1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Cuda i medycyna

Cuda i medycyna

Medycyna robi gigantyczne postępy, jednak równolegle rośnie też ruch kwestionujący jej osiągnięcia. (Fot. iStock)
Medycyna robi gigantyczne postępy, jednak równolegle rośnie też ruch kwestionujący jej osiągnięcia. (Fot. iStock)
Medycyna robi postępy, w ciągu ostatniego półwiecza są to postępy gigantyczne. Jesteśmy na drodze rozwoju, powinniśmy się z tego cieszyć. Tymczasem równolegle z zaufaniem do medycyny rośnie ruch przeciwny. Kwestionujący jej osiągnięcia.

Lekarze potrafią wyprowadzić z zawału serca, opanować skutki udaru, ratują wcześniaki ważące tyle, ile torebka cukru, kobiety nie umierają przy porodzie. Rak przestał być w każdym przypadku chorobą śmiertelną, zyskał status przewlekłej. Zahamowane zostały takie plagi ludzkości, jak epidemie dżumy czy ospy, mamy szczepionki na chorobę Heinego-Medina, nie wspominając o całkiem jeszcze niedawno śmiertelnej gruźlicy czy zapaleniu płuc. A jednak często nie ufamy lekarzom. Wątpimy w skuteczność zalecanych kuracji. Dlaczego tak się dzieje?

Najważniejsza jest rozmowa

– Myślę, że brak wiary w medycynę pojawia się często u osób z chorobami przewlekłymi – mówi dr Joanna Pietroń, internistka z Centrum Medycznego Damiana. – Oczywiście skrajny przykład to choroby nowotworowe. Największą tragedią jest, kiedy chory na raka rezygnuje z terapii celowanej. Z leczenia, które daje szansę powodzenia. Moim zdaniem u podłoża tej rezygnacji leży kłopot z komunikacją. A o to łatwo – z powodu stanu naszego systemu ochrony zdrowia. Lekarze są przeciążeni, mają mało czasu dla pacjenta, koncentrują się na ustawieniu leczenia, nie na rozmowie. Tę często odpuszczają. Co otwiera drzwi tym, którzy na rozmowę mają czas.

Tego samego zdania jest Justyna Pronobis-Szczylik, psychoonkolożka pracująca z chorymi na nowotwory: – Lekarz mówi: „Ma pani raka. Standardowa procedura w pani przypadku wygląda następująco. Schemat C, czyli operacja, potem chemia. Potrwa to pół roku czy rok. Szanse na całkowite wyleczenie wynoszą 40 proc. Będzie się pani źle czuła, wyjdą włosy, pojawią się mdłości, osłabienie, skóra będzie jak papier”. A znajomy mówi: „Nie idź na to. Chemia truje, moja sąsiadka miała to samo, lekarze ją wykończyli, żyć jej się nie chciało, a i tak nie podziałało. Ale siostra szwagierki chorowała na to co ty i trafiła na cudownego człowieka. On cię wyleczy”.

Rzeczywistość wygląda tak, jak mówi lekarz. Są potwierdzające to badania. Ale cierpienie bez gwarancji sukcesu kontra sproszkowane zioła i obietnica, że będziemy się czuć codziennie coraz lepiej – co wygra?

– W dodatku – mówi Justyna Pronobis-Szczylik – lekarz ma dla nas przeciętnie siedem minut. W tym czasie patrzy na wyniki, zapisuje coś w komputerze, jest napięty, wie, że za drzwiami czeka 40 osób, każda bardzo chora. Nie ma dla nas czasu, nie ma siły tłumaczyć, wyjaśniać, pocieszać. A specjalista tzw. medycyny alternatywnej? On ma dla nas godzinę. Spojrzy w oczy. Weźmie za rękę. Czujemy, że rozumie nas, nasz strach, nasze wątpliwości. Powie: „Jestem tu dla pani, przejdziemy przez to razem. Mam bardzo dobre efekty, czuję, że u pani też pójdzie znakomicie”. Nareszcie ktoś traktuje nas po ludzku. Daje nadzieję. Wierzymy mu, ma przecież doświadczenie, nasza znajoma zna kogoś, kto powiedział, że jego siostra właśnie tak wygrała z rakiem. Lekarz nie weźmie nas za rękę. Nie ma na to czasu, może też tego zwyczajnie nie umie, nikt go nie uczył. A tego też, jak zresztą wszystkiego, trzeba się nauczyć. U uzdrowiciela pacjent dostaje wszystko, czego pragnie. Dobre traktowanie, obietnicę zdrowia, łagodną kurację. Tylko czy złoczyńcą jest na pewno ten uzdrowiciel? Czy może jest nim system, który nie działa, bo nie został zreformowany od czasów transformacji? Ja nie wierzę w złe intencje lekarzy, w spiski farmacji. Jestem w systemie służby zdrowia wiele lat i nie widzę, żeby ktoś tu zacierał ręce i obmyślał, jak pacjenta wykorzystać, jak spowodować, żeby płacił bez sensu. Widzę raczej niewydolność systemu.

Wiara w nierzeczywistość

Jest coś jeszcze. Często nie chcemy prawdy. Justyna Pronobis-Szczylik: – Tak, wolimy kłamstwa, którymi dajemy się omamić, aby uniknąć cierpienia. Jakie są trzy najbardziej powszechne reakcje na diagnozę „rak”?

– Rozpacz? – zgaduję.

– Nie. Zaprzeczenie. A druga? Zaprzeczenie. Trzecia? Zaprzeczenie. Nie chcę wiedzieć, nie chcę wierzyć, idę do innego lekarza, to musi być pomyłka. Szok. Tak reagujemy na wiadomość o chorobie zagrażającej życiu. Taki szok trwa czasem kilka godzin, czasem kilka dni – dopiero potem przychodzi czas adaptacji. Uznania, że taka jest rzeczywistość i można się z nią mierzyć. I dopiero wtedy można usiąść z lekarzem i ustalić plan działania. Robi się lżej, bo przechodzimy od bezradności do działania. Ale niektórzy chorzy przeżywają i strach, i lęk. Przy czym o ile strach to naturalna adaptacyjna forma reagowania na obiektywne zagrożenie, np.: „Rak może mnie zabić”, o tyle lęk jest odpowiedzią na poczucie odczuwanego zagrożenia. Kiedy przeżywamy lęk przed cierpieniem, nie widzimy rzeczywistości. Nie chcemy prawdy, wolimy kłamstwo. I żeby je usłyszeć, idziemy do szarlatana. To trochę tak, jakbyśmy mu mówili: „Czy mogę płacić za to, żebyś mnie okłamywał?”. Ludzie czasem mają nadzieję na to, że kupując nieprawdę, kupują rzeczywistość. Ale rzeczywistości i prawdy nie można kupić.

Dr Pietroń dodaje: – Ludzie nie chcą zostać sami ze swoją chorobą, z lękiem. Jeśli mają kochającą rodzinę czy przyjacielską grupę wsparcia, jest szansa, że nie pójdą w złą stronę. Ale często jesteśmy samotni. Nieufni. Znamy wiele przykładów nieudanych kuracji, cierpienia, umierania w szpitalach. Chętnie więc skłaniamy ucho ku tym, którzy mówią: „Można inaczej”. Czasem, oczywiście, terapie alternatywne pomagają. Czasem cudotwórca nie żąda od pacjenta, żeby odstawił leczenie konwencjonalne. Czasem działa efekt placebo. Ale częściej mamy tragedie. I ludzi, którzy na koniec trafiają do lekarza, ale wtedy jest już za późno.

– Mam pacjentów, którzy jeżdżą po świecie w poszukiwaniu ratunku – mówi Justyna Pronobis-Szczylik. – Znam już nawet nazwiska tych „specjalistów cudotwórców”. Wiem, ile trzeba zapłacić za pobyt w ich „szpitaliku”. I wiem, do czego to prowadzi. Moim obowiązkiem jest stać po stronie prawdy. Mówić, że takie kuracje to kłamstwo. Przemilczanie to branie w takim procederze udziału. Ale ludzie przecież nie robią tego ze złej woli. Oskarżanie ich nie ma sensu. To nie działa. Powiem coś zbyt dosadnie, ktoś może poczuć się skrytykowany, obwiniony. Czasem kiedy tłumaczę, że to metoda niesprawdzona, słyszę: „Ale on robi właśnie badania, on za tę kurację dostanie Nagrodę Nobla”. Ale zanim Nobel, przekonuję, może jednak trzymać się sprawdzonych przez naukę ścieżek? Pół biedy, jeśli pacjenci – a tak się czasem dzieje – decydują się kontynuować leczenie konwencjonalne i uzupełniać je tylko metodami pozanaukowymi. Ale czasem medycynę całkiem odrzucają.

Nie chcemy wysiłku

Innym przykładem choroby przewlekłej jest choćby otyłość i związane z nią dolegliwości. Mówi dr Pietroń: – Ludzie przyzwyczajeni są do tego, że wszystko musi być szybko, od ręki. Jak mówię, że trzeba schudnąć, dobrze się odżywiać, zacząć ruszać, to pacjent nie chce tego słuchać. Przychodzi do lekarza po tabletkę. Wziąć, zapomnieć, niczego z siebie nie dać. Nie chcemy wysiłku. Chcemy cudownej tabletki. Tylko że takiej nie ma. A jeśli ktoś ją obieca, to gwarantowane, że albo nie zadziała, albo zadziała całkiem inaczej, niż na to liczymy.

W szkole nie uczymy się o zdrowiu. Często nie wiemy nawet, jak wygląda piramida zdrowego żywienia. – Syn mojego kolegi dowiedział się, że coś takiego istnieje, kiedy w klasie maturalnej robił kurs na instruktora narciarstwa – mówi dr Joanna Pietroń. – Ani dom, ani szkoła nie dają nam tej wiedzy. Jesteśmy zdrowotnymi analfabetami.

Rzucamy się więc na przeczytane w Internecie nowości, ciekawostki. I staramy się kolejnymi modami zastąpić to, co przez lata zaniedbywaliśmy. Spirulina, prawoskrętna witamina C, zielony jęczmień... A do tego przypadkowa śmieciowa dieta.

Choć jest i druga strona medalu. Spora grupa pacjentów dr Pietroń to osoby z problemami gastrycznymi. – Oczywiście, część tych problemów jest spowodowana niewłaściwym odżywianiem, ale prawda jest też taka, że my, lekarze, nie wiemy wszystkiego o problemach w obrębie jamy brzusznej. Leczymy objawowo, często to nie działa albo działa na krótką metę, ludzie więc szukają sposobów, jak sobie poradzić inaczej. Stosują drakońskie diety, lewatywy, sami siebie osłabiają, wykańczają swoją mikrobiotę jelitową.

Złe szczepionki

Jest też niemała grupa ludzi, którzy wierzą w spiski. Media temu sprzyjają. Przedstawiana przez nie wizja świata to wizja katastroficzna – bo, wiadomo, złe wiadomości sprzedają się lepiej. A Internet te wizje roznosi błyskawicznie. Informacja nie zna granic. Jest w każdym społeczeństwie spora grupa ludzi, którzy z różnych przyczyn nie mają zaufania do świata. Mogli to wynieść z domu rodzinnego, mogli z rozmaitych innych doświadczeń. Mają przeświadczenie, że światem rządzi pieniądz, że firmy farmaceutyczne myślą jedynie o zysku, że celowo wmawiają nam choroby, żeby sprzedawać leki, albo że nas trują, żebyśmy te leki kupowali. Dzięki takiemu myśleniu rosną w siłę ruchy antyszczepionkowe. – Problem pojawił się razem z pierwszą szczepionką, czyli 200 lat temu – mówi dr Pietroń. – Już wtedy powstał „ruch antyszczepionkowy”, już wtedy ludzie zaczęli krzyczeć, że to ogranicza ich wolność. Tak jak dziś.

Sprzyja temu Internet. Z jednej strony genialne narzędzie ułatwiające nam życie i pracę, z drugiej – dzięki niemu każda informacja w chwilę dociera z jednego końca świata na drugi. A informacje są różne. Teorie spiskowe na równi z badaniami naukowymi. Przy czym na ogół badania naukowe podane są językiem nieprzyjaznym, hermetycznym, a te sensacyjne – opatrzone wykrzyknikami – wchodzą łatwo. Pacjenci rzadko zaglądają na strony Ministerstwa Zdrowia czy WHO, za to często na fora, na których podsycane są lęki i obsesje.

Choćby to, że szczepionki powodują autyzm. I choć same ruchy antyszczepionkowe sponsorowały badania mające to potwierdzić, nie udało się niczego wykazać. Badania dotyczące bezpieczeństwa szczepień płyną od naukowców z różnych stron świata, z USA, Japonii, Anglii, Danii, to samo potwierdzają w różnych laboratoriach różni naukowcy. Co wcale nie spowodowało, że przestano w tezę o autyzmie wierzyć.

Widzenie wszędzie spisków to, według dr Pietroń, efekt postawy lękowej. – Takich ludzi nie da się przekonać. Oni nie chcą rozmawiać, nie chcą słuchać niczego, co nie zgadza się z ich wizją. Przychodzą się zbadać, jeśli na przykład firma ich zmusi, ale leku nie wezmą.

Tylko natura

Choć są i tacy, którzy leki biorą w nadmiarze. Jesteśmy zarzucani reklamami. I ulegamy im, zupełnie jakbyśmy byli najbardziej chorym społeczeństwem w Europie. Jemy suplementy diety garściami. – Nie jestem przeciwniczką suplementów – mówi dr Pietroń. – Absolutnie nie. Chodzi o to, żeby brać te, które są wartościowe. Dla mnie sukcesem jest, jak pacjent się przyzna i powie, co łyka. Czasem ludzie sprowadzają przedziwne preparaty z Chin, bo im ktoś polecił, łykają i nawet nie wiedzą, co to takiego, opis w alfabecie i języku nie do rozszyfrowania, a pacjenci biorą. Były opisywane przypadki, że zioła na wątrobę powodowały... raka wątroby. Były „suplementy” z USA zawierające pestycydy. Lek czy suplement diety kupiony w aptece ma na ulotce skład, działania niepożądane, można sprawdzić, zareagować, zgłosić. A tu nie ma nic. I ludzie wydają na to pieniądze, biorą i się trują.

Skąd taka postawa? Dr Pietroń: – Ciężko pracujemy, jesteśmy przemęczeni, chcemy się wspomóc. Szukamy drogi na skróty, bo na inną nie mamy czasu. Koło się zamyka.

Kolejną przyczyną odwrotu od medycyny może być... zwrot w kierunku natury. Wysokoprzetworzone jedzenie, skażone powietrze, zanieczyszczona woda, wszechobecny plastik, GMO – tego się boimy. I w reakcji kwestionujemy rozmaite zdobycze cywilizacji. Chcemy tylko tego, co naturalne. Czyli jeśli zachorujemy – to żadnej chemii w tabletce. Wolimy napar z ziół. Choć wiele leków albo powstaje na bazie ziół, albo zawierają identyczną substancję, tylko zsyntetyzowaną w laboratorium. A chemia – choćby w postaci chemioterapii – może ratować życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Duchowość w medycynie chińskiej – jakie są podstawowe zasady zachowania zdrowia?

Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
„Wielka Księga Żółtego Cesarza”, która powstała około 3 tysiące lat temu, jest pierwszym przekazem traktującym o Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. W tradycyjnym przekazie uważa się, że to Duch stwarza wszystko.

Co możemy zrobić, według tradycyjnej medycyny chińskiej, żeby żyć długo i w dobrym zdrowiu? - Jeśli wierzymy, że istnieje dusza, jesteśmy już blisko życia i dbania o nie.

Pierwsza najważniejsza zasada: być szczęśliwym i wdzięcznym za życie.

Druga zasada: postępować zgodnie z naturą. Żółty Cesarz w rozdziale pierwszym księgi mówi, że trzeba respektować prawa Wszechświata. To Tao – droga naszego życia. W praktyce oznacza harmonię życia. Żeby ją wdrożyć w codzienność, należy zrozumieć cykl pięciu niebiańskich ruchów: Wody, Drzewa, Ziemi, Ognia i Metalu. To jest program życia – droga do integracji Ying i Yang, ziemi i nieba. Życie według rytmu pór roku. Woda generuje Drzewo – wiosną wysiewamy nasiono, podlewamy je, wyrasta roślina. Zaczyna się życie, by latem, wraz z ruchem do góry, przeżyć pełen rozkwit – tak przejawia się energia Ognia. Jesienią rośliny przestają już rosnąć – wszystko zasysane jest do Ziemi. Zawiązują się nowe nasiona – twarde jak Metal. Wiosną znowu będą potrzebować wody, by wzrosnąć. I tak będzie się działo rok za rokiem. Żyjąc zgodnie z prawem czterech pór roku, wiosną zasilajmy naszą energię i działajmy, latem wyciszajmy się i zażywajmy spokoju, jesienią koncentrujmy swoją energię, zima ją magazynujmy.

Trzecia zasada: przyjmować dobre jedzenie. W Chinach mówi się: „jedz ziemię, jedz niebo”. Oznacza to, żeby spożywać naturalną energię pochodzącą z tych jakości, czyli – nie jeść nic sztucznego. Chińskie pałeczki, służące do jedzenia, mają jeden koniec okrągły symbolizujący ziemię, a drugi kwadratowy na znak nieba. Podczas jedzenia palec środkowy między pałeczkami jest nieruchomy zgodnie z zasadą Yin. Porusza nimi energią Yang palec wskazujący.

Jakości nieba i ziemi odżywiają naszą florę bakteryjną w jelitach. Chińczycy traktują ją jako dodatkowy, odrębny organ, mamy jej 10 razy więcej niż komórek ciała. Niestety, współczesny przemysł przetwórczy, leki i chemikalia, niszczą florę bakteryjną. Efekt to choroby autoimmunologiczne, udary mózgu, nadciśnienie tętnicze, nowotwory, depresja. Te choroby pochodzą z supermarketów. Jedzenie tam sprzedawane jest wysokoprzetworzone i pełne toksyn. Podawane są one w tak małych stężeniach, że organizm nie ma szans się obronić gdyż nie jest w stanie wykryć tych śladowych ilości – niestety z czasem dochodzi do kumulacji toksyn i pojawiają się typowe symptomy zatrucia organizmu. Te trucizny są dla ciała niewidzialne, a przez to bardziej szkodliwe. I jeszcze jedna ważna rzecz: jedzenie musi nam smakować, być przyjemnością. Inaczej ciało nie będzie miało z niego pożytku.

Czwarta zasada: odreagować stres. Chińczycy uważają, że stres uszkadza duszę, ponieważ zaburza emocje. Stres nas wyniszcza, bo nie mamy czasu na harmonizację naszego wnętrza, na równowagę. Negatywne emocje to przede wszystkim: złość, nienawiść, zazdrość, frustracja, obawy, zamartwianie się, niepewność. Powinniśmy czuć je i uwalniać. Doskonałym do tego narzędziem jest medytacja. W naszym ciele jest dusza, w której zawarty jest swoisty kod życia. Jeżeli emocje niszczą duszę, niszczy się kod naszego przetrwania. Program życia zaczyna się mutować i pojawiają się choroby. Miejcie więc na uwadze szanowanie emocji.

  1. Zdrowie

Dbaj o jelita – nie tylko dieta

(Ilustracja iStock)
(Ilustracja iStock)
Jelita stanowią o komunikacji między tym, co dla organizmu ważne, a tym, co zupełnie niepotrzebne. Poza tym odpowiadają za odporność, nastrój i wygląd!

Gdy postanowiłam napisać wam o jelitach, nie przypuszczałam nawet, przed jak trudnym zadaniem staję. To tak ważny narząd, że nie jestem w stanie streścić wszystkiego do jednego felietonu. Świadoma znaczenia jelit – albo skutków ich chorób – czuję tremę, wkraczając na ten temat. O jelitach zwykło się mówić, że są drugim mózgiem. Bo poza główną ich funkcją, czyli trawieniem i wchłanianiem (wody oraz składników odżywczych), jelita odpowiadają także za wydalanie niestrawionych resztek pokarmowych i innych szkodliwych substancji, które są w naszym organizmie (na przykład cholesterolu, gdy jest go za dużo). Odpowiadają także za naszą odporność, nastrój oraz wygląd!

Jak mawia moja przyjaciółka po fachu Agata Ziemnicka, jelita to kanał komunikacji pomiędzy tym, co ważne, a tym, co zupełnie niepotrzebne. To szansa na wchłanianie do ciała tego, co zjadamy, oraz wyrzucenia z siebie tego, co szkodliwe lub zbędne.

Zacznijmy od podstaw. Jelita to cztery–pięć metrów „rury”, której wielkość, jak mnie uczono, po uwzględnieniu powierzchni wszystkich kosmków i wypustek, ma rozmiary boiska do piłki nożnej. W jelitach zamieszkują bakterie, których liczba jest w zasadzie nie do ogarnięcia. Moi synkowie powiedzieliby, że jest ich nieskończoność i jeszcze więcej – i tego się trzymajmy!
My, niczym gracze na konsoli, decydujemy o tym, co się w nich będzie działo, kto tam zamieszka i się dobrze poczuje, a kto będzie niemile widziany. Od nas zależy, czy zjemy probiotyki (kiszonki, pieczywo na zakwasie, kefir i jogurt, kombuchę oraz rzodkiewkę wyrwaną z ziemi i jedynie wytartą o spodnie), czy może jednak dokarmimy „te złe” cukrem i białą mąką. Mamy pada do gry w swoich rękach i dokonujemy wyboru podczas każdego posiłku. Fasolka czy mięso? Chałka czy owsianka? Słodki napój z konserwantami czy może zakwas z buraków?

Czas również ma znaczenie – mówi o tym prężnie rozwijająca się dziedzina naukowa zwana chronobiologią. Ja, królowa chaosu, mówię wam: im bardziej ułożony nasz dzień – pora spania, wstawania, godziny posiłków – tym jelita są szczęśliwsze. Oczywiście, znam życie i wiem, że nie jest łatwo dopasować domowy rytm do konkretnych pór, ale im lepiej nam się to uda, tym szczęśliwsze będą jelita. Unikanie stresu jest kolejnym czynnikiem, którego pominąć nie sposób – ale to już wszyscy wiemy, a ja mogę się mądrzyć i teoretyzować.

Aby to, co zjadamy, przechodziło przez przewód pokarmowy, potrzebna jest tak zwana fala perystaltyczna, czyli ruch jelit przesuwający treść pokarmową. Gdy owa fala zwalnia, cierpimy na zaparcia – problem powszechny i niezwykle uciążliwy. Wynikają one najczęściej z nieodpowiedniej diety i niedoboru błonnika, zbyt małej ilości wypijanej wody, niskiej aktywności fizycznej, stresu, ale też z sytuacji hormonalnej, przyjmowanych leków czy ciąży. Pacjenci często chcą skorzystać z błonnika kupionego w aptece, na przykład z suszonych skórek jabłek lub ziół podrażniających ściany jelit. Owszem, nasz dzisiejszy bohater uwielbia stymulację, kocha to, co szorstkie (a tak działają właśnie płatki owsiane, razowe pieczywo czy warzywa). Jednakże zamiast proszku z apteki polecam jabłko ze skórką, truskawkę z pesteczkami, warzywa, warzywa, warzywa i razowy chleb.

Na niewiele rzeczy w obecnym świecie mamy wpływ, ale na to, jak „zagramy” z naszymi jelitami, możemy być uważniejsi. I zrobić sobie wewnętrzne SPA karmione naturalnymi produktami.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, dietetyczka kliniczna, psychodietetyczka. Autorka bloga kachblazejewska.pl, współautorka książki „Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu”, Burda Media Polska.

  1. Zdrowie

6 kroków do zdrowia duszy i ciała

Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia.  (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia. (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Narzekasz na spadek formy? Nękają cię drobne i większe dolegliwości? Skorzystaj z rad Ewy Foley. Może zdziałają więcej niż kolejny specyfik z apteki.

Prawdziwy dobrostan psychofizyczny to dużo więcej niż radzenie sobie z symptomami choroby. To powrót do prawdziwej tożsamości i uświadomienie sobie misji życia. Jak to zrobić? Krok po kroku.

1. Określ swój cel życiowy. Jednym z najlepszych powodów utrzymania dobrego stanu zdrowia jest potrzeba realizowania swojego życiowego celu. Jeżeli nie wiesz, co masz do zrobienia na Ziemi – twoja motywacja, aby być zdrową, może być osłabiona. Gdy określisz swój cel, będzie on działał jak magnes, który przyciąga cię do siebie, nadając sens wszystkiemu, co robisz. Zacznij od listy twoich wyjątkowych talentów. Następnie wypisz 10 cech charakteru, które najbardziej w sobie cenisz. Potem zrób listę 10 rzeczy, które lubisz robić i w których wyrażają się twoje niepowtarzalne uzdolnienia. Opisz kilkoma zdaniami swoją koncepcję świata doskonałego. Wreszcie: napisz zdanie, stosując 2–3 wyrażenia z trzech ostatnich zadań. To jest twój cel życiowy!

2. Pozwól, by przyroda cię uzdrawiała. Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie. Podaruj sobie noc przesiedzianą przy ognisku w milczeniu. Zacznij bardziej świadomie odczuwać swój związek z roślinami, drzewami i zwierzętami. Częściej chodź na bosaka po lesie, pływaj nago w jeziorze, wpatruj się w falujące morze, słuchaj muzyki etnicznej, graj na bębnie... Odkryj rytuały i ceremonie. Powróć do korzeni.

3. Żyj z pasją i entuzjazmem. Śmiej się. Płacz. Czuj. Kiedy się śmiejesz, w twoim mózgu wydzielają się endorfiny, które powodują naturalny „haj”, a układ oddechowy poddawany jest joggingowi. Śmiech uwalnia od bólu i choroby. Pragnienie życia, entuzjazm i pasja wzmacniają twój układ odpornościowy. Bez względu na to, czy jesteś chora, czy zdrowa – żyj tak, jakbyś za chwilę miała umrzeć. Żyj w pełni.

4. Służ innym, dawaj. Badania wykazują, że ludzie pracujący charytatywnie, z potrzeby serca są dużo zdrowsi. Dawaj, a będziesz zdrowsza, szczęśliwsza i bogatsza. Za czasów Starego Testamentu zwyczajem Izraelitów było oddawać na rzecz innych dziesiątą część wszystkich dochodów. Zwyczajem ludzi, którzy osiągnęli sukces, jest oddawanie 10 proc. zarobków tym, którzy mają mniej. Poza tym ten, kto ofiarowuje pieniądze, ma ich jeszcze więcej. Takie działanie jest sygnałem dla wszechświata: „Dziękuję. Mam więcej, niż potrzebuję. Dlatego mogę oddać”.

5. Zatroszcz się o swoje ciało. Dowiedz się, jak funkcjonują poszczególne narządy, organy i gruczoły. Poznaj anatomię i fizjologię ludzkiego ciała. Dowiedz się, jakich ziół, witamin, mikroelementów, soli tkankowych, aminokwasów i nienasyconych kwasów tłuszczowych potrzebuje twój organizm, by dobrze funkcjonować. Przestudiuj różne szkoły odżywiania – makrobiotykę, wegetarianizm, weganizm, odżywianie zgodne z grupą krwi, kuchnię chińską według Pięciu Przemian. Ja od wielu lat łączę te dwie ostatnie metody. Zadbaj o jakość wody, którą pijesz (min. 1,5 litra dziennie). Raz w roku przeprowadź najstarszą terapię znaną ludzkości, czyli post. Zacznij praktykować ćwiczenia, które ci odpowiadają i sprawiają przyjemność. Co najmniej dwa razy w miesiącu idź na masaż.

6. Kochaj! Miłość jest największym uzdrowicielem. Bez niej usychamy jak kwiaty pozbawione wody. Miłość w moim pojęciu jest bezwarunkową akceptacją tego, co jest. Dlatego kochaj siebie i świat. Codziennie. Głęboko i z całej siły.

Ewa Foley trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia Ewy Foley, organizuje wyprawy w miejsca mocy na Ziemi.

  1. Zdrowie

Zdrowa dieta na upały

123rf.com
123rf.com
W upalne dni nie mamy zbyt dużego apetytu i jemy mniej. Dodatkowo, wraz z potem tracimy wiele potrzebnych organizmowi składników. Letnia dieta powinna więc zawierać duże ilości płynów oraz wiele świeżych owoce i warzywa.

Melony, pomarańcze i grejpfruty dla orzeźwienia Codzienne menu powinno zawierać owoce, zwłaszcza te, które nawadniają organizm i działają orzeźwiająco, czyli melony, pomarańcze, grejpfruty i arbuzy. Te ostatnie mają w sobie ponad 90 proc. wody i podobnie jak inne owoce, zawierają antyoksydanty. „Przeciwutleniacze są niezbędne dla naszego zdrowia. Przede wszystkim neutralizują wolne rodniki, które uszkadzają komórki organizmu. Ponadto zmniejszają ryzyko chorób nowotworowych i miażdżycy, opóźniają procesy starzenia się organizmu i zmniejszają cholesterol”, wyjaśnia mgr Małgorzata Pelikan, dietetyk kliniczny z Centrum Dietetyki Klinicznej 4Health w Katowicach. Duża ilość wolnych rodników wytwarza się m.in. latem, w wyniku długiego przebywania na słońcu. Ich nadmiar przyczynia się do uaktywnienia enzymów, które niszczą włókna kolagenowe skóry i tym samym powodują utratę jej elastyczności. Nie zapominajmy o warzywach, równie bogatych w wodę, witaminy i składniki mineralne. Warto też do płynów, jakie wypijamy, wycisnąć sok z cytryny, aby efektywniej nawadniały nasze tkanki.

Zamiast ciężkostrawnych potraw, zjedz sałatkę Na czas upałów zrezygnujmy z tłustych i ciężkostrawnych potraw. Sprawiają one, że czujemy się ociężali i ospali. Dlatego do smażenia filetu z kurczaka wykorzystajmy patelnię grillową, która nie wymaga dodawania oleju, a rybę ugotujmy w wodzie, na parze lub w folii w piekarniku. Kiedy temperatury sięgają 35 stopni Celsjusza, mamy mniejszą ochotę na jedzenie gorących potraw. Dlatego zamiast gorącej zupy zróbmy chłodnik na bazie kefiru lub naturalnego jogurtu. Główne danie również nie musi być gorące – wystarczy letnia sałatka z pomidorami, zielonym ogórkiem, wędzonym łososiem lub kurczakiem – jeśli chcemy, by była bardziej sycąca. Sałatka powinna szybko się trawić, zatem zrezygnujmy z sosów na bazie śmietany lub majonezu, a zastąpmy jogurtem. Wystarczy też skropienie jej cytryną lub oliwą, która pomaga wchłaniać witaminy z warzyw. Warto wykorzystać do sałatki świeże orzeźwiające zioła, np. bazylię lub miętę.

Ostre potrawy obniżają temperaturę ciała Wbrew pozorom, ostre dania idealnie schładzają nasz organizm. Jedzenie potraw, które sprawiają, że się pocimy, to naturalna droga do chłodzenia. Kapsaicyna, która jest składnikiem m.in. pieprzu cayenne, pobudza region mózgu, który w efekcie obniża temperaturę ciała. Dlatego w wielu ciepłych krajach, jak np. Meksyk, Indie czy Tajlandia jest on podstawową przyprawą potraw.

Pij dużo wody i jedz jogurty naturalne Według norm Instytutu Żywności i Żywienia, kobiety powinny pić około 2,7 litra wody na dobę, a mężczyźni 3,7 litra. W czasie upałów zapotrzebowanie zwiększa się o ok. 0,5 litra. Jeśli jesteśmy zdrowi, wybierajmy wodę o zwiększonej ilości minerałów, bowiem gdy się pocimy, tracimy ich dużo. Jeśli nie dostarczymy organizmowi odpowiednich ilości płynów, może dojść do hipertermii, czyli przegrzania. Także wychodząc z domu, warto zabrać ze sobą butelkę lub bidon z wodą.

Jogurty działają orzeźwiająco i wspomagają trawienie, które może być zaburzone przez wysoką temperaturę. „Dlatego w krajach arabskich, zamiast wody pije się tak zwany ayran – napój na bazie naturalnego jogurtu, który gasi pragnienie i przynosi ulgę. Trawi się on szybciej niż mleko, a ponadto ułatwia przyswajanie żelaza i wapnia, czyli pierwiastków, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu”, tłumaczy dietetyk kliniczny.

Unikaj lodowatych napojów, alkoholu i kawy

Zbyt zimne napoje i lody tylko na chwilę sprawiają, że czujemy się lepiej. Tak naprawdę ich spożywanie uruchamia procesy mające na celu ogrzanie organizmu od środka. Również gazowane napoje przynoszą krótkotrwałe ochłodzenie, a zawarty w nich dwutlenek węgla podnosząc ciśnienie w przewodzie pokarmowym powoduje wzdęcia i uczucie ciężkości.

W upalne dni zapomnij też o drinkach, winie i piwie. Nawet niskoprocentowy alkohol wypłukuje wodę z organizmu i hamuje działanie wazopresyny – hormonu, który odpowiada za prawidłową gospodarkę wodną organizmu.

  1. Zdrowie

Niebieskie światło – unikaj go wieczorem

Niebieskie światło generowane przez urządzenia elektroniczne zaburza nasz dobowy rytm. Przy nim twój mózg myśli, że jest dzień – bo właśnie w dzień dużo jest takiego światła ze słońca. (fot. iStock)
Niebieskie światło generowane przez urządzenia elektroniczne zaburza nasz dobowy rytm. Przy nim twój mózg myśli, że jest dzień – bo właśnie w dzień dużo jest takiego światła ze słońca. (fot. iStock)
Niebieskie światło wysyła sygnał do przysadki mózgowej, informując ją, że jest dzień. W ciągu dnia nie jest to problem, ale wieczorem już tak, gdyż nasz organizm powinien mieć czas na wyciszenie i przełączenie hormonów z dziennych na nocne – tłumaczy dietetyczka Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Komputer, telewizor, laptop, światło ledowe działają pobudzająco. Dlatego warto iść wcześniej spać, niż naświetlać się sztucznym światłem. Organizm stale pobudzony traci siły do walki z patogenami. Natura tak to urządziła, że mamy dzień i noc. Nasz organizm powinien ich doświadczać. Niebieskie światło sztucznie przedłuża mu dzień, wyciągając z niego więcej, niż w naturalnych warunkach byłby w stanie dać.

Niektóre badania wspominają o tym, że niebieskie światło emitowane przez urządzenia i żarówki LED przechodzi przez rogówkę i soczewkę do siatkówki, powodując takie choroby, jak: suche oko, zaćma, związane z wiekiem zwyrodnienie plamki żółtej, ponadto stymuluje mózg, hamuje wydzielanie melatoniny i zwiększa produkcję hormonów kory nadnerczy, co niszczy równowagę hormonalną i bezpośrednio wpływa na jakość snu.

Jako ciekawostkę warto dodać, że niebieskie światło jest włączone w inkubatorach dla niemowląt, by pobudzać funkcje życiowe. Światło bowiem odgrywa kluczową rolę w rozwoju niemowląt. Zbyt jasne i zbyt ciemne, jak również brak zmian natężenia światła imitującego porę dnia negatywnie wpływa na ich rozwój.

Źródłem światła niebieskiego jest również słońce, w szczególności w południe. Wieczorem przybiera barwę czerwoną, by nas wyciszyć i przygotować na nocny spoczynek.

Światło widzialne dopasowuje ludzki zegar biologiczny do 24-godzinnego cyklu synchronizacji ze słońcem. Rytm okołodobowy jest ważny dla optymalnego funkcjonowania organizmu, a zaburzenia okołodobowe snu lub czuwania albo przewlekłe niedopasowanie mogą często prowadzić do chorób psychicznych i neurodegeneracyjnych, ale również zaburzeń hormonalnych.

Ekspozycja na niebieskie światło w ciągu dnia (światło słoneczne) jest ważna, aby stłumić wydzielanie melatoniny oraz utrzymać nas w dobrym samopoczuciu, czujności i w pełni zdolności poznawczych. Jednak przewlekła ekspozycja na niebieskie światło przed snem może mieć poważne konsekwencje dla jakości snu i rytmu dobowego.

Kiedyś wieczorami siedziało się przy świecy, teraz mamy komputery, telefony, telewizory i światła LED. Istnieją filtry elektroniczne montowane na urządzeniach elektronicznych, ale działają tylko częściowo. Pobudza nas przecież również to, co czytamy na ekranie. Kolejnym panaceum na niebieskie światło są okulary je blokujące. Zwykle są koloru pomarańczowego. Warto zaznaczyć, że takie okulary należy nosić tylko po zachodzie słońca, kiedy zaglądamy w urządzenia elektroniczne. Badania pokazały, że noszenie pomarańczowych okularów blokujących niebieskie światło przez dwie godziny przed snem przez tydzień (tyle trwało badanie) poprawiło sen u osób z objawami bezsenności.

Jedna z podstawowych rad na lepszy sen? – Wyeliminuj źródło światła niebieskiego w sypialni oraz dwie godziny przed snem (telefon, telewizor, światło ledowe). Jeśli masz problemy z zasypianiem -włącz czerwoną lampkę (czerwona lampka infrared – światło podczerwone – zadziała jak zachodzące słońce).

Fragmenty z książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność. Dieta, styl życia, umysł, suplementy”.