1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dania z okienka - o zaletach diety okienkowej

Dania z okienka - o zaletach diety okienkowej

Nawet jeśli zrezygnujemy z postu przez dzień czy dwa lub zdecydujemy się stosować go przez trzy czy cztery dni w tygodniu, wciąż będziemy odczuwać dobroczynny wpływ diety okienkowej. (Fot. iStock)
Nawet jeśli zrezygnujemy z postu przez dzień czy dwa lub zdecydujemy się stosować go przez trzy czy cztery dni w tygodniu, wciąż będziemy odczuwać dobroczynny wpływ diety okienkowej. (Fot. iStock)
12, 14, a może 16... To od ciebie zależy, przez ile czasu w ciągu doby powstrzymasz się od picia słodzonych napojów oraz jedzenia i w jakich dokładnie godzinach. I to jedyne, czego musisz przestrzegać w diecie okienkowej, bo dopuszcza ona wszystkie zdrowe i możliwie najmniej przetworzone produkty. Jej zalety sprawdzamy z pomocą dietetyczki Justyny Mizery.

Nie należę do osób, które stosują diety, ale po wakacyjnych przyjemnościach, a także z powodu wieku i nocnego trybu życia (jestem sową, która siedzi do późna, mimo że często musi wstać tak jak skowronki) uznałam, że chcę nie tyle schudnąć, ile poprawić samopoczucie i ulżyć organizmowi, który co wieczór katuję przekąskami. Nie umiem liczyć kalorii i nie potrafię nie przegryzać między posiłkami, zwłaszcza że czasem całe moje dzienne menu składa się z samych przegryzek  – w pracy nie zawsze jest czas, by wyjść na obiad.

I wiem, że nie jestem w tym odosobniona, większość znajomych tak właśnie funkcjonuje: przed pracą zdążą jeszcze zjeść pełnowartościowe śniadanie, ale potem ich dzień toczy się, a raczej pędzi od kanapki do kanapki, czasem urozmaiconej jogurtem i batonem, rzadziej domową zupą czy zdrową sałatką. Wracamy do domu wygłodniali i rzucamy się na jedzenie. A potem, by odzyskać energię, dogryzamy i przegryzamy tym, co akurat znajdziemy w szafkach. Po drodze popełniamy przynajmniej jeden z pięciu błędów żywieniowych, jakie wymienia Justyna Mizera, dietetyczka z wieloletnim doświadczeniem. Ta niesławna piątka to nieregularne posiłki (tu podpisuje się pisząca te słowa), picie słodzonych napojów zamiast wody, jedzenie żywności wysokoprzetworzonej, jedzenie produktów bogatych w cukier, sól i mąkę pszenną, no i niedobór warzyw i owoców.

Post mój codzienny

Szukając odpowiedniej diety, od razu odrzuciłam te, które wymagały spędzania godzin przy kuchence, ważenia i liczenia, wyeliminowałam też wszelkie monodiety. Rozwiązaniem okazała się dieta okienkowa, zwana także postem przerywanym. Polega ona na tym, że dobę dzielimy na okno żywieniowe i okno postu. To pierwsze to przedział czasu, w którym będziemy coś jeść, to drugie oznacza godziny, gdy nie spożywamy jedzenia ani słodzonych produktów. Oba okna mieszczą się w dobie, a opcji jest sporo: może to być 12/12  (czyli jemy przez 12 godzin, a 12 godzin pościmy), 10/14, 8/16 czy 6/18. Wybrałam wariant

8 na 16. Nie oznacza to oczywiście, że jem non stop przez osiem godzin, tylko że mam tyle czasu na śniadanie, obiad i kolację, skomponowane ze zdrowych i pożywnych produktów, a przez kolejnych 16 godzin nie jem nic.

– Posty żywieniowe znane są od dawna, ale w dobie ciągłego dostępu do jedzenia, kiedy często bezmyślnie napychamy nasze organizmy jak śmietnik, nie zwracając uwagi na to, co spożywamy, wydają się rozsądnym rozwiązaniem – tłumaczy Justyna Mizera, autorka książki „Dieta okienkowa”. Przypomina, że przecież ciało to nasz najważniejszy dom, w którym powinny panować porządek i harmonia, a my zachowujemy się, jakbyśmy żyli na wysypisku.

Dieta okienkowa wydaje mi się bezpieczna, a gdyby nie podgryzanie do późna, to moim ostatnim posiłkiem i tak byłaby kolacja między 18 a 19. Ekspertka podkreśla, że nie chodzi o drastyczne rozwiązania, ale o decyzje, które mają wesprzeć organizm i wzmocnić go. W moim przypadku wystarczy więc dostosować porę śniadania i zapomnieć o przekąskach. – Wiadomo, taka dieta wymusza wyjście ze strefy komfortu, co na początku nie jest łatwe. Ale dziś ludzie są tak zabiegani, że jedzenie pięciu regularnych posiłków dziennie graniczy z cudem. Poza tym można zacząć od dłuższego okna żywieniowego, na przykład w proporcjach 10/14, i stopniowo skracać je o godzinę co kilka dni – wyjaśnia Justyna Mizera i dodaje, że można też przesunąć okno żywieniowe, na przykład tak, żeby zaczynało się o 14 i wówczas zamknąć je o 22. Z mojej perspektywy oznacza to, że mogłabym uniknąć podjadania późno w nocy.

Przespać kryzys

Zaczynam w piątek i, o dziwo, nie odczuwam żadnych nieprzyjemności po tym, jak zjadłam kolację o 18. Aż do położenia się spać grubo po północy nic nie ciągnie mnie do lodówki. Spokojna i dumna zasypiam. Może dlatego, że mój organizm „trawi” nieznaną sytuację, a może to efekt nowości? A może wiedząc, że jest początek weekendu, nie mam powodu do zajadania stresu. W sobotę i w niedzielę jest równie dobrze. Śniadanie o 10, kolacja o 18, pośrodku obiad, a po drodze niewielkie przekąski. Przy czym pilnuję się, żeby jeść zdrowo i nie podjadać, bo podjadanie zawsze angażuje do pracy trzustkę i wymaga wydzielania dodatkowych dawek insuliny, a nie o to nam chodzi. My chcemy, by organizm nie musiał cały czas produkować enzymów i hormonów i łapał równowagę między posiłkami.

Kryzys przychodzi czwartego dnia. Może dlatego, że zjadłam śniadanie o 8, więc ostatni posiłek mogłam zafundować sobie o 16. Nerwy w pracy, długi wieczór przed komputerem i herbata bez cukru nie pomagają. – Reakcje organizmu na dietę okienkową mogą być różne, zależą od tego, jak dana osoba „prowadziła się” żywieniowo przed rozpoczęciem przerywanych

postów. Uczucie głodu czy wywołane nim bóle głowy zwykle ustępują po kilku czy kilkunastu dniach – uspokaja dietetyczka. Przypomina, żebym pamiętała o korzyściach, bo taki system żywienia reguluje metabolizm, łaknienie, a przede wszystkim gospodarkę hormonalną i węglowodanowo-insulinową. I radzi, by w sytuacji kryzysu iść wcześniej spać, bo organizmowi przyda się i taka regeneracja.

Mówienie tego sowie wydaje się nieporozumieniem, ale zasypiając po północy – głodna i rozdrażniona – niczym mantrę powtarzam sobie korzyści, jakich moje ciało zazna przy obecnym poświęceniu. Poza tym, jak przyznaje Justyna Mizera, prawdziwe zmiany są długofalowe, ale zauważalne będą już po jakichś dwóch tygodniach od rozpoczęcia diety lub, jak kto woli, nowego trybu życia. Do najważniejszych należy brak spadków energetycznych (które sprawiają, że często w środku dnia – a bywa że i w nocy – sięgamy po napoje słodzone i słodkie lub słone przekąski). Podobno zmniejsza się również ochota na podjadanie, poprawia jakość snu i samopoczucie. To ostatnie jest szczególnie ważne, gdyż wkraczamy w ponury dla wielu okres w roku, gdy brak naturalnego światła i ciepła oraz krótkie dni raczej odbierają niż dodają nam energii. Wtedy dobre samopoczucie jest na wagę złota. I tu także w sukurs przychodzi post przerywany.

Bez nakazów i zakazów

– Post przerywany bardzo ułatwia życie, choćby przez to, że nie musimy myśleć o jedzeniu, chodzić wszędzie z pojemnikami z wyważonymi porcjami, a to już wpływa na psychikę, bo nie czujemy ciągłych nakazów i zakazów – wylicza moja żywieniowa przewodniczka. – Nie jesteśmy niewolnikami diety z aplikacji, tylko jemy to, co zdrowe i na co mamy ochotę, oczywiście z poszanowaniem naszego organizmu i zachowaniem zdrowego rozsądku – zastrzega.

Poza tym nie pojawia się też poczucie porażki, że zaprzepaściliśmy rezultat diety, bo zjedliśmy coś więcej czy później, niż planowaliśmy. – Dbanie o komfort psychiczny jest ważne, dlatego powtarzam podopiecznym, że odmawianie sobie wszystkiego powoduje konsekwencje. A jeśli pozwolimy sobie na luz i w oknie żywieniowym będziemy jeść zdrowo i rozsądnie, to szybko odczujemy efekty, jakie daje odżywianie naszego organizmu, a nie traktowanie go jak kosza na śmieci – podsumowuje Justyna Mizera.

Na koniec pytam ją, czy sama także stosuje dietę okienkową. Przyznaje, że przy zdrowym trybie życia, jaki prowadzi, w tym zamiłowaniu do sportów i rozsądnym odżywianiu, nie musi. – Ale wprowadziłam ją u mojego męża – śmieje się, dodając, że zrobiła to oczywiście za jego zgodą. – Mąż prowadzi stresujący tryb życia, ciągle coś przegryzał, by zaspokoić potrzeby układu nerwowego. Ale odkąd stosuje post przerywany w wariancie 8/16, znacznie ograniczył podjadanie, je mniej kalorycznie, nie ma spadków energetycznych ani napadów wilczego głodu. Patrząc na niego, widzę, że to działa.

Mam nadzieję, że i ja, patrząc na siebie za jakiś czas, też to dostrzegę. Liczę, że zasada, iż im dłużej stosujemy dietę okienkową i zwracamy uwagę na jakość oraz ilość pożywienia, tym dłuższe są i okresy poczucia sytości – potwierdzi się również w moim przypadku. Widzę ogromne plusy w tym, że to model żywienia, który nie ogranicza moich preferencji kulinarnych ani nie narzuca takich, które byłyby niezgodne z moimi potrzebami smakowymi czy zasadami etycznymi – liczy się tylko, aby jedzenie było zdrowe i jak najmniej przetworzone. Koncentruję się jedynie na pilnowaniu ram okna.

Przestrzeń na grzeszki

Justyna Mizera uspokaja, że nawet jeśli zrezygnujemy z przestrzegania postu przez dzień czy dwa lub zdecydujemy się stosować go przez trzy czy cztery dni w tygodniu, wciąż będziemy odczuwać dobroczynny wpływ diety okienkowej. Także gdy raz na jakiś czas zjemy pizzę, kubełek popcornu czy przez kilka dni codziennie będziemy wcinać czekoladę. Organizm się z tym upora, jeśli pozwolimy mu odpocząć w oknie postu. Wciąż mamy przestrzeń dla swoich małych jedzeniowych grzeszków, byle nie potwarzały się zbyt często.

Kiedy wysyłam tekst do redakcji kilka dni później, nie doświadczam już wieczornego uczucia głodu i nerwowości. Czuję też w sobie więcej energii. Godzin snu, niestety, nie udało mi się wydłużyć, ale rano budzę się zdecydowanie bardziej wypoczęta, co od razu wprawia mnie w lepszy nastrój. I to wystarcza mi za dowód, że dieta okienkowa poprawia samopoczucie.

Justyna Mizera, dietetyczka z wieloletnim doświadczeniem, pasjonatka gotowania. Specjalizuje się w dietetyce sportowej. Prowadzi szkolenia i wykłady z żywienia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

GMO – czy jest się czego bać?

Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Z badań przeprowadzonych wśród ludzi młodych wynika, że połowa z nich nie ma pojęcia, co to są rośliny GMO, ale aż 70 procent z tych niemających pojęcia jest przeciwko ich uprawie (fot. iStock)
Mało co, wywołuje dziś w Polakach tyle emocji. Generalnie jesteśmy przeciwnikami GMO, choć niektórzy nie mają pojęcia, co te literki oznaczają. A wielu spośród tych, którzy co wiedzą, że chodzi o Genetycznie Modyfikowane Organizmy, nadal nie ma pojęcia, na czym ta modyfikacja polega. Polacy są organizmom genetycznie modyfikowanym z zasady przeciwni, i to niezależnie od wieku i wykształcenia.

Spory o to, czy GMO nam szkodzi czy też nie, toczą się na forach naukowych i w przeciętnych polskich rodzinach, choć GMO już otacza nas ze wszystkich stron. A podziały czasem przebiegają przez środek stołu, przy którym zbiera się rodzina na niedzielnym obiedzie.

Tymczasem człowiek zmienia świat roślin i zwierząt od tysięcy lat. Pszenica, która dziś jest podstawą naszego wyżywienia, niewiele ma wspólnego z tą sprowadzoną kiedyś z Azji Mniejszej. Jest znacznie bardziej plenna, odporna na wiele chorób, zdolna wytrzymać trudniejsze warunki klimatyczne, a z jej ziarna można uzyskać więcej mąki. Dzisiejsza krowa naprawdę nie przypomina tura, od którego przecież pochodzi. To człowiek, krzyżując rasy, wybierając potem najlepsze osobniki i rozmnażając je, doprowadził do obecnego wyglądu krowy. Różnica między tym krzyżowaniem gatunków i ras, czyli ingerencją człowieka w życie zwierząt i roślin niemal od zarania świata, a tym, co robimy dziś przy pomocy genów, polega tylko na szybkości i precyzji przemian – tłumaczy genetyk prof. Piotr Węgleński.

Czy my dziś w Polsce żyjemy ciągle bez GMO? Krótko mówiąc, czy dyskutujemy o przyszłości, czy o świecie, który już nas otacza? Prof. Piotr Węgleński: To nie przyszłość, świat jest pełen organizmów genetycznie modyfikowanych. Nie mówimy przecież tylko o żywności. Mamy leki GMO, mamy ubrania. Gdybyśmy chcieli zrealizować hasło Prawa i Sprawiedliwości „Polska wolna od GMO”, to stalibyśmy się krajem nudystów, bo wszystko, co jest zrobione z bawełny, pochodzi z bawełny GMO. Nie ma dziś innej.

Spieramy się o to, czy dopuścić uprawianie np. genetycznie modyfikowanej kukurydzy, ale czy wszystkie rośliny, które nas otaczają i uważamy je za zdrowe, czyli wolne od GMO, nie zostały już zmodyfikowane? A jeśli tak, to czym się różnią od tej kontrowersyjnej kukurydzy? Niczym. Myślę, że opór, jaki budzi żywność GMO, w dużej mierze bierze się z fatalnej nazwy: genetycznie modyfikowana. Ja bym czegoś takiego do ust nie wziął. Tak jak nie chciałbym jeść chemicznie modyfikowanej żywności. Otóż, po pierwsze, my nie modyfikujemy żywności, tylko rośliny, z których się ją wytwarza. A po drugie, od dziesięciu tysięcy lat człowiek zmienia rośliny i zwierzęta, i to bardzo skutecznie.

Przecież nasza pszenica, ta dziś powszechnie przez polskich rolników uprawiana, ma niewiele wspólnego tą, którą sprowadziliśmy z Azji Mniejszej. Krok po kroku, przez tysiące lat, poprzez krzyżowanie odmian, selekcję najlepszych osobników, uzyskaliśmy te odmiany, jakie dziś mamy – znacznie bardziej plenne i wytrzymałe na niesprzyjające warunki.

Człowiek tą metodą nie tylko krzyżował odmiany tego samego gatunku, ale także różne gatunki. Mieliśmy wybitnego naukowca prof. Wolskiego, który był twórcą m.in. pszenżyta. Skrzyżował dwa gatunki, nie „po bożemu”, one się same nie skrzyżowały, zrobił to naukowiec.

To była manipulacja genami? Tak, tylko dokonana poprzez krzyżowanie osobników, czyli np. usuwano pręciki z kwiatu i przynoszono pyłek z  innego osobnika. Dawniej wśród tysięcy potomstwa skrzyżowanych osobników szukaliśmy takiego, który nam najbardziej odpowiada, odpowiada celowi, jaki chcieliśmy osiągnąć. Teraz przeprowadzamy zabiegi na poziomie DNA. Możemy dodać roślinie konkretny gen, dokładanie taki, jaki chcemy.

Szybciej dochodzimy do celu. Dużo szybciej i precyzyjniej. Na przykład, w krajach, gdzie ryż jest głównym pokarmem, ludzie zapadają na ślepotę, bo do tego doprowadza brak witaminy A, która w ryżu nie występuje. Więc naukowcy ze Szwajcarii skonstruowali odmianę ryżu, zwaną złotym ryżem, do którego dodali gen, odpowiadający za wytwarzanie witaminy A. Nasiona takiej odmiany ryżu rozdawano za darmo rolnikom w biednych rejonach Azji. Ten ryż jest zresztą największym wrogiem przeciwników GMO, gdyż nie da się oskarżyć jakiegoś zachodniego koncernu, który sprzedaje nasiona GMO, by zbić fortunę. Badania nad wytworzeniem tego ryżu przeprowadzono za pieniądze rozmaitych organizacji typu FAO, a nie prywatnych koncernów. Złoty ryż jest dobrodziejstwem dla ludzi, co budzi wściekłość organizacji typu Greenpeace, bo tu nie ma się do czego przyczepić.

Co złoty ryż spowodował? Ludzie, którzy go jedzą, przestali zapadać na ślepotę. Ale podobnych wynalazków jest bardzo dużo. Dotyczą nie tylko roślin. W Meksyku modyfikuje się samce komarów, by w tych strefach, gdzie malaria jest wszechobecna, zapładniały samice, ale by nie były zdolne do stworzenia potomstwa, i tak ogranicza się rozprzestrzenianie malarii.

Mleko, które codziennie pijemy, pochodzi też od zmutowanej krowy? Nie zmutowanej technikami inżynierii genetycznej, lecz takiej, która na drodze licznych mutacji i selekcji wygląda zupełnie inaczej niż jej przodkowie. Nasza krowa pochodzi prawdopodobnie od tura. Poprzez krzyżowanie i selekcję doprowadziliśmy do wyodrębnienia ras mlecznych i ras mięsnych, który stały się jakby fabrykami mleka lub mięsa. Obecna krowa mleczna żyje inaczej niż nawet ta przed kilkudziesięciu laty, daje więcej mleka, ma inny kościec itd. Tyle tylko, że ta modyfikacja odbyła się nie poprzez wszczepianie genów, a krzyżowanie bydła przez hodowców.

To może lęki społeczeństw wynikają z tego zbyt szybkiego tempa. Dawniej dochodziliśmy do nowych osobników stopniowo, latami, mieliśmy czas oswoić się ze zmianami, choćby z tym, że krowy dają coraz więcej mleka, a teraz ... To nie zawsze trwało latami. Na przykład skrzyżowano żubra z krową i już w pierwszym pokoleniu otrzymano mieszańca zwanego żubroniem. Taki mieszaniec sam w przyrodzie nie powstał.

No tak, ale ludzie nagle dowiadują się, że ubrania bawełniane wykonano ze zmutowanej bawełny. Słyszą o modyfikowanych ziemniakach, czują się osaczeni. To może ich przerażać. A dlaczego nas nie przeraża, że trzydzieści lat temu nie było telefonów komórkowych, a dziś prawie każdy ma taki telefon w kieszeni? Świat cały czas się zmienia, unowocześnia, nie należy się tego bać. Spory wokół genetycznie modyfikowanych organizmów, energetyki jądrowej, gazu łupkowego, in vitro, nawet wokół katastrofy smoleńskiej – wszystkie one mają wspólny mianownik – specjaliści mówią jedno, a opinia publiczna urabiana przez polityków i część mediów wierzy w coś innego. Zauważmy, że przeciwko GMO jest społeczeństwo europejskie, amerykańskie już nie.

My, Europejczycy, mamy odmienne podejście do innowacji. Powiedziałbym nawet, że przez stulecia do USA wyjeżdżali z Europy ludzie najbardziej przedsiębiorczy, niebojący się wyzwań, nowoczesności, a na naszym kontynencie pozostawali ludzie podatni na wpływy religijne, rozmaite ideologie, zacofani – tacy, którzy nie chcieli zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Doszło do swego rodzaju negatywnej selekcji. Dlatego dziś w USA konsumenci nie boją się żywności z GMO, bo rozumieją, że nie ma się czego bać, i mają zaufanie do swoich uczonych.

Koronny argument przeciwników GMO jest taki, że możemy dziś z całą pewnością powiedzieć, że znamy skutki GMO, lub ich brak, w dalszej perspektywie. Nie możemy powiedzieć, że nie zaszkodzą one następnym pokoleniom, choćby wywołując nowe choroby cywilizacyjne. Może pan powiedzieć z przekonaniem, że nie boi się takiej żywności? Tak. Mogę powiedzieć, że się nie boję. Nie dlatego, że wierzę w jej nieszkodliwość, tylko dlatego że czytam. Proszę zauważyć, że przeciwnicy GMO nigdy nie zacytowali raportu Komisji Europejskiej, która wydała 200 mln euro z naszych podatków na badania nad skutkami GMO. Trwały one dziesięć lat, od 2001 do 2010 roku. I konkluzja tego raportu jest taka, że żywność i pasze dla zwierząt są absolutnie bezpiecznie. W USA jedzą taką żywność od 20 lat. Ten raport KE potwierdza raporty amerykańskie, np. Food & Drug Administracion.

My w Polsce badań nad skutkami GMO nie prowadziliśmy, robiliśmy badania nad paszami w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach i wyniki też są jednoznaczne – pasze z takich roślin niczym nie różnią się od pasz z roślin niemodyfikowanych. Ja, jako biolog, wiem, że one nie mogą się niczym różnić, bo w roślinie jest około 40 tysięcy różnych genów, a my dodajemy jeden. I wiemy dokładnie, co to jest za gen, czy może powodować jakieś choroby, na co może wpływać. Sprowadziliśmy sobie do Europy ziemniaki, Kolumb je przywiózł. To było coś nowego, nieznanego na naszym kontynencie, a przyjęło się, jakby tu rosło od zawsze. Co chwila pojawia się coś nowego – grejpfruty, kiwi, awokado, brokuły. Rozmaite mieszańce, których poprzednie pokolenia nie znały. Jedno mogę powiedzieć: te modyfikacje, jakich się teraz dokonuje, są niesłychanie starannie sprawdzane, kontrolowane pod kątem ich wpływu na zdrowie człowieka i zwierząt.

Ale czy jesteśmy w stanie przewidzieć, jak wpłyną na następne pokolenia? Jesteśmy. Cała wiedza przyrodnicza, zwłaszcza ta z XX wieku, mówi nam, że jeśli GMO nam teraz nie szkodzi, to nie zaszkodzi również przyszłym pokoleniom. Śmiech mnie ogarnia, kiedy słyszę jak tzw. eksperci, często ludzie z tytułami profesorskimi np. z dziedziny medycyny, wypowiadają absurdy. Na przykład, że może nam zaszkodzić mięso drobiowe, jeśli kurczak był karmiony soją modyfikowaną, jakby ten gen z soi mógł sobie przeskoczyć do kurczaka, a potem do naszych genów. To jest absolutnie niemożliwe.

Pan to mówi jako genetyk? Tak jest. Inżynierią genetyczną zajmuję się prawie czterdzieści lat. Byłem na pierwszej konferencji poświęconej GMO w Kalifornii, w 1975 roku, na której uczeni przedstawili wyniki pierwszych doświadczeń nad mieszaniem genów i zastanawiali się, czy to nie doprowadzi do jakichś niebezpiecznych skutków. Było około stu pięćdziesięciu uczonych z całego świata i kilkuset dziennikarzy – trzy dni dyskutowaliśmy. Duży wpływ na przebieg tej konferencji miała wypowiedź Jamesa Wattsona, noblisty od spirali DNA, który był doradcą rządu USA do spraw broni biologicznej. Wattson wygłosił wtedy następujące stwierdzenie: „Gdybym mógł powiedzieć, co my mamy w naszych magazynach, to państwo w ogóle nie zajmowalibyście się ewentualnymi niebezpieczeństwami związanymi z nowo tworzonymi organizmami. Bo mamy tyle świństwa, że każdego mieszkańca planety możemy zabić na osiem różnych sposobów. A Rosjanie mają drugie tyle”.

Podczas tej konferencji ustalono zasady, które nadal w Stanach obowiązują. Chodzi o to, by tak prowadzić prace w inżynierii genetycznej, by uważać na najbardziej niebezpieczny element doświadczenia. Czyli jeśli robimy insulinę w drożdżach, to można takie doświadczenia przeprowadzić nawet w szkole, bo ani insulina, ani drożdże nie są niebezpieczne. Ale jeśli chcemy zrobić szczepionkę przeciwko wirusowi HIV, to potrzebne są zabezpieczenia najwyższej klasy, bo wirus ten jest bardzo niebezpieczny i na jego geny musimy bardzo uważać.

W USA ciągle tych zasada się przestrzega. Natomiast Europa pod wpływem różnych organizacji pozarządowych i proekologicznych wymyśla wszelkie możliwe ograniczenia, także tam, gdzie to jest zupełnie zbędne.

Nie ma ucieczki od dalszych eksperymentów? Nie ma.

Po co to robimy? W  świecie medycznym choćby po to, by wynaleźć szczepionki przeciwko nowotworom. W żywności – by walczyć z głodem. Norman Borlaug, laureat pokojowej nagrody Nobla za wyhodowanie pszenicy „meksykanki”, która spowodowała tzw. zieloną rewolucję w Indiach, czyli zlikwidowała głód, niesłychanie ostro zaatakował Greenpeace za ataki na GMO i wręcz uznał tę organizację za przestępczą, gdyż utrudnia ratowanie przed głodem wielu mieszkańców naszej planety. Borlaug otrzymał swoją pszenicę, wykorzystując metody tradycyjne. Dzięki nim można było wykarmić siedem miliardów ludzi, a metody, które obecnie się stosuje, pozwolą na wykarmienie dziesięciu miliardów ludzi.

Czyli GMO to po prostu oznacza więcej żywności? To oznacza znacznie więcej żywności. Ale też paliwa. Brazylijczycy po to wycinają lasy tropikalne, by zwiększyć powierzchnię upraw roślin przeznaczonych na biopaliwa. Jeśli dzięki GMO stworzymy rośliny, które będą dużo szybciej rosły, miały dużo więcej składników potrzebnych do biopaliw itd., to uratujemy tysiące hektarów lasów tropikalnych.

Przecież nic w przyrodzie nie ginie. Jeśli dzięki GMO stworzymy roślinę odporną na jakąś konkretną chorobę i dzięki temu zwiększymy jej plony, to za chwilę okaże się, że atakuje ją inny wróg i plony znowu spadają. I będziemy tworzyć kolejną roślinę odporną na tę nową chorobę. Oczywiście. To samo jest z antybiotykami i człowiekiem. Flemming wynalazł penicylinę, ona uratowała miliony ludzi, ale potem pojawiły się szczepy organizmów odpornych na penicylinę, więc wymyślono następne antybiotyki, potem kolejne. To samo będzie z roślinami.

Skoro tego wyścigu nie możemy wygrać, to może nie warto się ścigać? To zły wniosek. Ten wyścig wygrywamy. Proszę zobaczyć, o ile dłużej dziś żyjemy niż żyli ludzie w XIX wieku. Dzieje się tak dzięki temu że człowiek ściga się z naturą, wprowadza w życie swoje odkrycia naukowe.

Ekolodzy twierdzą, że tymi eksperymentami niszczymy w naturze bioróżnorodność.

To ja zacytuję pewnego rolnika, który kiedyś powiedział mi tak: jak sieję pszenicę, to ja nie chcę mieć na polu żadnych maków, chabrów, pięknych kolorowych kwiatuszków, nie chcę bioróżnorodności. Ja chcę mieć tylko pszenicę.

My zapominamy o tym, jak bardzo zmieniliśmy naszą planetę. Teraz sześćdziesiąt procent lądów stałych, nie licząc tego, co znajduje się pod lodem, przeznaczonych jest na cele rolnicze. Reszta to pustynie, suche stepy, dżungle, góry, miasta. Nasza planeta dziś nie przypomina tej, po której hasali nasi przodkowie. Te zmiany są konsekwencją wzrostu zaludnienia. By wykarmić rosnącą liczbę ludności, trzeba było zwiększać obszary rolne. Mimo to nadal panuje głód np. w Etiopii, Sudanie, a powiększać obszarów rolnych już się nie da. Dlatego uprawa roślin z GMO jest odpowiedzią na problemy głodu i m.in. właśnie z tego powodu poparli je uczeni z Papieskiej Akademii Nauk. To naturalnie wywołało ogromną niechęć do nich tzw. Zielonych. Ale wszystkie poważne instytucje naukowe to popierają, nie ma ani jednej, która byłaby przeciwna modyfi kowaniu organizmów.

Ale jest wielu uczonych, na których powołują się przeciwnicy GMO, uczonych, którzy wskazują na niebezpieczeństwa z tym związane. Jest dokładnie czterech uczonych cytowanych przez przeciwników GMO. Dr Arpad Pusztai ze Szkocji, dr Irina Ermakova z Rosji, dr Eric-Giles Seralini z Francji i J. Zentek z Austrii.

Prace zespołów tych uczonych zostały zdyskwalifikowane przez poważne gremia naukowe, które wykazały podstawowe błędy metod doświadczalnych i nieprawidłową interpretację wyników. Np. prace Pusztaia zdyskwalifikowała specjalnie powołana komisja Royal Society. Już przestano cytować pana Jeffreya Smitha, nauczyciela tańca z Iowa, który powiedział, że jeśli 1500 joginów będzie jednocześnie lewitować, to się świat zmieni. Smith napisał dwie książki: „Nasiona kłamstwa” i  „Genetyczną ruletkę”. To właśnie książką „Nasiona kłamstwa” były minister środowiska pan prof. Szyszko wymachiwał w Sejmie, twierdząc, że są tu dowody na szkodliwość GMO. W tę książkę uwierzyli też lekarze z Instytutu Onkologii w Gliwicach – prof. Chorąży i dr Katarzyna Lisowska, która stała się jednym z bardziej żarliwych przeciwników GMO.

„W Indiach 10 tysięcy rolników popełniło samobójstwo”. To też wymysł? W rolnictwie indyjskim zachodzą teraz poważne zmiany, następuje komasacja gruntów, to rodzi różne frustracje wśród farmerów. Możliwe, że dochodzi tam do samobójstw. Jednak nie ma to nic wspólnego z GMO.

To kto występuje przeciwko GMO? Ludzie niedoinformowani, niemający wiedzy, a także fundamentaliści, którzy uznają GMO, razem z aborcją i eutanazją, za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Drugim rodzajem przeciwników są szlachetnie oburzeni, zwykle młodzież, którzy protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, zabijaniu wielorybów, fok i  tego typu zjawiskom. Z badań przeprowadzonych w Polsce wśród młodych ludzi wynika, że połowa z nich nie wiedziała, co to jest GMO, ale aż siedemdziesiąt procent było przeciwko i deklarowało gotowość wyjścia na ulice, by protestować. Tacy ludzie zwykle zasilają organizacje typu Greenpeace.

Jest też trzecia grupa – to cyniczni politycy, którzy tę niewiedzę ludzi i lęk przed groźnie brzmiącą nazwą wykorzystują dla celów politycznych, budują na tym poparcie dla swoich partii.

Dlaczego wrogiem przeciwników GMO stała się amerykańska firma Monsanto? Bo pierwsi wpadli na pomysł zarabiania na nasionach roślin genetycznie modyfikowanych.

A może Monsanto zapłaciło za badania nad roślinami GMO i uzyskało takie wyniki, jakie chciało, po to, by czerpać z tego zyski? Firmy nie płacą za badania, płacą za produkt. Chcą na przykład otrzymać odmianę ziemniaków odpornych na stonkę ziemniaczaną. Firma płaci więc za produkt, a od stwierdzenia tego, czy on jest bezpieczny dla ludzi i zwierząt, są różne niezależne agencje. One mają to badać.

Ale jeśli wprowadzimy uprawy roślin genetycznie modyfikowanych, to rolnicy będą skazani na kupowanie nasion, właśnie od firmy Monsanto, a one są znacznie droższe od zwyczajnych. A kto ich do tego zmusza? Mają wybór. To jest jak z gazem łupkowym. Gazprom chyba jest bardzo przeciwny temu, by wydobywano gaz łupkowy, bo boi się utraty rynku zbytu na swój gaz. Tak samo europejscy dostawcy niemodyfikowanego ziarna nie lubią firm Basf i Monsanto, które sprzedają ziarno modyfikowane, i dlatego rzucają pod ich adresem różne oskarżenia, insynuacje, straszą tą żywnością itp. Popatrzmy na to, jak na grę, jaka toczy się między wielkimi producentami nasion o rynki zbytu.

Mimo protestów „szlachetnie oburzonych” i „cynicznych polityków” Sejm uchwalił ustawę o nasiennictwie, która dopuszcza w Polsce uprawy roślin GMO. Co prawda z pasami ochronnymi wokół tych pól, ale wiele roślin, np. rzepak, jest wiatropylnych i ich pyłek będzie się przenosić z wiatrem na znaczne odległości. To może prowadzić do niekontrolowanego krzyżowania się roślin GMO z innymi roślinami. To bardzo dobrze, Greenpeace powinno się cieszyć, bo zwiększy się bioróżnorodność.

To pan sobie robi żarty, panie profesorze. Nie. Ja tylko wskazuję na brak logiki. Jeśli przeciwnicy GMO najpierw martwią się, że pola będą zbyt jednorodne, a zaraz potem obawiają się krzyżowania roślin i powstania nowych odmian, to dla mnie jest nielogiczne.

Ja nie widzę niczego niebezpiecznego w GMO. Kiedyś ludzie podróżowali konno, potem pociągami napędzanymi węglem, dziś elektrycznymi, a niedługo będziemy jeździć pociągami na energię słoneczną. To się nazywa postęp.

A  co z argumentem, że tak naprawdę rośliny GMO nie rozwiążą problemu głodu. Bo plony z tych roślin są najpierw bardzo wysokie, ale po pewnym czasie zaczynają spadać i są podobne jak w przypadku tradycyjnych roślin. Otóż nie. Teraz jest tak, że plony odmian skrzyżowanych metodą tradycyjną po pewnym czasie spadają, i to jest naturalne zjawisko. Zwykle przy organizmach heterozyjnych w pierwszym pokoleniu mamy bujne potomstwo, a potem jest gorzej. Tak jest teraz z naszymi roślinami. Dzięki GMO my tworzymy takiego mieszańca, który stale daje obfite plony, ma takie cechy genetyczne.

Tworzymy roślinę z genem, który daje jej odporność na pewne owady, np. ziemniaki odporne na stonkę albo kukurydzę na omacnicę prosowiankę. I zobaczmy, jakie są skutki lęków przed GMO: na południu Polski omacnica zniszczyła uprawy kukurydzy, ale już parę kilometrów dalej, za czeską granicą, kukurydza udała się wspaniale. Bo Czesi nie boją się GMO i uprawiają kukurydzę zmodyfi kowaną, która jest na omacnicę odporna.

No właśnie. Jeśli za południową miedzą mamy Czechów, którzy się nie przejmują i uprawiają rośliny genetycznie modyfikowane, to czy my w Polsce możemy uznać, że GMO nas nie dotyczy? Nie. Stanowimy część świata. Europa jest nastawiona przeciwko GMO. Obowiązuje myślenie, że to amerykański wynalazek, a my, tu, w Europie, jesteśmy mądrzejsi i go nie wprowadzimy. Ale to walka skazana na przegraną. Szczególnie kiedy na wielką skalę wejdą leki oparte na GMO. Myślę, że jesteśmy już bardzo, bardzo blisko produkcji szczepionek przeciwnowotworowych.

Jakieś osiem lat temu widziałem wyniki badań przeprowadzonych w Seattle w USA, kiedy testowano te szczepionki nie na myszach czy królikach, ale na ludziach. Były trzy grupy ochotników, po pięćdziesiąt osób każda, gdzie testowano szczepionki przeciwko rakowi płuc, jelita grubego i rakowi piersi. Ten zabieg polegał na takiej modyfikacji komórek naszego układu odpornościowego, by one szkoliły limfocyty do zwalczania komórek nowotworowych. Otóż w przypadku raka płuc i jelita otrzymano w stu procentach pozytywne rezultaty, natomiast szczepionka nie zadziałała w ogóle na raka piersi, tu nie trafi ono z właściwym zabiegiem. Za dziesięć lat te szczepionki będą powszechnie dostępne.

Prof. Piotr Węgleński jest genetykiem, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Nauk. Autor kilkudziesięciu prac naukowych i podręczników genetyki. Pionier inżynierii genetycznej w Polsce. W latach 1999-2006 rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Zdrowie

Zdrowie jest w głowie - zapewnia Deepak Chopra, propagator ajurwedy i mistrz duchowy

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Deepak Chopra, amerykański propagator ajurwedy i mistrz duchowy, twierdzi, że jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. (Fot. BEW Photo)
Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

Nazywany jest najwybitniejszym amerykańskim rzecznikiem ajurwedy i mistrzem duchowym. Bywa krytykowany za swoje antynaukowe poglądy, które można znaleźć w jego książkach sprzedających się na całym świecie w milionowych nakładach. A przecież Deepak Chopra mówi to, co wiemy od dawna – że umysł jest w stanie zarówno wpędzić nas w chorobę, jak i z niej wyciągnąć.  

„Śmierć czeka każdego z nas. Nigdy nie jest za wcześnie, by ją poznać” – uważa Deepak Chopra. Tym zdaniem odwraca popularne powiedzenie, że śmierć zawsze przychodzi za wcześnie. Ona zawsze przychodzi o czasie, chociaż prawie nigdy nie jest ochoczo witana. Zdaniem Chopry to brak zgody, wiedzy i świadomości wywołuje opór – nie tylko przed śmiercią, ale również przed odkryciem tkwiących w każdym z nas zdolności do samoleczenia i uzdrawiania.

Po pierwsze: świat materialny nie istnieje

Chopra urodził się w 1946 roku w New Delhi w Indiach. Ponad 20 lat później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, by zrealizować swoje marzenie i zostać lekarzem. Po otrzymaniu licencji uznał, że klasyczna medycyna nie jest wystarczająca. „Przekonałem się, że każdy lekarz winien leczyć nie tylko ciało, ale również psychikę chorego. Bo często źródło choroby mieści się w jego umyśle. Sukces leczenia może tkwić w samym pacjencie, w jego myślach, pozytywnym patrzeniu na świat, w chęci wyzdrowienia” – napisał w książce „Twórzmy zdrowie”. Po rozczarowaniu zachodnią medycyną zainteresował się ajurwedą, czyli hinduską medycyną naturalną.

W Ameryce jest znany jako mistrz duchowy i główny propagator ajurwedy. Prowadzi fundację propagującą leczenie holistyczne. Założył  też centrum zdrowia i odnowy biologicznej The Chopra Center of Wellbeing w Carlsbadzie w Kalifornii. Głośno było o jego przyjaźni z gwiazdą popu – Michaelem Jacksonem. Po śmierci artysty skrytykował  w mediach powszechny w Stanach Zjednoczonych kult lekarzy w nadmiarze faszerujących swych pacjentów lekami i budujących z celebrytami toksyczne relacje oparte na wzajemnym uzależnieniu.

U podstaw wszelkich poglądów Chopry stoi przekonanie, że świat materialny nie istnieje albo raczej istnieje jako całość połączona z naturą, ziemią i powietrzem, której nie można odseparować. W książce „Przyszłość Boga. Praktyczne rozważania o współczesnej duchowości” Chopra przywołuje słowa pewnego mistrza, wypowiedziane do ucznia: „Fizyczny świat jest bardzo przekonujący. Wydaje się solidny i wiarygodny. Jak można z niego uciec? Uświadamiając sobie, że ten świat jest tak naprawdę wytworem twojego umysłu. Bez tego fizyczny świat owija się wokół ciebie niczym sieć. Ale wszystkie sieci mają oka. Znajdź jedną taką dziurę i wyskocz przez nią”. Podpiera swoje twierdzenia najnowszymi odkryciami fizyki kwantowej i nazywa wszystkie byty materialne (w tym ludzi) strukturami energetyczno-informacyjnymi.

Jeśli Chopra ma rację, to należy uznać, że choroba, myśl czy nieszczęście nie jest niczym innym jak energetyczno-informacyjną strukturą, taką samą jak fale radiowe. W takim traktowaniu rzeczywistości Chopra upatruje nieograniczonych możliwości radzenia sobie z przeciwnościami losu, jak choroby, i zupełnie swobodnego wpływania na własną codzienność.

Po drugie: świadomość jest w teraźniejszości

Aby osiągnąć miejsce spokoju, zdrowia i pogodzenia z rzeczywistością, którego nie należy mylić z uległością czy poddaniem, trzeba dotrzeć do samego źródła świadomości. Zdaniem Chopry jest ono dostępne zawsze i dla każdego, ale tylko w teraźniejszości. Oznacza to, że wspominanie, rozpamiętywanie, wylewanie żali i pretensji, przeżywanie minionych chwil, snucie planów czy wybieganie myślami w przyszłość – stoją w sprzeczności ze świadomością. „To, na czym skupiamy uwagę – rozwija się. Jeżeli naszą uwagę przyciągają sytuacje i emocje negatywne, wtedy wrastają one w naszą świadomość. Świadomość jest zbiorem tego wszystkiego, na co kierujemy uwagę. U niektórych osób uwaga przerzuca się z jednego małego niepowodzenia na drugie i wtedy drobne, negatywne odczucia, same w sobie nieważne, w końcu tak narastają, że dają świadomość stałego przemęczenia. Stan ten znany jest psychiatrom, którzy codziennie spotykają pacjentów uskarżających się na łagodną depresję i stany nieokreślonego niepokoju” – pisał w książce „Twórzmy zdrowie”, definiując to, co jest jego zdaniem początkiem każdej choroby. Gdy zniekształcona, zaburzona świadomość stale się pogłębia, w końcu przybiera postać konkretnej choroby ciała lub psychiki. Rozwiązaniem jest praca z umysłem.

Po trzecie: myśli są jak cząsteczki w polu kwantowym

Zanim jakakolwiek myśl zostanie zwerbalizowana, jest doświadczana jako intencja, pragnienie wyrażenia siebie, swojego odczucia, stanu lub reakcji na to, co zobaczone, zapamiętane, usłyszane czy doświadczone w inny sposób. Myśl zatem jest impulsem. A jeśli nasza świadomość, ale też skupienie może wywoływać określone doznania w ciele, a nawet choroby – może być również sposobem na leczenie i samouzdrawianie. Niedowierzający mogą w ciągu pół minuty przeprowadzić znany eksperyment: zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie świeżą, żółtą i soczystą cytrynę. A teraz wyobraźcie sobie, że została przecięta na pół i za chwilę kwaśny sok zostanie wyciśnięty prosto na wasz język. Wyobraźcie sobie ten kwaśny smak. Wizualizacja wyżej opisanych czynności spowoduje, że w jamie ustnej pojawi się więcej śliny. Tak oto myśl wpływa na ciało.

Chopra sięga jednak dalej i odwołuje się do pola kwantowego. Atomy, chmury cząsteczek elementarnych, kwarki, bozony i lepiony – są tak małe, że nie sposób ich zmierzyć. Wiemy o ich istnieniu, ponieważ pozostawiają za sobą ślad w akceleratorach. Ślad możliwy do zobaczenia wyłącznie wtedy, gdy się go obserwuje. „A zatem, patrząc na pole kwantowe, zauważamy, że ilekroć na nie spojrzymy, cząstki na mgnienie oka się w nim pojawiają. Ilekroć zaś odwracamy od nich uwagę, znikają” – zauważa Chopra w książce „Prawo obfitości i bogactwa”. Jego zdaniem umysł porusza wszelką materią. Także tą w naszym ciele. Myśli i uczucia tworzą w mózgu cząsteczki, które komunikują się z resztą ciała. Jeśli odczuwamy silny strach, nasze hormony – w tym przypadku kortyzol i adrenalina – wysyłają zupełnie inny komunikat niż, gdy jesteśmy zakochani (wtedy działa oksytocyna). „Co więcej, każda myśl, obraz czy odczucie wymagają, aby mózg pokierował sygnałami elektrycznymi i reakcjami chemicznymi, które tworzą most nad synapsami – przerwami między komórkami mózgu. Te substancje chemiczne znajdują się w stanie ciągłej zmiany. Są tworzone i niszczone tysiące razy na sekundę, aby zawsze nadążać za stanem twojego umysłu, który również ciągle się zmienia”  – pisze w książce „Przyszłość Boga”. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wielką moc mają nasze myśli i emocje?

Wniosek: obserwacja – podstawowe narzędzie

Z książek i wykładów Chopry można dowiedzieć się o wielu czynnikach zapewniających zdrowie rozumiane jako dobrostan, bogactwo i szczęście: regularnym, wegetariańskim odżywianiu się, odpoczynku czy porzuceniu papierosów i alkoholu. Jednak jego głównym przesłaniem jest skupienie się na polu świadomości.

Jeśli niematerialna myśl będąca impulsem energetyczno-informacyjnym łączy się z umysłem, a ten wywiera wpływ na ciało, które porusza się w świecie, oddziałując z kolei na innych ludzi i naturę, należy uznać, że wszystko i wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Nie mistyczną, dostrzeganą przez oświeconych nicią. Ale jedną planetą, od której zależy nasze przetrwanie; wodą, którą pijemy; roślinami, dzięki którym mamy pożywienie, lekarstwa i odzież. Założenie, że człowiek odłączył się od całości, pozostaje niezależny w swoich wyborach, życiu i sposobie jego przeżywania, prowadzi do odrzucenia łączności z innymi i światem, a w konsekwencji do szeregu chorób, w tym coraz powszechniejszych, zwanych cywilizacyjnymi.

Najsilniejszym narzędziem umożliwiającym odrzucenie iluzji, przywiązania do ego, ale też niepokoju, stresu i innych chorobotwórczych postaw jest zdaniem Chopry obserwacja. By ją doskonalić, poleca korzystać z medytacji, która zmusza ciało do bezruchu i pozwala wyciszyć się umysłowi. Chodzi o dostrzeganie i czucie prostych spraw, takich jak jabłko, które za chwilę mamy ugryźć; kolor oczu człowieka, z którym rozmawiamy; zapach skóry ręki, którą podnosimy, by przewrócić stronę w gazecie.

Chociaż Chopra uchodzi za mistyka, który stoi w opozycji do odkryć współczesnej medycyny, powtarza on tylko to, co mistrzowie w każdym kręgu kulturowym – jesteśmy drobną cząstką świata, która śni sen o byciu Bogiem. I jak sam podkreśla:

„Cokolwiek umysł człowieka potrafi sobie wyobrazić, to umysł człowieka może osiągnąć”

  1. Zdrowie

Naturalne sposoby na zgagę

Zgaga to jeden z objawów nadkwaśności, która jest efektem nadmiaru soków trawiennych. Jeśli dostaną się one do przełyku, wywołują pieczenie. (Fot. iStock)
Zgaga to jeden z objawów nadkwaśności, która jest efektem nadmiaru soków trawiennych. Jeśli dostaną się one do przełyku, wywołują pieczenie. (Fot. iStock)
Pieczenie w przełyku to nie tylko przykra dolegliwość. Bywa zapowiedzią poważniejszych zdrowotnych kłopotów. Dlaczego nie warto ze zgagą żyć, tłumaczą specjaliści.

Pieczenie w przełyku to nie tylko przykra dolegliwość. Bywa zapowiedzią poważniejszych zdrowotnych kłopotów. Dlaczego nie warto ze zgagą żyć, tłumaczą specjaliści.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

W schorzeniach żołądka często mamy do czynienia z zaburzeniami wydzielania soków trawiennych. Jeśli jest ich nadmiar, pojawia się zgaga. Jeżeli mamy ich niedobór, tracimy apetyt, a po posiłku pojawiają się oznaki niestrawności: ucisk poniżej mostka i wzdęcia. Czasem po okresie zbyt słabego wydzielania soków trawiennych nagle pojawia się nadkwasota i zgaga. Zwykle tak się dzieje wskutek stresu, nieregularnego i pośpiesznego spożywania posiłków, stosowania pewnych leków oraz palenia tytoniu. Nierzadko też tego rodzaju zaburzenia są nie tylko jednym z objawów, ale i przyczyną rozwoju stanu zapalnego żołądka, jego owrzodzenia, a nawet nowotworu.

Środki homeopatyczne mogą skutecznie uregulować wydzielanie soków żołądkowych. Jeśli występuje zgaga, najpierw sięgnijmy po Natrium phosphoricum. Ogranicza aktywność żołądka, dlatego jest wykorzystywane m.in. w kuracjach odchudzających. Argentum nitricum zaś polecam przy skłonnościach do nawrotów zgagi (dłużej zażywany likwiduje także przewlekłe zapalenie śluzówki żołądka).

Traf w trawienie

  • Napar z: kwiatu rumianku, liścia babki lancetowatej, liścia melisy oraz siemienia lnianego (w proporcji 1:1), działa osłaniająco na błonę śluzową przewodu pokarmowego. Łyżkę mieszanki zalewamy szklanką wrzątku i parzymy 20 min. Pijemy po kilka łyków co 2−3 godz. między posiłkami i po nich.
  • Prażone siemię lniane łagodzi nadkwaśność i pomaga wytrwać do kolejnego posiłku. 5−6 razy dziennie powoli przeżuwamy 1/2 łyżeczki ostudzonych ziaren.
  • Owsianka ma wręcz dobroczynny wpływ na błonę śluzową. Jedzmy więc ją na śniadanie. W okresach zwiększonych dolegliwości gotujmy ją na wodzie, a potem dodawajmy trochę mleka. Gdy zaś poczujemy się lepiej − na samym mleku.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Na zgagę cierpią przede wszystkim osoby z przewagą w organizmie elementu shara − żółci. Charakterystyczne jest to, że łatwo wpadają w złość (ale szybko im ona przechodzi), poruszają się energicznie i zwinnie, a także częściej niż inni cierpią na schorzenia układów pokarmowego i hormonalnego. Lubią potrawy ciężko strawne, tłuste i pikantne, a także alkohol − czyli to, co najbardziej im szkodzi. Jeśli do tego często sięgają po produkty z białej mąki, przetworzony nabiał, żywność konserwowaną i słodycze, a zapominają o relaksie i ruchu, to wzmacniają shara. Podobnie działają pośpiech, stres, gonitwa myśli oraz negatywne emocje i uczucia. To wszystko sprzyja zaparciom, obniżeniu elementu wiatru w ustroju i zastojowi żółci, a odczyn tkanek staje się kwaśny (powinien być zasadowy).

W efekcie powstaje zgaga. Wbrew pozorom nie jest to dolegliwość błaha. Jeżeli utrzymuje się dłużej niż 7−21 dni, może dojść do powstania nieżytu przełyku czy żołądka (oraz jego owrzodzenia), a także chorób dwunastnicy. Aby pokonać zgagę, powinniśmy zwolnić tempo i koncentrować się na obecnej chwili. Musimy w ciągu dnia znaleźć czas na pomyślenie o sobie. Nauczmy się wzbudzać w sercu miłe, radosne uczucia. Jeśli chodzi o dietę, ograniczmy to, co nam szkodzi, i przerzućmy się na potrawy lekkostrawne, gotowane, łagodne w smaku i nietłuste. Jeżeli nie mamy czasu na ćwiczenia, spacer niech będzie obowiązkowy. Do tego polecam kilka sposobów regenerujących śluzówkę przewodu pokarmowego i równoważących element shara.

 
O kleiku i wodzie
  • Kleik z ryżu i zielonej soczewicy − po 3−4 łyżki ryżu i soczewicy gotujemy w takiej ilości wody, by po rozgotowaniu się składników pozostała mniej więcej szklanka płynu. Pijemy go na czczo i przed kolacją.
  • Woda imbirowa − do szklanki wrzącej wody dodajemy po szczypcie sody oczyszczonej i imbiru. Gdy płyn wystygnie, pijemy go, ale uwaga, w specjalny sposób. Siadamy po turecku w ciemnym pokoju, zamykamy oczy i miarowo oddychamy przez usta. Po każdych 4 min pijemy łyk wody.
  • Szklanka przegotowanej letniej wody − złagodzi refluks i zgagę, jeśli będziemy ją pić 10 min małymi łykami, mając zamknięte oczy.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

Zgaga to jeden z objawów nadkwaśności, która jest efektem nadmiaru soków trawiennych. Jeśli dostaną się one do przełyku, wywołują pieczenie. Nadkwaśność jest spowodowana nadmiarem doszy pitta. Pokarmy nie są całkowicie trawione i w organizmie wytwarza się substancja toksyczna ama, a ta − z racji swojej gorącej natury − zwiększa wydzielanie kwasów żołądkowych.

Energia pitta wzrasta m.in. z powodu niewłaściwych nawyków żywieniowych. Aby ją zrównoważyć, unikajmy potraw kwaśnych, pikantnych i ciężkostrawnych. Wprowadźmy do diety gotowane warzywa, ziarna zbóż, rośliny strączkowe, dojrzałe owoce. Lepiej unikajmy gorącego klimatu i opalania się. Postarajmy się przede wszystkim żyć spokojniej i nie pracować w nocy. Trzeba nauczyć się patrzeć na codzienność z dystansem, by zredukować napięcie, a jeśli już się ono pojawi, stosować techniki relaksacyjne i ćwiczenia jogi.

Ulga po wypiciu

Jeśli zgaga zaczyna dokuczać, warto wypić jedną z mikstur:

  • Aloesowa − 2 łyżeczki żelu z aloesu wymieszać ze szczyptą sody spożywczej (dodanie sody wywołuje dosyć gwałtowną reakcję; miksturę należy pić, gdy tylko „się uspokoi”).
  • Limetkowa − 10 kropli soku z limetki wymieszać z 1/2 łyżeczki nieprzetworzonego cukru i 1/4 łyżeczki sody spożywczej.
  • Papajowa − filiżankę soku z papai wymieszać z łyżeczką nieprzetworzonego cukru i 1/2 łyżeczki kardamonu (mikstura nie jest wskazana dla kobiet w ciąży, bo papaja zawiera naturalny estrogen).

  1. Styl Życia

Smog w Polsce – czym się trujemy i jakie są skutki?

W okresie zimowym warto zaopatrzyć się w pierwszej kolejności w maseczki antysmogowe. Podrażniona przez skażone powietrze śluzówka będzie nas słabiej chronić przed wirusami. (fot. iStock)
W okresie zimowym warto zaopatrzyć się w pierwszej kolejności w maseczki antysmogowe. Podrażniona przez skażone powietrze śluzówka będzie nas słabiej chronić przed wirusami. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jak podaje WWF Polska: w rankingu 50 najbardziej zanieczyszczonych miast europejskich, aż 36 to miasta polskie. W 72% z nich przekraczane są średnie roczne dopuszczalne normy zanieczyszczenia powietrza. Dodatkowo naukowcy potwierdzają związek smogu ze śmiertelnością Covid-19: wielu zgonów można by uniknąć, gdyby zarażeni nie mieszkali w miejscach, gdzie powietrze jest tak zanieczyszczone. W Polsce ta zwiększona śmiertelność to aż 28%!

O problemie smogu mówi się w Polsce od lat. Dlaczego w naszym kraju jest tak wysoki poziom zanieczyszczenia powietrza? Otóż głównym powodem jest ogrzewanie budynków paliwami stałymi w nieefektywnych (pozaklasowych) kotłach. Drugim powodem są spaliny samochodowe.

W Polsce za około 50% emisji pyłów zawieszonych odpowiadają gospodarstwa domowe poprzez tzw. niską emisję (czyli do 50 metrów wysokości): palenie w kominkach, w piecach „kopciuchach” - czyli piecach niespełniających norm, w których pali się węgiel złej jakości i nie tylko… Największym problemem są jednak nie tyle duże miasta, gdzie jest lepsza inwentaryzacja i piece są wymieniane, a większość budynków i tak podłączona jest pod elektrociepłownie, co mniejsze gminy wokół miast.

– To co mnie przeraża najbardziej w tym zjawisku zanieczyszczenia powietrza to, że jest ono tak bardzo powszechne. – podkreśla Oskar Kulik, specjalista do spraw polityki energetycznej WWF Polska. – Trudno jest uciec od tego smogu, nawet gdybyśmy wyjechali na „sielankową” wieś mazowiecką czy podlaską... Wystarczy kilkanaście domów, które zatrują całą okolicę.

Za pozostałe 50% smogu odpowiadają przemysł, energetyka i transport. Komunikacyjne zanieczyszczenie powietrza to problem globalny. W Polsce, niestety, trudny do rozwiązania, choćby ze względu na fakt, że 14 mln Polaków odciętych jest od transportu zbiorowego. Dla wielu osób nie posiadających środków na zakup nowego, lepszego auta nie ma tak naprawdę żadnej alternatywy. Muszą załatwić podstawowe potrzeby jak zrobienie zakupów, dojazd do pracy, czy odwiezienie dzieci do szkoły.

Z drugiej strony, mamy też słabe mechanizmy kontroli. Pojazdy, które poważnie zanieczyszczają powietrze rzadko są wyłapywane.

Rekordową liczbę kotłów wymieniono do tej pory w Krakowie: 4 188 (do likwidacji pozostałe prawie 19 tys.), Wrocław – 1 442 (pozostało prawie 20 tys.) Fot. iStock Rekordową liczbę kotłów wymieniono do tej pory w Krakowie: 4 188 (do likwidacji pozostałe prawie 19 tys.), Wrocław – 1 442 (pozostało prawie 20 tys.) Fot. iStock

Smog zabiera nam szansę na zdrowe życie

Smog to około 45 tys. przedwczesnych zgonów rocznie. Może przyczyniać się do zaostrzenia istniejących już chorób lub wywołać nowe.

Substancje występujące w smogu, po wielu latach ekspozycji, mogą doprowadzić do zniszczenia pęcherzyków płucnych.

Jak zaznacza dr n. med. Monika Czystowska, specjalistka chorób płuc, smog nie tylko przyczynia się do powstawania przewlekłej obturacyjnej choroby płuc (POChP), ale także do zachorowań na astmę (szczególnie u dzieci do 3 roku życia). W okresie grzewczym notuje się u pacjentów z astmą znaczne nasilenie choroby, większe niż podczas wiosennego czy letniego pylenia. Zdarza się, że zanieczyszczenia powodują tak duże nasilenie astmy, że konieczne jest zalecenie związane z przeprowadzką w inne, bardziej czyste miejsce.

Zanieczyszczenie powietrza nie tylko działa na układ oddechowy. Pośrednio nasila też rozwój miażdżycy (czyli choroby krążenia, w tym choroby serca). Smog szkodliwy jest ponadto w trakcie ciąży przyczyniając się do zmniejszenia masy urodzeniowej dziecka.

W Pszczynie w 2019 r. dobowy poziom pyłu zawieszonego PM10 był przekraczany 106 razy. Białe mobilne „płuca” ustawione w mieście, w ramach akcji Pszczyńskiego Alarmu Smogowego Nie Dokarmiaj Smoga, po kilkunastu dniach stały się czarne. (Fot. profil akcji FB) W Pszczynie w 2019 r. dobowy poziom pyłu zawieszonego PM10 był przekraczany 106 razy. Białe mobilne „płuca” ustawione w mieście, w ramach akcji Pszczyńskiego Alarmu Smogowego Nie Dokarmiaj Smoga, po kilkunastu dniach stały się czarne. (Fot. profil akcji FB)

Jak ma się smog do Covid-19? 

Według naukowców zanieczyszczenie powietrza znacznie przyczynia się do zwiększonej śmiertelności na Covid-19. W Niemczech ta zwiększona śmiertelność wynosi 15%, w Czechach - 29%, w Chinach - 37%, a w Polsce – 28%.

Zanieczyszczenia powietrza dają zwiększone ryzyko ciężkiego przebiegu tej choroby. – tłumaczy dr. Czystowska – Jeżeli już zachorujemy na Covid-19 to z racji tego, że żyjemy w takim zanieczyszczonym środowisku i wdychamy „brudne” powietrze - przebieg zakażenia może być cięższy z powodu np. uszkodzenia śródbłonka dróg oddechowych (jest ono powodowane przez gazy, przez pyły, przez benzopiren, dwutlenek siarki i tlenki azotu będące w tym powietrzu). Powoduje to, że jest łatwiejsza droga penetracji wirusa do dróg oddechowych i szybsza replikacja.

Walka ze smogiem a zmiany klimatu

Wielu Polaków uważa, że walka ze smogiem to walka ze zmianami klimatu. I chociaż te rozwiązania, które pomagają walczyć ze smogiem (jak wymiana źródeł ogrzewania, czy samochodu), pomagają też walczyć ze zmianą klimatu - to nie są one aż tak bardzo powiązane. Gazy cieplarniane, które wpływają na ocieplanie klimatu, są efektem używania paliw kopalnych. Jeśli więc wymienimy piec opalany węglem na gazowy (zamiast np. na pompę ciepła, którą zasila się czystą energią) – to i tak przyczyniamy się do emisji gazów cieplarnianych.

- Poprawimy jakość powietrza, ale problem emisji gazów cieplarnianych wciąż nam pozostaje – podkreśla Oskar Kulik. – Najpóźniej do połowy wieku powinniśmy dojść do neutralności klimatycznej, czyli zbilansowania emisji gazów cieplarnianych z pochłanianiem tych gazów. Bez radykalnych działań, w obszarze budynków czy transportu, nie osiągniemy tej neutralności klimatycznej.

Modernizujemy budynki do standardów, które za chwilę będą niewystarczające, a wydaje się na to ogromne pieniądze. Dlatego nowe budynki, które stawiamy, powinny być tak naprawdę zeroemisyjne, jeśli zależy nam na uniknięciu ekologicznej katastrofy.

Źródło: WWF Polska; 13. odcinek podcastu Naturalnie z WWF z udziałem ekspertów (dr n. med. Monika Czystowska, specjalistka chorób płuc oraz Oskar Kulik, specjalista do spraw polityki energetycznej WWF Polska).

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen - dieta i metoda

Dieta Hildegardy z Binden nazywana jest dietą orkiszową, bo Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który ma mnóstwo pełnowartościowego białka. (Fot. iStock)
Dieta Hildegardy z Binden nazywana jest dietą orkiszową, bo Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który ma mnóstwo pełnowartościowego białka. (Fot. iStock)
Odpowiedni pokarm, równowaga między pracą i odpoczynkiem, codzienny rachunek sumienia – oto metoda „dziewicy słynącej ze swego szlachetnego urodzenia i świętości”. Hildegarda żyła wprawdzie w średniowieczu, ale jej prawdy wciąż nie tracą na aktualności. 

Założenie Hildegardy

Człowiek – swoją postawą jest wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje, to: najbliższe otoczenie, natura, wszechświat i Bóg. Gdyby żył w zgodzie z każdym z nich, byłby zdrowy i szczęśliwy. Niestety – przez grzechy szybko traci harmonię i doprowadza do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych (krew, śluz, żółć i czarna żółć). I organizm choruje. A zatem...

Dieta Hildegardy

zdrow (uwaga: nieskrzyżowany z pszenicą). Jej dieta nie wyklucza żadnej grupy pokarmów. Jemy wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z zastrzeżeniami (tylko sezonowe warzywa, mięso dla kobiet delikatniejsze – np. ptactwo, dla mężczyzn zaś cięższe).

Na przykład: na wzmocnienie systemu nerwowego – gaszone wino i ciasteczka (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki). Na kłopoty z krążeniem – napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód), a na chorą wątrobę – kasztany z miodem w dużych ilościach.

Program duchowy Hildegardy

Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem. Wielkie spustoszenie czynią grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, więc jako antidotum konieczna jest odwaga. Rozpasanie domaga się dyscypliny i porządku. Pycha– pokory. Zgorzkniałość, zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

Ciało w ruchu

Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. Hildegarda poleca też taniec i odpowiednią dawkę snu. Gdy do powyższych programów dołączymy wybraną aktywność fizyczną, powoli obszar cielesny i duchowy zaczną się równoważyć. Wrócimy do harmonii z naturą, będzie się dobrze działo w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.