1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Choroby tarczycy najczęściej występują u kobiet. Jak można im zapobiegać?

Choroby tarczycy najczęściej występują u kobiet. Jak można im zapobiegać?

Szacuje się, że co piąty Polak ma jakieś problemy z tarczycą, z czego większość przypadków stanowią kobiety. (Fot. Getty Images)
Szacuje się, że co piąty Polak ma jakieś problemy z tarczycą, z czego większość przypadków stanowią kobiety. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Według badań opublikowanych przez National Institutes of Health Autoimmune Diseases Coordinating Committee (Komitet Koordynacyjny Chorób Autoimmunologicznych Narodowego Instytutu Zdrowia) choroby autoimmunologiczne dotykają blisko 5% populacji krajów zachodnich,  z czego prawie 80% pacjentów stanowią kobiety. Do najbardziej rozpowszechnionych schorzeń tego typu zalicza się choroby tarczycy.

Częstość pojawiania się u kobiet autoimmunizacyjnego zapalenia tarczycy z niedoczynnością wynosi 350 przypadków na 100 tys. osób rocznie, natomiast u mężczyzn – 80 przypadków na 100 tys. osób rocznie; z kolei zapalenie tarczycy z nadczynnością stanowi u kobiet 80 przypadków na 100 tys. osób rocznie, a u mężczyzn 8 przypadków na 100 tys. osób rocznie.

Podobna dysproporcja dotyczy też Polski. Kobiety w Polsce zapadają na choroby tarczycy dziewięć razy częściej niż mężczyźni. Dlaczego tak się dzieje? - Tak do końca nie wiadomo. Kobiety podlegają znacznie większym wpływom hormonalnym niż mężczyźni, i pewnie ma to jakieś znaczenie. Bardzo istotna jest nie tylko płeć, ale i wiek, ekspozycja na tło promieniowania jonizującego, które w ostatnich latach znacząco się zwiększyło. Coraz więcej interwencji medycznych wiąże się z promieniowaniem jonizującym. Rozpowszechnienie tomografii komputerowej, katastrofa w Czarnobylu czy też niedobór jodu niewątpliwie oddziałują na polską populację. Trzeba przy tym zaznaczyć, że jedno badanie tomograficzne rocznie jest dla pacjenta całkowicie bezpieczne. – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Marcin Barczyński, z-ca kierownika Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej z Onkologią w Szpitalu Miejskim Specjalistycznym im. G. Narutowicza w Krakowie, Prezes Polskiego Klubu Chirurgii Endokrynologicznej.

Wpływ hormonów płciowych na funkcjonowanie układu immunologicznego podaje się jako jedną z głównych przyczyn częstej zachorowalności u kobiet. Gdy układ immunologiczny błędnie rozpoznaje komórki tarczycowe jako obce, zaczyna je atakować za pomocą autoprzeciwciał. W efekcie dochodzi do nadczynności tarczycy (choroba Gravesa-Basedowa) lub niedoczynności (choroba Hashimoto, która atakuje najczęściej kobiety w wieku 30 – 50 lat).

Jednak nie tylko Hashimoto jest problemem, z którym boryka się wiele Polek. W Polsce coraz częściej diagnozuje się nowotwory tarczycy.

- Rak tarczycy jest obecnie na szóstym miejscu, jeśli chodzi o częstość występowania u kobiet i stanowi już 4% wszystkich nowotworów złośliwych rozpoznawanych w Polsce w ciągu roku u kobiet (u mężczyzn jest poza pierwszą dziesiątką)… – podaje prof. Barczyński. Zaznacza również, że kwestia świadomości związanej z chorobami tarczycy pozostawia wiele do życzenia. Wiele osób dba o siebie i promuje zdrowy styl życia, jednak duża liczba chorych doprowadza do dużych guzowatych rozrostów w tarczycy, co uniemożliwia normalne funkcjonowanie.

Tarczyca, gdy choruje nie boli i długo nie daje o sobie znać. Jednak jej praca ma znaczący wpływ na cały organizm. Hormony tarczycy regulują m.in. metabolizm i termostatykę organizmu. Dlatego warto być czujnym i w porę się przebadać. Jakie objawy powinny nas zaniepokoić? – Są dwie grupy takich objawów: wynikające ze zmienionej czynności tarczycy oraz ze zmian ogniskowych. Niedoczynności tarczycy towarzyszy spowolnienie, ospałość, brak napędu do pracy, niechęć. Pewnie wszyscy doświadczamy tego w sezonie jesienno-zimowym. Na drugim biegunie są objawy nadczynności tarczycy: nadmiar energii, pobudzenie, tachykardia, zaburzenia rytmu serca, zwłaszcza u osób starszych. – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Marcin Barczyński – Jeśli chodzi o diagnostykę zmian ogniskowych, to podstawą jest badanie ultrasonograficzne, które pozwala ocenić cechy fenotypowe guza. Zmiana, która budzi niepokój jest hypoechogeniczna, ma nieregularne granice, posiada mikrozwapnienia. Zmiany, które niosą większe ryzyko nowotworu złośliwego ocenia się metodą biopsji aspiracyjnej cienkoigłowej. Ocena cytologiczna materiału w wielu wypadkach pozwala ustalić rozpoznanie, co z kolei pomaga w zakwalifikowaniu pacjenta do ewentualnego zabiegu operacyjnego.

Warto też mieć na uwadze, że w przypadku chorób tarczycy istnieją schorzenia towarzyszące (co może być wynikiem sąsiadujących ze sobą genów) – takim częstym zestawieniem jest Hashimoto i insulinooporność . Otyłość (z którą związany jest problem insulinooporności) podaje się zresztą jako jeden z głównych powodów wzrostowej tendencji zachorowań na raka tarczycy. – Trzeba pamiętać, że tkanka tłuszczowa stanowi rezerwuar dla toksyn, rozpuszczalnych w tłuszczach, które mają potencjał uszkadzania DNA komórek. – podkreśla prof. Barczyński.

Innymi czynnikami, oprócz otyłości, zwiększającymi ryzyko rozwoju chorób tarczycy są:

  • stres, który osłabia znacznie układ immunologiczny
  • większa ekspozycja na promieniowanie jonizujące (częstsze badania RTG)
  • używki
  • toksyny środowiskowe (w tym smog)
  • niedobór lub nadmiar jodu
Zdaniem profesora należy jeszcze wskazać składniki odżywcze, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania tarczycy. Oprócz jodu eksperci wymieniają: żelazo, cynk, selen, witaminy z grupy B, a także witaminy C i D. Dlatego powinniśmy zadbać o ich odpowiednią ilość w codziennej diecie.

Źródła:

  1. Wywiad z prof. dr hab. n. med. Marcinem Barczyńskim „Operacja tarczycy bez blizn? To już możliwe” w ramach przeprowadzenia pierwszej w Polsce (i drugiej na świecie)operacji usunięcia tarczycy z wykorzystaniem najnowszego neuromonitorgu Nim Vital, pozwalającego na monitorowanie nerwów krtani i strun głosowych podczas zabiegu usuwania
  2. Autoprzeciwciała.info

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Rak jajnika: wcześniej wykrywać, leczyć najnowszymi metodami

Zobacz galerię 3 Zdjęć
Szybsze wykrywanie choroby oraz wdrażanie właściwego leczenia, zarówno chirurgicznego jak farmakologicznego - to najpoważniejsze wyzwania w leczeniu raka jajnika, o których rozmawiano podczas XXV edycji warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?”. Eksperci wskazywali także, że konieczne jest również upowszechnienie badań genetycznych, które pozwalają wdrożyć nowoczesne leczenie systemowe.

W kontekście raka jajnika szczególnie istotny jest drugi cel Narodowej Strategii Onkologicznej, czyli zwiększenie wykrywalności nowotworów we wczesnych stadiach. Od początku 2021 roku rozpocznie się wdrażanie standardów i akredytacji badań patomorfologicznych. Jak podkreśla prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Narodowym Instytucie Onkologii w Polsce, niestety od 2010 roku rośnie zapadalność na 7 głównych nowotworów, w tym raka jajnika, co prawda w zróżnicowanym tempie, ale trend jest bardzo niepokojący. Optymizmem może napawać fakt, iż równocześnie poprawia się przeżywalność pacjentów. Pandemia spowoduje jednak, że wskaźniki w 2020 roku ulegną pogorszeniu.

Kluczowa wczesna diagnoza

Rak jajnika występuje głównie w krajach wysokorozwiniętych, na półkuli północnej. Choroba atakuje głównie kobiety starsze, szczyt zachorowań przypada na wiek 60-80 lat, a więc w leczeniu trzeba się mierzyć z problemami zdrowotnymi typowymi dla osób starszych. W ostatnich kilkudziesięciu latach śmiertelność z powodu raka jajnika spada, ale bardzo powoli.

Każda kobieta jest narażona na około 1,5 proc. ryzyko  zachorowania na raka jajnika w ciągu całego życia. Rak jajnika stanowi około 3,7 proc wszystkich nowotworów u kobiet, ale już ponad 4 proc. przyczyn  zgonów z powodu nowotworów. Rak jajnika jest  wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że w zdecydowanej większości przypadków choroba jest rozpoznawana w zaawansowanym stadium. Rocznie w Polsce rozpoznaje się ponad 3 tysiące przypadków raka jajnika, z czego większość chorych ma trzeci i czwarty stopień zaawansowania choroby w momencie diagnozy.

Nowotwór rozwijający się w jajniku nie ma żadnych barier anatomicznych, które by ograniczały jego rozprzestrzenianie się. Komórki nowotworowe mogą swobodnie przemieszczać się w jamie brzusznej tworząc wiele ognisk przerzutowych. Większość ekspertów szacuje, że nawet 80 procent nowych przypadków raka jajnika dotyczy choroby zaawansowanej w trzecim i czwartym stopniu. Czwarty stopień oznacza chorobę z przerzutami do licznych narządów. Rokowanie jest dobre tylko przy wykryciu choroby w pierwszym stopniu zaawansowania, natomiast w najwyższych stopniach zaawansowania perspektywa pięcioletniego przeżycia jest bardzo zła.

Przy zastosowaniu odpowiedniego leczenia pierwszej linii około 80 proc. chorych, nawet w trzecim stopniu zaawansowania, uzyskuje remisję, czyli cofnięcie się choroby. Pomimo to u osób, które osiągnęły remisję aż w 85 proc przypadków następuje nawrót. Dalszy przebieg nowotworu polega na kolejnych nawrotach, których może być kilka, a nawet kilkanaście w całym przebiegu choroby. Kolejne rzuty choroby pojawiają się coraz częściej, a choroba prowadzi stopniowo do upośledzenia sprawności ogólnej, wyniszczenia i ostatecznie śmierci. Bardzo rzadko pomimo wdrożonego leczenia udaje się pacjentkom przezwyciężyć tą chorobę.

Dla skutecznego leczenia decydujący jest moment diagnozy oraz szybkie podjęcie leczenia pierwszej linii. Poprawę rokowania możemy uzyskać poprzez wyższą ogólną świadomość, tak aby pacjentki szybciej rozpoznawały u siebie niepokojące symptomy i zgłaszały się z nimi do lekarza.

Diagnostyka molekularna dla każdej pacjentki

Rak jajnika jest  często związany z mutacją w genach BRCA1 i BRCA2. W Polsce mamy dostęp do diagnostyki tych mutacji, dlatego każda pacjentka powinna mieć wykonane badanie genetyczne. Stwierdzenie mutacji otwiera drogę do zastosowania nowych leków. Ważne jest również przeprowadzenie badania u osób spokrewnionych, by sprawdzić, czy rodzina pacjentki należy do grupy wysokiego ryzyka zachorowania.

Jak ważna dla skutecznego leczenia raka jajnika jest wczesna diagnostyka, zwłaszcza genetyczna, zwraca uwagę prof. Mariusz Bidziński, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie.

Badania genetyczne od kilku lat są już w Polsce finansowane w zakresie badań realizowanych przy diagnostyce raka jajnika. Badania są wykonywane u pacjentek ze świeżym rozpoznaniem podejmujących leczenie oraz na podstawie analizy materiału archiwalnego, czyli pobranego przed kilkoma laty. Wykryte mutacje w genach pozwalają zastosować nowoczesne terapie.

Mimo dostępnego finansowania, badań genetycznych wykonuje się zbyt mało. W 2018 roku na raka jajnika zachorowało w Polsce 3568 osób. Tymczasem w 2019 roku diagnostykę genetyczną wykonano jedynie u 490 hospitalizowanych osób oraz dodatkowo przebadano także ponad 430 próbek materiału archiwalnego.

Inhibitory PARP – innowacyjna terapia raka jajnika

Jak wskazuje prof. Paweł Blecharz, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w krakowskim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii, przyszłością leczenia raka jajnika jest nie tylko właściwe leczenie chirurgiczne, ale także leczenie systemowe. Ograniczenia chirurgii w leczeniu raka jajnika związane są z rozsianym charakterem nowotworu. Leczenie to należy uzupełnić leczeniem systemowym, by móc dotrzeć do każdej komórki nowotworowej i skutecznie leczyć chorobę.

W Polsce dostępne są terapie celowane - w programie lekowym od lat znajduje się np. bewacyzumab, ale nadal w ograniczonym zakresie wskazań - węższym niż tego potrzebują specjaliści leczący raka jajnika. Program lekowy nakłada także inne ograniczenia, jak np. kryteria włączenia do programu.

W najbliższych kilku latach postęp w leczeniu raka jajnika jest możliwy do osiągnięcia dzięki  inhibitorom PARP. Badania kliniczne przynoszą bardzo obiecujące rezultaty w leczeniu podtrzymującym, po chemioterapii zarówno w pierwszej linii jak i w leczeniu nawrotów.

Od niedawna jest zarejestrowany nowy inhibitor PARP, czyli niraparib. Badania wykazały jego skuteczność w leczeniu całej populacji, nie tylko chorych z mutacją genów BRCA1/2. Za jego przyczyną przed inhibitorami PARP otwierają się zatem nowe horyzonty - leczenia podtrzymującego zarówno w pierwszej jak i w kolejnych liniach terapii niezależnie od statusu mutacji. Redukcja ryzyka nawrotu u badanych osób z mutacją genową leczonych nowym inhibitorem osiągnęła  60 proc., a w całej populacji było to 30 proc.

Profesor Blecharz ocenia, że dzięki nowym metodom leczenia czas przeżycia chorych z rakiem jajnika będzie się wydłużać. Poprawi się także jakość życia chorych. Bardzo ważny jest wzrost świadomości tej choroby, budowanie czujności onkologicznej wśród potencjalnych pacjentek, tak aby leczenie można było rozpoczynać na wcześniejszym etapie rozwoju nowotworu.

Wpływ pandemii koronawirusa na diagnostykę chorób nowotworowych

Wykrycie choroby w późniejszym stadium zaawansowania powoduje, że szanse radykalnego wyleczenia są znacznie mniejsze. Tymczasem od kwietnia 2020 roku działania profilaktyczne prowadzone na poziomie POZ "właściwie zamarły" - podkreśla prof. Bidziński. Z powodu pandemii diagnostyka i ustalanie ścieżki leczenia przedłużają się ponad terminy zapisane w pakiecie onkologicznym. Z uwagi na brak specyficznych objawów raka jajnika u wielu chorych poszukiwania przyczyn dolegliwości trwają nawet rok, zanim zostanie wystawiona karta DiLO. Jednocześnie w 2020 roku wyraźnie obniżyła się liczba kart DiLO, co pokazują raporty Narodowego Instytutu Onkologii.

Dane wskazujące wyraźny spadek leczonych chorych w okresie pandemii sugerują, że w najbliższych miesiącach znacznie powiększy się liczba chorych zdiagnozowanych w  zaawansowanych stadiach klinicznych nowotworów. Dlatego - mówi prof. Mariusz Bidziński - konieczne jest opracowanie nowej strategii profilaktyki i wczesnego diagnozowania, a także upowszechnianie wiedzy o możliwościach wczesnej diagnozy choroby nawet w okresie pandemii.

Partnerem relacji z XXV warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?” jest

 

Wszystkie działania niepożądane produktów leczniczych należy zgłaszać do Departamentu Monitorowania Niepożądanych Działań Produktów Leczniczych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Al. Jerozolimskie 181C, 02-222 Warszawa, tel. (22) 492-13-01, fax (22) 492-13-09, zgodnie z zasadami monitorowani bezpieczeństwa produktów leczniczych lub do podmiotu odpowiedzialnego za produkt, którego zgłoszenie dotyczy. Formularz zgłoszenia niepożądanego działania produktu leczniczego dostępny jest na stronie Urzędu www.urpl.gov.pl.

GSK Commercial Sp. z o.o., ul. Rzymowskiego 53, 02 - 697 Warszawa, tel.: 22 576 90 00, fax: 22 576 90 01, pl.gsk.com.

NP-PL-NRP-PRSR-200009, grudzień 2020

  1. Psychologia

On, ona i rak. Rozmowa z Joanną Górską i Robertem Szulcem

 Polecamy:
Polecamy: "Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem", wyd. Burda
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono – podczas wielomiesięcznego leczenia onkologicznego dziennikarka Joanna Górska i jej życiowy partner, podróżnik Robert Szulc, poznali do głębi przesłanie Wisławy Szymborskiej. Opowiadają, czego ten czas ich nauczył. O sobie samych, o potędze myśli i o sile miłości.

Mężczyźni często wymagają od kobiet tego, czego od siebie, czyli panowania nad uczuciami. Myślę, że trudno im, kiedy partnerka zachoruje, bo nie dają sobie rady z własnym cierpieniem i lękiem, a tu jeszcze ona płacze... Robert Szulc: Zacznę może od początku, czyli od tego, jak trzy lata temu podczas urlopu na Gran Canarii Joasia wyczuła u siebie mały guzek na granicy pachy i piersi. Wynik biopsji zrobionej zaraz po powrocie do kraju był bardzo zły. Kolejna biopsja wykazała, że guz jest wyjątkowo agresywny i „ujemny”, czyli nie wiadomo, na jaki rodzaj terapii zareaguje. Jestem podróżnikiem i blogerem. Normalnie spędzam poza domem 200 dni w roku, ale wtedy wszystko to od razu zostawiłem, bo leczenie Joasi było najważniejsze. Wiedziałem, że to będzie wojna! I była.

Na pewno ma pani rację, że mężczyznom w takich sytuacjach jest trudnej, bo raczej nie okazują emocji. A przez 10 miesięcy leczenia było ich naprawdę dużo i musiałem sobie z nimi radzić. W trakcie tej walki z „dziadem”, jak nazwaliśmy raka, robiłem dużo marszobiegów, żeby odciążyć psychikę i zmęczyć się fizycznie. Kiedy czułem, że wszystkiego było za dużo, ruszałem przed siebie. A gdy docierałem w jakieś ustronne miejsce, gdzie nikogo nie było, krzyczałem, przeklinałem, wyrzucałem z siebie skumulowane emocje.

Znalazł pan męski sposób na poradzenie sobie z emocjami. A czy pani mogła się wypłakać? Joanna Górska: Razem doszliśmy do wniosku, że o ile można wykrwawić się na śmierć, to nie można się na śmierć „wyłzawić”. A stawianie tamy emocjom prowadzi do tego, że prędzej czy później wybuchną ze zdwojoną siłą. Kiedy potrzebowałam się wypłakać, Robert w jakiś sposób to wyczuwał, przytulał mnie i głaskał po głowie. Czasem też razem płakaliśmy. Tak bezgłośnie, po prostu leciały nam łzy. Nazywaliśmy to „płaczem duszy”. Robert wiedział też, kiedy powiedzieć: „dość”, „opanuj się, cel jest tak blisko!”. A podczas wojny z „dziadem” przekonałam się, że myślenie wpływa na cały organizm! Na morfologię! Okazało się, że siłą myśli mogę wywołać nawet bóle przerzutowe. Pamiętam, jak strasznie zaczęła mnie boleć łopatka i nie mogłam ruszać ręką. Byłam pewna, że to przerzuty. Ból minął, gdy tylko zobaczyłam wyniki badań mówiące o tym, że tych przerzutów nie ma.

Skąd pan wiedział, kiedy przytulić, a kiedy powiedzieć: „weź się w garść!”? R.S.: Prawdziwa miłość nie może być powierzchowna. Jeśli zna się tego, kogo się kocha, to po prostu wie się, kiedy podawać chusteczki, a kiedy powiedzieć: „dość”, żeby rozpacz nie zniszczyła chęci życia. Ponieważ myślenie Joasi stawało się negatywne, kiedy na przykład czytała internetowe fora o raku, pilnowałem, żeby tego nie robiła. Jest tam dużo bzdur i sporo złych wiadomości.  Czasem wystarczyła sama statystyka, żeby pojawiły się złe myśli... Podczas tych miesięcy dowiedziałem się, jak bardzo Joasia potrzebuje, żebym okazywał jej uczucia, choć przecież jest dzielną kobietą. Taką moją siłaczką! Przez lata nieraz widziałem, jak podejmowała się trudnych zadań, szła do przodu i nie potrzebowała nikogo do pomocy. Ale kiedy zachorowała, okazało się, że jednocześnie jest bardzo krucha i potrzebuje czułości, miłości oraz empatii.

W państwa książce „Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem” przejmujące są opisy skutków ubocznych leczenia chemią: ból, mdłości, utrata czucia w kończynach... A potem była jeszcze operacja i  radioterapia. Czy wcześniej zdawała sobie pani sprawę, że ma aż tyle siły? J.G.: Jestem przekonana, że jesteśmy na tyle silni, na ile czujemy się kochani! A ja czułam się kochana i akceptowana. Nie poznawałam siebie w lustrze, przytyłam kilkanaście kilogramów, od sterydów byłam spuchnięta jak parówka, miałam kark kibola i cztery brody. W ustach zrobiły mi się koszmarne rany, odchodziły mi paznokcie, ale Robert całował mnie w łysą głowę i mówił, że pięknie wyglądam. Moja siła brała się także z tego, że jestem mamą. Kacper i Robert to moje fundamenty, trzymali mnie przy życiu. Pamiętam, jak w święta Bożego Narodzenia byłam pewna, że niebawem umrę. Miałam już dość cierpienia. Chciałam, aby to były najpiękniejsze święta w historii, przystroiłam dom i gotowałam jak szalona. Dwa razy tyle jedzenia co zazwyczaj, żeby chłopcy mieli co jeść na wypadek mojej śmierci. Robert od razu zorientował się, co się dzieje. Pozbierał mnie, kiedy się zupełnie rozsypałam.

Odkryła więc pani podczas walki z „dziadem”, że można oprzeć się na mężczyźnie. Współczesne kobiety cenią sobie samodzielność. Ona zdaje się być dla nas gwarantem wolności. Zakładam, że nie było to proste. J.G.: Okazało się, że nie muszę wszystkiego robić sama, że mogę poprosić o pomoc i nie potrzebuję się tego wstydzić. Robert wziął na siebie właściwie wszystko, ja mogłam się skupić na zdrowieniu. To było dla mnie bardzo ważne! U lekarzy graliśmy w złego i dobrego policjanta, Robert się kłócił, ja przepraszałam… czasem inaczej się nie dało. Robert ogarniał też domowe życie, zawoził Kacpra do szkoły i na treningi. Wcześniej była ze mnie Zosia Samosia, myślałam, że sama najlepiej wszystko załatwię, sama dam sobie radę. Nikt nie musi mnie w niczym wyręczać. Nikogo nie potrzebuję. Choroba to był przełom, zobaczyłam, że sobie nie poradzę. Wiem, że jesteśmy silni, ale razem, silni sobą. I nawet gdyby „dziad” wrócił, to damy radę!

A czego dowiedział się pan o sobie podczas tej walki? Wielu mężczyzn w takiej sytuacji rejteruje, zostawia chorą kobietę. R.S.: Mężczyźni często mają problem, jeśli czegoś nie rozumieją lub nie potrafią sobie z jakąś sytuacją poradzić. Nikt nas przecież nie uczy, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach czy  opiekować się ciężko chorą osobą… To nie jest łatwe, ale absolutnie do opanowania. Z pewnością pomaga wychowanie, doświadczenie w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami i prawdziwe uczucie do drugiej osoby. Kiedy Joasia zdecydowała się ujawnić publicznie, że jest chora, i napisała, że beze mnie nie dałaby sobie rady, skontaktowało się ze mną mnóstwo facetów. Pytali, jak postępować z kobietą chorą na nowotwór. Jak opiekować się kimś, kto ma tak zniszczony chorobą organizm, że nie jest w stanie nawet chodzić? A dodatkowo jej hormony szaleją, nie może zapanować nad emocjami, nad tym, co robi i co mówi. Odpisywałem im, że to wszystko minie. Powtarzałem, że trzeba to przeczekać i wspierać lub po prostu być, i jeśli się kocha, to można znieść bardzo dużo.

Wpisał pan we współczesny etos męskości opiekę nad chorą? R.S.: Pisałem też, że przede wszystkim muszą zadbać o „silną głowę” partnerki. Bo jeśli choć na chwilę, się zachwieje, to wiara w skuteczność leczenia będzie słabła i może się to przekładać na przykład na gorszą morfologię, a tym samym na przerwę w leczeniu... Miałem swój sposób na budowanie silnej psychiki Joasi. Przygotowywałem dla niej program motywacyjny tak jak dla klientów biznesowych. Stosowałem strategię małych i dużych celów, które prowadzą do tego celu największego, czyli wyzdrowienia. Motywowałem ją na przykład tym, że jeśli będzie dzielna, to pojedziemy na Seszele. Na początku było to dla niej czystą abstrakcją. Bardzo cierpiała po każdej chemii, ale cały czas wrzucałem jej takie małe haczyki: „będziemy na tej plaży”, „popłyniemy do tamtej rafy”, „obejrzymy tamten wodospad”... I tak w kółko mówiłem o naszej wyprawie, aż w końcu uwierzyła w to, że tam polecimy. I zrobiliśmy to! Wylecieliśmy kilka dni po czternastej chemii, a po powrocie Joasia miała świetne wyniki krwi! To dowód na to, że podróże działają terapeutycznie. A ja „leczę podróżami” i pewnie dlatego znajomi nazywają mnie Doktor Szulc (śmiech).

No właśnie, nie protestował pan, kiedy zaraz po inwazyjnym i bolesnym zabiegu umieszczenia metalowej płytki w guzie pani Joanna chciała jechać do Świętej Lipki. J.G.: Musiałam tam pojechać koniecznie jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii. Pierwszy wlew miał być następnego dnia. Jestem z Mazur i kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy z rodzicami do Świętej Lipki bardzo często. Pamiętałam, że to miejsce dawało mi bardzo dużo spokoju. Miałam właśnie założony znacznik w guza i byłam tak mocno owinięta bandażem, że aż bolały mnie żebra – uparłam się jednak, że musimy tam pojechać. Kiedy już po północy wróciliśmy do Warszawy, czułam, że jestem gotowa na chemię. Robert przez cały czas robił właściwie wszystko, o co go poprosiłam. Organizował, załatwiał i nie  pytał, po co mi to. Miało to dla mnie ogromne znacznie.

Czy pan na tej wojnie coś dla siebie zyskał? R.S.: Ciężko mówić o zyskach i stratach. Z pewnością wiem, że jestem w stanie poradzić sobie w trudnych sytuacjach. Wiem, jaka jest siła prawdziwych uczuć i że łączy nas naprawdę piękna więź. Razem przetrwamy wszystkie trudne chwile. I właśnie głównym przesłaniem naszej książki jest to, że razem łatwiej jest sobie poradzić z chorobą, że wsparcie drugiej osoby to podstawa skuteczności leczenia. Dlatego akcja społeczna, którą teraz organizujemy, ma hasło: „Silni sobą”. Myślimy dziś, że nasze chorowanie i piekielnie ciężkie leczenie było po to, żebyśmy mogli pomagać innym. Jeśli możemy kogoś zainspirować, komuś okazać wsparcie lub pomóc tą historią – to jesteśmy szczęśliwi.

Polecamy: 'Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem', wyd. Burda Polecamy: \"Dziad! On silny, my silniejsi. O naszej walce z rakiem\", wyd. Burda

Joanna Górska karierę dziennikarską rozpoczynała w lokalnych mediach, od 2011 roku związana z telewizją Polsat News, w której jest wydawczynią i gospodynią „Informacji”, a także programu „Nowy dzień”.

Robert Szulc z zawodu politolog, z wyboru podróżnik. Realizuje pomysł okrążenia świata „na raty” – w ciągu pięciu lat zamierza odwiedzić 100 państw i poznać 100 osób, które kochają swoje miejsce na Ziemi.

  1. Styl Życia

Magdalena Król: "Pokonam raka"

 (Fot. Wojtek Białek)
(Fot. Wojtek Białek)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Profesor Magdalena Król nie ma nawet czterdziestki, a już dokonała przełomowego odkrycia. Wymyśliła, jak bezpiecznie dla zdrowych komórek dostarczyć lek do guza nowotworowego. Właśnie wypowiedziała wojnę glejakowi. Jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Ona jest o krok od zwycięstwa.

Profesor Magdalena Król nie ma nawet czterdziestki, a już dokonała przełomowego odkrycia. Wymyśliła, jak bezpiecznie dla zdrowych komórek dostarczyć lek do guza nowotworowego. Właśnie wypowiedziała wojnę glejakowi. Jeszcze nikomu nie udało się go pokonać. Ona jest o krok od zwycięstwa.

Styczniowy mroźny wieczór. Przed mikroskopem w warszawskiej SGGW siedzi młoda brunetka. W pokoju jest ciemno. Promienie światła monitora mikroskopu padają na jej skupioną twarz. Profesor Magdalena Król przygląda się, jak po ekranie pływają kolorowe komórki. Ale nic więcej się nie dzieje. Jej współpracownicy są zmęczeni i głodni, cały dzień przygotowywali materiał do badań. Trzeba jednak dokończyć doświadczenie, a to przeciąga się w nieskończoność. Jeden z młodych naukowców podstawia pod obiektyw kolejną szalkę. Profesor Król nie może uwierzyć w to, co widzi. A jednak stało się! Komórka odpornościowa podpływa do komórki nowotworowej i pompuje w nią to, co przed chwilą profesor do niej włożyła – białko. „Wow! Nikt wcześniej tego nie odkrył!” – cieszy się. Zmęczenie i głód gdzieś się ulotniły i zespół chce oglądać kolejne takie „pary” – makrofaga i komórkę nowotworową. „Pokonam raka!” – to wtedy, 8 stycznia 2015 roku, 34-letnia wówczas Magdalena Król pomyślała tak po raz pierwszy.

Córeczka tatusia

Nie marzyła o tym, żeby zostać naukowcem, nie mówiąc już o profesurze i szukaniu sposobu na raka. – Ta profesura to efekt uboczny mojej pasji i pracy – śmieje się. Od dziecka chciała być weterynarzem. Miała siedem lat, gdy rodzice kupili jej pierwszego psa. Paco był cudownym rottweilerem, mało jeszcze popularną rasą w Polsce, a co dopiero w rodzinnym Płocku. – Do dziś zachodzę w głowę, jak rodzice wpadli na pomysł, by małej dziewczynce kupić wielkiego psa – śmieje się Magda. Niestety, Paco okazał się chorowity. Mała Magda codziennie musiała chodzić z nim do pobliskiej lecznicy na kroplówki i zastrzyki. – To wtedy zrodziło się marzenie, że zostanę weterynarzem – wspomina. Pod koniec podstawówki zapragnęła mieć własną hodowlę psów. Surrealistyczne marzenie? – W domu byłam małą księżniczką. Jedyne dziecko, ukochana córeczka tatusia, który zgadzał się na wszystko – wyjaśnia. – Dobry, bezpieczny dom. Gdy wracałam ze szkoły, na stole czekał gorący obiad. Mama kończyła pracę o 15, jest główną księgową w płockim sanepidzie. Tata pracował dłużej, bo prowadzenie własnej firmy odbywa się bez limitu czasu. Kiedy z mieszkania w kamienicy przeprowadzili się do własnego domu z ogrodem, pojawił się drugi psiak – bouvier flandryjski, a właściwie śliczna dwuletnia bouvierka Gracja.

Biznes licealistki

Magda pamięta, jak Gracja urodziła pierwsze szczeniaki. Była szczęśliwa i dumna. Ale pracy przy psiakach było coraz więcej: kąpanie, strzyżenie, czesanie, zabawa, spacery, szkolenia, wystawy. – Chętni z całego świata czekali nawet dwa lata na szczeniaka. Ale też moje szczeniaki miały najlepsze geny, bo potrafiłam zamrożone nasienie ściągnąć ze Stanów – zdradza tajniki. – Miałam satysfakcję, gdy mój szczeniak, który wyjechał do Irlandii, został wicezwycięzcą świata, a moja własna sunia została Młodzieżowym Zwycięzcą Europy. W jej hodowli przyszło zresztą na świat wiele międzynarodowych czempionów. Kiedy Magda wyjechała na studia do Warszawy, hodowla spadła na głowę rodziców, aż w końcu trzeba było ją zamknąć. W 2006 roku dostała upragniony dyplom lekarza weterynarii. Praca w klinice okazała się ciężka i niewdzięczna. – To była lecznica całodobowa, pracowałam na czarno za 5 złotych za godzinę. Rano jechałam na uczelnię, a po 15 do kliniki, gdzie pracowałam do 3 nad ranem – i nocnym autobusem jechałam prosto do laboratorium, żeby coś zrobić przy mojej hodowli komórkowej – wspomina dawne czasy. „A więc tak ma wyglądać moje życie?”, myślała. Zamieniła wielką całodobową klinikę na małą osiedlową lecznicę. Nie chciała porzucać wymarzonego zawodu, więc jeszcze trzy lata walczyła z trudami codzienności weterynarza. Żeby utrzymać się w Warszawie, dodatkowo tłumaczyła książki weterynaryjne. I… robiła doktorat.

Rak – co to za twór?

Do lecznicy trafiało coraz więcej suk z rakiem sutka. Już w czasie studiów zastanawiała się, jak to się dzieje, że w naszym organizmie rozwija się twór, który wywodzi się z jego własnych komórek, ale nam szkodzi, a w dodatku nie jest rozpoznawalny przez układ odpornościowy. – Najgorsza była bezradność – mówi Magda. – Co trzeci zwierzak przychodził z rakiem. Widziałam ich cierpienie. Wiedziała, że doktorat poświęci nowotworom gruczołu sutkowego u suk. – Nie sądziłam, że praca naukowa tak bardzo mnie wciągnie – mówi prof. Król i dodaje, że na studiach wcale nie była orłem. Niektóre przedmioty, jak choroby pszczół czy ryb, w ogóle ją nie interesowały. Przyznaje się, że poprawkę miała też z biologii molekularnej, bo była pewna, że w życiu nie przyda jej się do niczego jakiś „PCR” czy „western blot” (metody stosowane w biologii molekularnej do wykrywania produktów określonych genów oraz białek), których dziś używa na co dzień. Tymczasem zafascynowały ją badania. – Może to po babci Zosi, mamie mojego taty, która była mikrobiologiem? – zastanawia się. – To była taka nowoczesna babcia jak na tamte czasy – miała własne laboratorium analiz medycznych i jeździła samochodem. Była kobietą w spodniach. Medyczną pasję miała po ojcu, Edmundzie Giedroyciu, z tych Giedroyciów, który studiował medycynę. Po śmierci swego ojca, czyli mojego prapradziadka, pradziadek musiał jednak rzucić studia i iść do pracy, żeby utrzymać rodzeństwo. Dziadek zaś był chemikiem i dyrektorem gorzelni.

Odkrycie warte Nobla

Po doktoracie Magda wyjechała na staż do Netherlands Cancer Institute w Amsterdamie – czołowego ośrodka, który zajmuje się nowotworami ludzkimi. – Wtedy zaczęłam prowadzić badania już nie tylko pod kątem zwierząt, lecz także ludzi. Nowotwór to nowotwór. Teraz badania też przecież prowadzimy na myszach, choć używamy do tego ludzkich komórek nowotworowych w mysich modelach. Zanim opracuje się terapię na raka, która uratuje ludzkość, trzeba poświęcić sporo mysich żyć – mówi. W Amsterdamie poznała prof. Jeffa Pollarda z Nowego Jorku, który zainteresował ją badaniem interakcji pomiędzy komórkami układu odpornościowego i komórkami nowotworowymi. Niebawem wyjechała do jego laboratorium, do Nowego Jorku. Tam wpadła na pomysł, żeby wykorzystać jedne z komórek odpornościowych – makrofagi – jako dostarczycieli leków antynowotworowych. – Komórki te mają specjalne właściwości – fizjologicznie wędrują do guza, potrafią wydostawać się poza naczynia krwionośne i wchodzić w miejsca nieukrwione guza, niedostępne dla żadnej innej terapii – wyjaśnia prof. Król. I pomyślała, że fajnie byłoby wykorzystać te makrofagi do tego, aby zaniosły lek do guza. Tylko jak zapakować lek do maleńkiej komórki? Poradziła się zaprzyjaźnionych naukowców z Rzymu, którzy pracowali nad różnymi metodami dostarczania leków, między innymi za pomocą białek. Wybrała jedno z białek i w nie postanowiła zapakować leki. – To białko ma budowę klatki, w której można „uwięzić” leki – tłumaczy prof. Król. Najpierw jednak musiała zbadać, czy białko w ogóle zostanie przekazane komórce nowotworowej. 8 stycznia 2015 roku, razem Tomaszem Ryglem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i Albertem Boffim z Uniwersytetu La Sapienza w Rzymie, dokonała przełomowego odkrycia. – Doskonale pamiętam ten moment: siedzę i patrzę w monitor mikroskopu i nagle – wow! W ciągu pół minuty makrofagi są pełne białek-klatek. Potem odkryliśmy, że przekazują te białka komórkom nowotworowym.

Skąd wziąć miliony?

Profesor Król zgłosiła projekt badań do ERC, czyli Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych. To nie takie proste obronić projekt wart 1,5 miliona euro. Dlaczego mieliby je dać właśnie młodej profesor z Polski? Dostała! – Kwota robi wrażenie, ale tak naprawdę to nie jest wiele. Pozyskaliśmy jeszcze środki z innych źródeł. Bo zrobienie terapii komórkowej od A do Z kosztuje 2,5 miliarda dolarów – wylicza prof. Król. Całymi dniami kombinowała, jak to zrobić, żeby wycelować dokładnie w punkt z przeciwnowotworowym lekiem. Bo już wiedziała, że kolejnym etapem jej badań będzie pakowanie leków do klatek białkowych, żeby dotarły do guza. – Dziś mamy już skuteczne leki antynowotworowe, problem polega na tym, że tylko w 1 proc. docierają do chorych miejsc. Pozostała część zabija zdrowe komórki, które napotyka na swojej drodze – wyjaśnia. Prof. Król śmieje się, że często świetne pomysły przychodzą jej do głowy w aucie. – Mam wtedy ciszę, włączam muzykę i myślę – mówi. – Czasem do wieczora noszę te myśli w głowie i potem mi się wszystko śni. Rano wstaję i wiem, jak rozwiązać problem. Tak było z wykorzystaniem makrofagów do tego, by dostarczyć leki do guza. Po prostu wstałam rano i pomyślałam: „A może to zadziała!?”. Zadzwoniła do Alberta i zapytała: „Możesz mi przysłać trochę klatek?”. Było oczywiście sporo niewiadomych: czy makrofag uwolni „przesyłkę”, czy lek da się zapakować do klatki, czy po drodze nie zmieni właściwości, no i przede wszystkim czy nie zabije makrofaga. – Wystarczy zmienić parametry roztworu, w którym klatka się znajduje, wówczas się rozchyla i siły fizykochemiczne wciągają lek do środka, po czym klatka się zamyka – wyjaśnia prof. Król. – Makrofag miał być takim koniem trojańskim, który dostarczy do komórki nowotworowej bombę z opóźnionym zapłonem. I znowu sukces!

Bombą w glejaka

– Z dumą patrzyłam, jak komórka nowotworowa umiera na monitorze mikroskopu: powoli obkurcza się błona, a jądro zaczyna się kondensować – wspomina prof. Król. – Niezapomniany widok. I powtarzalny! Bo Magda Król coraz częściej widziała, jak giną komórki guza płuc czy jajników. Najpierw badania prowadziła na mysich komórkach nowotworowych, szybko jednak przeszła na badanie ludzkich komórek nowotworowych w myszach. One też ginęły! Nie pamięta, kiedy przyszedł jej do głowy pomysł: A może by tak uśmiercić glejaka? To jeden z najpotężniejszych i najwredniejszych nowotworów – guz mózgu. Jeszcze nikt z nim sobie nie poradził. – Jeden z problemów w leczeniu glejaków polega na tym, że leki nie przechodzą przez barierę krew–mózg. W ciągu 20 lat średnia przeżycia chorych z glejakiem wydłużyła się o trzy miesiące i dziś od diagnozy jest to zaledwie 1,5 roku pomimo postępu medycyny. Tymczasem makrofagi przechodzą przez tę barierę, więc możemy ich użyć jako tego konia trojańskiego, który do glejaka zaniesie lek – cieszy się prof. Król. To oczywiście wymaga skomplikowanych badań. Na szczęście prof. Król dostała na to kolejny grant – prawie 22 miliony złotych z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Od 20 lat nikomu nie udało się tego dokonać. – To jest projekt, który może się zakończyć ogromnym sukcesem, ale też totalną porażką. Ale proste metody zawiodły, trzeba spróbować czegoś kosmicznego – mówi Król. Projekt będzie realizowała z prof. Michaelem Wellerem ze szpitala uniwersyteckiego w Zurychu – to referencyjny ośrodek leczenia glejaków na świecie. Na dokończenie badań prof. Magda Król ma trzy lata. – Co mnie motywuje? Że możemy być pierwszymi, którzy uratują świat przed glejakiem. To kręci – przyznaje prof. Król. Co jest kluczem do sukcesu? – Znalezienie swojej pasji, z której uczyni się codzienną pracę. Dzięki temu, że robię to, co kocham, bezwstydnie przyznam, że w pracy odpoczywam – mówi Magda Król i zaraz się waha, czy powinna tak mówić, bo może wywołać zawiść. Tej akurat doświadcza dość często. Nic dziwnego, młoda, ładna, mądra pani profesor – ludzie źle znoszą cudze sukcesy. – Z powodu zawiści musiałam nawet opuścić macierzysty wydział, na którym zdobywałam wszystkie stopnie naukowe – wspomina prof. Król. Ale ma start-up, który założyła z przyjaciółmi naukowcami, z Tomaszem i Albertem. Została naukowcem przedsiębiorcą.

Nikt nie jest idealny

Może się wydawać, że prof. Magdalena Król jest chodzącym ideałem, ale ona zdecydowanie temu zaprzecza. – Nie można być idealną matką, żoną, pracownicą i jeszcze świetnie wyglądać. Zawsze coś jest kosztem czegoś. Doba ma tylko 24 godziny, a każdy sukces cenę. Ja też ją zapłaciłam – mówi. – Cztery lata temu rozpadła mi się rodzina. Na pewnym etapie rozeszły się nam nasze światy. Mąż zajmował się robieniem specjalizacji z kardiologii, ja zdobywałam kolejne stopnie naukowe. Pewnie zabrakło mu żony, która czeka z obiadem. Na szczęście jest Agatka – mądra dziewięciolatka, która wspiera mamę i często jej towarzyszy. – Kiedy jechałam na konferencję do Budapesztu, zabrałam Agatkę i psa, małego cavaliera Rikę. Czasem też jest ze mną w pracy i mi pomaga, na przykład nabija do pudełka tysiące końcówek do pipet. Albo siedzi i dmucha rękawiczki jak balony, robiąc „potwora Pionę” – mówi Magda. Na pytanie: „Kim jest twoja mama?”, Agatka odpowiada: „Jest profesorem i szuka leku na raka”. Na pytanie: „A kim ty chcesz zostać?”, bez wahania odpowiada: „Weterynarzem, trenerką koni i amazonką albo pisarką, jak dziadek”. Bo tata Magdy po pięćdziesiątce zaczął pisać książki. Jacek Ostrowski, znany też jako Jack Sharp, pierwszą książkę napisał tuż przed narodzinami córki, ale nikt nie chciał jej wydać, więc porzucił pisarskie aspiracje na lata. – Dziś ma na koncie kilka bestselerów – mówi z dumą Magda. – A Agatka napisała już 70 stron swojej powieści! Może ma talent? Jesteśmy, po babci Zosi z domu Giedroyć, spokrewnieni z Adamem Mickiewiczem, może po nim ta literacka pasja.

(Fot. Wojtek Białek) (Fot. Wojtek Białek)

Niezwykłe badania, zwyczajne dni

Jak wygląda dzień prof. Magdaleny Król? – Wstaję koło 7, bo muszę na 8.30 zawieźć córkę do szkoły. Potem wracam jeszcze do domu, żeby spokojnie wypić kawę i zjeść śniadanie – opowiada. – Wszędzie mam blisko, w odległości pięciu minut znajdują się dom, praca, uczelnia. Teraz, w czasie pandemii, staram się odbierać Agatkę jak najwcześniej. Po 15 jesteśmy w domu – obiad, pranie, prasowanie, sprzątanie, codzienność kobiet – wylicza. Zakupy najczęściej robi w sklepie internetowym, kurier przynosi pod drzwi. Woli ten czas spędzić z córką. Chyba że zawiezie Agatkę na konie. Uwielbia gotować, to sposób na zrzucenie ciężaru całego dnia. Wtedy też często przychodzą do głowy pomysły naukowe. Lubi pracować w domu. Gdy Agatka odrabia lekcje, czyta albo już śpi, Magda siada do komputera. Bo córka co jakiś czas pyta: „No to kiedy w końcu będzie ten lek?”. Musi więc szybko znokautować tego glejaka. Obiecała jej, że wtedy dostanie konia. 

Prof. Magdalena Król specjalistka onkologii eksperymentalnej i profesor Instytutu Biologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, kierownik Samodzielnej Pracowni Biologii Nowotworu. Laureatka wielu nagród naukowych. Otrzymała m.in. stypendium MNiSW dla wybitnych młodych naukowców, stypendium Pfizer Animal Health, stypendium habilitacyjne L’Oreal i UNESCO dla kobiet. W 2016 roku Europejska Rada ds. Badań Naukowych (ERC) przyznała jej wart 1,4 mln euro prestiżowy Starting Grant, a w 2020 roku otrzymała drugi projekt z tej agencji (jako jedyna Polka). ERC okrzyknęło jej projekt jednym z 10 najważniejszych w minionej dekadzie. Jest pierwszą Polką, która dostała się do ścisłego finału EU Prize for Women Innovator.

  1. Zdrowie

Opieka nad chorym na nowotwór w domu. Jak ją zorganizować?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Choroba nowotworowa jest trudnym doświadczeniem, przede wszystkim dla samego chorego, ale nie tylko. Równie mocno przeżywają ją osoby z jego najbliższego otoczenia. Wielu pacjentów onkologicznych pozostaje aktywna, jednak u niektórych opieka domowa może stanowić nie lada wyzwanie dla najbliższych. Jak ją zorganizować, aby jak najlepiej pomóc osobie chorej?

Chorych na raka przybywa z roku na rok. Według danych Polskiego Towarzystwa Onkologicznego codziennie w Polsce średnio 400 osób dowiaduje się, że choruje na nowotwór złośliwy. Krajowy Rejestr Nowotworów podaje, że rocznie odnotowuje się ponad 160 tysięcy zachorowań. Diagnoza nowotworu najczęściej budzi lęk – nie tylko u samego chorego, ale także wśród jego rodziny i przyjaciół. Jednak nawet w trudnych przypadkach współczesna medycyna może wiele zaoferować choremu. Po poznaniu diagnozy i oswojeniu się z sytuacją przychodzi pytanie: co dalej? Jak być wsparciem dla takiej osoby? Co możemy zrobić jako bliscy?

Jestem opiekunem – jak zacząć?

Pierwsze dni po usłyszeniu diagnozy nowotworu mogą być dla chorego i jego bliskich wyjątkowo trudne. Pojawić się może lęk przed niepewną przyszłością. Nie bez powodu mówi się, że na raka choruje nie tylko pacjent, ale także cała jego rodzina. Po pierwszych emocjach przychodzi czas na próbę odnalezienia się w nowej rzeczywistości i znalezienie optymalnych rozwiązań. Na tym etapie dochodzi również naturalny odruch, jakim jest chęć uzyskania jak największej ilości rzetelnych informacji. Pierwszym ich źródłem powinien być lekarz prowadzący. Nic nie zastąpi rozmowy ze specjalistą, który odpowie na nurtujące nas pytania. Z pomocą chorym przychodzą również sprawnie działające fundacje i stowarzyszenia. Powstają też grupy wsparcia przeznaczone dla opiekunów osób chorych na nowotwór złośliwy. Rozbudowane w ciągu ostatnich lat strony i portale internetowe dają możliwość zdobycia wiedzy na temat przebiegu choroby i metod leczenia. Należy jednak korzystać z rzetelnych, sprawdzonych źródeł. W internecie znajduje się mnóstwo miejsc z nieprawdziwymi informacjami. Wiedza z sieci nie zastąpi tej uzyskanej od specjalisty.

Przestrzeń – jak ją funkcjonalnie zagospodarować?

Oprócz zmian w sposobie myślenia i codziennym rodzinnym życiu, kolejnym aspektem, którego dotyka choroba nowotworowa, jest przestrzeń życiowa pacjenta onkologicznego i jego bliskich. Należy pamiętać, że pacjent onkologiczny jest zazwyczaj osobą samodzielną – nie będzie wymagał stałej opieki i specjalistycznych sprzętów medycznych. Dopiero u osób starszych, obciążonych innymi schorzeniami przewlekłymi i w bardzo zaawansowanym stadium nowotworu może być potrzebna dodatkowa pomoc. Przy jej organizacji warto zasięgnąć porady osób, które mają w tym aspekcie doświadczenie, np. rehabilitantów lub przedstawicieli ośrodków zajmujących się profesjonalną opieką nad chorymi na nowotwory.

Każdy przypadek nowotworu jest inny. Często choremu wystarczy jedynie wsparcie psychiczne i obecność bliskiej osoby. Niezależnie od tego, czy pacjent dopiero dowiedział się o diagnozie, czy leczy się już jakiś czas, jest to choroba obciążająca. Może czuć się wyobcowany, doświadczać depresji, miewać wahania nastroju, problemy ze snem i jest to całkowicie normalne. Dobrym rozwiązaniem w tej sytuacji jest pomoc psychologiczna lub psychoonkologiczna. Warto po nią sięgnąć, jeśli zauważamy, że dotychczasowe wsparcie rodziny i innych bliskich nie wystarcza.

Dieta pacjenta onkologicznego – o czym należy pamiętać?

Tak jak w przypadku większości chorób, również przy pacjentach onkologicznych jednym z najistotniejszych aspektów codziennego funkcjonowania jest odpowiednio zbilansowana dieta. Jest ona szczególnie ważna, ponieważ choroba nowotworowa ma na ogół charakter przewlekły.

Obecność guza nowotworowego w organizmie sprawia, że potrzeby żywieniowe pacjenta onkologicznego są inne niż u zdrowego człowieka, ponadto zmieniają się możliwości przyjmowania przez niego pokarmów oraz przyswajania składników odżywczych. Aby prawidłowo przygotowywać i podawać posiłki, osoba sprawująca opiekę nad chorym powinna zapoznać się ze specyfiką żywienia w przebiegu choroby nowotworowej. Zasadniczą rolą diety pacjenta onkologicznego jest utrzymywanie prawidłowej masy ciała, niedopuszczenie do niedożywienia, stymulacja sił obronnych organizmu, przeciwdziałanie skutkom ubocznym terapii onkologicznej oraz ogólna poprawa jakości życia chorego.

Dobrze odżywiony pacjent lepiej znosi obciążające leczenie onkologiczne.[1] Dietę należy dopasować do stadium zaawansowania choroby, rodzaju terapii oraz jego wieku. Należy pamiętać, że każdy przypadek jest inny i zawsze warto zasięgnąć porady dietetyka.

Posiłki powinny być lekkostrawne i dopasowane do preferencji smakowych i żywieniowych chorego. Nie należy wykluczać z jadłospisu żadnych składników odżywczych i pamiętać, że bardzo ważna w diecie pacjenta onkologicznego jest odpowiednia ilość białka. Trzeba również unikać posiłków smażonych, tłustych i ostrych oraz alkoholu i używek. W przypadku nowotworów przewodu pokarmowego żywienie nie powinno obciążać danego organu. Również w przypadku radioterapii jamy brzusznej należy unikać produktów mlecznych zawierających laktozę, ponieważ może to skutkować wystąpieniem biegunek. Co więcej, ważną rolę odgrywa nawodnienie – minimum 2 litry wody dziennie.

Dla osoby opiekującej się chorym na raka istotnym zagadnieniem jest również sposób podawania posiłków, który wraz z rozwojem choroby może być utrudniony. Jeśli chory nie może odżywiać się samodzielnie, jest po operacji chirurgicznej lub gdy występują skutki uboczne leczenia, pomocne może być stosowanie diety o zmienionej konsystencji lub żywienia specjalistycznego. U pacjentów chorych na nowotwory jamy ustnej, przełyku, żołądka oraz w zaawansowanym stadium nowotworu może wystąpić problem niedożywienia. Z pomocą przychodzi żywność specjalnego przeznaczenia medycznego do postępowania dietetycznego w przypadku niedożywienia związanego z chorobą – są to produkty płynne, przeznaczone dla pacjentów niedożywionych i zagrożonych niedożywieniem, takie jakNutridrink Protein, przygotowane do bezpośredniego podania doustnego. Ich główną zaletą jest zawartość określonych, niezbędnych składników odżywczych, które wspomagają suplementację. W przypadku pacjentów onkologicznych podstawowym zadaniem żywienia jest uzupełnianie zapotrzebowania organizmu na białko i energię. Podczas gdy u zdrowych osób spożycie białka powinno wynosić 10-15% zapotrzebowania energetycznego, u chorych na nowotwór jest to dwa razy większa ilość. Nie bez znaczenia jest również odpowiednia konsystencja i wygoda – zarówno w podawaniu, jak i przyjmowaniu pokarmu.

Pomoc w opiece nad chorym onkologicznie – do kogo się zwrócić?

Opieka nad osobą chorą w zaawansowanym stadium nowotworu, niesamodzielną, może być obciążająca psychicznie i fizycznie. Komfortową sytuacją jest opcja dzielenia się obowiązkami z innymi członkami rodziny. Zdarza się jednak, że nie ma takiej możliwości. Wówczas warto pamiętać, że o pomoc – bezpośrednią czy psychologiczną – można się również zwrócić do innych bliskich osób, znajomych czy przyjaciół, a także do instytucji zewnętrznych.

Warto, aby z pomocy psychologa skorzystał zarówno pacjent, jak i jego najbliżsi już w początkowym okresie choroby, kiedy niepewność jest największa. Wynika to nie z konieczności opieki fizycznej, a wsparcia psychicznego, którego osoba chora najbardziej potrzebuje. W ostatnich latach, dzięki rozwojowi psychoonkologii, dużo łatwiej uzyskać taką pomoc, adresowaną – na wszystkich etapach choroby – zarówno do pacjentów, jak i członków ich rodzin.

Należy mieć świadomość, że opieka nad chorym na nowotwór złośliwy w zaawansowanym stadium choroby może być trudna i obciążająca. Na szczęście opiekun, jeśli tylko podejmie próbę uzyskania pomocy, w dobie obecnej świadomości nie zostaje sam w tej sytuacji.

Bibliografia:

Jarosz A., Oddani chorobie, https://www.medonet.pl/psyche/psychologia,opiekunowie-chorych-na-raka,artykul,1720910.html, dostęp: 20.07.20.

Karabin K., Dieta w chorobach nowotworowych, https://www.poradnikzdrowie.pl/diety-i-zywienie/diety/dieta-w-chorobach-nowotworowych-aa-HN2k-Eq1C-7F4j.html, dostęp: 20.07.20.

Dobrołowicz M., Nowotwory drugą przyczyną zgonów w Polsce, https://twojezdrowie.rmf24.pl/choroby/nowotwory/news-nowotwory-druga-przyczyna-zgonow-w-polsce-dzis-swiatowy-dzie,nId,4307445?fbclid=IwAR1ZKGL5cY1Uj0i_a-F_8ONy7X1iQROIx-mqEf-DY0Qtp5U_WIIr8Zz6BmA#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox, dostęp: 20.07.20.

Pielęgnacja pacjenta w chorobie nowotworowej, red. Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa i Fundacja Tam i z powrotem, Warszawa 2012.

Stanek-Misiąg E., Jedz! O diecie pacjenta onkologicznego, https://www.mp.pl/pacjent/dieta/wywiady/228118,jedz-o-diecie-pacjenta-onkologicznego

[1] https://www.mp.pl/pacjent/dieta/wywiady/228118,jedz-o-diecie-pacjenta-onkologicznego

  1. Zdrowie

Hormon TSH - co mówi nam o stanie zdrowia tarczycy?

</a> Dr n. med. Luiza Napiórkowska pokazuje na modelu mózgu, gdzie ulokowana jest przysadka (fot. archiwum prywatne)
Dr n. med. Luiza Napiórkowska pokazuje na modelu mózgu, gdzie ulokowana jest przysadka (fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
TSH, czyli tyreotropina to hormon produkowany przez przysadkę mózgową. Zbadanie jego poziomu jest pierwszym krokiem do dalszej diagnostyki w kierunku chorób tarczycy. Co powinniśmy wiedzieć o TSH? – wyjaśnia dr n. med. Luiza Napiórkowska.

TSH, czyli tyreotropina to hormon produkowany przez przysadkę mózgową. Zbadanie jego poziomu jest pierwszym krokiem do dalszej diagnostyki w kierunku chorób tarczycy. Co powinniśmy wiedzieć o TSH? – wyjaśnia dr n. med. Luiza Napiórkowska.

Czym dokładnie jest hormon TSH? Co o nim wiemy? Świadczy przecież o stanie zdrowia tarczycy, a tak naprawdę jest hormonem przysadki mózgowej. TSH jest hormonem produkowanym przez przysadkę, która znajduje się w centrum naszej głowy. Jeśli nasza tarczyca zaczyna pracować nieprawidłowo, to pierwsza o tym będzie wiedziała przysadka i zareaguje albo wzrostem, albo spadkiem stężenia TSH.

TSH jest hormonem, który mówi: ,,pracuj, pracuj tarczyco”. Jeśli tarczyca będzie pracowała leniwie, czyli będzie niedoczynna, to TSH będzie rosło, ponieważ chce pobudzić ją do pracy. Czyli wysokie TSH = niedoczynność tarczycy. Jeśli tarczyca zaczyna pracować w nadmiarze, zaczyna się nadczynność i przysadka będzie reagowała spadkiem stężenia TSH. Czyli niskie stężenie TSH = nadczynność tarczycy. Oczywiście czasami zdarzają się wyjątki od wyżej przedstawionych sytuacji, ale są to jednostki chorobowe bardzo rzadkie.

Jak prawidłowo odczytywać wskaźnik TSH? Kiedy wyniki faktycznie są niepokojące? I kiedy należy wdrożyć leczenie? Wskaźnik TSH z reguły określamy normą jako TSH = 0. 27 - 4.2 mIU/l. Jeśli przekracza on normę, wtedy najczęściej podejmujemy leczenie, ale to, czy zalecimy leki stymulujące lub hamujące pracę tarczycy zależy nie tylko od wyniku TSH, ale też fT4 i fT3. Dodatkowo bierzemy też pod uwagę  ATG, ATPO, Trab oraz wywiad i badanie kliniczne. Są pewne ogólne założenia: czyli TSH powyżej normy najczęściej oznacza niedoczynność do leczenia, a TSH poniżej normy nadczynność do leczenia. Używam słowa najczęściej, bo pamiętajmy: nie leczymy wyników tylko pacjenta. Dlatego dobrze zebrany wywiad, badanie przedmiotowe, wraz z oceną wyników hormonalnych i USG tarczycy, są kluczowe w podejmowaniu decyzji terapeutycznych. Leczymy pacjenta, a nie badania i w analizie leczenia, przy ustalaniu dawki leku, należy uwzględnić wywiad, badanie pacjenta, wiek i wyniki badań. Podejście indywidualne jest kluczowe w sukcesie terapii.

Czy bezpieczny poziom TSH zależy również od wieku? Tak. W miarę starzenia się naszego organizmu inaczej patrzymy na stężenie TSH. Generalna zasada brzmi: im jesteśmy starsi, tym możemy mieć większe stężenie TSH.

TSH często zmienia się w trakcie ciąży, ale nie musi to świadczyć o chorobie. Jednak ginekolodzy kierują pacjentki do endokrynologa... Ciąża rządzi się swoimi prawami. Tutaj musimy zabezpieczyć rozwijające się nowe życie oraz jego nosicielkę matkę. Z tego powodu niedoczynność tarczycy w ciąży rozpoznajemy, gdy TSH przewyższa wartość 2,5 mIU/l. Jeśli pacjentka ma niedoczynność tarczycy, to najczęściej co kilka tygodni wymaga zwiększania dawki hormonu tarczycy i jest to zgodne z fizjologią. Obecnie coraz częściej rozpoznajemy niedoczynności tarczycy w ciąży, co wynika głównie z przesunięcia wieku rozrodczego kobiet. Ginekolodzy często kierują pacjentki do endokrynologa, chcąc zapewnić dobrostan hormonalny matki i dziecka.

Jakie badania należy wykonać, aby ocenić, czy tarczyca pracuje prawidłowo? Wyznacznikiem pracy tarczycy jest właśnie TSH, określane też jako pobudzacz. Pracę tarczycy pozwalają nam ocenić badania krwi: wspomniane TSH oraz fT4, fT3, ATG, ATPO, TRAB oraz badanie USG tarczycy, ze szczególną oceną miąższu tarczycy (ponieważ np. choroba Hashimoto daje charakterystyczne nacieki zapalne). Należy wyliczyć także objętość tarczycy – obu płatów: prawego i lewego. Idealna objętość to 18 ml w przypadku kobiet i 25 ml w przypadku mężczyzn. Co ciekawe, tarczyca może też dobrze pracować nawet przy mniejszych objętościach.

Dr n. med. Luiza Napiórkowska pokazuje na modelu mózgu, gdzie ulokowana jest przysadka (fot. archiwum prywatne) Dr n. med. Luiza Napiórkowska pokazuje na modelu mózgu, gdzie ulokowana jest przysadka (fot. archiwum prywatne)

Dr n. med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce - w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. jest autorką bloga medycznego „Okiem Doktor Luizy”, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie towarzyszy jej aktywna społeczność (prawie 70 tys. osób).

Słownik skrótów:

fT4 – wolna tyroksyna (główny hormon tarczycy, który odpowiada za funkcjonowanie układu nerwowego i regulowanie procesu przemiany materii); fT3 – wolna trójjodotyronina (hormon tarczycy wytwarzany przez komórki pęcherzyków gruczołu tarczowego); ATG – przeciwciała przeciwko tyreoglobulinie (anty-TG) zlecane głównie przy procesach nowotworowych lub chorobach autoimmunologicznych tarczycy; ATPO – przeciwciała przeciwko peroksydazie tarczycowej (ich obecność może świadczyć o stanie zapalnym tarczycy); TRAB - przeciwciała skierowane przeciwko receptorowi TSH w tarczycy (ich badanie służy do wykrywania chorób autoimmunologicznych tarczycy).