1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Z trenerami wśród gwiazd

Z trenerami wśród gwiazd

123rf.com
123rf.com
Są na tyle potężni, że największe gwiazdy show-biznesu słuchają ich bezkrytycznie, a niektórzy aktorzy po wielotygodniowym planie zdjęciowym często zamiast do stęsknionej rodziny wracają od razu w ich umięśnione ramiona. Jedni rozkręcają swoje interesy, inni są wierni kilku klientom, którzy zapewniają im wystarczająco dostatnie życie. O jeszcze innych prasa pisze tak samo często jak o celebrytach, którymi się zajmują. Ta tajna sekta sterująca gwiazdami żądnymi poprawy kondycji to ich osobiści trenerzy.

Kto poświęci ci kilka godzin swojego dnia, zamknie dla ciebie całą siłownię? Przez całe spotkanie będzie skupiony tylko i wyłącznie na tobie, gdy pot będzie spływał ci strużkami, a z gardła będą wyrywały się tylko jęki bólu i zmęczenia? Kto zarobi na twoim wysiłku sumy, które zapewnią mu złotą emeryturę?

Prywatni trenerzy, bo o nich mowa, to towar ekskluzywny i, jak wszystkie dobra luksusowe, wysoce pożądany. Moda na osobistego sadystę rozprzestrzeniła się bardzo szybko. Po aktorach przyszedł czas na muzyków, polityków i różne osoby publiczne. A w końcu także i na zwykłych śmiertelników, przynajmniej tych z wystarczającą sumą pieniędzy na koncie

Szarlatan fitnessu

Najbardziej znana i jednocześnie najbardziej kontrowersyjna jest Tracy Anderson – drobna blondynka, która jest święcie przekonana, że każdy może mieć ciało malutkiej tancereczki. To ona jest odpowiedzialna za świetną formę Gwyneth Paltrow i wygląd młodego terminatora u 50-letniej Madonny. Anderson – tancerka, która nigdy nie spełniła marzeń o karierze baletnicy – po ciąży stwierdziła, że czas coś zrobić z nadwagą i miłością do wysiłku fizycznego, którą pielęgnowała całe życie. Założyła centrum fitness. Pomogła wielu kobietom – jej klientki w ciągu pół roku zrzucały nawet kilkadziesiąt kilogramów. O Tracy zrobiło się głośno, w 2004 r. zaczęto ją zapraszać do Hollywood, a w 2006 r. sama Paltrow zaproponowała jej posadę osobistej trenerki (planowane zdjęcia do pierwszej odsłony „Iron Mana” były dobrym pretekstem). Po pewnym czasie Paltrow podzieliła się Anderson ze swoją przyjaciółką – Madonną. Tak Tracy stała się najgorętszym nazwiskiem w branży. Po trzech latach intensywnego związku z piosenkarką (Anderson i Madonna ćwiczyły codziennie dwie godziny, sześć razy w tygodniu) panie nagle się rozstały. Madonnie z tej relacji pozostały budzące postrach bicepsy, które wielu znanych osobistych trenerów krytykuje. Złą opinię o Anderson uzupełniają plotki o jej rzekomych przekrętach finansowych i reportaż brytyjskiej dziennikarki, która sprawdziła diety i ćwiczenia na samej sobie i doprowadziła się niemal do ruiny zdrowotnej. To zamieszanie nie przeszkadza Tracy mieć pod opieką najważniejszych nazwisk (to m.in. ona ostatnio pomogła wrócić Jennifer Lopez do imponującej formy), wydawać poczytnych książek (ze wstępem napisanym przez samą Paltrow) czy otwierać kolejnych centrów fitness (m.in. w snobistycznym Hamptons, urlopowej bazie wielu nowojorczyków).

Guru Gunnar

Gunnar Peterson to solidna firma, ba, najlepsza, jaką można znaleźć. To człowiek, do którego dzwonią wszystkie gwiazdy, a potem rozpływają się w zachwytach nad amerykańskim trenerem o szwedzkich korzeniach. „Vogue” nazywa go jedynym w swoim rodzaju, a lista klientów zawiera nie tylko topowe nazwiska Hollywood (Angelina Jolie, Matthew McConaughey, Sylvester Stallone, Bruce Willis, Halle Berry), ale także wielkie postacie ze świata sportu. To on pomaga w treningach Lakersom, to jemu Pete Sampras po ostatnim meczu podarował rakietę z dedykacją: „Dzięki za przedłużenie mojej kariery”. Co nie mniej ważne, to także jemu swoje słynne pupy zawdzięczają Jennifer Lopez i Kim Kardashian. Jego zasługą jest imponujący sześciopak Hugh Jackmana w „X-Menach”, sprawność fizyczna i piękny wygląd Angeliny Jolie w „TombRaiderze”. Obecny niedawno w Polsce Joe Manganiello, gwiazdor przebojowego serialu HBO „Czysta krew”, opowiedział dziennikarzom, że pierwsze, co zrobił, kiedy dowiedział się, że wcieli się w postać, która ma być uosobieniem sprawności fizycznej, to zadzwonił do Gunnara Petersona.

Trener najlepszym przyjacielem gwiazdy

Ale Peterson i Anderson to tylko dwa przykłady. Lista wpływowych trenerów, którzy wywrócili życie największych gwiazd do góry nogami (najczęściej zmieniając je w mniej lub bardziej intensywny obóz sportowy), jest długa. Te najsławniejsze to: Sebastien Lagree, Brad Bose, Valerie Waters, Harley Pasternak, Michael George. Wśród oddających im swoje tygodniowe grafiki i ciała we władanie są m.in.: Jessica Simpson, Ben Stiller, Miley Cirus, Dido, Kanye West, Alicia Keys, Halle Berry, Bono, Megan Fox, Katy Perry, Cindy Crawford. Do Hollywood możemy dodać też Londyn i tamtejszego równie rozchwytywanego trenera, Matta Robertsa, który układa ćwiczenia m.in. dla Naomi Campbell, projektanta Toma Forda i premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona.

Związki trenerów z gwiazdami bywają tak intensywne, że spędzają z nimi więcej czasu niż z rodzinami. Teraz, kiedy pozycja i sława bogów fitness jest tak silna, wielu trenerów postanawia jednak oddzielić pracę od życia osobistego. Sebastien Lagree w jednym z wywiadów stwierdził, że zabronił swoim klientom budzić go telefonami w środku nocy (co było dotychczas częstą praktyką np. Nicole Kidman). Jego kolega po fachu, Harley Pasternak, ma tak zapełniony grafik, że kiedy John Mayer po ćwiczeniach chciał wyciągnąć go na obiad, jedyne, co mógł odpowiedzieć to: „Bardzo chętnie, ale właśnie lecę spotkać się z Bono”. Oprócz zadawania bólu najsłynniejszym osobom świata trenerzy wiodą komfortowe życie. To, ile zarabiają, jest tajemnicą. Kilka lat temu plotka głosiła, że średnia stawka wynosi 500 dolarów za godzinę. Od tego czasu jednak na pewno wiele się zmieniło.

Polacy nie gęsi

Moda na osobistych trenerów dotarła także do Polski. Boom zaczął się, kiedy w telewizji gwiazdy zaczęły tańczyć, jeździć na łyżwach i ogólnie popisywać się sprawnością fizyczną i pięknym ciałem. Zaskakujące metamorfozy kolejnych gwiazdek dzięki ich osobistym trenerom – tancerzom, łyżwiarzom – mogliśmy oglądać na małym ekranie przez ostatnich kilka lat. Na tym jednak rodzimi celebryci nie poprzestali. Intensywne i zaplanowane diety, ćwiczenia z własnym trenerem – do takiego grafiku każdego dnia przyznają się polskie gwiazdy w najlepszej formie – Małgorzata Socha, Katarzyna Glinka, Anna Mucha. Za codzienne restrykcyjne treningi odpowiadają m.in. Piotr Łukasik (trenuje wspomniane już Sochę i Muchę, Piotra Rubika, pomógł wrócić do formy Kasi Cichopek) i Tomasz Brzózka (Sonia Bohosiewicz).

Amerykańscy i polscy trenerzy gwiazd deklarują to samo – starają się promować zdrowy styl życia, powołując się na starą maksymę: sport to zdrowie. Ćwiczenia poprawiają samopoczucie, oczyszczają organizm z toksyn, zdrowy i regularny wysiłek procentuje na całe życie. Zwykłych śmiertelników podnoszą na duchu, zapewniając, że największe gwiazdy ekranu i estrady muszą harować tak samo ciężko jak każdy, żeby mieć idealną figurę. Oprócz Tracy Anderson (która z całej światowej populacji zrobiłaby malutkich tancerzy w rozmiarze zero) wszyscy chórem podkreślają, że każdy wygląda inaczej, w związku z czym nie powinien istnieć jeden ideał piękna. Wystarczy ćwiczyć, znaleźć metodę odpowiednią dla siebie i zdrowy dystans do współczesnej obsesji rozmiaru i piękna. No i może mieć jeszcze choćby małą fortunę, żeby opłacić osobistego trenera.

 

Tekst ukazał się w Magazynie C&C, 3(8)/2011.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe?

Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. (Fot. iStock)
Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej ARLETTA WALCZEWSKI.

Ich objawy są tak różnorodne, że łatwo pomylić je z innymi dolegliwościami. Jak rozpoznać nietolerancje pokarmowe i jak z nimi walczyć, mówi lekarz medycyny naturalnej Arletta Walczewski.

Syn mojej koleżanki ostatnio bez przerwy choruje. Ma objawy grypy, czasem problemy z oddychaniem, przez chwilę podejrzewano u niego nawet astmę. Badania nic nie wykazują, antybiotyki nie działają. Co to może być?
Trzeba wykluczyć wszystkie te przyczyny, których dotąd nie brano pod uwagę. Na przykład nietolerancje pokarmowe.

Chłopiec wszystkie testy alergologiczne ma za sobą.
Właśnie – alergię pokarmową często myli się z nietolerancją. A to dwa zupełnie różne zagadnienia, choć objawy tu i tu bywają podobne. W dodatku niektóre pokarmy mogą wywoływać i nietolerancję, i alergię. Na przykład krowie mleko. Są osoby z alergią na krowie białko (np. na kazeinę) i są takie, które nie powinny pić mleka ze względu na nietolerancję laktozy.

W czym tkwi różnica?
Alergia to bunt organizmu, jego reakcja na obce białka [tradycyjna, dziś już tylko historyczna nazwa alergii to „skaza białkowa” – przyp. red.]. Natomiast przy nietolerancji chodzi o enzymy trawienne. Organizm ma ich za mało, żeby poradzić sobie ze strawieniem określonego pokarmu, który zalega w przewodzie pokarmowym, wywołując różne dolegliwości. Na przykład jeśli brakuje ci enzymu laktazy, nie strawisz obecnej w mleku laktozy. Na podobnej zasadzie możesz reagować na gluten, fruktozę, histaminę.

O nietolerancji glutenu i laktozy, oczywiście, słyszałam. Ale histaminy? Znam tylko leki antyhistaminowe.
I tu znowu trzeba rozdzielić alergie i nietolerancje. Nasz organizm produkuje naturalną histaminę, żeby chronić nas przed wieloma szkodliwymi czynnikami. Przy ostrych reakcjach alergicznych produkcja histaminy wzrasta jednak tak gwałtownie, że organizm nie jest w stanie sobie z tym poradzić i wydalić nadwyżki. Histamina odkłada się wtedy w tkankach i powoduje ich obrzęk. Może się to skończyć atakiem astmy. Wtedy właśnie musimy wziąć leki antyhistaminowe. Natomiast jeśli pacjent cierpi z powodu nietolerancji, to nie trawi histaminy zawartej w jedzeniu i piciu. W czerwonym winie, piwie, serach, kefirach, kiszonej kapuście, pomidorach, czekoladzie, kiwi, chili, truskawkach, cytrusach.

A fruktoza? Mówi się przecież, że to zdrowsza alternatywa dla cukru. Że powinniśmy jeść jak najwięcej owoców, pić świeże soki, słodzić miodem.
Fruktoza była niegdyś odkryciem, uważano, że sprawdza się jako zamiennik w przypadku diabetyków, ponieważ nie podnosi poziomu cukru we krwi [podnosi, ale w minimalnym stopniu – przyp. red.]. Nie wolno jednak zapominać, że fruktoza jest węglowodanem i przy jej trawieniu powstają intensywne procesy fermentacyjne, w wyniku których wytwarza się alkohol. U osób wrażliwych dochodzi do zatrucia podobnego do kaca, szczególnie kiedy jedzą surowe owoce, surówki czy sałatki na noc, przed snem. Jeśli cierpisz na nietolerancję fruktozy, możesz mieć też takie objawy, jak: biegunka, wzdęcia, zmiany skórne, obniżenie nastroju. Albo właśnie katar, kaszel, nieżyty gardła i ucha, chrypę, bóle głowy, problemy ze strunami głosowymi.

Jakim cudem to, co jem, ma związek z tym, że cieknie mi z nosa? Jak to możliwe, że przyczyną podobnych objawów może być niewłaściwa dieta?
Odpowiedź jest bardzo prosta: gardło i przełyk to jednocześnie przewód pokarmowy i oddechowy. Jeden wspólny odcinek, dwie różne funkcje. Natura bardzo sprytnie to rozwiązała, u wejścia do żołądka mamy naturalną tamę, zwieracz. Gorzej jeśli pojawiają się przewlekłe problemy z trawieniem i ta naturalna tama staje się nieszczelna.

W latach 70. XX wieku prowadzono badania nad dziwnymi przypadkami. Śpiewacy operowi tracili głos, a po jakimś czasie go odzyskiwali. Po kolei wykluczano różne teorie, dlaczego tak się dzieje, aż odkryto związek z dietą badanych. Pacjentów skutecznie leczono m.in. środkami neutralizującymi kwasy żołądkowe. To ważne odkrycie w dziedzinie otolaryngologii pociągnęło za sobą dalsze, bardziej zaawansowane badania udowadniające, że gastryczne dolegliwości mogą mieć wpływ na nasz głos.

Mówisz o odzyskiwaniu głosu, a co z objawami kojarzącymi się bardziej z przeziębieniem czy grypą?
Gardło połączone jest przecież z nosem, uszami. Załóżmy, że twojemu organizmowi brakuje odpowiedniego enzymu i nie toleruje fruktozy. Ty o tym nie wiesz, a przecież pilnujesz tzw. zbilansowanej diety, więc codziennie pijesz soki, jesz świeże owoce. Nic z tych rzeczy się w twoim przewodzie pokarmowym nie rozkłada, a więc zalega, następują procesy gnilne, a niestrawione resztki na różne sposoby cię trują. Zwieracz, czyli ta naturalna tama, o której mówiłyśmy, przestaje prawidłowo funkcjonować, a zawarty w sokach żołądkowych kwas solny podrażnia struny głosowe, błonę śluzową gardła, nosa. Błona śluzowa puchnie, masz katar, kaszel, chrypę.

W problemach z metabolizmem najbardziej zdradliwe jest właśnie to, że ich objawy niekoniecznie muszą być klasyczne: palenie w przełyku, wzdęcia, bóle brzucha, biegunki albo zaparcia. Pamiętam pacjentkę, atrakcyjną kobietę po pięćdziesiątce. Była pewna, że ma kłopoty z sercem, wciąż czuła ucisk na wysokości mostka. Badania nic nie wykazały. Niby była zdrowa, ale czuła się coraz gorzej. Zapytałam, co je. Tylko ciemne pieczywo, sałatki, owoce, żadnego alkoholu, zamiast słodyczy – jogurty z owocami (dla osób nadwrażliwych najgorsze z możliwych połączeń, fruktoza plus laktoza to niezwykle intensywne procesy fermentacyjne). Miała problem z utrzymaniem właściwej wagi. Jak to możliwe, skoro jadła tak „zdrowo”? Okazało się, że ma trudności ze strawieniem niemal wszystkiego. Pacjentka doszła do siebie, jedząc białe pszenne bułki i gotowane posiłki. Skąd wzięły się jej objawy? Odruchowo myślimy, że jelita to tylko dolna część brzucha. A to nieprawda – jeden z odcinków jelita leży dokładnie pod sercem. Nagromadzone w jelitach gazy mogą uciskać narządy, nerwy kręgosłupa. Taki ucisk może też promieniować na inne części ciała. Miałam już pacjentów skarżących się na bóle pod łopatką, na zesztywniałe ramię, promieniujące drętwienie aż do ucha, dolegliwości mylone z migreną, duszności, płytki oddech, obniżone lub podwyższone ciśnienie, kołatanie serca. Robili EKG, prześwietlali kości, chodzili na USG i nic.

Dobrym przykładem jest też refluks, czyli cofanie się treści żołądka do przełyku, który wcale nie musi się objawiać zgagą. Równie dobrze może skutkować objawami podobnymi do ataku astmy. Zresztą naukowcy do tej pory próbują rozwikłać zagadkę związku między tymi dwoma dolegliwościami.

Jeżeli traktujesz organizm i zachodzące w nim procesy jako całość, znacznie łatwiej znaleźć źródło cierpienia.

Jak sprawdzić, czy rzeczywiście mam nietolerancję pokarmową?
Wodorowy test oddechowy (WTO) pozwala wykluczyć lub potwierdzić nietolerancję na laktozę i fruktozę. Dostajemy do wypicia specjalny roztwór i dmuchamy w urządzenie podobne do alkomatu. Trwa to nawet ponad dwie godziny, ale wyniki są znane od razu po zakończeniu badania. Nietolerancję histaminy wykrywa się zwykle, określając poziom diaminooksydazy (DAO) we krwi. Badania w kierunku nietolerancji glutenu zleci specjalista gastroenterolog.

Załóżmy, że zdiagnozowano u mnie nietolerancję. Co teraz?
Trzeba wprowadzić odpowiednią dietę, dzięki której wreszcie poczujesz się dobrze. Chodzi też o to, żeby uspokoić organizm, pozwolić mu dojść do równowagi. A do tego potrzebna jest nie tylko dieta eliminacyjna, ale też bardzo delikatna, lekkostrawna. Całkowite wyeliminowanie glutenu, histaminy, fruktozy czy laktozy uważam za mit. Można je za to ograniczyć do minimum, to bardziej realny plan. Tym bardziej że niektóre zamienniki, na przykład wiele produktów bezglutenowych, to czysta chemia. Poza tym doradzałabym, żeby uzupełniać dietę witaminami i probiotykami (pod kontrolą lekarza) oraz regularnie stosować naturalne środki na trawienie. Te same, z których korzystały już nasze mamy i babcie. Tu także dobrze się konsultować, bo preparaty ziołowe mają przeciwwskazania. Trudniej jest, kiedy u pacjenta występuje kilka nietolerancji naraz. Nie może jeść na przykład glutenu, pieczywo żytnie czy pszenne mógłby zastąpić pieczywem z mąki gryczanej, tylko że w gryce jest mnóstwo histaminy, której on też musi unikać.

Brzmi jak wyrok. Nie chciałabym się znaleźć na miejscu tego pacjenta.
No to teraz dobra wiadomość. Organizm jest wspaniałomyślny, potrafi się zregenerować. Nietolerancja to jego wołanie o pomoc: „Hej, hej, traktowałaś mnie źle, zobacz, do jakiego stanu mnie doprowadziłaś!”. Pamiętajmy, że nie ma uniwersalnej diety dla wszystkich. Coś, co świetnie odżywia zdrowego 20-latka, może osobę po pięćdziesiątce, która ma już spowolniony metabolizm, doprowadzić do poważnego kryzysu. Z mojej praktyki wynika, że – wbrew pozorom – najłatwiejszymi pacjentami są w przypadku nietolerancji dzieci, bo to u nich objawy znikają najszybciej. Pamiętam chłopca faszerowanego przez rodziców jogurcikami, serkami i koktajlami zwiększającymi ponoć odporność. Był spuchnięty, ociężały i coraz grubszy, chociaż uprawiał kilka razy w tygodniu sport. Oczywiście, nie trawił laktozy. Wrócił do formy już po sześciu tygodniach. Matki się boją, że dziecko nie będzie mogło jeść tego samego, co koledzy, że będzie się czuło nieakceptowane, a potem okazuje się, że ta specjalna dieta to jest szpan, coś, czego inne dzieciaki im zazdroszczą. Oczywiście, nie mówię o nietolerancjach wrodzonych, które objawiają się już u noworodków lub bardzo małych dzieci i o których nie można zapominać do końca życia, bo każde zaniedbanie może doprowadzić do przewlekłych chorób autoimmunologicznych. Ale większość przypadków, z którymi miałam do czynienia w swojej praktyce, to były krótkotrwałe kryzysy. Kiedy ciało się oczyszcza, znowu staje się ufne, przestaje się bronić. Objawy mijają, polepsza się cera, poprawia nastrój, lepiej śpimy. Możemy poczuć się tak, jakbyśmy właśnie wyszli z depresji. Urozmaicajmy wtedy naszą dietę ostrożnie, powolutku, cegiełka po cegiełce.

Kiedy wiadomo, że znowu możemy wszystko jeść?
Nawet jeśli możemy, to czy musimy, ryzykując powtórkę z rozrywki? Nowe nawyki żywieniowe wchodzą w krew i stają się sposobem na życie. Swoim pacjentom, nieważne z czym do mnie przychodzą, powtarzam: „Spróbujcie jeść skromnie jak chłopi w XIX wieku”. To trochę żart, ale dużo w nim prawdy. Dzisiaj wybór jest tak duży, że tracimy zdrowy rozsądek. Jemy za dużo, mieszamy wszystko ze wszystkim, przesalamy, przesładzamy, dodajemy za dużo przypraw. Do tego dochodzą wypełniacze, konserwanty. To nie przypadek, że mamy dosłownie epidemię alergii, nietolerancji i różnych innych kłopotów z przemianą materii. A przecież my naprawdę jesteśmy tym, co jemy.

Arletta Walczewski dyplomowany lekarz medycyny naturalnej (heilpraktiker). Na co dzień pracuje w Naturheilzentrum Sandmann [Centrum Medycyny Naturalnej Sandmann] w Düsseldorfie.

  1. Zdrowie

Rak prostaty - najczęstsze zagrożenie nowotworowe wśród mężczyzn

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. (Fot. iStock)
W krajach rozwiniętych rak prostaty przewodzi w niechlubnym rankingu zagrożeń nowotworowych wśród mężczyzn. Dobra informacja jest taka, że prawidłowo zdiagnozowany ma bardzo wysoką wyleczalność. O nowoczesne metody leczenia pytamy urologa dr Pawła Salwę. 

Dzięki rozwojowi nauk medycznych wszyscy żyjemy dłużej. To jednak stawia przed medycyną kolejne wyzwania, ponieważ pojawia się więcej przypadków chorób związanych ze starszym wiekiem. Wiek wskazywany jest jako jeden z czynników ryzyka m.in. raka prostaty. Dopiero od niedawna głośno o nim mówimy, a jak się okazuje, to bardzo powszechna choroba.

W krajach zachodnich rak prostaty jest rzeczywiście najczęściej diagnozowanym u mężczyzn nowotworem. W Polsce sytuacja wygląda jeszcze inaczej – w diagnozowaniu zajmuje on drugie miejsce, przoduje rak płuc. To może wynikać z tego, że Polacy mniej się badają, co zmienia statystyki, ale niekoniecznie oznacza, że zachorowań jest rzeczywiście mniej niż na Zachodzie.

Rak prostaty to bardzo niejednolita choroba, bo choć wszystkie postacie są złośliwe, to na bardzo różnym poziomie. Pojawiają się więc opinie, że z tą chorobą można żyć. I rzeczywiście dla mocno starszego pacjenta, który skarży się na wiele innych poważnych problemów zdrowotnych, niewielki rak prostaty może mieć mniejsze znaczenie. Ale zupełnie w innej sytuacji jest na przykład sześćdziesięcioletni mężczyzna, przed którym jeszcze wiele lat życia. Ważne jest więc, żeby wykryć raka na etapie, gdy możemy go skutecznie leczyć, i to w najmniej inwazyjny sposób, a dziś mamy metody, które gwarantują zachowanie dobrej jakości życia na długo po leczeniu. Jeżeli chodzi o czynniki ryzyka wystąpienia raka prostaty to naukowo udowodnione są dwa: wiek oraz występowanie tej choroby w rodzinie.

Dlaczego ryzyko zachorowania wzrasta z wiekiem?
Ciężko na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wystąpienie choroby wiąże się z funkcjonowaniem gruczołów płciowych, które są stworzone do współdziałania przy reprodukcji. Kiedy okres reprodukcyjny się kończy, załóżmy około 40. roku życia, to te narządy nie są używane w pełni zgodnie ze swoim przeznaczeniem. W efekcie może dojść do zmian nowotworowych, ale jako lekarze nie jesteśmy w stanie wskazać konkretnej przyczyny zachorowania. Oczywiście do tego prowadzą pewne mutacje genetyczne, ale nie wiemy, dlaczego w pewnym wieku do nich dochodzi. Pojawia się wiele hipotez, na przykład ta związana z liczbą wytrysków (bo z wiekiem mężczyzna ma mniej wytrysków) i wydzieliną, która zalega w narządzie, co ma wywoływać nieprawidłowy profil substancji chemicznych. Ale to bardzo skomplikowane zagadnienia, jeszcze niesprawdzone naukowo... Wiemy tylko, że z wiekiem ryzyko rośnie i nie mamy metod skutecznej profilaktyki.

Jako drugi czynnik ryzyka zachorowania na raka prostaty wskazał pan przyczyny genetyczne. Czy możemy powiedzieć, na ile zwiększa on ryzyko zachorowania?
Choroba w rodzinie kilkakrotnie zwiększa ryzyko zachorowania u męskiego potomka. Współczynnik zmienia się w zależności od stopnia pokrewieństwa, ale ryzyko jest znaczne. Choroba może też pojawić się wcześniej. Sam mam pacjentów poniżej 40. roku życia. Przypadki zachorowań w młodym wieku są zresztą bardziej agresywne.

W ostatnich latach bardzo rozwinęły się badania genetyczne. Można dzięki takim badaniom wykryć skłonność do zachorowania na raka prostaty?
Faktycznie, te badania idą do przodu. To może być przydatna wiedza, ale trzeba być ostrożnym w interpretacji, ponieważ za zachorowanie nie odpowiada jeden gen – jak BRCA 1 i 2 w przypadku raka jajnika czy raka piersi, który notabene również podwyższa ryzyko zachorowania na raka prostaty – lecz pewien zespół genów. A z mojego doświadczenia wynika, że pacjenci, którzy dowiadują się o podobnych predyspozycjach, żyją od tego momentu z pewnego rodzaju piętnem. Skutki psychologiczne takiej wiedzy są dość ciężkie. Osobiście uważam, że ważne jest to, co dzieje się tu i teraz.

Skoro mówimy o psychologii, to na ile pańskim zdaniem diagnoza raka prostaty wpływa na psychikę mężczyzn?
Na pewno zależy to od typu człowieka, ale sądzę, że generalnie dotyka ich dużo mocniej niż inne choroby, i to bardziej niż chcieliby się przyznawać, bo to choroba w obszarze narządów płciowych, co dodaje jej w opinii publicznej element tabu. Jako lekarze pracujemy nad zmianą tego odbioru, bo bardzo przeszkadza w leczeniu. Mężczyźni wstydzą się mówić o raku prostaty, a dodatkowo wizja powikłań funkcjonalnych, czyli nietrzymania moczu i braku erekcji, wywołuje dużą presję i lęk u pacjentów. Ten lęk jest uzasadniony o tyle, że starsze metody leczenia, takie jak operacja otwarta czy laparoskopowa, rzeczywiście często prowadziły do takich zaburzeń. A one bardzo dotykają mężczyzn – i fizycznie, i psychicznie.

Jacy mężczyźni zgłaszają się do pana po diagnozę?
Najczęściej ci, którzy dowiedzieli się o raku prostaty od innych mężczyzn z podobnym problemem i leczyli się u mnie lub u innych kolegów. Oni są już odpowiednio uświadomieni i działają trochę jak ambasadorowie. Zawsze proszę pacjentów, żeby zachęcali do badań kolegów. Niech to nie będzie temat tabu ani wstydliwy. Dziś mamy już możliwość dobrej diagnostyki, świat nie kończy się na badaniu PSA ani badaniu palcem. Metodą, która nam najbardziej pomaga, jest rezonans magnetyczny prostaty. To pozwala lepiej wykryć nowotwór, a potem lepiej go zoperować.

Na czym polega profilaktyka?
Nie ma udowodnionych metod skutecznej profilaktyki raka prostaty. Na pewno na zdrowie, a więc i na mniejszą zachorowalność na tę chorobę, dobrze wpływa zdrowy styl życia, czyli choćby odżywianie i ruch, ale nie da się jeszcze tego skwantyfikować i w sposób odpowiedzialny stwierdzić, jakie konkretnie działanie i w ilu procentach zmniejsza ryzyko zachorowania.

Dużą popularnością cieszą się pewne szwedzkie badania, z których wynika, że pięć wytrysków tygodniowo zmniejsza ryzyko zachorowania o 20 proc. Pięć wytrysków w prawdziwym życiu to więcej niż średnia, a jeszcze każdy tydzień z gorszym wynikiem załamuje statystykę, a z drugiej strony – redukcja o 20 proc. nadal oznacza wysokie ryzyko.

Znalazłam informacje w „The Journal of Epidemiology” z 2001 roku o badaniach przeprowadzonych w Waszyngtonie na grupie mężczyzn ze zdiagnozowanym nowotworem prostaty w wieku od 40 do 64 lat, których pytano o liczbę dotychczasowych partnerek seksualnych. Ci, którzy deklarowali współżycie z ponad 30 partnerkami, mieli bardziej agresywną formę raka.
Badania epidemiologiczne są bardzo trudne do interpretacji. W przytoczonym przypadku można by doszukiwać się przyczyny zachorowania w zakażeniu wirusowym, bo choć przy prostacie nie udowodniono dotychczas istnienia takiego czynnika, to jest on wyobrażalny, a przy takiej liczbie partnerek ryzyko jest wyższe... Jeszcze inny trop – skoro pacjenci mieli wiele partnerek, to mieli duży popęd, czyli wysoki testosteron, a o raku prostaty mówimy, że karmi się testosteronem... Być może określone zachowanie przyczynia się do wystąpienia choroby, ale związek przyczynowo-skutkowy nie został udowodniony, więc traktowałbym taką wiedzę w kategoriach ciekawostki, zwłaszcza że przy dzisiejszym rozwoju nauk medycznych 2001 rok to zamierzchła przeszłość. Najważniejsze jest wczesne wykrycie, bo to pozwala na skuteczne leczenie, gwarantujące dobrą jakość życia później.

Kiedy najlepiej zgłosić się do lekarza na badania kontrolne?
Jeśli w rodzinie były zachorowania, to dobrze jest zbadać się w wieku 45, a nawet 40 lat, a w każdym przypadku nie później niż w wieku 50 lat. Badanie jest wskazane także wtedy, gdy pojawią się jakieś dolegliwości ze strony układu moczowego, takie jak np. problemy z oddawaniem moczu, które same w sobie mogą być efektem łagodnego rozrostu prostaty, a nie raka. Jednak jedno drugiego nie wyklucza, więc dobrze wykorzystać wizytę u urologa, żeby się przebadać.

Jak często należy powtarzać badania?
To zależy od wyniku. Jeżeli jest rewelacyjny, to można kontrolować stan prostaty raz na pięć lat, ale generalnie warto badać poziom PSA częściej, na przykład przy okazji innych badań kontrolnych albo okresowych. Norma różni się w zależności od wieku, ale ogólnie mówi się, że wynik powyżej 4 nanogramów na mililitr jest patologiczny i wymaga, żeby zająć się problemem.

A co powinno być sygnałem alarmowym?
Rak prostaty nie daje spektakularnych objawów, w przypadku 90 proc. diagnoz pacjenci czuli się doskonale... Jeżeli ktoś ma objawy, to może mówić o szczęściu, bo choroba nie rozwija się w sposób ukryty. Do lekarza powinny zawsze skierować nas ostre objawy urologiczne, ślady krwi w moczu lub nasieniu, które mogą świadczyć też o raku pęcherza. Badanie PSA i wizyta u urologa pozwalają wykryć chorobę na wiele lat przed objawami. Dobrze zdiagnozowany rak prostaty ma wysoką wyleczalność, nawet jeśli jest to postać agresywna.

Na czym polegają obecne metody leczenia raka prostaty?
Obowiązują dwie główne metody: leczenie operacyjne i radioterapia. Jako urolog wolę wypowiadać się na temat metod operacyjnych. Operacyjne usunięcie nowotworu polega na usunięciu całej prostaty wraz z nowotworem. Przy okazji usuwa się również pęcherzyki nasienne, a niekiedy także węzły chłonne odpowiedzialne za prostatę. To zależy od stopnia agresywności nowotworu. Prostatektomia otwarta, czyli operacja skalpelem, jest znana od ponad 100 lat. Metoda została oczywiście przez lata ulepszona, ale idea pozostała bez zmian. Jej rozwinięciem jest laparoskopia, stosowana od około 30 lat. To technika mniej inwazyjna, ale trudna. Opiera się na zastosowaniu prostych zminiaturyzowanych narzędzi na długich wysięgnikach. Najnowszą metodą, która święci triumfy od kilkunastu lat, jest metoda robotyczna da Vinci. To doskonałe narzędzie, które pozwala na przeprowadzenie operacji pod powiększeniem dziesięcio- czy dwudziestokrotnym, gdy usuwa się chorą tkankę, a zostawia tę pożądaną, odpowiedzialną za trzymanie moczu i erekcję. Jednak trzeba podkreślić, a dowodzą tego wyniki badań, że to nie robot gwarantuje sukces, tylko doświadczony operator, czyli taki, który przeprowadził ponad 500 operacji. Tak zwana krzywa uczenia jest bardzo długa i te 500 operacji oznacza wiele lat nauki pod opieką mentora, który wprowadza w tajniki metody.

Jak przebiega rehabilitacja?
W przypadku zastosowania metody da Vinci pacjent wychodzi ze szpitala po trzech, czterech dniach po operacji i może już normalnie funkcjonować: prowadzić samochód, chodzić, prowadzić aktywność fizyczną. Zalecamy jednak sześć tygodni „oszczędzania się”, co oznacza m.in. powstrzymanie się od jazdy na rowerze, na nartach, gry w tenisa, chodzenia do sauny czy dźwigania ciężarów przekraczających 10 kg. Prawidłowe leczenie pozwala w większości przypadków przeżyć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat od diagnozy, czyli tyle, ile wynosi oczekiwana długość życia, tak jak gdyby raka nie było.

Jak wykryć nowotwór prostaty?

  • Badanie PSA (ang. prostate specific antigen): proste badanie polegające na pobraniu krwi i oznaczeniu w nim stężenia PSA.
  • Badanie per rectum: jest wykonywane na leżąco przez odbyt, lekarz delikatnie bada palcem okolicę, w której znajduje się prostata.
  • Rezonans magnetyczny: urządzenie przypomina wyglądem tomograf komputerowy. Pacjent leży na ruchomym stoliku, który wjeżdża i wyjeżdza z „tuby” rezonansu. Badanie trwa ok. 40 minut, w jego trakcie podawany jest kontrast przez dostęp do żyły.
Dr Paweł Salwa ekspert urologii robotycznej, ordynator Kliniki Urologii w Medicover Warszawa. 

  1. Zdrowie

Zespół cieśni nadgarstka - przyczyny, objawy, leczenie

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. (Fot. iStock)
Zaliczasz się do grupy współczesnych „korposapiens” i spędzasz  wiele godzin dziennie, stukając palcami w klawiaturę? Uważaj, bo może ci grozić zespół cieśni nadgarstka. 

Kiedyś zespół cieśni nadgarstka rozwijał się u kobiet w wieku 50–60 lat i to na ręce dominującej (tzn. częściej używanej, a więc u praworęcznych był to prawy nadgarstek). Obecnie ze względu na pracę z komputerem dotyka on wszystkich „korposapiens” i to już w okolicach trzydziestki! Przy czym kobiety mają większe tendencje do rozwoju cieśni ze względu na wahania hormonów: w drugiej połowie cyklu i w czasie ciąży, kiedy we krwi krąży więcej progesteronu, nasze ciała mają skłonność do obrzęków.

Jak do tego dochodzi?

Kanał nadgarstka można porównać do zwężenia na autostradzie. Jest na niej spory ruch: nerwy i ścięgna to całkiem gruba wiązka komunikacyjna. Biegnie swobodnie, ale w kanale nadgarstka jest tunel i zwężenie jezdni. Kiedy choć jeden z elementów przebiegających przez ten tunel ulega pogrubieniu, reszcie przestaje być wygodnie: robi się już nie tylko ciasno, elementy zaczynają się nawzajem uciskać. Najczęściej pogrubieniu ulegają pochewki ścięgien mięśni zginaczy – czyli, ogólnie mówiąc, grubieją ścięgna. Dlaczego? Z przepracowania: nasze ścięgna w kanale nadgarstka przechodzą niezłą siłownię przez wiele godzin dziennie: prowadzenie samochodu, głaskanie psa czy wreszcie praca na klawiaturze to właśnie taka siłownia. Wszystko, co zmusza nadgarstki i palce do wykonywania powtarzalnych i wielokrotnych ruchów, prowadzi w końcu (zwykle po latach) do pogrubienia ścięgien, a w rezultacie zespołu cieśni nadgarstka.

Jakie są objawy?

Pierwszym symptomem rozwijającego się zespołu cieśni nadgarstka jest uczucie drętwienia. Dotyczy palców, unerwianych przez nerw pośrodkowy, a więc kciuka, wskaziciela i palca środkowego; częściowo także serdecznego. Drętwienie początkowo dokucza w bezruchu, dlatego pojawia się głównie w nocy. Jest na tyle nieprzyjemne, że potrafi obudzić! Myślimy wtedy zazwyczaj: „Mocno spałam, leżałam na ręce, krążenie osłabło” i staramy się rozmasować zdrętwiałą dłoń. Wiele osób mówi, że pomaga strzepywanie palców – określają to „strzepywaniem bólu”. Ale takie zabiegi pomagają tylko na początku. W kolejnych stadiach ból i drętwienie pojawiają się także w ciągu dnia; z czasem dołącza do nich problem z precyzyjnym chwytem – potrafi nam nawet wypaść szklanka z ręki. Ten etap wymaga już interwencji chirurga.

Czy mnie to dotyczy? Zrób test Phallena

Jeśli drętwieją ci dwa najmniejsze place, to raczej oznacza problem z nerwem łokciowym, a drętwienie całej ręki wskazywałoby na kłopoty z kręgosłupem szyjnym lub barkiem. Jeśli chcesz sprawdzić, czy dotknął cię zespół cieśni nadgarstka, możesz zrobić bardzo prosty test Phallena: wyciągnij ramię przed siebie i zrób maksymalne dłoniowe zgięcie nadgarstków (dłoń wygnij w kierunku wnętrza i przytrzymuj drugą dłonią). Wytrzymaj tak do dwóch minut. W ten sposób zamkniesz kanał nadgarstka, czyli zwiększysz ucisk na nerw pośrodkowy. Jeżeli pojawi się ból i drętwienie, to prawdopodobnie masz zespół cieśni nadgarstka. Ponieważ jednak jeden test nigdy nie daje całkowitej pewności, najlepiej jest zrobić też USG nadgarstka, by zbadać przepływy nerwu pośrodkowego.

Jak zapobiegać? Jak leczyć?

Ulgę w cierpieniu z pewnością przyniosą odpowiednie ćwiczenia. Można je również traktować jako profilaktykę. Warto przynajmniej 2-3 razy w tygodniu wykonywać okrężne ruchy nadgarstka przez kilka minut, a poprawi się ukrwienie i zapobiegniemy powstawaniu przykurczów. Regularna gimnastyka sprawi, że nadgarstki będą w dobrej kondycji i uchroni je przed kontuzjami i przeciążeniami. Wskazane są także krótkie przerwy przy długotrwałej pracy nadgarstków, podczas których ćwiczy się ręce, szyję i barki.– Pomocne mogą okazać się także zimne okłady zmniejszające obrzęk. Zdecydowanie należy unikać ciepłych kompresów. Jeśli dopada mrowienie, pomaga zginanie i prostowanie palców – radzi dr Alina Blacha, specjalista ortopedii. Zastrzega jednak, że jeśli profilaktyczne ćwiczenia okażą się niewystarczające, konieczna jest wizyta u lekarza, który skieruje na odpowiednie badania. Ważne jest, aby nie zwlekać z decyzją o diagnostyce i leczeniu tego schorzenia, gdyż zbyt długo trwający ucisk nerwu prowadzi do nieodwracalnych zniszczeń w samym nerwie.

W zapobieganiu pojawienia się zespołu cieśni nadgarstka lub jego leczeniu pomogą także ergonomiczne akcesoria komputerowe, takie jak podkładka pod nadgarstek wypełniona żelem czy funkcjonalna klawiatura. Dzięki ergonomicznej klawiaturze ręce układać będą się w naturalnej pozycji i umożliwiać palcom bezwysiłkowe naciskanie klawiszy. Ale podstawą jest właściwa pozycja. Przy pisaniu na klawiaturze ręce powinny być zgięte pod kątem prostym w taki sposób, aby nadgarstki były ułożone równolegle do blatu biurka. Ważne, aby mieć proste plecy i nie pochylać do przodu ramion a nogi zginać w kolanach pod kątem prostym.

  1. Styl Życia

Aktywność fizyczna a stres

Działanie sportu jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. (Fot. iStock)
Działanie sportu jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. (Fot. iStock)
Aktywność fizyczna pomaga radzić sobie ze stresem – to wiemy. Ale co tak naprawdę dzieje się w organizmie pod wpływem ćwiczeń fizycznych? O tym, dlaczego po wysiłku mamy lepszy nastrój i bardziej optymistycznie patrzymy na świat oraz jak zmienić styl życia, aby na co dzień być bardziej zrelaksowanym, opowiada Kamil Rajczyk, fizjolog sportu. 

Wyniki licznych badań wskazują, że regularny i odpowiednio zaplanowany ruch może przynieść korzyści porównywalne z efektami leczenia farmakologicznego. Czy rzeczywiście sport możemy traktować jako naturalny antydepresant?
Jest nawet takie powiedzenie, że sport jest w stanie zastąpić każde lekarstwo, ale nie ma lekarstwa, które by zastąpiło sport. W swojej praktyce obserwuję, że u osób, które zgłaszają się do mnie z różnego rodzaju schorzeniami, kiedy włączamy regularną aktywność fizyczną, z czasem trzeba zmniejszać dawki lekarstw, ponieważ tak silna terapia farmakologiczna przestaje być potrzebna. Podobnie jest w przypadku stresu i stanów obniżonego nastroju – sport sprawdza się jako najtańsze i najzdrowsze lekarstwo.

Na czym polega jego działanie?
Można powiedzieć, że jest dwutorowe: chodzi nie tylko o te czysto fizjologiczne zmiany, które zachodzą w organizmie, ale też o aspekt psychologiczny. Sport ma dobroczynne działanie w przypadku negatywnych stanów emocjonalnych, ponieważ zaangażowanie całego organizmu w dynamiczną aktywność pozwala na chwilę zapomnienia, odciąga od życia codziennego. Są dyscypliny szczególnie sprzyjające wyładowaniu emocjonalnemu – na przykład sporty walki często poleca się osobom, które na co dzień mają dużo stresu, bo na macie mogą się wyżyć, wyrzucić wszystkie trudne emocje. Ważny jest też aspekt socjalizacji – rozpoczynając przygodę ze sportem, poznajemy innych aktywnych ludzi, wchodzimy do różnych grup, w których łączy nas wspólny cel. Poza tym w miarę jak uprawiamy jakąś dyscyplinę, stajemy się coraz lepsi, osiągamy coraz lepsze wyniki, a to wpływa na nasze samopoczucie i podniesienie samooceny.

A od strony czysto fizjologicznej – jakie dokładnie procesy zachodzą w organizmie człowieka podczas aktywności fizycznej?
Wysiłek powoduje bardzo dużo zmian w organizmie, poczynając od układu sercowo-oddechowego, za sprawą którego zwiększa się liczba oddechów i ilość pompowanej krwi przez serce, a to pozytywnie wpływa na dotlenienie wszystkich organów ciała, w tym mózgu. Poza tym najmocniej wchodzi tu w grę endokrynologia, czyli szereg różnego rodzaju neuroprzekaźników wydzielanych podczas wysiłku, które mają dobroczynny wpływ na nasze samopoczucie. Największe znaczenie mają endogenne opioidy, do których zaliczamy już endorfiny. Są to substancje, które pobudzają te same receptory co opioidy egzogenne, czyli na przykład wszelkiego rodzaju używki. Z punktu widzenia psychologicznego endorfiny bardzo mocno działają w układzie nagrody, odpowiadają za „haj biegacza”, czyli uczucie flow, podniecenia, ekstazy, mają też działanie przeciwbólowe. Aby jednak odczuć euforyzujące właściwości endorfin, musimy postawić na aktywności o większej intensywności, przy których mamy powyżej 60 proc. maksymalnego poboru tlenu, takie jak bieganie, gra w tenisa albo chodzenie po górach. Zwykły spacer czy wolniutki trucht nie dadzą takiego efektu.

Jakie jeszcze substancje odpowiadają za polepszenie samopoczucia po treningu?
Aktywność ruchowa wpływa na układ serotoninergiczny, a więc zwiększa wydzielanie serotoniny, czyli tak zwanego hormonu dobrego samopoczucia produkowanego w pniu mózgu. To on odpowiada za odczucie przyjemności i wpływa na zmniejszenie agresji, zniwelowanie zmęczenia, wprowadza w pozytywny nastrój. Generalnie u osób, które mają zaburzenia genetyczne w wydzielaniu serotoniny, istnieje dwukrotnie wyższa szansa na popełnienie samobójstwa. To najlepiej obrazuje, jak mocno ten neuroprzekaźnik wpływa na nasze samopoczucie. Ruch przyczynia się też do aktywacji neurotroficznego czynnika pochodzenia mózgowego (BDNF), czyli białka wydzielanego przez neurony. Wpływa ono pozytywnie na rozwój komórek nerwowych, co przekłada się na poprawę pamięci, lepsze myślenie itd. BDNF zwiększa też wydzielanie dopaminy, tak zwanego hormonu szczęścia, czyli kolejnego neuroprzekaźnika wytwarzanego i uwalnianego przez komórki nerwowe w mózgu i rdzeniu kręgowym, który wpływa na dobre samopoczucie, odpowiada za energię, motywuje do działania.

Czy osoby, które uprawiają sporty ekstremalne, są lepiej oswojone ze stresem?
Wszystkie sporty, które wpływają na wydzielanie adrenaliny i noradrenaliny, przyzwyczajają  organizm do działania stresu. I kiedy taka osoba jest później narażona na inny czynnik stresogenny niż wysiłek fizyczny, na przykład podczas trudnej sytuacji w pracy, jej organizm lepiej sobie poradzi. Często bywa tak, że z czasem próg wydzielania tych hormonów się przesuwa, więc potrzebujemy coraz silniejszego bodźca stresowego, żeby się wydzieliły. Widać to zresztą po osobach uprawiających sporty ekstremalne: z biegiem czasu potrzebują coraz silniejszych wrażeń, żeby poczuć to, co na początku przygody z tymi sportami. Ale żeby oswoić swój organizm z adrenaliną i noradrenaliną, nie musimy od razu skakać ze spadochronem – chodzi bardziej o intensywność wysiłku, gdyż  hormony te są wydzielane, kiedy wzrasta zapotrzebowanie energetyczne mięśni. Czyli podobny efekt możemy uzyskać, na przykład trenując bardzo intensywnie na bieżni.

Ale również po sesji jogi, pilatesu czy ćwiczeń relaksacyjnych czujemy się lepiej, a to dyscypliny mniej dynamiczne, które nie powodują tak silnego wydzielania endorfin czy adrenaliny. Jak to się dzieje?
Tego typu formy ruchu działają mocno uspokajająco. Wszelkiego rodzaju stretching wpływa na rozluźnienie mięśni, joga usprawnia regulację oddechu. Wzrasta aktywność układu przywspółczulnego unerwiającego wszystkie gruczoły – zmniejsza się liczba skurczów serca, rozluźniają naczynia krwionośne, co przekłada się na wyciszenie całego organizmu. Układ ten oddziałuje przeciwstawnie do układu współczulnego, który odpowiada za wydzielanie adrenaliny, noradrenaliny, wzrost częstotliwości oddechu, skurczów serca. Jest to więc zupełnie innego rodzaju działanie niż w przypadku aktywności dynamicznych, gdzie mamy okazję się wyżyć i doświadczyć pozytywnego działania wszystkich neurotransmiterów.

Jaki program profilaktyczny antystresowy wdrożyć, żeby dbać o swoje zdrowie psychofizyczne na bieżąco?
Przede wszystkim powinniśmy sięgać po te aktywności, które dają nam frajdę, ale tak naprawdę kluczem do sukcesu jest systematyczność. Wszelkiego rodzaju zmiany adaptacyjne w organizmie powstają w efekcie systematycznego wysiłku, więc jeżeli chcemy włączyć wysiłek jako narzędzie w walce ze stresem, to musimy po prostu ćwiczyć regularnie. Jednym z popularniejszych zaleceń jest zasada 3 x 30 x 130, czyli 3 razy w tygodniu po 30 minut wysiłku z tętnem 130/min. Natomiast w najnowszych zaleceniach mówi się także o konieczności włączenia wyższych intensywności wysiłku, a więc interwałów – czyli na przykład zamiast przebiec po prostu 5 km z jednostajną prędkością, to żeby w ramach treningu zrobić też przebieżki czy skipy.

A czy możemy ze sportem przeholować i doprowadzić do tego, że wysiłek fizyczny będzie przez nasz organizm odbierany nie jako pozytywny bodziec, ale jako stres negatywny?
Jeżeli przesadzimy z intensywnością albo długością treningu, to możemy doprowadzić do przetrenowania organizmu i spowodować, że – zamiast się odstresować – pobudzimy wydzielanie kortyzolu, czyli hormonu stresu. Wyczucie tej cienkiej granicy jest kwestią bardzo indywidualną. Przetrenowanie może dawać wiele przeciwstawnych symptomów: u jednej osoby może to być rozdrażnienie, u innej zmęczenie, można mieć problemy ze snem albo nie odczuwać satysfakcji z treningów. Najłatwiej rozpoznać ten stan na podstawie badań – nieprawidłowości w morfologii krwi czy zmiany w układzie hormonalnym powinny być dla nas sygnałem ostrzegawczym. Z mojej praktyki generalnie wynika, że większość osób jest właśnie przetrenowana. Ludzie ćwiczą zbyt zawzięcie, za szybko chcą osiągnąć efekty, przez co się forsują. W takich sytuacjach wdrażamy zazwyczaj plan zaradczy, żeby organizm mógł się odbudować i odzyskać równowagę w funkcjonowaniu. Dlatego pamiętajmy, że nawet z aktywności fizycznej trzeba korzystać mądrze.

  1. Zdrowie

Menopauza bez stresu - naturalne sposoby

Ajurweda mówi, że możemy przejść czas menopauzy, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jak? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. (Fot. iStock)
Ajurweda mówi, że możemy przejść czas menopauzy, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jak? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. (Fot. iStock)
Menopauza to naturalny etap w życiu kobiety, który nie powinien budzić obaw. Aby przebiegał łagodnie i bez komplikacji, warto się do niego odpowiednio przygotować.

Dr Marek Bardadyn, naturoterapeuta

Kobietom w okresie przekwitania polecam leki homeopatyczne i zioła, które skutecznie przeciwdziałają pojawiającym się dolegliwościom. Dzięki nim organizm łatwiej dostosowuje się do efektów zmian w układzie hormonalnym. Np. Cimicifuga niweluje zaburzenia miesiączkowania i towarzyszące im stany depresyjne i lękowe, nadpobudliwość emocjonalną, a ponadto hamuje schorzenia reumatyczne i zwyrodnieniowe typowe dla tego okresu. Z kolei Sanguinaria likwiduje uderzenia gorąca, napadowe czerwienienie skóry oraz migreny. W przypadku większej drażliwości nerwowej i problemów związanych z obniżeniem się narządów w obrębie miednicy najlepsze będzie przyjmowanie Sepii. Belladonna zaś pomoże w przypadku obfitych krwawień, a także złagodzi nadmierną potliwość.

Warto wiedzieć, że niektóre leki homeopatyczne zastosowane odpowiednio wcześnie powodują wzmocnienie gruczołów i opóźniają wystąpienie menopauzy.

Samopoczucie poprawią także regularnie stosowane zioła. Polecam kombinację z ziela serdecznika, liścia szałwii, korzeni łopianu i kozłka (po 50 g). Łyżkę stołową mieszanki zalewamy szklanką wrzątku i parzymy 20 minut. Napar najlepiej wypijać zaraz po śniadaniu i po kolacji przez trzy tygodnie. Po tygodniu przerwy kurację można powtarzać.

Dr Partap S. Chauhan, specjalista medycyny ajurwedyjskiej

To, że w okresie menopauzy możemy odczuwać nieprzyjemne dolegliwości, nie znaczy, że mamy ją utożsamiać z samymi tylko przykrościami. Ajurweda mówi, że możemy przejść ten czas, zachowując zdrowie, radość i witalność. Jakim cudem? Dbając o prawidłową dietę, ruch, stosując sprawdzone naturalne sposoby. Podczas menopauzy konieczna jest dieta równoważąca doszę vata, czyli zawierająca w 50 proc. pełne ziarna (pieczywo z pełnego przemiału, płatki z ziaren itp.), w 20 proc. białko (jajka, nabiał, ryby, owoce morza, drób, tofu, czarna i czerwona soczewica), w ok. 20 proc. świeże warzywa, do 10 proc. surowych owoców. Do codziennego menu warto włączyć sok z aloesu, który należy pić trzy razy dziennie po łyżeczce, bo to złagodzi wiele nieprzyjemnych objawów, jak np. uderzenia gorąca. Podobnie działa sok z granatów, do którego dodajemy ekologiczny cukier (łyżeczka na filiżankę) i sok z limetki (5–10 kropli). Pijemy trzy filiżanki dziennie.

Dodatkowo warto sięgać po suplementy diety zawierające wapń, magnez, cynk oraz wspomagać organizm ziołami. Godny polecenia jest zwłaszcza ziołowy specyfik Female Kesary sporządzony według starych ajurwedyjskich receptur. Preparat minimalizuje uderzenia gorąca, zaburzenia snu, poprawia samopoczucie i podnosi libido. Zachowaniu dobrej formy sprzyjają ćwiczenia jogi – są w stanie uregulować poziom hormonów i wpłynąć korzystnie na ciało i umysł.

Dr n. med. Ocz Batyn, specjalista chorób wewnętrznych i medycyny orientalnej

Według medycyny orientalnej przekwitanie to czas fizycznego i duchowego oczyszczania organizmu w celu zapewnienia mu dobrej kondycji w jesieni życia. Im jest on lepiej przygotowany do tej przemiany, tym będzie krócej i łagodniej przebiegała. Kobiety na ogół boją się przekwitania, uważając, że to pożegnanie z młodością, tymczasem trzeba nauczyć się myśleć o menopauzie jako o wejściu w fazę wolności (życie rodzinne i zawodowe jest już ustabilizowane) i osobistego rozwoju (wreszcie jest czas na twórcze zajęcia i hobby).

Kobieta powinna traktować siebie jak najbliższą przyjaciółkę − dbać o siebie i sprawiać sobie drobne radości. Trzeba otaczać się życzliwymi osobami, nie myśleć negatywnie, znaleźć dla siebie czas w ciągu dnia. Zaczynamy od półgodzinnej gimnastyki tuż po przebudzeniu (wstajemy między godziną 5 a 8) i 10-minutowej medytacji „Powitanie słońca”. Siadamy po turecku, zamykamy oczy, wyciągamy ręce przed siebie i wyobrażamy sobie, że poprzez dłonie absorbujemy promienie słońca, że przenikają one wzdłuż rąk i spotykają się w okolicy splotu słonecznego. Tam „zamykamy” je jak w magazynie, z którego będziemy czerpać przez cały dzień.

Kolejna chwila wytchnienia w postaci krótkiej drzemki powinna przypaść między godziną 12 a 14. Wieczorem zaś między 19 a 21 należy wybrać się na spacer. Aby miał on lecznicze działanie (obniżenie poziomu cholesterolu i ciśnienia krwi oraz oczyszczenie wątroby z toksyn), musimy maszerować szybkim krokiem, machając rękami i co jakiś czas powtarzając „hu-ha-pe” (co zapewni głęboki wydech podzielony na trzy etapy). Przed snem bierzemy dziesięciominutową ciepłą kąpiel z dodatkiem soli i wykonujemy automasaż stóp. To wszystko powinno zapewnić zdrowy i spokojny sen, a także ograniczyć dolegliwości związane z menopauzą. Jeśli jednak będą się pojawiać, poddajmy się akupunkturze. Odblokowanie kanałów energetycznych złagodzi przykre objawy.