fbpx

Nie jestem już sama

Spacerowałam dziś z książkami koło Czarnej Przemszy, było ciepło i pięknie. Dziwne, przecież to zima. Większość ławek, jak latem, obsadzona miłośnikami lekkiego dla portfela wina. Uśmiechałam się do nich, czasem nawet odpowiadałam na pikantne zaczepki. Dzisiaj miałam podejrzanie dużo miłości dla świata.

Gdy spaceruję, zza rzeki wychyla się maleńkie osiedle. Patrzy na mnie odważnie, nie chowa się za gęstymi krzakami, bo te już od kilku tygodni są rozebrane i trochę niepokoją swoimi chudymi ramionami.

– Brakuje mi soczystej zieleni – szepczę nieśmiało, patrząc na kilkanaście kolorowych klocków, w których śmieją się, płaczą, milczą, rozmawiają, a czasem krzyczą ludzie.

Szepczę dla siebie i dla AS a. Nie jestem już sama. Wbrew lekarzom, dławiącemu i nierzadko upokarzającemu małomiasteczkowemu światkowi, choremu oddechowi kraju i, podobno, wbrew „zdrowemu rozsądkowi” i „wyobraźni” postanowiłam zajść w ciążę. AS to właściwie Ania/Staś, ale z uwagi na to, że pojawił się w mojej konstrukcji rzeczywistości cztery miesiące temu, pozostaje na razie AS em.

Upewniliśmy się o swoich obecnościach na wrześniowych wakacjach na Krymie, w dawnej osadzie Taurów, która zmieniła się potem w grecką wioskę, a dziś jest miasteczkiem Ałupka. Zadziwia i cieszy mnie ta historia, ponieważ jakimś trafem związała się z rodzinną legendą. Moja prababka, piękna i bogata Tatarka, zakochała się w biednym, niepiśmiennym Włochu. Zostawiając przerażoną rodzinę, bez żadnego materialnego zabezpieczenia, ale z bagażem w postaci klątw i przekleństw uciekła z obcym mężczyzną do Polski. Zadziwiające! Założyli tutaj piekarnię i przetrwali wojnę.

Dzisiaj w pomieszczeniu, gdzie trzymali zapasy chleba, jest moja sypialnia. Śmierdzi tu stęchlizną, zima zamraża noce wilgocią, ale magia dawnych historii i pamięć czułych słów tulą i kołyszą do spokojnego snu. Za jakiś czas do tego gniazda wprowadzi się AS. Muszę przygotować się teraz do walki z wilgocią, zaplanować strategię, poradzić sobie z zimnem. AS zmusza do nowych pomysłów i działania.

Chociaż to dopiero 16. tydzień, wybiegam myślami w przyszłość. Przeskakuję tygodnie, miesiące. Wiem, że nie będzie łatwo. Wiem, że siateczka wyzwań będzie miała coraz mniejsze oczka. Trudno będzie się przez nie przeciskać, przeskakiwać z gracją przez kolejne tygodnie. Jakoś dam radę, podkulę ogon i czasem prześlizgnę się, pokuśtykam do przodu, może wolniej, może bez uroku, nieco nieudolnie, ale we właściwym kierunku. Jestem w stanie wiele zrobić, aby dać AS owi klucze, którymi łatwo otworzy drzwi.

Zatrzymuję się zawsze na popękanym i przeżartym przez rdzę mostku. Pod nim pływają cztery kaczki, staram się przynosić im coś do jedzenia przynajmniej trzy razy w tygodniu. Od jutra pewnie częściej. Będę miała więcej czasu, ponieważ musiałam zrezygnować z kilku zajęć, jakie prowadziłam ze słuchaczami studiów zaocznych i wieczorowych w oddalonym o pięćdziesiąt kilometrów mieście. Częste dojazdy, jak twierdzi mój ginekolog, nie byłyby teraz najlepszym pomysłem. Jeszcze wczoraj bardzo się tym martwiłam, ale dzisiaj – dzisiaj myślę, że mogę robić coś innego, mogę na przykład spróbować pracować więcej w domu.

Wolę zdecydowanie takie dni jak dzisiaj, kiedy kocham świat bez żalu. Zapominam o nieprzespanych nocach, niespełnionych miłościach i słowach, których nigdy nie powiedziałam, a powinnam. Nie myślę z obawą o tym, że będę zmuszona kochać dziecko bez noszenia go na rękach, jestem pewna, że odkryję przed nami inną twarz czułości, równie piękną i przekonującą. Uśmiecham się nawet do mężczyzn siedzących na ławkach, na których ja powinnam siedzieć i czytać. Do mężczyzn, którym ucieka codzienność i wzrok, kiedy na słowa: „Zabrać z parku k… wszystkie kundle”, odpowiadam: „Miłego dnia”.

Dzisiaj jednak słyszałam tylko „dzień dobry” i głośne ziewanie. W końcu to było późne popołudnie.
Dzień się zestarzał, a ja nie przestraszyłam się wcale. Postaram się myśleć o początkach.