1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Hipochondria – skąd się bierze?

Hipochondria – skąd się bierze?

Hipochondria niesie ze sobą głównie cierpienie fizyczne przejawiające się ponadprzeciętną częstotliwością odczuwania bólu bez konkretnej przyczyny, i psychiczne (chory miewa stany depresyjne, poczucie krzywdy, a także odrzucenia – otoczenie zaczyna bowiem ignorować jego skargi). (Fot. iStock)
Hipochondria niesie ze sobą głównie cierpienie fizyczne przejawiające się ponadprzeciętną częstotliwością odczuwania bólu bez konkretnej przyczyny, i psychiczne (chory miewa stany depresyjne, poczucie krzywdy, a także odrzucenia – otoczenie zaczyna bowiem ignorować jego skargi). (Fot. iStock)
Jest obiektem licznych kpin i żartów, nawet najbliższych. Przez lekarzy traktowany jako zło konieczne, wodzony na pokuszenie przez koncerny farmaceutyczne. To, czego naprawdę potrzebuje, to trochę uwagi i współczucia.

Światowej sławy tenor operowy Enrico Caruso nie ruszał się z domu bez walizki sprejów do nosa, płynów do płukania gardła oraz leków na przeziębienie, katar i migrenę. Bojąc się infekcji skórnej do każdego hotelu przywoził ze sobą zmianę pościeli, a gdy spotkał znajomego lub wielbiciela na ulicy i serdecznie go uściskał, po powrocie do pokoju brał kąpiel i się przebierał. A dookoła łóżka kazał układać materace i poduszki, by uchronić się od przykrych konsekwencji ewentualnego upadku podczas snu.

Nie mniej znanym hipochondrykiem był filozof Immanuel Kant, poeta Alfred Lord Tennyson, pisarz Marcel Proust czy twórca teorii ewolucji Karol Darwin. Francuski dramatopisarz Molier swoje doświadczenia w zmaganiu się z problemami zdrowotnymi wykorzystał do stworzenia postaci Argana, głównego bohatera „Chorego z urojenia”. Ku ironii, kiedy podczas czwartego wieczoru grania sztuki (wcielał się w Argana) dostał krwotoku i ataku kaszlu, nie wezwano na czas lekarza, bo nie brano na serio jego wcześniejszych narzekań. Zmarł na deskach teatru.

To zresztą typowy problem każdego cierpiącego na hipochondrię: po latach marudzenia nikt mu nie dowierza, kiedy naprawdę zachoruje. Dotyczy to także lekarzy. Najczęściej, gdy są przekonani, że mają przed sobą hipochondryka, nie informują go o tym, kwitując krótko: „jest pan zdrowy”. Niestrudzony pacjent nie daje oczywiście za wygraną i odwiedza kolejnych specjalistów tak długo, aż doczeka się recepty. Najczęściej przepisuje się mu placebo, ale bywa, że dostaje silniejsze środki. To ryzykowne, bo jeśli chory z urojenia jest wytrwały, będzie przyjmować wiele leków poleconych przez różnych lekarzy.

Dwie strony medalu

Nie wiadomo dokładnie, jaki odsetek populacji jest dotknięty tym schorzeniem, prawdopodobnie od kilku do kilkunastu procent. Przeważają kobiety, stosunkowo młode, bo w wieku 20–40 lat, choć związek z płcią i wiekiem nie jest bardzo wyraźny. Wyjątkowo podatni na hipochondrię są studenci medycyny. Podobno stan ten jest u nich znany jako studentoza medyczna, a polega na rozpoznawaniu u siebie objawów chorób, które akurat omawiają na zajęciach. W podwyższonej grupie ryzyka znajdują się też aktorzy, muzycy, politycy i biznesmeni.

Jak ją zdefiniować? Mianem hipochondrii określa się zaburzenie przejawiające się nadmierną troską o własne zdrowie i zaabsorbowaniem rozmaitymi objawami – co prowadzi do silnego przekonania, że jest się poważnie chorym. Stwierdza się ją zwykle, gdy taki stan trwa ponad pół roku i poważnie utrudnia normalne życie.

Jak czytamy w książce „Podręcznik hipochondryka” Johna Naisha, urojone bóle najczęściej występują w okolicy głowy i szyi oraz w brzuchu i klatce piersiowej. Chorzy skarżą się zwykle na zawroty głowy, słyszenie własnego tętna w nocy, utratę słuchu, trudności w przełykaniu, mroczki przed oczami, niestrawność, bóle jelit, palpitacje, zaburzenia rytmu serca, niemożność głębokiego oddychania, bóle z boku klatki piersiowej czy uczucie podwyższonego ciśnienia.

Hipochondria niesie ze sobą głównie cierpienie fizyczne przejawiające się ponadprzeciętną częstotliwością odczuwania bólu bez konkretnej przyczyny, i psychiczne (chory miewa stany depresyjne, poczucie krzywdy, a także odrzucenia – otoczenie zaczyna bowiem ignorować jego skargi). Jest jednak jeszcze druga strona medalu, tzw. pozytywna intencja. Choroba może zaspokajać ukryte potrzeby, zdobyć uwagę i zainteresowanie najbliższych, ich zrozumienie, opiekę, a nawet miłość. Może też zwalniać od przykrych obowiązków, w tym stresującej pracy i konieczności uczestniczenia w wyścigu szczurów. Czasem jest podświadomym wyborem ucieczki przed niesatysfakcjonującym życiem, jedynym lekiem na ból psychiczny wynikający z braku szansy samorealizacji.

Jako przyczynę hipochondrii wymienia się też urazy z dzieciństwa, mające swoje źródło w przedwczesnej śmierci w rodzinie czy w braku miłości rodziców. Jeszcze inna teoria mówi, że to przeniesienie objawów nerwicowych na somatyczne, czyli w skrócie: chory, który żyje w ciągłym napięciu i w związku z tym rozwija u siebie zaburzenia nerwicowe, jednocześnie uważa, że lepiej jest być chorym fizycznie niż psychicznie, więc zamiast nerwicy „wybiera” hipochondrię.

Wszyscy to mamy?

„Ilu znasz ludzi (nie licząc psychopatów), którzy w głębi duszy żywią radosne przekonanie, że nic im nie jest?” – pyta John Naish w swojej książce. Sam przez wiele lat był dziennikarzem zajmującym się tematyką zdrowotną, w tym zbieraniem informacji o najnowszych wynikach badań medycznych, z których większość była tyleż niepokojąca, co – jego zdaniem – kłamliwa. Twierdzi, że rozwój nowych technologii napędza potrzebę zdobywania koszmarnych informacji dotyczących zdrowia. Pod względem popularności słów wyszukiwanych w internecie „zdrowie” ustępuje tylko „seksowi”.

Zjawisko to zostało już nazwane... „hipochondrią internetową”. Na czym polega? Chory zamiast zgłosić się z dolegliwościami do lekarza, woli wyszukiwarkę Google, z której szybko dowie się wielu krew w żyłach mrożących rzeczy, m.in. że niestrawność może oznaczać raka żołądka, a migrena – guza mózgu.

„Wszyscy w pewnym stopniu jesteśmy nosicielami zarazków hipochondrii. (…) Nasz mózg jaskiniowca jest zaprogramowany tak, by pielęgnować obsesję wszechobecnego zagrożenia. Rozkoszujemy się opowieściami o dziwacznych, śmiertelnych chorobach, jakby to były horrory oglądane podczas długich zimowych wieczorów” – pisze Naish. Jego zdaniem u podstaw szerzącej się epidemii hipochondrii stoi jednak pieniądz. „Przemysł farmaceutyczny potrzebuje nowych zagrożeń w podobnym stopniu jak my sami” – twierdzi. Jest w tym sporo racji – gdyby wyleczono wszystkie choroby, ta gałąź przemysłu kompletnie by się załamała. Co chwila dziennikarskie śledztwa donoszą o kolejnych koncernach, którym „nie na rękę” wynalezienie szczepionki na daną chorobę, bo więcej zysków czerpią z jej leczenia.

Już sama liczba nowych stwierdzonych chorób potrafi przyprawić o zawrót głowy. „British Medical Journal” – jak podaje Naish – przeprowadził wśród lekarzy ankietę dotyczącą „pseudochorób”, które obecnie uważa się za wymagające pomocy medycznej. Wśród nich znalazły się m.in.: starzenie, praca, znudzenie, łysienie, brzydota, niski wzrost, nadmierne owłosienie i bezsenność.

Jednego nie można odmówić hipochondrykom: ich przewidywania zawsze się spełniają. Weźmy na przykład najsłynniejszą pielęgniarkę świata, Florence Nightingale. Po powrocie z wojny krymskiej w 1857 roku zaczęła spędzać coraz więcej czasu w łóżku, przekonana, że jej życiu zagraża niebezpieczeństwo. „W końcu okazało się, że jej podejrzenia nie były bezpodstawne – komentuje jej przypadek Naish – choć na potwierdzenie swych obaw musiała czekać do 1910 roku, kiedy to zmarła w wieku 90 lat”.

Uwaga! Jeśli któraś z zawartych w artykule informacji przyprawiła cię o przyspieszone bicie serca, zawroty głowy czy kłucie w boku, uspokój się, weź głęboki oddech. I pamiętaj, że hipochondria może być przyczyną śmierci, a u osób nadmiernie się zamartwiających wzrasta ryzyko chorób nowotworowych i Alzheimera. Tylko tego też się nie przestrasz…

Granice hipochondrii

Skąd się bierze hipochondria? Czy każde przewrażliwienie na punkcie zdrowia już nią jest?
Aleksandra Łuszczyńska: Hipochondria to stałe przeżywanie i skoncentrowanie na lęku. Jeśli ten lęk wywołuje cierpienie lub inne nieprzyjemne uczucia i jest na tyle silny, by prowadzić do sporych utrudnień w funkcjonowaniu na co dzień, to wówczas możemy stwierdzić, że nie jest to tylko przewrażliwienie. Hipochondria spełniająca kryteria zaburzenia psychicznego jest obecnie bardzo rzadka, dlatego też mało o niej wiemy. W podejściu poznawczo-behawioralnym do problemów psychicznych mówi się, że wynika z pewnych błędów poznawczych, takich jak utrwalone przekonania, koncentracja na ryzyku czy zaburzone postrzeganie swojego ciała, a także z warunkowania – na przykład osoby, które przez długi czas miały pewne dolegliwości i zgłaszały je lekarzom lub bliskim, otrzymywały od nich wsparcie i uwagę, stąd zgłaszając je nadal mogą chcieć utrzymać ten stan zainteresowania sobą.

Jak ją odróżnić od schorzenia psychosomatycznego, które wymaga leczenia?
Hipochondria to jedno z zaburzeń z szerszej grupy określanej jako zaburzenia somatoformiczne. Do tej grupy należy też zaburzenie bólowe (przewlekłe bóle mają u źródła problemy psychologiczne), a także zaburzenie dymorficzne (związane z silną koncentracją na defektach we własnym wyglądzie, często wyobrażonych). Pytanie: jak odróżnić hipochondrię od choroby somatycznej? To bardzo trudne. Powiem tylko: klinicyści bardzo rzadko stawiają dziś diagnozę zaburzeń somatoformicznych. Rozwój diagnostyki medycznej dowodzi, że to, co kiedyś było uznawane za mające źródło w psychice, dziś ma je w patofizjologii. Często podawany przykład to anestezja rękawiczkowa, czyli „nic nie czuję od nadgarstka do końców palców”. Za czasów Freuda leczona psychoanalizą, teraz skuteczniej – jako zespół cieśni nadgarstka – lekami, rehabilitacją, ćwiczeniami wykonywanymi nawet w pracy, a czasem operacyjnie.

Jak leczyć samą hipochondrię?
Najlepiej na drodze terapii poznawczo-behawioralnej. Terapeuta koncentruje się na kilku rzeczach. Po pierwsze – na zmianie pesymistycznego myślenia, po drugie – na zmianie spostrzegania zagrożenia związanego z różnymi odczuciami płynącymi z ciała, po trzecie – na zmianie spostrzeganego zagrożenia w sytuacji, gdy uzyskuje się informacje o stanie swojego zdrowia, np. od lekarza lub czytając o symptomach różnych chorób w internecie. I wreszcie po czwarte – na obniżeniu koncentracji na sygnałach płynących z własnego ciała.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze