fbpx

Po drugiej stronie

Falbanki jelit, żołądek jak ziarno fasoli, harmonia szkieletu… Po drugiej stronie ekranu aparatu USG śpi z palcem w buzi poruszający element najważniejszego początku, zapowiedź niepowtarzalnego ciała, koloru oczu, rytmu serca i brzmienia głosu.

Do pojawienia się na świecie mojej córeczki zostało niespełna pięć tygodni. Jestem coraz bardziej zdenerwowana, obserwuję uważnie dom i zastanawiam się, czy uda mi się przekonać go, aby był dla niej tak ciepłym gniazdem jak dla mnie. Jak długo malutkie dziecko oswaja miejsce? Przecież przez najbliższe miesiące będzie dla niej wielkim światem. Tak wielkim dla niej, jak nowym dla mnie. Coraz częściej zadaję sobie pytanie, czy wystarczająco szybko nauczę się odpowiednio dbać o malutkiego człowieka, pielęgnować go i rozumieć. Nigdy nie miałam do czynienia z noworodkiem, nie miałam młodszego rodzeństwa, przyjaciół z małymi dziećmi. Moi najbliżsi decydują się rodzić dzieci teraz – czyli, zdaniem wielu, późno. Bliskie mi kobiety chcą rodzić po trzydziestce.

W domu często mówię do kogoś, kto jest po drugiej stronie brzucha. Ostatnio, podczas wizyt w szpitalu, mówimy do istotki po drugiej stronie ekranu. Dziwne, przecież w tym okresie córeczka jest najbliżej mnie, jesteśmy jednym ciałem, oddycham i jem za nas obie, a wciąż, w rozmowie i w myślach, podkreślam jakąś fizyczną granicę.

Obserwuję na ekranie USG ruszające się paluszki, małe stopy, kolana i wydaje mi się, że dzieli nas ogromna przestrzeń. Spotykamy się zatem po obu stronach czegoś, czego nie umiem nazwać i zrozumieć, a co czuję za każdym razem, gdy dotykam brzucha. Jestem pewna, że spotkania te rysują ważną mapę także w sercu taty dziecka. Z cudownego filmu, który oglądamy w gabinecie ginekologa, rozumie znacznie więcej. Ostatnio powiedział: – Patrzyłem jak urzeczony na falbanki jelit, żołądek jak ziarno fasoli, harmonię szkieletu. Słyszałem oczami rytm przedsionków i komór serca. Trudno mi opisywać to, co czułem. Dla kogoś, kto tego nie przeżył, może to zabrzmieć jak coś na granicy bełkotu i egzaltacji, dla tych, którzy już wiedzą, jest to osobiste i niepowtarzalne.
Cieszę się, że cud rośnie nie tylko na moich oczach.

Gdy patrzę na szkielet mojego dziecka, który tak wyraźnie widać podczas badania USG, widzę go jako poruszający element najważniejszego początku, łańcuch drogocennych kamyczków, który przykryty jest zapowiedzią niepowtarzalnego ciała, koloru oczu, rytmu serca i brzmienia głosu. Próbuję wyobrazić sobie śmiech i tupot stóp po drewnianej podłodze.

Pamiętam, jak zdecydowanie odmienne uczucia towarzyszyły mi podczas oglądania elementów własnego szkieletu. Przypominam sobie, jak kilka lat temu próbowałam segregować swoje zdjęcia rentgenowskie, uporządkować je jakoś rozsądnie, tak aby móc w każdej chwili znaleźć te, które będą potrzebne podczas wizyty lekarskiej, hospitalizacji etc. Wzbudzały we mnie lęk i zdecydowaną niechęć. Wszystkie te stawy, kręgi i inne półprzeźroczyste mary nie były fundamentem żywej istoty, nie podpierały struktury mojego własnego, niepowtarzalnego ciała. Były dowodem na niewidzialność, nieobecność w grupie ludzi z twarzami, ze swoim miejscem. Przekonałam się później, gdy już znalazłam pomysł na samodzielność, mogłam pracować i pisać, że kobiety chore i niepełnosprawne bardzo często czują się niewidzialne. Kultura konsumpcyjna może poradzić sobie z „niepełnym” i „niedoskonałym” ciałem kobiety, wykluczając je poza to, co widać, ewentualnie zamykając w obszarze zainteresowania medycznego bądź skazując na pozostanie obiektem współczucia i ciekawości.
 
Chyba żadna kobieta nie życzy sobie być obiektem współczucia, litości czy wynikającego tylko z tych odczuć męczącego zainteresowania. Przy kolejnych porządkach pomyślałam, że warto spróbować oswoić swoje zmęczone i pocerowane stawy. Zaczęłam malować zdjęcia, układać na nich farbę w jakieś, najchętniej secesyjne, wzorki. Próbowałam wygrzebać z przykrych obrazków inspirację na biżuterię, nieco makabryczną, ale obecną i zauważalną.

Na nic. Najwłaściwszą drogą okazało się oswojenie niechęci do przykrych pamiątek. Dlatego tak bardzo cieszę się, że tym razem w znienawidzonej przeze mnie szpitalnej przestrzeni rodzi się tylko radość i budzą dobre przeczucia.