda. Mój charakter reporterski godzi się z zasadami „Małej książki kucharskiej…”. Wie pani, mam takie wspomnienie: mój ojciec był polonistą, przyszłam kiedyś ze szkoły z pracą domową. Nauczycielka napisała na tablicy „Idzie wiosna” i kazała rozwinąć zdanie tak, żeby chwytało za serce.

Usiadłam nad tymi dwoma słowami i zaczęłam dopisywać przymiotniki: „Idzie wiosna radosna, kwietna, pachnąca…”. I jeszcze mi było mało. Tata popatrzył i spytał: „Nad czym się zastanawiasz?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Co by tu jeszcze wpisać”. „Małgosiu – powiedział mi – »Idzie wiosna« zupełnie wystarczy.”

Tata umarł, kiedy miałam 12 lat, a jeszcze wcześniej musiałam się z nim rozdzielić, bo chorował na gruźlicę. Mam trochę jego listów, jego język był równie klarowny, co skuteczny. Zresztą moja mama też była utalentowana językowo. Listy, które do mnie pisała, są przepiękne. Właściwie w jakimś sensie przypominają szkołę małego realizmu. Po mamie odziedziczyłam uważność na szczegół.

Nadal pani pisze? Szykuje pani coś nowego?

Reportaży nie mogę już pisać. Nie jestem już wystarczająco mobilna i energiczna. Pisanie dzienników nie leży w mojej naturze. Felietonów pisać nie potrafię. Za to dużo czytam i sprawia mi to frajdę – można powiedzieć, że przeszłam z pisania na czytanie.

Choć faktycznie jest taki temat, który chodzi za mną chyba od 40 lat i ciągle nie mogę się za niego zabrać. Mam serię bardzo dziwnych rysunków od bardzo dziwnej osoby, która już od dawna nie żyje. I ta osoba, i te rysunki są na tyle oryginalne, że można by z tego stworzyć coś w rodzaju książeczki. Może to jeszcze zrobię.

Małgorzata Szejnert jest uważana za jedną z prekursorek polskiej szkoły reportażu. Autorka tekstów prasowych i książek, takich jak choćby „Czarny ogród” czy „Dom żółwia. Zanzibar”. Wieloletnia szefowa działu reportażu „Gazety Wyborczej”. Niedawno ukazały się „Chłodnia, czyli grzejnia”, wywiad rzeka z Małgorzatą Szejnert przeprowadzony przez Dorotę Karaś i Marka Sterlingowa, oraz wybór tekstów z lat 1966–1980 pod wspólnym tytułem „Chwila przed podróżą. Reportaże z PRL”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE